Blog ojca
-
Ból niedzielnego poranka
Byliśmy z ukochaną na premierze świetnej sztuki. Muzyka na żywo w wykonaniu i aranżacji o które biły by się najlepsze teatry Broadway,u. Chciałem o tym napisać, ale niestety rozochoceni dźwiękami muzyki po wyjściu z teatru zetknęliśmy się z ukochaną z butelką Porto najwyższej próby. Dziś leżąc w łóżku nie potrafię zebrać myśli. Ukochana proponuje żebyśmy wypocić skutki tego wspaniałego napoju na bieżni. Ja aby odciągnąć tę chwile jak najdalej zabrałem się za pisanie bloga. Niestety w głowie pustka i ciemność. O premierze napisze następnym razem. Jeśli będę coś pamiętał jeśli nie to nie szkodzi bo spektakl tak mi się podobał, że zamierzam obejrzeć go jeszcze raz. Zmaganie się z klawiaturą nie ma sensu. Na pulpicie komputera znalazłem jedno z dawnych opowiadań „tanecznych”. To dla wszystkich, którzy wybierają się na bal. Ja dziś pasuje.
Spotkanie
Siedząc w barze sączyłem białe wino. Nie spieszyłem się. Do rozpoczęcia balu pozostała godzina. Oglądając wiszące na ścianie zdjęcia Madrytu nie dostrzegłem pary, która weszła. Zwróciłem na nich uwagę dopiero, gdy kobieta się odezwała.
- Musisz to zrobić dzisiaj – zażądała zirytowana.
Nie widzieli mnie byłem zasłonięty filarem. Mężczyzna nie odpowiedział. Skinął na barmana i zamówił kieliszek likieru i espresso. Był wysoki, szczupły, ubrany w czarny, dobrze skrojony garnitur. Nie miał jeszcze trzydziestki, ale na jego twarzy widać było zmęczenie. Ona w tym samym wieku. Blondynka z długimi włosami opadającymi do ramion, w czarnej zbyt krótkiej sukience obszytej błyszczącymi cekinami. Gdy barman postawił kieliszek, szybkim ruchem opróżniła go do połowy.
- Dlaczego nic nie mówisz? Powiedz, że to załatwisz!
Mężczyzna upił łyk kawy.
- Agnieszko, co się z nami stało? Wcześniej tacy nie byliśmy.
- Z nami??– na jej twarzy pojawił się grymas – Chyba z tobą – poprawiła go – Obiecywałeś, że świat będzie należał do nas. Jak prosiłeś mnie o rękę mówiłeś, że przepłyniemy przez życie jakbyśmy żeglowali po niebie. I co z tego wyszło? Zamiast żeglować- toniesz, a ja niestety razem z tobą.
- Ależ, kochanie.. – próbował coś powiedzieć..
- Nie mów do mnie kochanie. Najlepiej w ogóle do mnie nie mów, zanim tego nie załatwisz. Mam dosyć takiego życia, nie potrafisz niczego osiągnąć..
- Nie jestem taki zupełnie do niczego – próbował rozładować atmosferę – Pamiętasz, cztery lata temu wygrałem mistrzostwa świata w tangu . Byłaś ze mnie taka dumna.
- Tango – srango. Ono za nas nie spłaci kredytu za mieszkanie. Miałeś zrobić karierę w banku, i co? Szef pewnie nie pamięta jak się nazywasz a pensje masz mniejszą od mrówki.
Mężczyzna zamyślił się. Zdawał się nie słuchać.
- Nie mam czasu na taniec. Czuję jakby spuszczono ze mnie powietrze. Może, gdybym znów zaczął ćwiczyć? – mówił bardziej do siebie niż do niej.
- Mam dosyć tych sentymentalnych bzdur – przerwała mu – Na balu lepiej nie zbliżaj się do parkietu. Tam będą poważni ludzie, bankierzy od których zależy twoja kariera. Masz na nich zrobić wrażenie stuprocentowego profesjonalisty, a nie wyglądać na roztańczonego błazna. Choć raz zachowaj się jak mężczyzna. Podejdź do szefa, napij się z nim wódki i poproś o podwyżkę.
W jednej chwili sprowadziła go na ziemię.
- To nie najlepszy moment, żeby prosić o pieniądze. On będzie chciał się bawić. Nie mogę mu zawracać głowy służbowymi sprawami. Zresztą nie muszę żebrać, pracuje tam od czterech lat i na pewno w końcu mnie awansują.
Kobieta zmarszczyła czoło.
- Od lat słyszę jak szef wykorzystuje twoje pomysły, budując na nich swoją karierę. Nie potrafisz zadbać o swoje interesy! Kto na bal bankowca przychodzi dla przyjemności. To jest biznes, a ty zamierzasz stać jak ciele. Nic dziwnego, że w Laion Banku nikt cie nie zauważa. Radzę ci, pójdź do niego i walcz o swoje, bo inaczej ja to zrobię…
Po godzinie, spotkałem ich ponownie w sali balowej.
- jest twój szef – wskazała zataczającego się przy barze mężczyznę – Idź!!!
- Proszę cię, nie zmuszaj mnie porozmawiamy o tym spokojnie w domu. Nie potrafię prosić. Nie przejdzie mi to przez gardło. Ten facet to zawodowe zero. Gdybym go nie powstrzymał, wywróciłby bank na kilkanaście milionów przy inwestycjach w opcje..Nikomu nie będę się podlizywał.. W końcu ktoś na górze doceni moją pracę.
- Nigdy się nie zmienisz – odwróciła się i wyszła z sali.
Był kompletnie zdezorientowany. Nagle orkiestra zaczęła grać tango. W jednej chwili muzyka przeniosła go do innej rzeczywistości. Nie zastanawiając się co robi, przeszedł kilka kroków i poprosił do tańca stojącą obok kobietę. Na parkiecie jego ruchy nabrały zwinności. Objął mocno partnerkę i pewnie prowadził, trzymając blisko przy sobie. Widać, że nie była przyzwyczajona by ktoś nad nią dominował. Znałem ją, była dyrektorem Alexis Banku. Była przyzwyczajona, że to ona wydaje polecenia, które wszyscy wykonują. Chłopak najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z kim tańczy. Z gracją prowadził ją po parkiecie. Przyciągał ją do siebie, odpychał, a jej czerwona sukienka wirowała, odkrywając smukłe nogi. Poruszali się jak w transie. Parkiet należał do nich, a pary rozstępowały się na boki, robiąc im miejsce. Po chwili zostali na parkiecie sami – wszyscy woleli na nich patrzeć, niż rywalizować. Mężczyźnie nie przeszkadzało, że nagle stał się obiektem zainteresowania. Z jego twarzy zniknęło zmęczenie, które widziałem w barze. Odradzał się w tańcu. Gdy muzyka ucichła, goście bili brawo. Dopiero wtedy nieco się speszył. Chciał się wycofać. Partnerka wyczuła jego wahanie i nie pozwoliła mu odejść.
- Tak łatwo pana nie puszczę – przytrzymała go – Takiego partnera spotyka się raz na milion lat. Orkiestra ponownie zagrała i tym razem to ona porwała go do tańca.
Ta kobieta miała opinie najagresywniejszym graczem na rynku finansowym. Wpatrywała się w partnera jak harpia w swoją ofiarę. Uznała, że jest jej zdobyczą.
Podszedłem do siedzącej przy stoliku dziewczyny o hiszpańskiej urodzie.
- Odbij go! – poleciłem – i dopilnuj, by przez resztę wieczoru nie udało jej się do niego nawet zbliżyć.
- Tak jest szefie! – dziewczyna bez zbędnych pytań wmieszała się w tańczący tłum.
Nie musiałem sprawdzać czy da sobie radę. Była najlepszą szefową kadr z jaką pracowałem. Byłem prezesem Laion Banku i nie mogłem pozwolić by konkurencja przejęła takiego pracownika. Jego żona w jednym miała racje nawet na balu bankowca trzeba myśleć o interesach.
Dyrektor Alexis Banku stała samotnie na parkiecie. W interesach nie była ideałem, ale trzeba przyznać potrafiła wyśmienicie tańczyć. Zamierzałem poprosić ją do tanga, ale ubiegł mnie szef mężczyzny którego spotkałem w barze. Złapał ja za rękę i mocno chwiejnym krokiem poprowadził na parkiet. Tym razem nie interweniowałem mogła go porwać nawet na zawsze. Miałem już kandydata, który od poniedziałku miał w banku zająć jego stanowisko.
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2012-01-08 12:58:43 · Wyświetl
-
TAJEMNICE DUSZY MEJ
Wyjeżdżając na narty porzuciłem ukochane dziecko. Wyrwaliśmy się z ukochaną tylko we dwoje. Syn Staś pozostał sam jak palec w otoczeniu prababci, plutonu dziadków, cioci, kuzynki. Na brak towarzystwa nie mógł narzekać niemniej dręczony wyrzutami sumienia czując się jak wyrodny ojciec kilka razy dziennie dzwoniłem do Stasia. Nasze rozmowy przebiegały mniej więcej tak:
- Jak się czujesz syneczku?
- Świetnie tato właśnie jestem po śniadaniu, zjadłem sześć zapiekanek i dwa batony czekoladowe.
Rozmowa po kilku godzinach
- Jak się masz synku?
- Świetnie tato. Jestem najedzony na obiad dostałem sześćdziesiąt dwa ruskie pierogi, i prababcia szykuje mi dokładkę
Rozmowa na koniec dnia
-, Co słychać synku?
Świetnie tato. Jestem po kolacji. Dostałem jajecznice z sześciu jajek, kładzione kluski, pierogi, co miały być na pojutrze i czekoladę.
Gwardia opiekunów Stasia prześcigała się w popisach kulinarnych, traktując go jako pojemnik na żywność. Staś był tym zachwycony, ja trochę mniej. Poinformowałem syna, że jeśli natychmiast nie zaprzestanie konsumpcji, zamiast na ferie z ojcem pojedzie na obóz przygotowawczy do maratonu, co umożliwi mu szybki powrót do sylwetki z jaką został oddany pod opiekę tego sztabu kucharzy.
Gdy na głos złorzeczyłem na to zamiłowanie wszystkich do kuchni moja wszechwiedząca ukochana wprowadziła mnie w zupełnie nieznaną dziedzinę wiedzy. Czy wiecie państwo jaka tematyka jest najczęściej czytana w Internecie. Bynajmniej nie blog Tomasza Jastruna, nawet nie porady seksualne, czy horoskopy. Hitem portali internetowych są przepisy kuchenne. Literatura, sport, sex wszystko przegrywa z kuchnią. Jak w takich warunkach miałem na podległość zadbać o i tak już mocno zaokrąglona linie syna. Na Stasia jest jeden skuteczny sposób sport. Gdy w trakcie kolejnej rozmowy zagroziłem mu, że po moim powrocie będzie musiał zrobić pompek za każdą wepchniętą w siebie kalorie Staś się przestraszył.
