Widok z okna. Jolanta f Mąkosa
-
O czym myślałam śpiewając wnukowi: Był sobie król, był sobie paź i była też królewna…
Za oknem zapada wieczór fioletowy. W bzach odezwał się słowik. Słodki i waniliowy zapach aksamitnie fioletowych heliotropów na werandzie oszałamia i budzi tęsknotę. To jest ten rodzaj tęsknoty, który nie pozwala jałowieć, tylko skłania nieustannie do poszukiwań, znajdowań, doświadczeń i eksperymentów? W tym eksperymentów na sobie, a raczej: głównie na sobie. Jak na przykład dwa dni z wnukami od świtu do nocy. Bez ich rodziców, nawet bez M., który żegluje po Zatoce ćwicząc się w ratowaniu rozbitków. Szlachetne i potrzebne. Całkiem jak babciowanie. Obaj wnukowie są bardzo kochani i lubię z nimi być bardziej niż lubiłam z własnym dzieckiem, może dlatego, że wtedy miałam niewiele ponad dwadzieścia lat, studia na głowie i poczucie osamotnienia w problemach, których nikt z moich znajomych nie podzielał i chciałam robić zupełnie inne rzeczy, a teraz jestem już stara, zupełnie inne rzeczy już zrobiłam i nie chce mi się stresować i denerwować na cokolwiek związanego z zajmowaniem się dziećmi. Zresztą za dwa dni zabiorą je rodzice. Więc chłopcy jedzą ile chcą i kiedy chcą, niczego im nie wmuszam, zresztą żaden nie dałby się na nic namówić, gdyby nie miał ochoty. Kiedy mój syn był mały, nie miałam tej cierpliwości, tyle rzeczy mnie złościło, nudziło i denerwowało. A teraz? Teraz z upodobaniem czytam Stanisławowi dziesięć razy po rząd czterowiersz Brzechwy o tygrysie. I nie nudzi mi się. Zastanawiam się raczej nad jego potrzebą słuchania w kółko tych samych opowieści, wierszyków czy piosenek. Czasem podstępem zmieniam repertuar i udaje mi się przeczytać mu coś innego, niż idiotyczny Kukuryk, o którego zawsze najpierw prosi. Nie zmuszam go, żeby zasypiał w łóżeczku na górze – leży na kanapie pod kocem, najpierw chwilę ogląda bajeczkę, czyli głupi lub głupiutki film na mini-mini, a potem ja mu coś czytam, a na końcu śpiewam mu kołysankę i głaszczę jego malutką, miękką rączkę podobną do dziwnej podwodnej rośliny. Zaczęłam cichutko:
Był sobie Król, był sobie Paź i była też Królewna,
Żyli wśród róż, nie znali burz – rzecz najzupełniej pewna…
Przypomniało mi się, jak tę piosenkę śpiewała nam Mamusia. Miała piękny, czysty głos, kiedy się zachwycałam, mówiła, że to alt – wtedy nie rozumiałam co to znaczy, współczesnym dzieciom pewnie będzie się kojarzył z nazwą klawisza po lewej stronie klawiatury komputerowej. Chodziło jednak, zaręczam, o coś zupełnie innego. Ja śpiewam cichutko, nieśpiesznie i gdy doszłam do słów:
Kochał ją Król, kochał ją Paź, kochali ją oboje
i ona ich kochała też, kochali się we troje…
to przyszło mi do głowy, że znam taką historię, która wydarzyła się moim znajomym, że to nie jest taka zwykła piosenka, tylko tajemna pieśń o trójkącie miłosnym, a treści w niej zawarte można rozpatrywać i roztrząsać na wiele sposobów. Jak jakiś Tristan i Izolda dla najmłodszych. Następna zwrotka przyniosła rozwiązanie wszystkich dylematów miłosnych:
Lecz straszny los, okrutna śmierć w udziale im przypadła:
Króla zjadł pies, pazia zjadł kot, królewnę myszka zjadła.
Więc jednak nie apoteoza rozwiązłości ani przeznaczenia. Raczej trójkąt ukarany. No mercy! Giną wszyscy bohaterowie jak w dobrej tragedii. Mam uczucie, jakbym pierwszy raz w życiu śpiewała tę kołysankę. Popatruję na mojego wnuka, czy nie zmartwił go los trojga bohaterów, ale Stanisław już śpi i nic nie wie o dramatycznych wydarzeniach. A co ja robię? Ja śpiewam dalej.
