-
Bardzo pozdrawiam Oskara, to bardzo rozsądny miś w całym tym przemyśle.
-
-
Widziałam już wiele wersji ”Upadku”, ta jest doskonała. Usuwają historię? Sądząc po moich studentach, sądziłam, że już dawno usunęli….
-
Niesamowity cytat, i jaka prorocza intuicja! Pozdrawiam serdecznie – też już mi się skończył długi weekend, udany, choć nieplanowany, i siedzę na tekstem…No właśnie widać, jak siedzę, komentując blogowisko
-
Mądrze…
-
Wspaniała opowieść – zaś mnie przypomina się Skrzetuski i tych jego i Heleny wykukanych dwanaście chłopaczysk…
-
Mary, bardzo dziękuję, bo faktycznie ”to autorka miała na myśli” pisząc ten tekścik. Prowadziłam tu bloga rok temu i nie będę do blogowania wracać, ale było to cenne doświadczenie dzięki spotkaniu Wspaniałych Osób na tym portalu. Serdecznie pozdrawam.
-
Trzymam kciuki za ten wspaniały wysiłek, świadczący o ludzkiej godności – wysiłku uważności, czujności wobec myśli destrukcyjnych, negaatywnych… Przekonuję się, że takie myśli, utrwalone i rozpowszechnione, wpływają na rzeczywistość – dobrze więc czytać o tej codziennej samodyscyplinie radości.
-
Tak trzymać i łapać karpia (czyli carpe diem).
-
Obraz ma tytuł ”W tej chwili być całkowicie”. Ja go nazywam dla uproszczenia ”Motylem”.
-
Anko, ale ja nie chcę zostać laureatem! A w ogóle, co by to było za pisanie dziennika z wizją na laury, he he… Panu Tomaszowi dziękuję za poszerzenie wpisu.
-
Świetna analiza. Powtórzę za kimś – nie krytykuję Piszących, to wspaniale, że piszą o swoim cierpieniu. Krytykuję jednostronne wybory tematyczne – naprawdę, pisałam już, że nie chcę być złośliwa, ale zrobienie analizy opublikowanych, nagrodzonych dzienników z przestrzeni kilku lat ukazałoby bardzo wyraźną, jednoznaczną tendencję, która – jak sądzę – nie pozostaje bez wpływu na przysyłających swoje teksty. Cierpienie jest – ale jak z niego wychodzić? To jest pytanie, które mnie fascynuje, nie zaś nasze typowe środkowoeuropejskie masochistyczne nurzanie się w ”bebechach”, by tutaj przywołać Witkacego.
-
mam skojarzeń lawinę – po pierwsze: Izabellan potrafiący umiejętnie zabijać studentów, po drugie Potęga Kobiecości – Matka Natura – wyrafinowany Sex appeal – wreszcie Wolność!
skoro malarka stworzyła ów obraz opierając się o słowa, którymi opisałaś siebie to TO jesteś TY, Twoje wnętrze, Melodia Twojej Duszy – nietuzinkowa Energia kobieca w całej swojej dostojnej, pięknej, subtelnej okazałości!
Jaki ma tytula ten obraz?
Znam te obrazy.Depresja nie lubi działań siłowych ,ostrzegam przed tzw radosnością – tak to nazywam. Z depresji wychodzi się prawdą do bólu.
Obraz ma tytuł ”W tej chwili być całkowicie”. Ja go nazywam dla uproszczenia ”Motylem”.
Aż chce sie tańczyć patrząc na tego ” Motyla” Pa ram pa pa !
Dużo tu motyli w ”Zwierciadle”. Ten z obrazu jest nieokiełznany w radości
W sztuce jest miejsce na wszystko, na każde uczucie i to w niej jest cenne. Niech każdy motyl fruwa, gdzie chce
Piekny! Sama powiesilabym go sobie na scianie!