Po powrocie zasiedliśmy do kolacji. Staś odmówił pysznego spagetii, z krewetkami i cukinia, które przygotowała ukochana.
- Odchudzam się – wyjaśnił spytany o powód – zamiast kolacji zjem tylko kilka bułeczek.
Gdy ja pisze bloga ukochana przeprowadza ze Stasiem rozmowę o świadomym odżywianiu się. Widziałem ją idącą do kuchni po trzeci kieliszek wina dla uspokojenia nerwów, sadzę że tego wieczora to Staś będzie kalorycznie do przodu. Gdy oni sobie gaworzyli zakradłem się do kuchni i pożarłem porcje spaghetti syna. Było pyszne.
l
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2012-01-06 10:50:47 · Wyświetl
No cóż … w tzw dobie coraz intensywniejszych bodźców, ludzie lubią eksperymentować … W seksie w zasadzie wszystko już zostało przerobione przez ludzkość, horoskopy, jak się okazuje, rozczarowują, bo się nie sprawdzają, a kuchnia … w niej ciągle jeszcze tyle można poeksperymentować, byle tylko mieć inspirację … a o nią nietrudno w internecie
) Spagetti były z czym? Z krewetkami i cukinią? No proszę, tego jeszcze nie próbowałam
) Muszę poszukać przepisu …
-
MRÓZ SYLWESTROWEJ NOCY
Sylwester zastał nas w górach. Ukochana wynalazła rajski zakątek. Krynica Górska słynąca z mikroklimatu jedno z niewielu zaśnieżonych miejsce w zalanym deszczem kraju. Trafiliśmy do urokliwego hotelu SPA, gdzie nieopatrznie po przyjeździe stanąłem na wadze. Rezultat był tragiczny. Świąteczno- kulinarne szaleństwa ukochanej spowodowały, że było mnie o pięć kilo za dużo. Zostało cztery dni żeby coś z tym zrobić, w przeciwnym wypadku nie miałem szansy wciśnięcia się w sylwestrowy smoking. Przedpołudnie na nartach, potem wspinanie się na Jaworzynę, bieżnia, na koniec dnia basen. Czułem się jak na obozie przetrwania, jedynym pocieszeniem było, że ukochana dzieliła ze mną te wszystkie trudy. Opłaciło się. W sylwestrowy wieczór smoking pasował jak ulał. Gdy ukochana wyszła z łazienki miałem wrażenie, że ujrzałem anioła. Wyruszyliśmy na sylwestrowa zabawę. Gdy dotarliśmy do hotelowej restauracji sylwestrowy nastrój ulotnił się jak amoniak. Okazało się, że hotel zwiększył liczbę pokoi zapominając stosownie rozbudować restauracje. Wszyscy goście się nie mieścili. Zostaliśmy podzieleni na obywateli dwóch kategorii tych z prawem zasiadania w Sali z przepięknym widokiem na Jaworzynę i kategorii drugiej którzy zostali zesłani do klubu „ Lamus” w podziemiach. Biegając po górach nie mieliśmy z ukochaną czasu zadbać o nasze interesy -przydzielono nas zatem do „Lamusa”. Gdy dotarliśmy do podziemi poczuliśmy atmosferę uroczystej stypy. Odświętnie odziane pary wpatrywały się w sufit z zazdrością wyobrażając sobie co dzieje się dwa piętra wyżej. Damy sztorcowały swoich partnerów, zarzucając że są nieudacznikami niepotrafiącymi zapewnić im stosownej pozycji towarzyskiej. Udało nam się z ukochaną zdobyć dwuosobowy stolik na uboczu. Niedogodności zesłania gospodarze zrekompensowali wspaniałą kuchnią i wyśmienitymi trunkami. Tylko ten DJ sprawiał wrażenie, że cierpi na głęboka depresje a puszczana przez niego muzyka odzwierciedlała ból duszy. Część biesiadników pochwyciwszy przypadające na nich trunki zwiała. Zakładając, że dalej może być tylko gorzej pałaszując tatara z tuńczyka i pierożki Won Ton z bażantem zaczęliśmy z ukochaną układać awaryjny plan sylwestrowy nocnego wejścia na Jaworzynę. Ukochanej nie była w stanie zniechęcić perspektywa spotkania ze złymi wilkami i rozbudzonym niedźwiedziem krążącym od kilku dni po Beskidzie Sądeckim, którą zacząłem roztaczać przed ukochaną, nie chcąc zamieniać cudem odzyskanego smokingu na kombinezon narciarski. Nagle w klubie „ Lamus” nastąpił nieoczekiwany przełom. Zagubiony w egzystencji DJ musiał pomylić płyty bo zamiast nijakich pieśni marszowych usłyszeliśmy „New York” w wykonaniu boskiego Franka Sinatry. Takiego rarytasu nie mogliśmy przepuścić. Odstawiliśmy bażanta w Won Tonie i pomknęliśmy na parkiet. Po chwili tańczący tłum rozpalił „ Lamusa „ do czerwoności. Okazuje się Frank czyni cuda. W DJ zaszła duchowa przemiana i jak z rękawa zaczął serwować największe taneczne przeboje. Parkiet należał do nas. Wirując z ukochaną czułem się jak John Travolta w „Gorączce sobotniej nocy”. Niebawem reszta hotelu gromnie ściągnęła na dół. „Lamus” okazał się perłą.
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2012-01-04 15:21:57 · Wyświetl
-
SYN MARNOTRAWNY
Michał po przespaniu Wigilii objawił się telefonicznie w drugi dzień świąt. Przy kontaktach z moim starszym synem nauczyłem się, że aby nie zwariować muszę dopatrywać się w każdej sytuacji pozytywów. Będąc konsekwentny i tym razem okazałem entuzjazm, że dopisuje mu zdrowie bo naprawdę trzeba mieć żelazny organizm żeby wytrwać w objęciach Morfeusza do czwartej po południu. Mnie nigdy w życiu taki wyczyn się nie udał. Syn przyjął gratulacje oświadczając, że chciałby się ze mną świątecznie zobaczyć. W jego zawiłym języku oznaczało to, że chciałby wpaść odebrać prezenty spod choinki. Życie nauczyło mnie, że trzeba korzystać z każdej okazji jeśli chce się zobaczyć z dorastającym dzieckiem. Nie komentując nieobecności syna przy wigilijnym stole zaproponowałem by wpadł w dowolnym najwygodniejszym dla niego terminie. Jak jest już w zwyczaju na tym etapie rozmowy pojawiły się problemy. Kalendarz syna okazał się być napięty jak cięciwa w łuku Robin Hooda. Najpierw oczekiwał na dziewczynę, która miała powrócić ze świąt spędzonych poza Warszawą, potem musiał spotkać się świątecznie z kolegą, potem z jeszcze jednym i kolejnym. Lista kłopotów związanych ze spotkaniem z ojcem piętrzyła się w tempie tsunami. Już byłem gotów skapitulować, gdy przypomniałem sobie naszą wigilijna rozmowę. Michał wspomniał, ze zaspał bo przygotowywał prezenty. Przed oczami stanął mi wymarzony obraz ptaka Dodo o namalowanie którego molestuje syna od kilkunastu miesięcy. Wizja zdobycia pożądanego obrazu zwyciężyła. Kierując się niską chęcią zysku zdecydowałem, że odwołuje wszystkie świąteczne spotkania i będziemy spokojnie oczekiwać, że w kalendarzu syna pojawi się luka. Miałem szczęście, kolega z którym Michał miał wymienić o dwudziestej świąteczne uściski zaspał. Tym fantastycznym zbiegiem okoliczności miałem szczęście zobaczyć syna a Staś brata. Ukochana ponownie wzbiła się na wyżyny gastronomiczne by uświadomić Michałowi co stracił przespawszy Wigilię. Niestety po kilku wcześniejszych spotkaniach nie był głodny. Staś nie dał się długo prosić, bez chwili wahania spałaszował porcje pierogów brata. Nadszedł czas na spóźnionego Mikołaja. Syn zgarnął stos paczek spod choinki. Po czym oświadczył, że ma dla nas własnoręcznie wykonane dzieło sztuki. Serce biło mi szybciej- oczyma wyobraźni widziałem kolorowego ptaka wzbijającego się do lotu. Michał zaczął opowiadać, że ostatnio zmienił zainteresowania artystyczne i obecnie zajmuje się krawiectwem artystycznym. Otrzymałem własnoręcznie wykonany ozdobny pokrowiec na pióro, a Ukochana w pojemnik w bajkowym kształcie na szlachetne kamienie. Gdy syn się pożegnał i pojechał na dalsze spotkania, pobiegłem do gabinetu żeby przepakować pióro do nowego pokrowca. Niestety pióro nie zmieściło się. Natychmiast usiadłem do Internetu by znaleźć przyrząd do pisania w mniejszym rozmiarze.