Lecz żeby ci nie było żal, dziecino ma kochana:
Z cukru był król, z piernika – paź, królewna – z marcepana.
Uff. A jednak nie odczuwam spodziewanej ulgi. Żal mi i króla, i pazia, i królewny. Królewny najbardziej. Była z marcepana, więc pewnie i oblana pyszną, gorzką czekoladą, i zawinięta w złotko, na którym namalowana była jej postać w koronie na długich blond włosach spływających do pasa po błękitnej sukni – bo królewny zawsze wyobrażałam sobie w błękitnych sukniach. Bardzo lubię marcepan. Zaraz zajrzę do spiżarni i sprawdzę, czy nie ukrywa się tam mały marcepanowych chlebek. Staś oddycha równo i głęboko. Nawet nie wiem, czy lubi marcepan. Jego malutkie paluszki też śpią, mogę je układać w różne kształty, a one natychmiast wracają do wyjściowej pozycji. Te małe rączki będą kiedyś rękami dorosłego mężczyzny, myślę. Może będę się na nich wspierać, jeśli będę potrzebowała pomocy? Czy o tym myślała też i moja Mama śpiewając kołysankę swojemu wnukowi, którego dorosłości nie było jej dane doczekać?
Tego już się nie dowiem.
A ja?
-
Łącząc jeszcze raz podziękowania dla Anny Janko, która zgodziła się poprowadzić mój debiutancki wieczór autorski pozwalam sobie dołączyć tym miejscu fragment mojego bloga, uzupełniający niejako wypowiedź Anny J.: Prowadząca spotkanie Anna Janko rozmawiała ze mną całkiem serio, choć zwykle nasze rozmowy przebiegają w mniej oficjalnym tonie. W ramach przygotowań do owego wieczoru Ania zaproponowała, między innymi, żebym spróbowała scharakteryzować siebie jednym (może być dłuższe) zdaniem. Próbowałam ułożyć owo zdanie, w którym mogłabym zawrzeć i to, że jestem duchem niezależnym i krnąbrnym, dzięki czemu pakuję się w tarapaty, których potem… nie żałuję, że czasem, acz niechętnie, korzystam z rad najbliższych, że nie marzę o uznaniu i pochwałach, ale sprawia mi przyjemność, gdy na nie zasłużę, że radość, którą czerpię z życia pochodzi raczej z nieświadomości, bo to korowód namiętności i stanów ducha. Nie udało mi się tego zdania ułożyć. Na szczęście Ania o to nie spytała. Uważa, że często brak mi powagi. I ma rację.
Jeśli miałabym ująć najkrócej moją charakterystykę? Hm. Spotkałam się z takim określeniem: super laska. To lubię!
-
O wieczorze autorskim
Z okna widzę wszystko na co lubię patrzeć w maju. Kwitnące bzy białe i bladolila, pigwa o białoróżowych kwiatach dziwnie osadzonych między srebrzyście omszonymi liśćmi, buldeneż zwany tak z francuska czyli boule de neige, co oznacza kulę śniegu i wygląda jakby krzak obwieszono biało-zielonymi pomponami, blady rododendron z ciemnym oczkiem, niezapominajki, konwalie i wielka tawuła oblepiona białymi kwiatuszkami, od której oczu oderwać nie mogę. I to wszystko pod brzozami, które powoli zaczynają tracić świeżość pierwszej młodości, tak chętnie nazywanej niegdyś przez poetów wiośnianą. Przez poetów, czyli przez grupę zawodową, do której oficjalnie dołączyłam przedwczoraj, a konkretnie 16 maja. Wieczór autorski, podczas którego mogłam pokazać światu – zgromadzonemu w Czułym Barbarzyńcy w postaci moich bliskich, przyjaciół i znajomych – mój tom poetycki Ogrody wieczorem, zapamiętam jako spotkanie z mnóstwem pogodnej życzliwości, z dobrymi energiami i z kwiatami, całym naręczem kwiatów, z których największą radość sprawił mi bukiet konwalii. Nie przypadkiem pojawiają się często w moich wierszach. Wiersz tytułowy i kilka innych przeczytała przejmująco Marzena Trybała. Muszę się nauczyć czytać głośno swoje wiersze, bo na innych wieczorach autorskich będę to robić sama. Prowadząca spotkanie Anna Janko rozmawiała ze mną całkiem serio, choć zwykle nasze rozmowy przebiegają w mniej oficjalnym tonie. W ramach przygotowań do owego wieczoru Ania zaproponowała, między innymi, żebym spróbowała scharakteryzować siebie jednym (może być dłuższe) zdaniem. Próbowałam ułożyć owo zdanie, w którym mogłabym zawrzeć i to, że jestem duchem niezależnym i krnąbrnym, dzięki czemu pakuję się w tarapaty, których potem… nie żałuję, że czasem, acz niechętnie, korzystam z rad najbliższych, że nie marzę o uznaniu i pochwałach, ale sprawia mi przyjemność, gdy na nie zasłużę, że radość, którą czerpię z życia pochodzi raczej z nieświadomości, bo to korowód namiętności i stanów ducha. Nie udało mi się tego zdania ułożyć. Na szczęście Ania o to nie spytała. Uważa, że często brak mi powagi. I ma rację.
