Kulturalny marzec

Mieczysław Wasilewski

Wiosna! Miłość czasem potrzebuje pomocy ciała, by pokonać lęk przed zawodem. Nie mówmy więc zbyt pochopnie: to tylko seks. Biografia kogoś, kto żył nietuzinkowo, pomoże wyrwać się ze schematu. A tworzenie – przeżyć piękną chwilę

reklama

Z miłością jak z loterią. Wygrana może się trafić w każdej chwili. Czasem jednak gdy wygrywamy, wydaje się nam, że to tylko nagroda pocieszenia. Bo to nie miłość, a fascynacja czy namiętność. Nie wyrzucajmy szczęśliwego losu do kosza! Miłość niekiedy potrzebuje pomocy ciała, gdy głowa boi się miłosnego zawodu. Bywa więc, że to ciało pierwsze odnajdzie pokrewną duszę, rozpozna ją i obdarzy uczuciem. I tak jest z dwojgiem nowojorskich singli. Ona – jedzie metrem. On – idzie 30 przecznic. Spędzili razem noc i myślą, że to tylko seks. Ale kiedy się spotykają i patrzą sobie w oczy, czują, że to, co im się przydarzyło, nie jest z rzeczy, o których można by powiedzieć, że są „tylko”.

Ta historia stanowi jedną z dziesięciu opowieści, jakie znajdziemy w filmie „Zakochany Nowy Jork” (DVD, dystr. TiM Film Studio 2010). Bohaterką wszystkich jest miłość. To ona przemyka przez erotyczny trójkąt (przystojny wykładowca, atrakcyjna studentka i młody kieszonkowiec). Objawia się kompozytorowi dżingli i sekretarce jako pożytek płynący z lektury Dostojewskiego. Towarzyszy parze staruszków, którzy spędzili ze sobą całe życie, i nawiedza niespodziewanie znudzone małżeństwo podczas kolacji. Ten film polecam wszystkim, którzy twierdzą, że jest tylko jeden wzór miłości, że komuś się ona nie należy. Kochać każdy może. Każdy też na miłość zasługuje.  

Nikt tak pięknie nie pisał o miłości, właśnie tej, która nie wypiera się zmysłów. O dreszczach, rozkoszach, o niezliczonych przez nikogo pocałunkach, które są w niebie. Ale czy takie właśnie – zmysłowe i piękne życie miała sama poetka? Nie tylko. Książkę „Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, czyli Lilka Kossak. Biografia poetki” Anny Nasiłowskiej (wyd. Algo 2010) polecam tym, którzy – jak bohaterka tej biografii – nie spełnili się w roli porządnych mieszczuchów i bywają z tego powodu smutni, a nawet tracą sympatię do siebie.

Maria, wszyscy nazywali ją Lilką, jako dziewczynka złamała rękę i przeszła niekończącą się gehennę nowych metod terapii, które skrzywiły jej kręgosłup. Jako młoda kobieta obracała się w złym (według ojca) towarzystwie i oddawała złej (według Kościoła) pasji. A do tego rozwód i nowe, także bezdzietne, małżeństwo. I wojna, która wybucha dzień przed premierą jej sztuki. Warto pamiętać, zwłaszcza kiedy marudzimy i narzekamy, zazdroszcząc innym, że żadne życie – nawet to, które wydaje się usłane różami – nie jest pozbawione cierpienia, zawodu i konfliktów. I to może największy pożytek płynący z lektury biografii…

Maria Pawlikowska -Jasnorzewska malowała akwarelki (w biografii zobaczymy jej prace). Nie dlatego, że była córką malarza, ale dlatego, że tak spędzało czas wiele panienek z dobrych domów. Akwarela stała się ulubionym typem amatorskiego malarstwa już w XVIII-wiecznej Anglii.

Właśnie, akwarelki! Są piękne i delikatne, kilka razy rozpoczynałam naukę ich malowania. Ale kiedy udało mi się zgromadzić pędzle, farbki, papier – traciłam zapał przy zgłębianiu zależności między kolorami, od której zazwyczaj zaczynają się książki o akwarelkach. Koło barw podstawowych, uzupełniających itd. działa na mnie jak tabliczka mnożenia, której nie mogłam opanować w podstawówce. Tym razem postanowiłam po prostu te rozważania ominąć. W książce Johna Barbera „Akwarele” (wyd. Arkady 2008) znalazłam przepis na swój pierwszy obrazek: pejzaż z drzewami, chmurami i ptakiem. Biorąc do ręki pędzelek, trudno do końca planować, co powstanie, bo farba i woda wymykają się spod kontroli. Tak jak życie. Ważne, by było ono przynajmniej bliskie naszemu wyobrażeniu szczęścia.c