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2012-01-02 18:34:20 · Wyświetl
-
OPOWIEŚĆ PO WIGILIJNA
Uciekliśmy z ukochaną z Warszawy na kilka dni na narty. Wkoło piękny śnieg. Szkoda, że go nie było na święta. Mam za swoje. Jako dziecko bardzo chciałem żeby w Wigilię było ciepło i świeciło słońce. Ot taki kaprys dzieciaka z rozbitej rodziny, które nie chciało marznąć na przystankach w tą jedyną noc. Każdą Wigilię chciałem spędzić i z mamą i z tatą co oznaczało wizyty w dwóch domach i pokonanie sporych odległości. Za każdym razem to było duże przedsięwzięcie logistyczne – w jednym domu zaczynano wcześniej w drugim później, żebym w obu miejscach zdążył spotkać się ze Świętym Mikołajem. W tamtych czasach taksówki o tej porze nie istniały i czekając w zawalonym śniegiem przystanku na autobus, który w wieczory wigilijne był widmem, wyobrażałem sobie takie ciepłe wigilijne słoneczko. Z czasem logistyka wigilijna stała się jeszcze trudniejsza. Do Wigilii z rodzicami doszła Wigilia u teściów- to już trzy miejsca do objechania. Czułem się dzielny jak Święty Mikołaj przemierzając z bagażnikiem pełnych prezentów miasto. Galimatias ludzkich losów spowodował, że rekordowo udało mi się zasiąść w ten sam wieczór za pięcioma wigilijnymi stołami. W tym roku Ukochana zbuntowała się. Stwierdziła że dość tej tułaczki i ona przygotuje prawdziwe święta. Narady Ukochanej w tej kwestii z obdarzonymi kucharskimi zdolnościami członkami rodziny trwały długo. Nade mną opatrzność czuwała, musiałem wyjechać na kilka dni. Udało mi się uniknąć świątecznych zakupów, porządków i innych przedwigilijnych zajęć, o których większość mężczyzn marzy przez cały rok. Ratując honor Pana domu powróciłem z choinką największą jaka była w okolicy, trzy i pół metrową jodłą syberyjską. To był taktyczny błąd, gdyż ukochana oddelegowała mnie wraz ze Stasiem i Kubą do udekorowania drzewka. Dzieciom wieszanie bombek znudziło się po kilku minutach i poszły grać na konsoli. Okazało się, że światełka i bombki które mamy w domu wystarczą co najwyżej na karłowate drzewko a nie takiego olbrzyma. Zostałem zatem wysłany po zakupy. Gdy powróciłem okazało się, że pomiędzy Kubą a Stasiem powstał konflikt o prawo własności do konsoli i obaj antagoniści twierdzili, że już nigdy nie odezwą się do siebie słowem a w szczególności nie zasiądą razem do wigilijnego stołu. Zostałem wydelegowany jako rozjemca. Po godzinie osiągnąłem sukces lecz chłopcy zamiast pomóc mi przy drzewku powrócili do gry. Gdy po kilku godzinach morderczej pracy zamontowałem wszystko, okazało się, że zapomniałem o gwieździe na czubek. No i kolejna wyprawa do supermarketu. Potem jeszcze wizyta u sąsiada po drabinę bo nijak nie można było dosięgnąć do czubka choinki i sukces. W skrytości ducha obiecałem sobie, że nie dam się już nigdy wrobić w przydział do sekcji dekoracyjnej. Napaliłem w kominku i mogłem rozmyślać nad magią nadchodzących świat. Czekał mnie leniwy poranek z książkami a potem wieczerza w otoczeniu całej rodziny. Od rana magia świąt wybuchła ze zwielokrotnioną siłą. Najpierw zadzwoniła mama, że ze względu na złe samopoczucie nie uda jej się dotrzeć. Wychowany zgodnie z zasadą, że jeśli mama nie może dotrzeć do syna to syn dociera do matki oderwałem Stasia od konsoli i wyruszyliśmy z życzeniami do babci. Syn był wniebowzięty – babcia dysponuje w jego opinii jednymi z najlepszych ruskich pierogów w Warszawie, a wizyta u niej oznaczała dodatkową ucztę wigilijną gratis. Gdy wychodziliśmy od babci zadzwonił tata on też czuł się nie w formie gotów był przybyć pod warunkiem dowiezienia go na przyjęcie. Spojrzałem na zegarek do ojca – godzina drogi, druga z powrotem, a w bagażniku jeszcze prezenty dla moich pięciorga chrześniaków które musze rozwieść. Jednak nie ma rzeczy niemożliwych…Jeśli widzieliście Państwo w Wigilię samochód pędzący po Warszawie z szybkością większą od sań renifera to byłem ja. Zdążyłem ze wszystkim i tylko z piętnastominutowym poślizgiem dotarłem do domu. Ukochana łypała na mnie złowrogo, jak podejrzewam na przedpołudnie miała wobec mnie zupełnie inne plany z którymi się nie zdradziła. Stół wyglądał przepięknie a pochwały gości dla nowych talerzy które wypatrzyła Ukochana spowodowały, że przestałem być głównym przedmiotem jej wigilijnych emocji. By byliśmy gotowi zasiadać do stołu zdałem sobie sprawę, że kogoś brakuje. Zajmując się usługami transportowo mikołajowymi, nie zwróciłem uwagi, że gdzieś zagubił się starszy syn Michał. Ponieważ rodzina wabiona widokiem faszerowanego sandacza nacierała na stół, zadzwoniłem do syna by ustalić jak bardzo się spóźni. Okazało się, że go obudziłem. Zaspany syn tłumaczył, że do rana przygotowywał i pakował prezenty i zasnął. Nastawił budzik na trzynastą, ale mechanizm zawiódł – urządzenie nie zadziałało i o szesnastej trzydzieści dziecko jeszcze spało w odległej części miasta. Przez wrodzoną kurtuazje nie wypomniałem mu, że Wigilię zorganizowaliśmy o szesnastej specjalnie dla niego by drugą część wieczoru mógł spędzić z mamą. Zasiedliśmy do wieczerzy. Zaczęły dziać się rzeczy magiczne, opowieści kulinarne Szeherezady były niczym w porównaniu z tym co Ukochanej udało się wyczarować na wigilijnym stole. Gospodyni przeżywała artystyczny triumf, po każdym daniu wszyscy zgodnie domagali się bisów. Przez chwile tylko życie Stasia było zagrożone w momencie gdy Ukochana wykonywała kuchenną symfonie na kilku garnkach, syn pojawił się w kuchni z talerzem pierogów żądając by mu je przysmażyć, bo on gotowanych jeść nie będzie. Myślałem, że któraś z patelni zostanie roztrzaskana o jego głowę, ale magia świąt zwyciężyła i Ukochana wyrzuciła go tylko z kuchni. Zajęci jedzeniem nie zwróciliśmy nawet uwagi na bójkę towarzyską między Stasiem a Kubą przy podziale prezentów. No a potem jak to tradycyjnie w naszej rodzinie zaczął się ruch jak na dworcu autobusowym. Staś przypomniał sobie, że zaraz musi być na Wigilii mamy, tata, że z żoną mają Wigilie u jej dzieci, mama Ukochanej marzyła by się położyć bo od świtu pomagała to wszystko przygotować. Na koniec ciocia dzierżąca dotąd w rodzinie berło królowej kuchni oświadczyła, że w życiu tak dobrze jeszcze nie jadła, przekazała berło Ukochanej i odjechała na sjestę. Wycieńczeni z Ukochaną leżeliśmy na kanapach czytając wspaniałe księgi przyniesione przez Świętego Mikołaja. I wtedy pojawił się zabłąkany wędrowiec czyli Staś. Okazało się, że dał dyla z Wigilii od mamy i powrócił do nas. Jak oznajmił święta świętami, ale pograć w gry trochę trzeba. To światłe oświadczenie doprowadziło do zawarcia kolejnego pokoju pomiędzy Kubą a Stasiem, którzy zgodnie do świtu toczyli na ekranie pojedynki na miecze. Święta naprawdę potrafią jednoczyć.
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2012-01-01 16:26:39 · Wyświetl
-
Zmasowana ofensywa Mikołai
W rym roku nie było łatwo. Od połowy grudnia ukochana zaczęła trzymać mnie żelazną ręką. Najpierw dostałem spis prac domowych do wykonania: przybijanie gwoździ, naprawianie karniszy, cerowanie świątecznych obrusów. Uporałem się z tym wszystkim błyskawicznie licząc, że w nagrodę będę mógł usiąść do ukochanego bloga. Staś chcąc przeczytać dalsze odcinki swoich przygód pomagał mi jak potrafił. Niestety, gdy zameldowałem wykonanie zadań okazało się, że to wcale nie koniec. Pojawiła się lista prac porządkowych trzepanie dywanów, odnajdywanie kurzu w najgłębszych zakamarkach domu. Zajęło to kolejnych klika dni. Gdy się udało skończyć ocierając pot z czoła podążałem w stronę komputera. Niestety drogę odcięła mi ukochana, wręczając listę świątecznych zakupów. W pogoni za karpiem spędziłem następne dni. Potem zamordowałem niewinną rybę, potem wyszukiwałem prezenty gwiazdkowe. Opisują to wszystko tak szczegółowo, żeby się wytłumaczyć dlaczego przygody Stasia ostatnio się nie pojawiały.
Pomyślałem jednak, że jak moja ukochana to przeczyta, to do dopiero będę miał kłopoty. Tak naprawdę ja byłem w podróży, a ukochana dokonała tych wszystkich heroicznych działać, które opisałem. Jednak choinkę sam kupiłem jest wielka ma trzy i pół metra wysokości, pięknie pachnie i wieczorem mruga do nas setkami lampek. Mieliśmy pod nią niezłą awanturę, gdy doszło do walki o prezenty, ale o tym za kilka dni.
Dla Państwa od całej lekko poobijanej po awanturze ze Świętym Mikołajem rodziny obok tradycyjnych życzeń radosnych i spokojnych świąt, życzę tego, co mi sprawia coraz większą przyjemność. Radości cieszenia się spokojem, obecnością bliskich, a najbardziej chwil kiedy cała rodzina zaśnie po świątecznych ucztach, a my możemy ze sterty zaległych lektur wybrać wymarzoną książkę.
Dla Państwa mam prezent pod choinkę, wykonany hand made, czyli własnoręcznie napisaną bajkę z życia Świętych Mikołajów.
NASZ TATA ZNA ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA
Staś z Weroniką rzucali w siebie śnieżkami. Chłopiec ratując się przed lecącą kulą, odskoczył i potknął o siedzącą na chodniku postać. To był Święty Mikołaj, który płakał.
- Co się stało Mikołaju? – spytał Staś.
- Prezenty…. Zgubiłem prezenty dla dzieci… – szlochał Mikołaj.
- Jak to się stało?
- Dostałem zlecenie, żeby zanieść worek z prezentami dla dzieci do przedszkola. Po drodze spotkałem kilku kumpli Mikołajów i poszliśmy do kawiarni, tu na rogu, napić się herbaty. Worek zostawiłem w holu. Gdy wyszedłem, już go nie było. I co ja teraz powiem dzieciom?…
Staś pogłaskał Mikołaja po głowie.
- Nie martw się, pomożemy Ci! – zawołał Staś z Weroniką.
Staś opowiedział Mikołajowi o zdarzeniu, które widzieli kilka minut wcześniej. Koło kawiarenki zobaczyli chłopaków, ciągnących wielki worek. Śmiali się do rozpuku, a worek ukryli za kubłem od śmieci. Wtedy Staś i Weronika nie zwrócili na to uwagi. Teraz zrozumieli, że to oni ukryli worek Mikołaja.
- A to gagatki, przez nich dzieci miałyby popsute Święta! – złościł się Mikołaj
Na szczęście worek był tam nadal.
- Dziękuję wam. Jeśli będziecie potrzebowali pomocy, dzwońcie w każdej chwili, chciałbym się wam odwdzięczyć.
Mikołaj dał im wizytówkę.
Gdy wrócili do domu, tata ustawiał choinkę.
–Napisaliście list do Świętego Mikołaja? – spytał.
- Tato… Mikołaj nie istnieje. To rodzice zostawiają pod choinką prezenty. Mikołaje występują tylko w filmach, albo kręcą się po domach towarowych – poinformowała ojca Weronika.
- To nieprawda, Mikołaj istnieje. Mieszka w Laponii, przez cały rok czeka na listy od dzieci, które piszą jakie mają marzenia. Potem sprawdza, czy dzieci były grzeczne. Jeśli tak, sańmi zaprzęgniętymi w renifery wiezie dla nich prezenty. Dlatego radzę wam szczerze napisać list.
Gdy dzieci wyszły, Tata odezwał się do Mamy.