Jeśli miałabym ująć najkrócej moją charakterystykę? Hm.
Spotkałam się z takim określeniem: super laska.
To lubię!
-
-
Ten obraz to fragment mojego obrazu olejnego p.t. ”Rycerz nieistniejący”, który wykorzystałam na okładce mojego tomu poetyckiego ”Ogrody wieczorem”. Pomysł z haftem krzyżykowym bardzo interesujący. Dzięki!
-
czyżby wyszywany krzyżykiem obraz? taka ciemna, piękna noc
Ten obraz to fragment mojego obrazu olejnego p.t. ”Rycerz nieistniejący”, który wykorzystałam na okładce mojego tomu poetyckiego ”Ogrody wieczorem”. Pomysł z haftem krzyżykowym bardzo interesujący. Dzięki!
Faktura tego fragmentu w dolnej części przypomina mi obrazy wyszywane krzyżykiem. Jak taki efekt uzyskałaś przy malowaniu farbą olejną? Pozostanie tajemnicą. Tom już w księgarniach?
-
Zapraszam na mój Wieczór Autorski
WIECZÓR AUTORSKI
JOLANTY f MĄKOSY
z okazji wydania jej tomu poetyckiego
OGRODY WIECZOREM
w środę 16 maja 2012 o godzinie 20.00
Czuły Barbarzyńca,Warszawa,
ul. Dobra 31
Spotkanie poprowadzi Anna Janko
wiersze przeczyta Marzena Trybała.Ogrody wieczorem
Ogrody wieczorem
nie dbają o swój wygląd.
Wystarcza im wewnętrzny spokój
i blade światło jasnej zieleni.
Tęskniąc do ludzi,
nie narzucają im swojej władzy.
Lubią towarzystwo,
stale hodują jakieś zwierzęta,
najchętniej jeże, motyle i jaszczurki.
Wieczorami śnią,
że są białym pokojem z jednym oknem,
na zimnej posadzce w czarno białą szachownicę
stoi stolik do gry w szachy.
na stoliku leży książka,
wiatr odwraca kartki,
na posadzkę spada fotografia:
kobieta w białej sukni stoi w cieniu brzóz,
zegarek na ręce wskazuje trzy na dziewiątą.
Kobieta patrzy przed siebie, jakby wypatrywała
obłoku, który nadpłynie z północy.
Sen powtarza się każdego wieczoru.
Nie wypada wspominać o tym w towarzystwie,
trzeba opowiadać, że się ma sny erotyczne.
Wczesną jesienią ogrodom zdarzają się napady buntu.
Myślały, że inaczej urządzą sobie życie.
2004/2010
-
O prezencie imieninowym
Myślę, że fajnie jest posadzić malutki zagajnik brzozowy w dniu imienin swojego małego wnuka. Wczoraj tak zrobiłam. Będę ich obu razem fotografować co roku około świętego Stanisława.
Kilkanaście półmetrowych brzózek samosiejek, które wyrosły w bramie sąsiedniej niezabudowanej jeszcze posesji, skazanych na zagładę niedługiej przyszłości, przejechało taczką i zamieszkało na naszej łące, opodal miejsca, z którego M. musiał niedawno z bólem serca wyciąć kilka uschniętych
czeremch.Umarł król – niech żyje król!
