na włościach
-
Mary, cieszyć się brakiem, to jest wyższa filozofia życia
ale czasem, na co dzień nieużywanymi instynktami, chciałoby sie ponad poziomy wylecieć… Marika, jak zawsze potrafisz mój nadmuchany balon emocji przekłuć jedną trafną uwagą, dzięki za umniejszenie mojej zmory
-
wklatce
Poniedziałek. Chomik w klatce.
Za chwilę wskoczy do swojego kołowrotka i nie rozglądając sie na boki zacznie drypcić do weekendu. Który wypali się, zanim na dobre roziskrzy przed małymi skupionymi jeszcze na horyzoncie oczkami, zanim go rozgrzeje i odkupi do życia po grzeszym, wypalonym związku służbowym. Zanim zdążę zapomnieć, że to tylko przerwa. Zaraz wracam. Zaraz będę. Sobą, nikim, beznadzieją z dziesięcioletnim stażem, ręką na klawiaturze, gębą na smyczy, łbem walącym w ścianę. Roztropnie siadam za drzwiami łazienki, uciekając od wszystkich zaangażowanych, i utwierdzam się w realiach, nim pobłądzę w chorobliwe zniechęcenie: nie jest źle, jest dobrze wręcz, wszystko cudownie tak naprawdę. Jeśli tylko pomyśleć. Więc przypominam sobie na bezdechu, że życie toczy się spokojnie i to cenne. Komuś się wykoleja w niewyobrażalnej, pospolitej tragedii choroby, wypadku, utraty sensu. A ty masz bezcenny constans. Zresztą, ile razy powtarzałaś, że zdrowie jest najważniejsze, wszystko za nie dla niego. Wszystko. Więc jakby nie masz prawa. Marudzić, skomleć, żebrać. Ponadto. Jest pięknie, coraz cieplej, jaśniej. Słońce od eonów wraca (jednak się bogom nie nudzi…) i przeciera niebo z kurzu, i nabłyszcza atmosferę, i wysysa coraz bogatsze pokłady chlorofilu z liści, coraz więcej energii ze zwierząt. Jakby się dokarmiało. Żeby chlusnąć potem szczodrze na beztroską plażę, na jakieś wyprężone do siebie robaki. Podprażonymi podtuczyć system korzeniowy i rozrastać się dalej. (Być może bogowie zmierzają gdzieś tą wielką świecącą bilą, może w swojej skali dopiero co odpalili lont). -
zawracam
Staję przed lustrem i staram sie przejrzeć na wylot, zobaczyć dobrą, spracowaną, chyba bardzo ładną kobietę, jaką mogla być. Jakieś pół wieku przed śmiercią, czyli w moim dziś. Które nagle próbuje zawracać. Nie wiem, kim była, żadnej fotografii pożółkłej nawet, tylko wrażenie wyblakłego ślubnego portretu. Jak też ona mogła wyglądać, matka ojca, matka jakiegoś odsetka moich komórek. A jeśli uda mi sie odnaleźć to podobieństwo, czy równie dobrze mogę zobaczyć je wszystkie? Pramatki, z których poniekąd wzięłam dzisiejsze zagubienie we wczoraj, wystarczyło, by jedna powiedziała nie i po mnie – słodko-gorzkim pędzie uderzającej do głowy winorośli, babce na prastarym zaczynie… powinny jakoś tam genetyczną pamięcią istnieć. Przecież. Więc w lustrze po prostu można zobaczyć się inną, weselszą, piękniejszą, dwudziestoletnią i starszą o wieki. Jeśli widziały sie czasem w kawałku szkła, w wodzie, mogę pamiętać nawet te rysy, z których ewoluowałam od zawsze. Może nawet i oni też tu są. Tylko że oni… są obcy. Jakbyśmy bardziej się różnili, niż tylko ostrością rysów, paroma szczegółami, których pod listkiem cywilizacji nawet nie widać.
Lubie czytac Twoje wpisy, bardzo. Mam jednak tak zmeczony umysl, ze nie ujme dzis w slowa – dlaczego.