- Jak one podrosły od zeszłego roku. Już nie wierzą w magię świąt. Zrobimy im niespodziankę – wypożyczę strój Mikołaja i przyniosę prezenty, o które poproszą w liście.
Staś z Weroniką pisali listy – były bardzo długie.
– Naprawdę myślisz, że rodzice to wszystko kupią? – zastanawiała się Weronika.
- No co Ty.. – odparł Staś – tylko na wszelki wypadek robie dłuższą listę, gdyby czegoś nie było w sklepie. Myślisz, że oni wiedzą, że my wiemy, że nie ma Mikołaja.
- Fakt, bardzo starają się, żebyśmy w niego wierzyli. Od kilku lat chowają prezenty w tym samym schowku. Zawsze sprawdzam czy czegoś nie pomylili.
- Zrobimy niespodziankę –zaproponował Staś – przejmijmy prezenty ze schowka, dołożymy do nich, te które my kupimy i poprosimy naszego Mikołaja, żeby je przyniósł w Wigilię.
Dzieci skończyły listy i dały je Tacie z prośbą, by przesłał je do Mikołaja.
-Może jednak wierzą.. – szepnął Tata do Mamy.
Rodzice kupili prezenty i ukryli je w tajnym schowku. Gdy dzieci zobaczyły, że prezenty są już na miejscu, zadzwoniły do Mikołaja na numer z wizytówki. Bez wahania zgodził się odwiedzić ich w Wigilię. Umówili się, że dzień wcześniej odbierze prezenty.
W Wigilię rano Tata poszedł do schowka. Z przerażeniem stwierdził, że prezenty zniknęły.
- Zabrałaś je? – spytał Mamę.
- Nawet ich nie dotykałam!
Przeszukali cały dom, ale po prezentach ani śladu…
- Na pewno Gosposia je przełożyła –uznała mama - zadzwonię do niej.
Niestety Gosposia nie odebierała. Jeszcze raz przekopali cały dom – bez skutku. Zastanawiali się, co zrobić.
- Trudno, musimy kupić nowe – zdecydował tata – w żadnym wypadku nie możemy zawieść dzieci!.
Rodzice poszli po zakupy. Założyli, że zagubione prezenty uda się jakoś odnaleźć i będą mogli podarować je dzieciom przy innej okazji, dlatego kupili inne wymienione w listach.
Rodzina usiadła do wigilijnej kolacji. Wcześniej Tata zaniósł do mieszkania naprzeciwko strój Mikołaja. Plan był następujący – sąsiad wywoła go z domu, Tata przebierze się u niego i wróci z workiem prezentów. Sąsiad przyszedł o szóstej. Powiedział,że zdarzyła się niespodziewana awaria i poprosił Tatę o pomoc. Staś z Weroniką byli bardzo niezadowoleni. Ich Mikołaj miał przecież przyjść za dziesięć minut. Mogli się minąć. To byłaby tragedia, bo Mikołaja zorganizowali specjalnie dla Taty.
Po wyjściu Taty, odezwał się dzwonek.
- Ciekawe, kto to.. – zainteresowała się Mama – sprawdzimy razem – zaproponowała dzieciom.
W drzwiach zobaczyli Mikołaja.
- Oooo, Święty Mikołaj! – Mama świetnie udawała zdziwienie i mrugnęła do niego, tak żeby dzieci nie zauważyły.
- Przyniosłem prezenty – oznajmił Mikołaj i sięgnął do worka.
Co się dzieje? – zastanawiała się w myślach Mama. Mikołaj ma zupełnie inny głos, niż tata. Co więcej, dawał dzieciom te same prezenty, które w tajemniczy sposób zniknęły ze schowka. Zanim Mama rozwikłała zagadkę, drzwi otworzyły się i stanął w nich Mikołaj z workiem na plecach.
- Wesołych Świąt! – zawołał tubalnym głosem i zobaczył drugiego Mikołaja.
- Kim Pan jest?– spytał tata Mikołaj, pierwszego Mikołaja.
- Mikołajem – odparł Mikołaj – A Pan?
- Ja tu mieszkam, to znaczy ja jestem Mikołajem stąd – poprawił się Tata, uświadomiając sobie, że nie może zdekonspirować się przed dziećmi.
- Najwyraźniej musiał Pan pomylić mieszkania – uznał pierwszy Mikołaj..
- Niczego nie pomyliłem! – zdenerwował się Tata. Wtedy dostrzegł, że drugi Mikołaj daje dzieciom prezenty, które zniknęły ze schowka. – A przepraszam, skąd ma Pan te prezenty? - chciał wyjaśnić zagadkę.
- Z Laponii.
- Nieprawda, one nam zginęły, Pan jesteś zwykłym złodziejem, a nie Mikołajem. Wzywam policję.
– Niczego nie ukradłem! –protestował Mikołaj – jak można być złodziejem, rozdając rzeczy. Złodzieje przecież kradną.
Staś z Weroniką byli przerażeni. Poznali Tatę w stroju Mikołaja i zastanawiali się nerwowo co robić.
- Tato, Święta to czas wzajemnej miłości. Nie powinieneś wzywać policji.. – przekonywała Weronika
Tata widząc, że Weronika go rozpoznała, zdenerwował się jeszcze bardziej. Ze złością zdjął swoją brodę.
- Piotr, to ty ?– spytał Mikołaj i widząc, że Tata go nie rozpoznaje, ściągnął swoją brodę
- Stefan? – ucieszył się tata i mężczyźni rzucili się sobie w ramiona. Przecież to mój przyjaciel ze szkoły, nie widzieliśmy się tyle lat – tłumaczył Mamie – Siadaj, zostaniesz z nami na Wigilii.
- Nie mogę, to święto rodzinne – krygował się Stefan.
- Proszę zostać.. – nalegała Mama – przy stole zostawia się wolne miejsce, dla niespodziewanego gościa. To u nas najwyraźniej czekało na Pana.
Gdy koledzy wspominali szkolne czasy, Staś szepnął do Weroniki.
- Udane święta. Dostaliśmy podwójne prezenty, a Tata odnalazł przyjaciela. A wszystko dzięki Mikołajowi. Rodzice mieli rację, że trzeba w niego wierzyć.
- W przyszłym roku poprosimy o pomoc dwóch Mikołajów – rozmarzyła się Weronika – dostaniemy więcej prezentów, a Tata może odnajdzie więcej przyjaciół.
Uznali, że to świetny pomysł. Przecież święta są po to, by spełniały się wszystkie marzenia.
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2011-12-26 14:32:15 · Wyświetl
-
Jak oni mnie męczą
Staś wrócił ze szkoły nie w humorze. Pytany o powód unikał rozmowy koncentrując się na pożeraniu kanapki z Nutellą. Nie dałem się zbyć. Syn w końcu zdecydował się mówić. Z jego relacji wynikało, że jest ofiarą zorganizowanego na szeroką skalę spisku nauczycielsko – uczniowskiego. Przywódcą owej zorganizowanej grupy miała być pani od polskiego. Zgodnie z relacją syna podjęte wobec niego wrogie działania wyglądały następująco. W czasie zajęć dodatkowych pod nieobecność nauczycielki został zaatakowany przez grupę rówieśników, której z uwagi na liczebną przewagę nie mógł stawić oporu. Po powrocie Pani został wydalony z klasy z zakazem stawiania się na jakiekolwiek prowadzone przez nią zajęcia. Kulminacja wydarzeń miała nastąpić na kolejnej lekcji polskiego w czasie kartkówki. Staś solidnie przygotował lekturę „ W pustyni i w puszczy”. Z trafnością snajpera odpowiadał na wszystkie postawione pytania. Gdy jednak oddał kartkówkę nauczycielka odmówiła jej przyjęcia stawiając mu jedynkę. Wobec tak szeroko zakrojonego spisku Staś był bezradny co było powodem jego złego humoru. Nim zdążyłem przetrawić tą przerażającą opowieść zadzwoniono ze szkoły zapraszając nas na indywidualne spotkanie. Z radością zgodziłem się prosząc by w spotkaniu wzięła udział Pani od polskiego. Gdy oswoiłem się z opowiedzianą historią postanowiłem ustalić nieco więcej szczegółów.
- Kto Cię pobił na lekcji.
- Tak właściwie to nikt, ale koleżanki mi mówiły, że mi wleją jak się nie uspokoję.
- A dlaczego miałeś się uspokoić?
- No bo trochę im przeszkadzałem w przygotowaniu do zajęć, chowając różne rzeczy.
Sprawa stawała się mniej oczywista niż początkowo się wydawała. Postanowiłem wziąć syna w krzyżowy ogień pytań.
- A dlaczego pani kazała ci wyjść z klasy?
- No bo trochę przeszkadzałem w zajęciach
- Jak trochę?
- Trochę bardzo. To były zajęcia kółka filmowego. Przy każdej kolejnej próbie zdjęć zaczynałem się śmiać i nic nie nakręcili.
- I Pani zabroniła Ci przychodzić więcej na zajęcia?
- Tak, powiedziała, że jeśli zamierzam przeszkadzać to wtedy mam nie przychodzić.
- A kiedy to wszystko było? – dopytywałem się
- Na początku zeszłego roku.
- A byłeś od tego czasu na tych zajęciach.
-Nie bo ja w ogóle na nie chodzę. Mama wtedy spóźniła się po mnie do szkoły. Nie miałem co robić więc wpadłem się do nich trochę powygłupiać.
W ten sposób pierwsza część ogólnoświatowego spisku przeciwko Stasiowi została wyjaśniona. Przeszedłem do etapu drugiego czyli kartkówki.
- Dlaczego pani nie chciał przyjąć od ciebie kartkówki.
- Bo mieliśmy na jej napisanie dziesięć minut. Pani zbierała prace, ale ja nie chciałem oddać swojej bo chciałem napisać wszystko co wiem o Stasiu i Nel. Kiedy pod koniec lekcji chciałem oddać to co napisałem Pani się nie zgodziła przyjąć mojej pracy i postawiła mi jedynkę.
Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że na miejscu nauczycielki podobnie bym postąpił.
Pani od polskiego okazała się bardzo miła. W czasie spotkania przyjęła przeprosiny Stasia. Poprawiając kartkówkę Staś dostał szóstkę i jak twierdzi ich stosunki z Panią znacznie się polepszyły, a spisek został zażegnany.
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2011-12-15 19:19:51 · Wyświetl
-
List do Mikołaja
Syn Michał zdawał próbną maturę i zdał. O tym radosnym zdarzeniu powiadomił mnie telefonicznie. Zaproponowałem, by to uczcić obiadem. Niestety syn nie miał czasu. Przygotowywał esej na polski, do napisania którego musiał przeczytać ” Obłęd” Krzysztonia. Dlatego nie mógł iść na obiad z ojcem bo musiał biegać po antykwariatach, szukając książki.