-
O kukułczym kukaniu
Układałam wczoraj w otwartym oknie kwiaty w wazonie – kupione na targu w Pruszkowie żółte tulipany i zwykłe białe narcyzy, te o niedużych, mocno pachnących kwiatach, które pamiętam jeszcze z ogrodu rodziców na Polankach, i naraz usłyszałam kukanie kukułki. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek słyszała je tutaj, a zwłaszcza z okna. W dzieciństwie gdy słyszało się głos kukułki na naszym podwórku, to mówiło się: Kukułeczko, moja miła, ile latek będę żyła? I te kukułki kukały wtedy tak długo, że gubiłam się w rachubach, skutkiem czego wydawało mi się, że żyć będę wiecznie lub coś koło tego. Wczoraj też odruchowo zaczęłam liczyć. Kukułka kukała niespiesznie, lata mojej przyszłości odliczała powoli, doszłam do jedenastu kiedy ucichła i wtedy rozległo się głośne pukanie do drzwi werandy. Aż podskoczyłam. W progu nie stała bynajmniej biała postać z kosą na ramieniu, tylko pan S., który pomaga w ogrodzie. Bardzo podekscytowany poprosił mnie o jak najszybsze pożyczenie złotówki lub choćby pięćdziesięciu groszy, dodając, że potem mi wyjaśni o co chodzi. Rzuciłam się na poszukiwanie portmonetki, z garści drobniaków wydłubałam pięćdziesiąt groszy i wręczyłam panu S., który chuchnął na nie i schował do kieszeni, a następnie wyjaśnił mi, dlaczego to takie ważne: u nich w domu wierzyło się, że kto ma monetę przy sobie, gdy kukułka pierwszy raz tej wiosny zakuka, ten będzie bogaty. Użył zwrotu: żeby mnie kukułka przy pieniądzach okukała. Jaki praktyczny zabobon! Natychmiast wsunęłam do kieszeni złotówkę i powróciłam do układania kwiatów. Kukułka kuknęła jeszcze dwa razy. Pieniądze może nie dają szczęścia, ale przynajmniej pozwalają być nieszczęśliwą w komfortowych warunkach. A to takie przyjemne.
A potem zaczęłam szukać symboliki związanej z kukułką i okazało się, że jest tego całkiem sporo:
Że w folklorze wielu krajów to ptak przynoszący szczęście.
Że na polskich wsiach tradycyjnie kukanie przepowiada małżeństwo. Od wieków ciekawskie dziewczęta recytują w lesie wierszyk: „Kukułeczko, panieneczko, z paproci i ziela, powiedz mi ile lat do mego wesela”.
Że kukułka jest symbolem miłości od czasów starożytnych. Według jednego z greckich mitów, na górze Thornaks (dziś zwanej Górą Kukułczą) w Argolidzie Zeus ubiegał się bezskutecznie o rękę swej siostry-bliźniaczki Hery, że odrzucony amant użył więc podstępu i zamienił się w małą, przemoczoną kukułkę, a Hera, litując się nad biednym ptakiem, czule przytuliła go do piersi, by mógł ogrzać i osuszyć piórka. Że Zeus tylko na to czekał – ponownie przybrał postać mężczyzny i uwiódł boginię. Że romans zakończył się ślubem, a kukułki stały się od tej pory nadwornymi ptakami Hery, boskiej opiekunki małżeństwa.
Że w Japonii kukułka to smutek i samotność:
Smutek mam w sercu
gdy słyszę cię, kukułko,
a samotność moja się pogłębia
(haiku Matsuo Basio, 1644—1694)
Że w którym kierunku się patrzy, gdy kukułka zakuka raz, w tym będzie się od dziś za rok, a gdy się patrzy w ziemię, to wróży śmierć.
Że w średniowieczu uważano, że diabły przybierają postać kukułki, a jej nazwa służyła i służy do dziś w języku niemieckim jako eufemizm nazwy diabła: Holdich der Kuckuck! Co znaczy: „Niech cię diabli wezmą!”
Że kukułka – zwana też zazulką lub gżegżółką – może symbolizować egoizm, pasożytnictwo, podstęp, oszustwo, przywłaszczenie, uzurpację; tchórzostwo, lenistwo, głupotę; demoniczność, obłęd; duszę ludzką; jednostajność, smutek, samotność; ale i wędrujący głos, wróżbę, szczęście, wiosnę, deszcz, bogactwo; lubieżność; małżeństwo, miłość; zazdrość, zdradę małżeńską.