Obraz ”Motyl” jest niczym magiczny talizman – promieniuje z niego pozytywna, silna energia, podobnie jak ze slow Malarki. Co do tekstu Pani Izabellan traktujacego o cierpieniu, sadze, ze w gruncie rzeczy jest on pelen optymizmu, odwagi i wiary Autorki w zwyciestwo w walce z ciezka choroba. Czasem, gdy juz brak nadziei i sil, by podniesc sie z nieszczescia, na naszej drodze pojawia sie Aniol pod postacia madrego, zyczliwego Czlowieka. Czlowiek ow podaje nam pomocna dlon i krzepi nas dobrym slowem, bysmy mogli powstac i kroczyc dalej przez zycie. Izabellan, prosze otaczac sie zyczliwymi ludzmi, pieknymi obrazami i czerpac z zycia jak najwiecej radosci! Dzieki cudownej, uzdrawiajacej mocy optymizmu ludzie sa w stanie pokonac najciezsze choroby duszy i ciala, podzwignac sie z zyciowych tragedii. Dziekuje za ten i inne Pani teksty. Czekam na wiecej! Bede tu do Pani zagladac. Serdecznie pozdrawiam!
Do Anki Korony: Pani Anko, czy przypadkiem Pani ”komplement” pod adresem mego wpisu nie jest przykladem tej – jak to Pani trafnie okreslila – ”tzw. radosnosci”? Tak czy inaczej – dziekuje. Moze w podziece powinnam odpowiedziec Pani podobna rymowanka rodem z przedszkolnej piaskownicy?… HA, HA, HA! – oto moj komentarz do Pani komentarza, ktory chyba mial nas tu wszystkich rozbawic, czyz nie?
Mary, bardzo dziękuję, bo faktycznie ”to autorka miała na myśli” pisząc ten tekścik. Prowadziłam tu bloga rok temu i nie będę do blogowania wracać, ale było to cenne doświadczenie dzięki spotkaniu Wspaniałych Osób na tym portalu. Serdecznie pozdrawam.
-
Sztuka i cierpienie
Choruję sobie.
Tak już rok sobie choruję albo i dwa.
Fazowo to idzie, czasem lepiej, czasem gorzej, za to choroba niestety niezbyt ekskluzywna czy elitarna, ot, już się dawno wspięła na szczyty rankingów popularności w zachodnich rozwiniętych społeczeństwach.
Depresja.
Dwa miesiące temu wróciłam po rocznym zwolnieniu lekarskim. Wróciłam, to znaczy przestałam spać 16 godzin na dobę, w czym przez cały rok dzielnie pomagały mi urządzenia małej architektury ogrodowej typu ławki parkowe. Buty pod ławkę, gazeta pod głowę i lulu.I do następnej ławki, bo z chodzeniem nie szło mi najlepiej, tzn. spać mi się chciało. Buty przetrwały.
Nie przetrwała niestety moja Pani Psychoterapeutka. Zanim dowiedziałam się, o co chodzi z tą depresją, pani Krystyna zmarła na sepsę w szpitalu w Gdyni. Stałam, wciskałam dzwonek do domofonu, dzwonek nie odpowiadał.
I już nigdy nie odpowie, mnie zaś już nie stać na psychoterapię.
- Potrzebujesz obrazu – powiedział Seweryn kategorycznym tonem.
- Sztuka ci pomoże.
- Jakiego obrazu? Na taki klimat to tylko Beksiński chyba. I nóż w brzuchu.
- Nie chrzań, tylko zamawiaj obraz. Obraz wszystko zmieni.
Zamawianie obrazu nie jest proste. Powinnam była pojechać do Malarki, ale leki nie pozwalały mi na prowadzenie samochodu. Tzn. próbowałam jeździć, bo bardzo lubię, ale wtedy chyba właśnie po raz pierwszy Kaszubi z miasteczka ujrzeli szarą toyotę jeżdżącą pod prąd i na znakach zakazu. I to parę razy, bo jakoś do domu nie mogłam z powrotem trafić.
Więc pozostał telefon. Musiałam opisać, kim jestem (kim ja do diabła jestem?!), o co chodzi ogólnie i szczegółowo, jakie symbole lubię, i jakie kolory mi się podobają. Powiedziałam, że nic nie wiem i żeby nie było brązowego. Miesiące mijały, obraz był gotowy, więc jak już odróżniałam burtę samochodu od rufy, to ruszyłam do Gdańska.