Przekonałem sie, ze czytanie popłaca. Miałem tę pozycję w bibliotece i wykazałem się niebywałym refleksem, bo zdążyłem zaproponować Michałowi, że dam mu książkę, nim zdążył się rozłączyć. W ten magiczno-literacki sposób doszło do spotkania ojca z synem. Na widok Michała zrobiło mi sie zimno. Był ubrany w podkoszulek, na który narzuconą miał cienka kurtkę. Jeszcze kilka lat temu nie zwróciłbym na to uwagi, bo sam tak chodziłem ubrany. Tym razem troska ojca zwyciężyła ze zrozumieniem dla kanonów mody i zaproponowałem Michałowi sweter. Syn odmówił, tłumacząc, ze jego wygląd nie wynika z obowiązujących wymogów mody. Do szkoły przyszedł w swetrze, który bardzo spodobał się jego koleżance. Koleżanka szła po drugiej lekcji na randkę i Michał pożyczył jej garderobę. W ocenie Michała randka powinna się niebawem skończyć i wtedy odzyska sweter.
Postanowiłem dowiedzieć się o postępy w twórczości artystycznej syna. Niestety z uwagi na przygotowania do próbnej matury nastąpił tu całkowity zastój. Zamówionych przeze mnie portret ptaka Dodo pozostawał nadal tylko w wyobraźni artysty. Poruszyłem temat zbliżającej sie gwiazdki licząc, że w ten sposób naprowadzę Michała na pomysł, by sprezentowal mi portret ptaka pod choinkę. Niestety syn spojrzał na zegarek – czas przeznaczony na spotkanie z ojcem minął. Musiał pędzić na niesłychanie ważne spotkanie z kolega, któremu pożyczył zeszyt, który zamierzał teraz odzyskać. Po jego wyjściu z spojrzałem na obraz wiszących na ścianie. To prezent od Michała, który dostałem kilka gwiazdek wstecz. Dostajac portret Luisa Amstronga, byłem wtedy wzruszony, ze syn pamiętał, jakiej muzyki słucham. Dzisiejszy blog traktuje jako list do świętego Mikołaja. Moze przeczyta i znowu będzie pamiętał.
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2011-12-13 10:42:03 · Wyświetl
-
Przyjęcie urodzinowe
Syn Staś postanowił wydać przyjęcie. Jedenaste urodziny to przełomowy moment w życiu, jubilat z dziecka staje się nastolatkiem. Doceniając powagę tej chwili Staś zarządził, by goście przybyli w strojach wieczorowych. Sam postanowił świecić przykładem przywdziewając białą koszule do tweedowej marynarki. Jak czasem w życiu bywa, goście nie stanęli na wysokości zadania przychodząc w jeansach i bawełnianych bluzach. Zdenerwowany Staś postanowił zachować się jak selekcjoner w nocnym klubie odsyłając przybyłych do domu po marynarki. Na szczęście interwencja ukochanej zapobiegła awanturze, a jubilat zajęty odpakowywaniem prezentów powstrzymał się od dalszych komentarzy.
Imprezę rozpoczęto grą planszową. Spokój panował przez piętnaście minut, do momentu gdy okazało się, że Staś z pozycji lidera przesunął się na ostatnią pozycje. Wtedy zdecydował zakończyć tę niekomfortową sytuacje oświadczając gościom, że przyjęcie zostaje zakończone. Gospodarz poprosił gości o natychmiastowe opuszczeni lokalul. Brzmiało to mniej więcej tak.
- Wynoście się, wynoście, kantujecie w rzucaniu kostką i przez was nie wygrałem
Goście poczuli się dotknięci. Jak twierdzili nie po to zainwestowali w prezenty dla jubilata by teraz zostali usunięci z imprezy przed podaniem posiłku. Jeśli mają się wynosić to niech gospodarz oddaje prezenty.
Gdy doszło do rękoczynów, postanowiliśmy z ukochaną interweniować. Na szczęście uprzedził nas Kuba wkraczając do pokoju z nowo nabytym modelem latającego helikoptera. Wznosząca się w powietrze maszyna na tyle zafascynowała antagonistów, że przerwali zadawanie ciosów. Korzystając z okazji odbyłem ze Stasiem rozmowę ostrzegawczą przypominając podstawowe zasady savoir – vivre. Gdy Staś powrócił z zamiarem przeproszenia gości okazało się, że nikt z zainteresowanych nie czuje się urażony i nie pamięta incydencie sprzed kilku minut.
Wszyscy zgodnie przystąpili do wojny na poduszki. Po chwili pokój przypominał kurnik po wielkiej drobiowej awanturze, wszędzie latały pierze. Okazało się, ze walka wpływa na pobudzenie elokwencji. Staś po otrzymaniu serii poduszkowych ciosów zwrócił się do gości.
- wy dranie i padalce
Musiałem interweniować ponownie, zaś Kuba ratował imprezę puszczając gościom swoje ulubione filmy na komputerze.
W czasie gdy chłopcy prali się poduszkami Ala z zainteresowaniem spoglądała na Kubę ubranego w elegancką wełnianą czapkę. Potem obejrzała jego pokój. Zaimponowały jej puchary porozstawiane na półkach. Postanowiła wziąć ukochaną na spytki. Po zaciągnięciu jej do kuchni przepytała o obecny stopień zaangażowania uczuciowego Kuby. Z ulgą przyjęła wiadomość, że jest wolny i spytała czy niebawem mogłaby odwiedzić ukochaną pod warunkiem, że Kuba będzie w domy.
W tym czasie męskie grono przystąpiło do kolejnego punktu imprezy czyli gry w wyścigi samochodowe. Sportowe współzawodnictwo trwało do momentu gdy gościom udało się wyprzedzić gospodarza. Taka zniewaga była nie do zniesienia.
- Jesteście wrednymi oszustami – poinformował gości Staś
Owa wypowiedz była początkiem bójki towarzyskiej do której z zapałem przystąpili wszyscy zainteresowani. Chcąc uratować resztki umeblowania ukochana podała spaghetti w sosie pomidorowym. Zapach bazylii musiał zadziałać kojąco, bo po kilku sekundach wszyscy siedzieli zgodnie przy stole pałaszując makaron. Robili to tak zamaszyście, że przez pokój płynęła pomidorowa rzeka. Walka o dokładkę doprowadziła do kolejnego konfliktu, który zażegnaliśmy podając tort. Odśpiewane sto lat było donośne, aczkolwiek z uwagi na zapchane potrawami usta wykonawców melodia czasem zanikała. Wzmocnieni posiłkiem wykonawcy przystąpili do kolejnej zabawy. Na tym etapie przyjęcia dom przypominał pogorzelisko. Kto to wszystko posprząta pomyślałem i natychmiast przypomniałem sobie że muszę za chwile wyruszać do Katowic. Pozostawiłem syna i dom pod opieką najwspanialszej z kobiet, czyli mojej ukochanej. Dalszy przebieg przyjęcia znam już z relacji telefonicznej. Konflikty w wyniku których doszło do rękoczynów wybuchły już tylko dwukrotnie. I tym razem sytuacje uratował Kuba powstrzymując gości przed linczem na gospodarzu. Urazy nie pozostają jednak na długo w pamięci bowiem wychodzący goście żegnając się ze Stasiem ocenili zabawę jako bardzo udaną. Gdy dom opustoszał, Staś oskarżył Kubę o dywersje zarzucając, że popsuł całe przyjęcie odwracając uwagę gości od gospodarza. W tym momencie święty spokój Kuby został wyczerpany.
- Przecież nie dość, że uratowałem ci skórę, to jeszcze ocaliłem imprezę.
Interwencja ukochanej zażegnała kolejny konflikt. Wieczorem Staś planował już kolejne rodzinny, gdy ukochana doprowadzała dom do porządku. Powiedziałem przez telefon, że jest mi strasznie przykro, ze nie mogę jej w tym pomóc. Nie byłem do końca szczery.
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2011-12-11 12:05:36 · Wyświetl
-
Przedsmak wielkiej balangi
W niedziele syn Stanisław obchodził jedenaste urodziny. Z tej okazji wyprawił wielki bankiet. Zabawa była naprawdę huczna. Niestety tata Stasia nie mógł dotrwać do końca. Niecierpiące zwłoki obowiązki zawodowe spowodowały, że musiał wyjść w trakcie przyjęcia i wyruszyć w kilkudniową podróż po Polsce. W konsekwencji tata nie zdążył pozszywać wszystkich rozbitych łuków brwiowych, pozamiatać z podłogi zębów mlecznych wybitych w bójkach towarzyskich stoczonych przez gości, nie zdążył pocieszyć wszystkich zranionych niewieścich serc uczestniczek przyjęcia a na dodatek nie zdążył opisać samego przyjęcia. Tata obiecuje się poprawić w kolejnym wpisie jak tylko rozpakuje się po podróży.
Dziś w uzupełnieniu bloga opowiadanie, które kiedyś popełniłem zainspirowany popularnym telewizyjnym programem tanecznym.
Marzenie
Południe spędzali w salonie, sącząc leniwie czerwone wino. Kobieta przeglądała pocztę. Na widok jednego z listów tętno podskoczyło jej o kilkadziesiąt uderzeń. Szybkim ruchem rozerwała kopertę. Po przeczytaniu pierwszych zdań, pobladła i zaczęła szlochać. Nie takich wiadomości się spodziewała i nie na takie czekała. Mąż podszedł i mocno ją przytulił.
- Co się stało kochanie? Nie miała siły tłumaczyć. Zrezygnowana podała mu list.
- Tak mi przykro.. – starał się ją pocieszyć - To takie niesprawiedliwe, ci ludzie nie mają pojęcia o tym, co robią. Nie zasłużyli na ciebie. Może pojedziemy w podróż do Afryki, odprężysz się i szybko zapomnisz.. – zaproponował.
Jest taki kochany- pomyślała czule o mężu, ale nic nie potrafi załatwić. Jak tylko pojawiają się kłopoty, najchętniej pakowałby walizki i uciekał na drugi kontynent. Z jego strony można liczyć tylko na wyrazy współczucia. Wiedziała, że w tej sprawie była zdana tylko na siebie. Pamiętała ile wyrzeczeń kosztowało, żeby dotrzeć do upragnionego celu. Sześćset czterdzieści pięć odcinków serialu „Miłości w cieniu kaktusów”, tysiące bankietów, na które chodziła dzień po dniu by być zauważona przez fotoreporterów. Wywiady, programy telewizyjne, do tego tysiące godzin spędzonych w siłowni. Szkoda słów..Dwie operacje plastyczne plus kilka drobniejszych zabiegów, o których nie warto nawet wspominać i teraz to wszystko miało pójść na marne.