Co kraj to obyczaj.
Ja z kukułczego kukania wybieram miłość, wiosnę, szczęście i bogactwo.
A Ty?
Też zawsze liczę kukania. Moja Babcia wierzyła, że wróżą długość życia, Dziadek natomiast zawsze miał przy sobie monetę by go nie okukano bez grosza
A ja tak sobie liczę, bo liczę że wróżą coś dobrego
W moim domu też mawiało się,że posiadanie pieniędzy przy sobie, gdy pierwszy raz danej wiosny usłyszy się kukułkę wróży,że ich nie zabraknie. Pod koniec kwietnia pracowałam do późna w ogrodzie. Nie miałam przy sobie ani grosika, gdy z pobliskiego lasu dobieglo mnie kukanie kukułki. Nie spodziewalam się jej tak wcześnie
. Dziękuję za piękną opowieść
Dziekuje za bardzo ciekawy, a zarazem przywolujacy wspomnienia z dziecinstwa – rowniez mojego – wpis! Pozdrawiam!
Wspaniała opowieść – zaś mnie przypomina się Skrzetuski i tych jego i Heleny wykukanych dwanaście chłopaczysk…
Ciekawe, bardzo ciekawe…
U mnie na wsi tez dobrze bylo miec przy sobie pieniadze kiedy kuka kukulka.
-
-
-
O ostatniej kwietniowej niedzieli
Pogoda jak w raju, zieleń jak w raju, ptaki jak w raju,
cisza i spokój jak w raju. I w tym raju tylko my dwoje i dwóch malutkich
chłopczyków słodkich jak aniołki. Nastrój iście niebiański. Psy odpoczywają w
cieniu, Kazio śpi na górze, Stanisław bawi się ekspresem do kawy w gotowanie
kawy i durszlakiem w gotowanie makaronu. Mirosław drzemie rozłożony na dwóch
ogrodowych fotelach. Poobiednia sjesta. Lekki wiatr kołysze gałązkami brzóz, na
których dopiero co pojawiły się listki, przynosi zapach kwitnącej tawuły,
której krzewy zamieniły się w zastygłe białe kaskady, rajskie jabłonie stoją w
pełnej gotowości – za chwilę okryją się różowym kwieciem, tak właśnie kwieciem,
bo nie sposób nazwać kwiatami tych różowych obłoków, w które lada dzień
zamienią się wszystkie trzy jabłonki. Niebo rozgrzane nagłym upałem do białości
zdaje się być tak samo czyste jak w pierwszych dniach stworzenia. Piję kawę z
odrobiną cointreau i bombardino – smakuje bosko. Potem gin z tonikiem i z lodem
– idealny na dzisiejszy upał. Siedzę w cieniu i ze smutkiem patrzę na niebo,
którego w tym roku nad naszym ogrodem dużo więcej niż dotychczas: w
ubiegłorocznych majowych ulewach i podtopieniach zalaniu potopiły się nasze
czeremchy, część trzeba było wyciąć jeszcze rok temu,
kilka niby przetrwało i dopiero w tym roku okazało się, że też nie ożyją. Co je zabiło? Woda nawet nie dotarła
do niektórych.Wieczorem palenie ogniska, koło północy, w blasku księżyca, słuchanie
słowików i żab, oglądanie gwiazd i ran zadanych przez gałęzie. Przed snem -
wyciąganie drzazg. Niektóre nie dają się usunąć. Takie życie. -
O zwierzeniach
- Słuchaj Mirka, chciałabym ci się zwierzyć z pewnego mojego kłopotu…
- Powiem ci szczerze, Zofio: najpierw będę udawała, że cię rozumiem, potem opowiem wszystko Krysi, a za chwilę stwierdzę, że mam ciebie i twój problem w d-pie.