Malarka mieszka z mamą, chorą ciężko, lecz dzielną. Malarka ma koło pięćdziesięciu paru lat, jest przysadzista i uśmiechnięta. Jest też mistrzynią zen.
- Obraz – powiedziała Malarka – przekazuje wewnętrzną energię człowieka, który go namalował. Dlatego nigdy nie kupuję dla siebie obrazów, dopóki nie poznam jego autora i nie ocenię, jakie jego emocje zostały utrwalone na płótnie. Jego emocje oddziałują na kupującego obraz, na wszystkich, którzy stykają się z obrazem. Nie kupuję obrazu, jeśli widzę, że autor ma negatywne nastawienie do ludzi, kiedy przenosi swoje frustracje i problemy psychiczne na dzieło.
- Dobra sztuka otwiera nam drogę do prawdziwej natury umysłu – dodała Malarka. – A prawdziwą naturą umysłu jest wszechogarniająca radość. Cierpienie, zło – one istnieją, lecz mogą działać jak pasożyty umysłu. Moja sztuka ma Ci pomóc.
Przywiozłam Obraz do domu. Nie było w nim nic brązowego. Odtąd mieszkamy razem – ja i on, Obraz. Obraz, który pomaga mi wstawać i pomaga zasypiać.
Oto on – chętnie się nim z Wami podzielę. Dobrej nocy dla wszystkich!
ludzie, którzy są świadomi swojego powołania, swojej misji są jak Anioły, które przychodzą do nas z przesłaniem – ta Pani Malarka to zapewne przecudny Anioł – podobają mi się jej słowa: ”Dobra sztuka otwiera nam drogę do prawdziwej natury umysłu – (…) – A prawdziwą naturą umysłu jest wszechogarniająca radość.” Cieszę się, że jesteś Izabellan, ponownie wśród nas.
Idąc torem myślenia pani Urszuli,rodzina może ci mieć za złe twój szczery wywód.Natomiast podziwiam za tekst odmienny w tonacji znanej mi Izabellan,prawdziwy i niestety smutny.Dyskutanci poniżej może wzięliby go w obroty krytykanckie.Ja tego nie zrobię.Twoja osobista prawda wewnętrzna jest niezwykła i taka zostanie.Pamiętaj jednak i tu powtórzę,że na konkurs wysyła się głównie by wygrać.Takie jest utajone motto konkursu.Pisanie do szuflady jest sztuką dla siebie,z której nic nie wynika.Jedynie konfrontacja siebie ze światem wzmacnia.Pozdrawiam Izabellan.
Nie wiem jak się leczy depresję, ale mam wrażenie po Twoim wpisie że gorzej niż zwykłą chorobę:( Życzę powrotu na prostą, nie akceptuj pochłaniających Cię dementorów.
Gdybyś, Anka, rzeczywiście poszła torem mojego myślenia- zaszłabyś gdzie indziej
Nie chodzi o pretensje rodziny, chodzi o współodpowiedzialność za bliskich przy przekraczaniu tabu. I nie ma to nic wspólnego z powyższym tekstem.Pani Urszulo,ja nie musze chodzić pani torami myslowymi i nie chcę.Dalej pani nie chce zrozumieć sensu słów przez siebie pisanych.Droga pani,pisanie dziennika nie ma nic wspólnego z kalkulacją,często chłodną.To spontaniczny zapis prawd wewnętrznych.Jeśli rodzina przyczynia się do pewnych spraw,to jej się obrywa,niestety.Ile tego u np.Białoszewskiego,Iwaszkiewicza,Dąbrowskiej. Proszę nie zmuszać innych do nasladowania siebie.
Wiesz Magda,naprawdę napisałaś coś fajnego,podoba mi się.Pisz dziennik,ten koń jest wart zawodów.