Nie, za żadne skarby- tak łatwo się nie podam, zdecydowała. Ponownie przeczytała list. Przed nią na liście były tylko trzy nazwiska. Jeszcze nic nie jest stracone – pomyślała -odrobina pomysłowości i mogło się udać. Pierwsza przeszkoda – to aktorka, z którą grała w serialu. To zupełne beztalencie – uśmiechnęła się do siebie. Do tego o kilka lat starsza od niej. Przecież tu nie rozdawano nagród za wysługę lat. .. Kto mógł ją wybrać – zastanawiała się – chyba zatrudnili archeologa, który ją odkopał. Przypomniała sobie jak koleżanka opowiadała jej, że aktoreczka umawiała się na randki z kostiumologiem, reżyserem, scenarzystą i operatorem. No tak, to dlatego ją wybrali!!! Skoro przeciwniczka zagrała nie fair, teraz ona miała prawo użyć takich samych środków. Jutro miały kręcić sceny do serialu, nie mogła przepuścić takiej okazji.
Pamiętała, że koleżanka miała uczulenie na orzechy. Raz, gdy je zjadła miała plamy na twarzy przez trzy tygodnie, scenarzyści byli zmuszeni wprowadzić poprawki , no i kolejne sceny nakręcono już bez niej. Czym prędzej pobiegła do kuchni. W szafce znalazła orzechy włoskie. Obficie nafaszerowała nimi czekoladki w bombonierce. Jak jutro poczęstuje tym partnerkę, ta nie będzie mogła pokazać się nikomu na oczy przez kilka tygodni. Pierwsza przeszkoda była usunięta.
Na liście pozostały jeszcze dwa nazwiska. Następna – modelka, bądź co bądź jej serdeczna przyjaciółka. Często spotykały się na kawę, by omówić wydarzenia towarzyskie, a teraz ta pseudo -koleżanka chciała pozbawić ją tego, o co tak żmudnie walczyła. Jak komputer odtworzyła wszystkie chwile spędzone razem. Przypomniała sobie coś, co mogło być przydatne. Kilka miesięcy temu we dwie wybrały się do SPA. Zabawa tak się rozkręciła, że wspólnie z kilkoma przypadkowo spotkanymi w barze Panami, wdarli się do hotelowego basenu. Modelka na poczekaniu zorganizowała mocno erotyczną sesje zdjęciową. Pikantne fotografie do dziś zostały w telefonie. Tak się składało, że przyjaciółka była medialną twarzą kampanii „ szczerość wobec pracodawcy”. No cóż, jeśli takie były jej prawdziwe poglądy, nie powinna mieć tajemnic także przed swoim szefem . Usiadła przy komputerze i wysłała maila z załącznikami.
Na liście pozostało jeszcze jedno nazwisko. Tę aktorkę też świetnie znała. Jej mąż był ambasadorem w jednym z krajów Ameryki Południowej. Nie pamiętała dokładnie, w którym, ale jakie to miało znaczenie… Przypomniała sobie, jak kiedyś w garderobie aktorka zwierzyła się jej, że jak tylko skończy zdjęcia do filmu, pojedzie do męża. Zdjęcia skończyły się trzy miesiące temu, a ona dalej była w kraju. Czyżby zapomniała pochwalić się, że zdjęcia zakończono. Miejsce żony powinno być przy mężu. Niech ją zabiera do siebie, będzie mogła pić do woli piwo z metysami i rzuć tytoń. Odnalazła w Internecie reportaż z ukończonego filmu i wysłała maila na odległy kontynent.
Teraz pozostawało jej tylko czekać. Po powrocie z pracy siadała z butelką wina na kanapie i wpatrywała się w telefon. W końcu zadzwonił. Intuicja podpowiedziała jej od razu, że to oczekiwana wiadomość. Podniosła słuchawkę i usłyszała kobiecy głos.
- Dzień dobry Pani Iwono. Dzwonie z dobrymi wiadomościami. Zwolniło się miejsce i tak się składa, że wchodzi pani z listy rezerwowej do „ Tańca z gwiazdami”. Nie miała czasu na radość. Przytuliła się do męża i zaczęła obmyślać kolejny plan. Tym razem jak pozbyć się dziewięciu rywali, którzy jeszcze jej pozostali…
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2011-12-07 08:40:01 · Wyświetl
-
O BAJKOWEJ MIŁOŚCI
Raz w miesiąc pisze do „Sensu” bajkę o przygodach Stasia i Weroniki. Każdy numer poświęcony jest konkretnemu tematowi. Mam wspaniałą zabawę, gdy moi dziesięcioletni bohaterowie muszą zmagać się z pytaniem „ czy w życiu seksualnym należy zachować monogamię”. W takich sytuacjach chodzę radzić się do najmądrzejszej istoty jaką znam czyli mojej ukochanej. Niestety ukochana jak każdy wielki nauczyciel uważa, że człowiek powinien do ważnych przemyśleń dochodzić sam. Odprawia mnie nakazując, żebym nie zawracał jej głowy bzdurami. Dziś zostałem pozostawiony sam sobie z pytaniem „ Czy warto przejść przez życie z jednym partnerem”. Po minie mojej ukochanej, gdy opowiedziałem jej temat bajki zrozumiałem, że warto.
- Chyba ci nie musze tego mówić. Sam na pewno wiesz, że warto – dodała na wszelki wypadek, zakładając, że w jesienny dzień mogą występować u mnie oznaki szczególnego otępienia.
Zakasałem rękawy i zabrałem się do pisania. Po kilku minutach w gabinecie pojawił się Staś
- Co robisz tato? – zainteresował się.
- Pisze bajkę o tym, że całe życie warto spędzić z jedną kobietą, którą przez cały czas kocha się tak samo mocno – wyjaśniłem synowi przyczynę stukania w klawiaturę
- eeee to bardzo nudne – odezwał się mój bajkowy bohater – ja to wogóle nie chciałbym być z żadną dziewczyna, a całe życie to już na pewno nie.
Po chwili dołączył do nas Kuba.
- całe, życie z jedną kobietą, to chyba jakiś żart – ocenił.
Nie zdążyłem podjąć dyskusji gdy pojawiła się ukochana.
- Czy bajka już skończona? – zainteresowała się – bardzo jestem ciekawa Twoich poglądów na tak poważny temat.
Po tych komentarzach w głowie ułożył mi się zupełnie nowy scenariusz bajki. Bohater Staś jedną serią z karabinu maszynowego morduje wszystkich domowników. Niestety ukochanej nie spodobał się taki początek. Podpowiedziała mi inny scenariusz. Mali bohaterowie wraz z rodzicami jadą na przyjęcie z okazji stu pięćdziesiątej rocznicy ślubu ich prapradziadków. Składają życzenia dostojnym jubilatom i są dumni, że ich prapradziadek tak długo kochał ich praprababcie. W trakcie opowiadania historii Kuba ze Stasiem dyskretnie zmyli się z pokoju, pozostawiając mnie samego z romantycznymi wizjami ukochanej. Gdy kobieta mojego życia wydała instrukcje i oddaliła się zebrałem się na wielki akt odwagi. Napisałem zupełnie inną bajkę i wysłałem do redakcji bez jej akceptacji. Po wszystkim przyszła chwila refleksji przecież te przygody które opisuje to wynik naszej codziennej matrylolgii. Im bardziej chce zamordować ukochaną tym fajniejsze mi potem wychodzą bajki. Stanowimy naprawdę zgrany duet. Doznałem objawienia chce z moją ukochaną spędzić całe, życie …..no chyba, że wcześniej zwolnią mnie z redakcji.
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2011-12-04 18:58:15 · Wyświetl
Panie Jacku, nawet jeżeli zwolnienie pojawiłoby się na horyzoncie, to ma pan coś ważniejszego- Ukochaną. Intrygująca musi być bajka.
Ja jestem za tym, aby bajka stała się życiem
Po przeczytaniu pana artykułu powraca we mnie wiara w to że są jeszcze na tej ziemi mężczyźni , którzy potrafią zastanawiać się czy jeszcze warto iść przez życie z jedną partnerką .Tak nie wielu facetów nad tym się zastanawia, to nie jest na topie , wręcz odwrotnie należy mówić ile to ma się kochanków i kochanek .To jest zaszczyt ! Niestety wiem to z doświadczenia .