-
O czytaniu Kubusia Puchatka
Za oknem jaśnieje Wenus i powoli zapada sobotni, wiosenny
zmierzch, dość ciepły po niespodzianie pięknym dniu, który rozpoczął się
deszczowo, ale koło południa pojaśniało i potem już było słonecznie i pięknie,
na tyle pięknie, że całe popołudnie spędziłam w ogrodzie z moimi wnukami,
którymi opiekuję się w ten weekend. Wyciągnęliśmy drewniany wózek drabiniasty, trzyletni
Staś ciągnął w nim po trawniku rocznego Kazika, który zaśmiewał się w głos z
radości. Potem ja ciągnęłam ich obu. Sceny idylliczne jak z nieco przesłodzonej
dziewiętnastowiecznej ilustracji. Dwóch małych chłopczyków, jeden z fryzurą
przypominającą długo niestrzyżonego Krzysia, tego od Kubusia Puchatka, drugi
jasny, pogodny i nieduży jak sam Kubuś Puchatek, do tego drewniany wózek, psy,
piłki, motyle, pierwsze listki na wierzbie, świergot ptaków. Dzieci spokojne,
pogodne i grzeczne, co nie oznacza, że nie wymagają uwagi. Wymagają i dopóki
nie zasną, świat kręci się wokół nich. Ale ponieważ mój świat kręci się w ten
sposób jedynie co drugi weekend, poświęcam ten czas po prostu byciu z nimi, bez
ambicji zrobienia w tym czasie czegoś innego, wiekopomnego, nie związanego z
dziećmi. I to się sprawdza – zanurzając się bez reszty w taką babcięcą codzienność
i nie oczekując fajerwerków przyglądam się swobodnie i z ciekawością, jak z
dzidziusiów wykluwają się ludzie. Dwutygodniowe odstępy dają efekt przyspieszenia,
trochę jak oglądanie pełnego rozwoju fasolki w ciągu kilku sekund na ekranie
telewizora. Czułe patrzenie na dziecięce rozpoznawanie świata daje poczucie
bliskiego kontaktu z naturą, obaj chłopcy potrafią się sami sobą zajmować, wymyślają
różne zajęcia, zabawy, których śledzenie przypomina mi przyjemność oglądania
filmów przyrodniczych o zwierzętach. O zwierzątkach raczej.Stasiowi
czyta się ostatnio do snu Kubusia
Puchatka. Czytają mu rodzice, czytałam dziś i ja. Polega to jednak na tym,
że co wieczór zaczynać trzeba od początku. Stanisław zna już na pamięć pierwsze dwa rozdziały i nie
zgadza się, żeby zaczynać innym miejscu niż przedstawienie Misia Puchatka
zsuwającego się ze schodów głową na dół. Najpierw jednak trzeba na wyklejce prześledzić
wspólnie wszystkie w ważne miejsca wokół Stumilowego Lasu – chatkę Puchatka,
dom Królika, a zwłaszcza Gdzie Mieszkają Pszczoły. Mały paluszek pokazuje i
bezbłędnie wymienia wszystkie nazwy. A potem już można czytać. I śpiewać. Bo
jakże tu nie zaśpiewać:Jak to miło chmurką być,
Niebem płynąć jak po wodzie.
Mała Chmurka na dzień dobry
Taką piosnkę śpiewa co dzień:
- Jak to miło chmurką być,
Niebem płynąć jak po wodzie.
Mała Chmurka na dzień dobry
Taką piosnkę śpiewa co dzień:
- Jak to miło chmurką być…
Tylko jak tu śpiewać, kiedy melodia zatraciła się w
czeluściach niepamięci. Bo była, była na pewno. Czy ktoś ją pamięta? Potrafi
przypomnieć? - Wczytaj więcej











Mam nadzieję,że tak
Bardzo lubię tę kołysankę.. Jest piękna, zawsze mnie wzrusza, oczy robią się „szkliste”. Dziękuję za tę opowieść, b. miło się czytało
Ja tez dziekuje – za caly tekst! Moje Dziecko – podobnie jak Pani Wnuk – tez mialo taki okres, kiedy to w kolko prosilo o te same bajki, historyjki, filmiki. Widze, ze z wiekiem mu to przechodzi i moj Synek zaczal dopominac sie o ”nowosci”. Kolysanka o krolu, paziu i krolewnie byla jedna z ”repertuaru” mojego Taty – co wieczor usypial mnie nia, gdy bylam malenkim dzieckiem. Pamietam ten moment, gdy zaczelam juz rozumiec tekst piosenki i zrobilo mi sie zal owych trojga nieszczesnikow. Nie satysfakcjonowaly mnie bynajmniej tlumaczenia i pocieszanie, ze ”przeciez byli do jedzenia”. Ach, wspomnienia… Pozdrawiam!