Popatrzylam na te starsze wpisy i widze, ze juz kiedys probowalam to wyrazic… Twoje slowa odbijaja sie dziwnym echem we mnie w srodku… Budza mysli, wspomnienia, emocje niecodzienne, glebsze… Czasem sadze, ze ujmujesz jakas mysl zbyt frywolnie, lekko i wtedy nie do konca czuje, ze slowa padaja na twardy grunt.. ale ze topia sie w grzaskim podlozu… ale byc moze to nie Ty tylko ja – moja wina, ze nie rozumiem do konca… z drugiej strony poezji tez nie da sie zrozumiec ’do konca’, a chodzi wlasnie o te echa, ktore budzi w czlowieku. Symbole, obrazy, przenosnie wyrazajaprzeciez wiecej niz precyzyjne slowa!
Ładnie napisane, często myślę podobnie o moich przodkach, babciach nieznanych, a bliskich.
A mi nie przyszło do głowy, żeby tak pomyśleć. Dziękuję Ci za tę refleksję.
Wlasnie Joa, mi tez nie przyszlo cos takiego do glowy, ale czesto gdy czytam AK, to czuje, ze taka reflekcja we mnie jakby byla… (Wow, to jest ciekawe! : malymi krokami odkrywam, dlaczego lubie czytac te wpisy… !)
-
dzieci są wierne jak psy, marzy mi się, żeby niektóre zaczęły gryźć. I żeby ewolucja wreszcie dotarła do tego punktu, w którym debilizm staje sie cechą skazująca na selekcję naturalną. Cieszę sie, że to wszystko Pani napisała. Z talentem i czytelnikami powinna Pani próbować zmieniać świat. A czasem myślę, że jedyny sposób, to pokazać ludziom ich głupotę i okrucieństwo, uczulać innych.
-
widzę właśnie, jak się ”żenią”: w rozgrzewającym słońcu, jak w oczach zakochanego, ziemia wydaje się ładniejsza.
-
z totalengo zniechęcenia niniejszym załopocę sobie sztandarem z napisem MUSK RZĄDU
-
boska ewolucja
Pochwycić źrenicą ziarenko piasku na plaży i rozległy horyzont, brzeg kontynentu. Ogarnąć tyle co nic. A jeśliby skurczyć się do rozmiarów tego ziarenka, czy nie wstąpiłoby się w nowe światy? A gdyby ów horyzont przekroczyć jedną stopą, czy nie otworzyłyby się zaświaty? Do jakiego kształtu skurczyłby się wtedy kosmos… Odrywasz się od ziemi, wzrastasz od niej, przebijasz się przez kolejne warstwy atmosfery, jak przez rzednącą mgiełkę. Wystawiasz głowę w czarny wszechświat, jak przez właz do kanału. Wybijasz łokciem z grawitacji piłeczkę księżyca (ogromny cień przesłania ziemianom słońce). Nurkujesz wśród koralików gwiazd (niezidentyfikowane ciało niebieskie w okach teleskopów). Strzepujesz pyłek Drogi Mlecznej z rozrzedzonej materii gigantyczniejącego ciała. Powoli przenikasz się w bolesnym ukłuciu z supernową, a w depresyjnym zawieszeniu z kuszącą czarną dziurą. Wreszcie, wchłaniasz galaktyki w osobiste tkanki; wbudowujesz w twarzoczaszkę atom Układu Słonecznego, w oko – proton Ziemi i elektron Księżyca, a niezidentyfikowaną cząstkę kwantu piasku – jako składową źrenicy. Pupilla z czułością strzeże dziedzictwa. Na tyle przynajmniej, na ile dostrzega ją kątem i na ile byłaby to strata dla potężnej istoty. Ot, opatrzność.
-
Ciekawe spostrzeżenie, ale czy nie jest tak, że zatrzymujemy młodość dla siebie samych? Żeby nie wypaść z własnej gry, bo czas pędzi szybciej od nas i rzeczywiście, czasem porywa to ciało z duchem niegotowym na takie dalekie, nieznane wyprawy? I myślę sobie naiwnie w swoim przedbiegu, kiedy trochę z zadumą, a trochę z zachwytem przyjmuję pierwsze srebrne niteczki, czy tak źle być siwą? Nie każdej oczywiście do twarzy i to wtedy może być problem faktycznie estetyczny, za którym pójdzie myślenie o ukrywaniu wstydliwej choroby. Tylko że wtedy wprawić w konsternację takiego dumnego ze swojej łysiny mężczyznę (swoją drogą, znam tylko załamanych tą perspektywą, robiących dobrą minę do swojej z góry przegranej gry) może raczej odkrycie prawdy i widok odrostów, czyli nagła świadomość, że obcuje z kamuflażem. Więc mam taką teorię, że kiedy nam się już odechciewa farbować, tuszować i wygładzać, bo to jednak wysiłek ciągły i coraz mniej opłacalny, to wydaje nam się, że nas zmuszały do tego nowe obowiązujące standardy, a nie własna chęć skorzystania z takich możliwości i w końcu najbardziej szokująca może być konfrontacja swoja własna z nową sobą, dotąd ukrywaną pod modną paletą.