-
Ratunek w imbirze
Wieczorem dopadło mnie przeziębienie. Nie było takie straszne, bo tylko kichnąłem. Jednak uznałem, że to wystarczający powód by zakopać się w łóżku. Wyjaśniłem ukochanej, że jestem obłożnie chory i idę do sypialni by nie pozarażać domowników. Fantastyczne alibi by w samotności przesłuchać nowej płyty Adama Cohena ”Like A Man”. Do rodziny Cohenów mam stosunek nabożny. O jego ojcu usłyszałem po raz pierwszy w roku chyba 1979. Jako sfrustrowany nastolatek korzystając z nieobecności rodziców wylegiwałem się na kanapie. Niestety sam. Dziewczyna z którą byłem umówiony na randkę dała mi kosza. Niedawno po latach próbowała się zrehabilitować pisząc do mnie na facebooku. Nie odpisałem niech wie, że męskie serce jest delikatne, łatwo je złamać, a ofiara dochodzi do siebie latami. Zatem leżałem na kanapie ćmiłem papierosa marki „Carmen” i wpatrywałem się w czarnobiały ekran telewizora. Na ekranie pojawił się Maciej Zembaty i zaśpiewał w polskim przekładzie piosenkę kanadyjskiego barda Leonarda Cohena. Słuchając polskiej wersji „Suzana” po prostu odleciałem. Cohen stał się numerem jeden w moim muzycznym sercu wyprzedzając „ Dziewczynę o perłowych włosach” zespołu Locomotiv GT – szlagier dyskotek umożliwiający najdłużej wtulać się w partnerkę na dyskotekach. Swojego mistrza Leonarda zobaczyłem na żywo w Warszawie w roku 1984. Dokonałem aktów bohaterstwa, których nie powstydziłby się sam Batman, żeby wtargnąć bez biletu na jego koncert w Sali Kongresowej. Było fantastycznie, gdy śpiewał widownia płonęła w sposób dosłowny. Wszyscy zapaliliśmy zapałki by podkreślić doniosłość tej mistycznej chwili. Byłem na wszystkich jego polskich koncertach, ostatnio w zeszłym roku na Torwarze. Gdy ten siedemdziesiąci sześcio letni wówczas mężczyzna śpiewał ponownie „Suzana” zrozumiałem, że nie trzeba bać się starości. Możemy swoją duszą być piękni i niezależni od kalendarza. Podobnie czułem oglądając „Buena Vista Social Club” Tima Wendersa. To było mistyczne przeżycie oglądać historie ludzi, którzy przez całe dorosłe życie kochają muzykę dla jej samej. Osaczeni przez komunistyczne rygory nie mają szansy na kariery. Grają dla siebie. Nagle u schyłku życia ci osiemdziesięciolatko zostają docenieni. Grają koncert w Carnegie Hall w Nowym Jorku i odbierają nagrodę Grammy. Obrazek jak ze snu pokazujący, że zawsze warto marzyć. Nagroda za coś czemu poświęcamy życie może przyjść najmniej oczekiwanym momencie, gdy zwątpiliśmy, że zostaniemy docenieni, a została nam tylko pasja do tego co robiliśmy. Wracając do Cohenów. Budynek Torwaru był w stanie mnie tylko zmrozić, ale śpiewający w nim Leonard Cohen kolejny raz mnie wzruszył. Niełatwo być synem wielkiego ojca. Jego syn Adam nie potrafił uciec od muzyki, ale próbował tak się w niej ukryć by nie można go było porównywać z ojcem. Nagrał kilka rockowych płyt. Słychać było, że się dusi. W końcu skapitulował przed naturą i zaśpiewał swoim naturalnym głosem. Jest identyczny jak ojciec z najlepszego okresu lat sześćdziesiątych. Po uczcie muzycznej przyszedł czas na literacką. Sięgnąłem po „ Miesiąc z komisarzem Montalbano” Andrea Camilleri. Nim dobrnąłem do końca pierwszej strony, gdy drzwi do sypialni otworzyły się i pojawił się w nich Staś. Oznajmił, że też czuje się źle ma dreszcze i tak jak tata będzie chorować. Wraz z synem przybyła brygada pluszowych misiów i biblioteka poświęcona królom polski, których zawile losy syn studiuje. Po wpakowaniu się pod moją kołdrą Staś ściszył muzykę i rozpoczął wykład o wyższości Kazimierza Odnowiciela nad Bogusławem Krzywoustym. Po pięciominutowym prologu byłem już bliski wyzdrowienia. Po kilku minutach w sypialni pojawił się Kuba. Miał ze sobą zdalnie sterowany helikopter komputer i gitarę. On też był obłożnie chory i postanowił znosić niedole wspólnie ze mną. Ledwo zdążył posadzi ćmi na głowie helikopter i zagrać kilka popowych kawałków, gdy w drzwiach pojawiła się ukochana. Ją dla odmiany bolała głowa, a dodatkowo cały człowiek i postanowiła chorować z nami. Całe towarzystwo rozprzestrzeniło się po łóżku, zamykając moją książkę i zagłuszając muzykę. W takich warunkach nie dało się spokojnie chorować musiałem natychmiast wyleczyć całe to rozwydrzone towarzystwo. Na szczęście w rodzinie mojej ukochanej jest przekazywany z prababci na prawnuczkę tajemniczy przepis na herbatę z imbirem, która jest w stanie przywrócić zdrowie w sytuacjach dla medycyny beznadziejnych. Przepis jest pradawny, a sama moja ukochana zna go co najmniej od stu lat. Postanowiłem przygotować ten specyfik by pozbyć się wandali, którzy mnie najechali z łóżka.
Oto on przepis na herbatę antywirusową;
Korzeń imbiru ścieramy na grubej tarce. Wodę doprowadzamy do wrzenia ( mimo namów Stasia żeby sprawdzić czy woda wrze nie wkładam palca do garnka, ten stan rozpoznaje po bąbelkach) i wtedy wrzucamy starty imbir, który gotujemy przez dwie minuty by woda nabrała stosownego aromatu. Wywar studzimy do 80 stopni dodajemy cytrynę i miód. Po dokładnym wymieszaniu napój najlepiej degustujemy pod kołdrą.
Mikstura natychmiast postawiła mnie na nogi, czyli byłem gotów do dalszego czytania przygód komisarza Montalbano. Niestety ozdrowiałem tylko ja, reszta hordy wandali nadal okupowała moje lóżko twierdząc, że bardzo miło im się ze mną choruje. Wpadłem na sposób jak poradzić sobie z tą epidemią. Poszedłem do kuchni i wróciłem z wielką butlą tranu.
- Rozpoczynamy prawdziwe leczenie – oznajmiłem nalewając pierwszą porcje
Choroba przeszła wszystkim jak ręką odjął. Najeźdźcy przenieśli się oglądać film na wideo
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2011-12-03 10:14:44 · Wyświetl
Dziękuję,ten przepis jest zbawienny,bo mnie wirus rozkłada,wczoraj był kryzys,dzisiaj lepiej.trzeba było tłusta czcionką panie Jacku ten przepis skrobnąc,jeszcze raz dzięki,pozdro.
a jak się do tak zrobionego wywaru, oprócz cytryny i miodu wkroi plasterki pomarańczy i cytryny w skórkach i odstawi na 10-15 min, można to rozlewać do filiżanek i pić jako ”ginger honey white tea” wielce aromatyczne i energetyzujące
) ja pijam to w knajpce na Kazimierzu, niezależnie od stanu zdrowia. serdecznie polecam.
-
To był wspaniały kot, będzie go brak w polityce. Pozdrawiam
Użytkownik Jacek Dubois skomentował informację o aktywności: 2011-12-01 22:48:29 · Wyświetl
-
Stas jest prawdziwym potworem ukochanym przez tatę do nieprzytomności
wszystko jest prawda czasem nieco ubarwiona Użytkownik Jacek Dubois skomentował informację o aktywności: 2011-12-01 22:47:01 · Wyświetl
-
Wizyta nagle odwołana
ponowne podejście opiszeUżytkownik Jacek Dubois skomentował informację o aktywności: 2011-12-01 22:45:15 · Wyświetl
-
Życzę smacznego jesli naprawdę to wyjdzie proszę o wiadomości
pozdrawiamUżytkownik Jacek Dubois skomentował informację o aktywności: 2011-12-01 22:44:06 · Wyświetl
-
Ułamkowa ekstaza
Tak się złożyło, że Staś miał odrobić lekcje, ale zapomniał, bo przyszedł jego kumpel Mikołaj i oglądali „Piratów z Karaibów IV”. Jak obejrzał film to sobie przypomniał o lekcjach, ale wtedy nastąpiła nieoczekiwana zmiana sytuacji bo wrócił Kuba, który miał ze sobą baterie do kontrolera dzięki czemu mogliśmy zagrać Wii. Zachwycony taką perspektywa też zapomniałem, że Staś ma do zrobienia lekcje i rozegraliśmy wielki turniej w walce na miecze. Potem stoczyliśmy jeszcze kilka bitw powietrznych samolotami i rozegraliśmy pasjonujący mecz w kręgle. Wtedy właśnie zjawiła się ukochana z zapytaniem czy wszyscy mają odrobione prace domowe. Natychmiast zgodnie z prawdą zameldowałem, że mam odrobione, bo napisałem wpis na bloga o wykorzystaniu warzyw w zupie z soczewicy. Okazało się jednak, że ukochanej nie chodziło o mnie tylko o dzieci i wtedy przypomnieliśmy sobie ze Stasiem, że zapomnieliśmy. Staś zasiadł do matematyki. Było już tak późno, że strach się przyznać, jak, gdy przyszedł oświadczając, że ma jeszcze trzy zadania, a on już nie ma siły. Pospieszyłem z pomocą, okazało się, że chodzi o rozwiązanie równań ułamkowych. Fantastycznie, aż roześmiała mi się z zachwytu dusza. Z ułamkami nie miałem kontaktu, co najmniej od trzydziestu lat i byłem ciekaw jak sobie poradzę. Zakasałem rękawy i zabrałem się do roboty w pocie czoła szukając dla liczb właściwego mnożnika. Po chwili pojawił się Kuba.
- Daj ja to zrobię – zaproponował – ty nie dasz sobie rady.
Nic tak bardzo nie dopinguje do pracy niż zwątpienie adwersarza.
- Ja nie dam rady. Zaraz zobaczysz
Jak wypasiony komputer najnowszej generacji zacząłem sumować liczby. Obok mnie pracował Kuba chcąc udowodnić, że dużo szybciej sobie z tym poradzi. Po chwili pojawiła się ukochana.
- robicie bez sensu tu jest błąd – wskazała na fragment moich wyliczeń.
Zdaniem ukochanej przy równaniu 8-5 +7 miał wyjść zupełnie inny wynik niż 8 +7 -5. To miały być dwie zupełnie różne operacje matematyczne. Nie mogłem się z tym zgodzić. Na szczęście zanim doszło do rękoczynów rozdzielił nas Kuba. Atmosfera stawała się coraz gęściejsza. Teraz trzy osoby z wypiekami na twarzach tłoczyły się przy biurku żeby rozwiązać równanie. Uff skończyliśmy. Mieliśmy trzy różne wyniki. Każdy twierdził, że jego jest właściwy i nie dopuszczał do głosu adwersarza. Znów było blisko awantury, ale ukochana rozładowała atmosferę stwierdzając, że to ona ma racje, co jest oczywiste, bo ona ma zawsze racje, a o rzeczach oczywistych się nie dyskutuje, po czym się oddaliła. Poszedłem szukać Stasia. Okazało się, że w czasie matematycznej dysputy przebrał się w piżamę i zasnął. Niestety nadal nie wiemy, które rozwiązanie było prawidłowe. Na wieczór jestem umówiony z zaprzyjaźnionym profesorem, co prawda od fizyki kwantowej, ale powinien znać się tez na ułamkach. Mam nadzieje, że uda mu się rozstrzygnąć spór.
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2011-12-01 16:29:16 · Wyświetl
-
WIWAT KUCHNIA
Po wakacjach i codziennym tenisie byłem smukły jak trzcina. Teraz przypominam piłkę futbolową. Wszystko za sprawą ukochanej, która co wieczór raczy mnie przysmakami z krainy baśniowych smaczności. Postanowiłem się na niej zemścić i też jej coś ugotować. Dlaczego ukochana ma mieć figurę Giny Lollobrigidy, a ja wyglądam jak zaokrąglona wersja Krzysztofa Kowalewskiego. Zdobyłem przepis na krem z soczewicy, żeby dokonać mojej słodkiej zemsty. Dał mi go mój przyjaciel jeden z największych mistrzów warszawskiej kuchni. W najściślejszej tajemnicy mogę się z Państwem nim podzielić. Najpierw składniki;
- dwie łyżki oliwy
- cebula drobno posiekana
- dwa ząbki czosnku drobno posiekane
- papryczka chili posiekana bez nadzienia
- 1-2 łyżeczki kminku rzymskiego
- 1-2 łyżeczki nasion kolendry
- 1 marchewka posiekana
- 1 łyżeczka nasion kozieradki mielonej
- 1 łyżka cukru
- 2-3 łyżki pasty pomidorowej
- ¼ kg czerwonej soczewicy
- 1,7 litra bulionu z kurczaka
- mała czerwona cebulka
- pietruszka
- cytryna
A teraz jak to wykonać
Do garnka z grubym dnem wlewamy oliwę i podgrzewamy. Potem wrzucamy; cebule, czosnek, chili, kminek, kolendre.