-
Marta Motyl – ”nikt nie zmusza…” – jako stała czytelniczka Zw. mam jednak wrażenie, że właśnie zmusza! Interesują mnie dzienniki, interesują mnie inni ludzie i to, jak sobie radzą z życiem, szukam w tym wzorca i porady – zaś od kilku lat konfrontuje się mnie z jakimś szpitalem dziennikowym, nie uwłaczając Autorom, co do których mam nadzieję, że faktycznie spisanie ich przeżyć pomogło w ich nazwaniu i przezwyciężeniu. Sprzeciwiam się jednak materialnemu, poprzez słowo drukowane, zatrzymywaniu i rozpowszechnianiu cierpiętnictwa bez pokazania codzienności, która jest pełna humoru i absurdu, bez pokazania ludzi, którzy dzielnie szukają dróg wyjścia ze złych sytuacji. Literackie narzekanie to bardzo łatwe. A co dalej?
-
Szanowny Panie Tomaszu, bardzo dziękuję za uczciwą odpowiedź! Nie spodziewałam się, to naprawdę bardzo w porządku. Obstaję przy swoim zdaniu, które opiera się też na przekonaniu, że dzięki słowom i myślom, jakie powtarzamy, kreujemy też w jakiś sposób naszą rzeczywistość. Państwo jako jury konkursu, windując na piedestał dramat i cierpienie, powodujecie, iż słowa pełne lęku i bólu są zwielokrotniane, utrwalane, zatwierdzane w materialnej rzeczywistości. Mogłabym być złośliwa i zrobić mały research z nagrodzonych dzienników z kilku lat i udowodnić swoją tezę. Obawiam się, że w ten sposób inteligentni przecież czytelnicy dawno już zorientowali się, co jest nagradzane, i wpisali się w ten trend. – Z drugiej strony, konkurs na pewno jest bardzo ważny, podobno otrzymują Państwo kilkaset dzienników. Sądzę, że w całym tym ogromie cierpienia trzeba szukać jednak humoru, dzielności, optymizmu, który przezwycięża cierpienie.
-
Wiosna, Dhof droga, brakuje mi wiosny…. Znów jakieś szalone lato, a wieczór mroźny i nieprzyjemny. Brak łagodności w tym szaleństwie pór roku.
-
dziękuję za ten tekst, wiem, gdzie jutro pójdę, by poszukać pocieszenia – las niedaleko
-
Śledzę od paru lat konkurs ”Dzień po dniu” i – mimo szacunku do Osób Piszących – jestem po prostu wstrząśnięta modelem ”życia”, jaki wyłania się z nagradzanych tekstów. Teksty chore, teksty depresyjne, teksty niemówiące nic o świecie, w którym żyją autorzy, teksty ekshibicjonistyczne bez śladu godności i samodyscypliny, teksty celowo smutne, teksty nierealne, dziejące się głównie w umysłach autorów – kreacja świata, w którym nie chce się żyć. Jestem wstrząśnięta faktem, że od lat nagradza się ”chorobę” jako niby naturalny stan człowieka. Jestem przekonana, że część tekstów powstaje po prostu pod ten wzorzec, który kiedyś tam się pojawił. Paranoja – nie, nie chcę żyć w TAKIEJ społeczności. Nie odrzucam cierpienia i choroby. Ale nie zgadzam się na stawianie cierpienia, choroby, bezsensu i beznadziei na piedestale. Są to pasożyty umysłów, które mają trzymać ludzi w niewoli, depresji, tęsknocie do śmierci. Nagradzanie takich stanów umysłu to służba śmierci.
-
Anno, nie wiem, co napisać… Obejrzałam film 1,5 roku temu. Obejrzałam krzycząc, płacząc, chowając się pod koc. Nasza świadomość musi zacząć się zmieniać… Uczciwsze były czasy, kiedy sami hodowaliśmy i zabijaliśmy zwierzęta – lecz nie na sprzedaż w supermarketach, w eleganckich opakowaniach, lecz na wyżywienie siebie i rodziny – uczciwsze było ”świniobicie” dwa razy w roku, niż to żarcie mięsa dostępne codziennie, na wyciągnięcie ręki, na każdym kebabowym rogu…
- Wczytaj więcej