Następnie trzeba zezłościć cebulkę ( co by to nie znaczyło), dodać marchewkę, kozieradkę, cukier, koncentrat pomidorowy i soczewice. To wszystko zamieszać jak się uda i dolać bulionu. Doprowadzić do wrzenia i gotować na małym ogniu 30 -40 minut. Potem dosolić i dopieprzyć. Zupa jest pyszna gwarantuje bo sam zjadłem. Mój przyjaciel mi zrobił jak do niego wpadłem i jeszcze na drogę dał przepis. Ja sam jeszcze jej nie ugotowałem tak szczerze mówiąc nie mogę się do końca zorientować jak działa to wszystko co napisałem. Gdyby ktoś z Państwa skorzystał z przepisu mam wielką prośbę o informacje, czy to naprawdę może się udać, bo nie wiem czy przyjaciel nie żartował z tym przepisem. Ryzykantom życzę smacznego.
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2011-11-29 20:40:14 · Wyświetl
-
WIELKI TRIUMF MEDYCYNY
Na przyjęciu dyskutowaliśmy w kilkuosobowej grupie przyjaciół. Jak to przy jesieni w trakcie rozmowy większość z nas pociągała nosem. Siłą rzeczy rozmawialiśmy o zdrowiu.
- A ja wcale ostatni nie choruje – pochwaliła się koleżanka
Wszyscy z zazdrością spojrzeli na nią.
- Bo zażywam wzmacniający preparat z tybetańskich ziół – wyjaśniła nam przyczynę takiego stanu rzeczy – poleciła mi go znajoma architektka, która dowiedziała się o nim od zaprzyjaźnionej krawcowej, której też pomógł. Od kiedy go zażywam to znaczy od zeszłego tygodnia jak ręką odjął, nic mi nie dolega.
- A wcześniej – zainteresowałem się
- Wcześniej też nic
- To fantastyczne – włączył się do dyskusji lekarz internista – musisz mi zapisać nazwę preparatu, będę go polecał moim pacjentom. W przychodni mam straszne kolejki. Tłumy przeziębionych nie wiem jak im pomagać.
Jeśli komuś z Państwa w chorobie zostanie przepisany przez znanego warszawskiego lekarza preparat z ziół tybetańskich proszę zażywać śmiało. To lek sprawdzony, który w wyniku wyjątkowo profesjonalnych konsultacji wdarł się do polskiej medycyny. Natychmiast po wyjściu z przyjęcia pojechałem do nocnej apteki. Rano miałem też katar. Preparat nie zaszkodził.
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2011-11-27 18:56:22 · Wyświetl
-
WEKEND TANECZNY
W życiu zdarzają się różne dziwne rzeczy. Pewnego razu zadzwoniła do mnie redaktor kwartalnika prosząc bym napisał felieton o …….tańcu. O mało nie zakrztusiłem się ze śmiechu. Natura nie wyposażyła mnie w jakiekolwiek poczucie rytmu czy słuchu. Przed oczami stanęły mi moje taneczne partnerki z różnych bali. Widziałem ich przerażone twarze, gdy zbliżałem się by poprosić je do tańca z trudem ukrywane grymasy bólu, gdy kolejny raz moja pięta zamiast w parkiet trafiała na ich stopę. To świetnie nadawało się do napisania scenariusza do horroru „Masakra na parkiecie”, a nie felietonu do czasopisma propagującego taniec. Jak można pisać dla fachowców nie potrafiąc nawet wychwycić subtelnych różnic pomiędzy rumbą a sambą. Podziękowałem zatem za propozycje tłumacząc, że Pani redaktor trafiła pod zły adres. Po kilku godzinach naszły mnie refleksje. Czy żeby pisać o jakimś zjawisku trzeba być fachowcem. Przypomniałem sobie Karola Maya. Na oczy nie widział Indianina, a jego ekscytujące opowieści o dzikim zachodzie powstawały w niemieckim więzieniu. Czy trzeba być tancerzem, by dostrzec coś w tańcu. Postanowiłem spróbować. Zamiast felietony wyszło opowiadanie. Dla Państwa którzy zamierzacie spędzić weekend na parkiecie odnalazłem je, ku przestrodze.
ON
Obudziłam się z myślą o Nim. Leżałam przez chwilę nieruchomo udając, że śpię..Za nic w świecie nie chciałam, by wiercący się obok mnie mąż pozbawił mnie tej intymnej chwili, kiedy przynajmniej w myślach mogłam być z Nim sam na sam…W końcu rozsądek wziął górę i szybko pobiegłam pod prysznic. Puściłam strumień gorącej wody. Poranne marzenie nie zniknęło, z każdym uderzeniem kropli wody na plecach, czułam Go coraz mocniej. To było nie do zniesienia, moje całe ciało wrzało i pomyślałam, że jestem bliska obłędu. Żeby nie zwariować, szybko wyszłam z kabiny i wytarłam się ręcznikiem. Przez szparę w drzwiach zajrzałam do sypialni. Męża nie było, musiał pójść do kuchni. Przeszłam do garderoby i zaczęłam się ubierać -specjalnie dla Niego. Staranie wybierałam każdy szczegół ubrania – czarne jedwabne pończochy przypięłam do koronkowego pasa, co chwilę zerkając w kierunku drzwi z obawą, że wróci mąż i mnie przyłapie… Szybko włożyłam ciemną obcisłą spódnicę i krwisto- czerwoną jedwabną bluzkę. Do tego wysokie czarne szpilki. Stanęłam przed lustrem. Wyglądałam zjawiskowo- wiedziałam, że zrobię na Nim wrażenie. Ruszyłam do drzwi, chcąc jak najszybciej wyjść z domu. Nie chciałam rozmawiać i się tłumaczyć. Niestety mąż dopadł mnie przed drzwiami. Pocałował w usta, rujnując tym samym staranie przygotowany dla Niego makijaż. Ziewnął przeciągle i podciągnął spodnie pidżamy, które, o ironio, jakimś cudem zjechały mu z wystającego brzucha.
- Boże, po wczorajszym piwie z kumplami dopadł mnie kac -gigant - poskarżył się, bezskutecznie szukając współczucia – O której wrócisz?
Na krótką chwilę wpadłam w popłoch. Musiałam przecież jakoś wytłumaczyć, że nie wrócę zaraz po pracy.
- Mamy zebranie – starałam się być jak najbardziej przekonywająca – a potem jeszcze ta koszmarna delegacja Japończyków. Musimy przedyskutować ten nowy projekt, o którym ci opowiadałam. Pewnie skończy się kolacją.
- Może uda ci się urwać? Umówiłem się wieczorem na kręgle, chodźmy razem. Albo dojedziesz, jak tylko skończycie.
Zadrżałam wyobrażając sobie zamianę mojego fascynującego spotkania na bezsensowne toczenie kuli po torze. Musiałam się jakoś wykręcić.
- Nie pamiętasz jak ostatnio poszliśmy razem? Zamiast w kręgiel, trafiłam w kolano twojego kumpla i zdekompletowałam wam drużynę.
Przypomniał sobie i na jego twarzy pojawił się autentyczny strach.
- Taak, masz rację, to nie był najlepszy pomysł. Spotkamy się wieczorem w domu. Miłego dnia kochanie.
Zamknęłam za sobą drzwi i odetchnęłam głęboko. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Szybkim krokiem poszłam do autobusu. Gdzieś w środku poczułam Jego obecność. Rozglądałam się, ale nigdzie Go nie dostrzegłam. Musiało mi się zdawać. Pewnym krokiem weszłam do biura. Byłam szczęśliwa, że coraz mniej godzin, minut, sekund dzieli mnie od spotkania z Nim. Wcześniej natknęłam się na moją najlepszą przyjaciółkę.
- Idziesz dziś ? – spytała
- Aha – przyznałam się. Byłam trochę zła na siebie, że nie potrafię ukryć swoich emocji. Z mojej twarzy można było czytać jak z tablicy ogłoszeń. Ale co mi tam, nie miałam zamiaru dłużej ukrywać mojego szczęścia.
Popracowałam kilka godzin przy komputerze. Gdy wyszłam na korytarz zrobić herbatę, dostrzegłam Go kątem oka. Ruszył w moim kierunku jak burza, z siłą i determinacją gotową unicestwić każdą przeszkodę, która stanie mu na drodze. Złapał mnie mocno i próbował wciągnąć do pustego pokoju. Powinnam być zła, że przeszkadza mi w pracy i wszystko może się wydać, ale nie potrafiłam się oprzeć. Już mieliśmy zniknąć za drzwiami, gdy usłyszałam głos kierownika.
- Pani Anno, czy mogę Panią na chwilę zaprosić do siebie?
Magiczny moment prysł jak bańka mydlana. Puścił mnie. Pospiesznie poprawiłam spódnicę i posłusznie pomaszerowałam do gabinetu szefa. Gadaliśmy o projekcie dla Japończyków, potem wróciłam pisać prezentacje. Trudno było się skupić, kiedy całym ciałem myślałam tylko o Nim. Uff, skończyłam, ale jeszcze ta głupia narada. W sali konferencyjnej zebrało się kilkanaście osób. Nagle pojawił się On. Nogi trzęsły się jak galareta. Zerkałam na niego i jednocześnie próbowałam odwracać wzrok. Efekt był taki, że nie mogłam się skupić na tym, co mówi szef. Starałam się tylko, żeby nikt nie zorientował się, co do niego czuje. Udało się, zebranie dobiegło końca. Koledzy wychodzili, nie zwracając na mnie uwagi. Niczego się nie domyślali. Na korytarzu zaczepił mnie miły chłopak, pracujący w sąsiednim pokoju i zaproponował żebyśmy poszli po pracy na kawę. Odmówiłam tłumacząc, że zaraz spotkam się z kimś, kto pochłania mnie bez reszty. Skutecznie go zniechęciłam. Złapałam torebkę i wybiegłam z pracy.
Nie było tak daleko, zaledwie kilka przecznic. Po kilku minutach byłam na miejscu. Otworzyłam drzwi. Natychmiast znalazł się przy mnie. Objął mnie tak, że czułam go wszędzie. To magiczne, jak bardzo pragnęliśmy się nawzajem. Wypełniał mnie od stóp do głów. Od miesiąca nie liczyło się nic, myślałam wyłącznie o Nim. Mój Kochanek – Taniec porwał mnie i zawładnął moim ciałem.
Rozpoczęły się kolejne zajęcia w szkole tańca.
Użytkownik Jacek Dubois zaktualizował swój stan: 2011-11-25 18:24:48 · Wyświetl
- Wczytaj więcej

Puk, puk. Coś długo Pana nie ma, a ja tu zaglądam i czekam na nowinki
No właśnie. Zaczynasz się przyzwyczajać, polubiłeś poczucie humoru, zaglądasz, a okazało się,że to był jedynie ogon komety, która przemknęła przez blogowy firmament.