-
przemijanie
Ucywilizowaliśmy czas, zgięliśmy w grzeczne ukłony,
ubrali w melodie słów i naostrzyli barbarzyńskie narzędzia zbrodni.
Podzielili na mniej, niż ułamek i ponadgatunek, dla stworzenia i wymierania.
Zorientowali na wschód i na zachód, na przyszłość i wstecz,
okratowali siatką długości i szerokości, że niby możemy coś dodać, coś ująć.
Dali wskazówki, by godnie trzymał się wytycznych.
Ale ani dygnie, przystanie z uprzejmości.
Boży bicz od zarania do wieczności, wytrwale pędzi, starannie pogania.
Bez chwili osadzonej twardo w doczesności. -
pra-trauma
Wróćmy do jaskini. Do garbowania skór i solenia skrawków mamuta na zimę. Cały klan ma oko na gromadkę małych neandertalczyków. Towarzystwo, nauka i zabawa są naturalną kombinacją w czasie dorastania, jak w miocie wilczków, które muszą sprawnie opanować zasady przetrwania w dziczy. Lub też przysiądźmy po drugiej stronie zera na osi czasu, na minusowym 13-tym stycznia 2012. W kłaniającej się ziemi chałupince (lepiance?) zajmijmy się może suszeniem ziół i oswajaniem gęsi i kaczek, a małych barbarzyńców wprowadza w świat cała osada. Przedszkole to niedoskonała odpowiedź cywilizacji na potrzebę stadnego dorastania. Odkąd izolujemy się tak ochoczo w podstawowych komórkach społecznych, obrastając w dobrobyt, za odpowiednie towarzystwo trzeba płacić. Naturalna kolej rzeczy, nawet, jeśli pieniądze w przyrodzie nie występują. Problemem jest przejście z naszego schemtu w ten pra. Za mocno się odcięliśmy, żeby ładowanie dziecka do odmiennej rzeczywistości nie było dla niego traumą, nawet jeśli później przedszkole spełnia doskonale swoje plemienne zadania. Chętnie przekonałabym się o istnieniu jakiegoś dobrego rytuału przejścia, eko-rozwiązania.
-
;)
Jeśli większą część mózgu aktywujesz we śnie i tam czas rozciąga się wielokrotnie, to może jednak snem jest życie. co by wiele wyjaśniało. I nic, oczywiście.
lub też:
Jjeśli wykorzystujemy tylko 10% mózgu nie dlatego, że reszta możliwa dla geniuszy, dla alternatywnego życia we śnie albo do odkrycia nam przez przyjaciół z innych galaktyk… ale dlatego, że człowiek do tej liczby wyewoluował? Zaczynając od minimum, jakiego potrzeba było, by przetrwać w dziczy. To można by obliczyć, ile jesteśmy w stanie przeżyć w ogóle. Zanim eksplodujemy. Albo jak bardzo jeszcze możemy się rozwinąć, zanim nie zaczniemy się ewentualnie cofać. W myśl schematu wszechrzeczy: jak kosmos procentujący od wielkiego wybuchu do kolapsu.
-
zabawne, podobne wątpliwości mi właśnie chodza po głowie w związku z moją odgrzewaną przyjaciółką… różne planety, ale w dużej mierze, jakbyśmy były na siebie skazane. miewam tego dość, potem mam wyrzuty sumienia i doszukuję sie sensu. I widzę tylko przypadek, ale nawet z niego może coś wyniknąc: zgodnie z teorią, że praworęczni powinni częściej chwytać lewą dłonią, żeby pobudzić do działania drugą półkulę mózgu i tym samym dać sobie szansę na większy rozwój wyobraźni – tak samo chwytanie sie pozornie niekoniecznych do życia osobowości na pewno coś wnosi…? a co, to się okaze może zgodnie z inną – puzzlową teorią
-
pierwsze w nerwach stłuczone mi oko, z premedytacją zadrapane czoło, nie lubię cię! powtórzone dobitnie po wielokroć… w to jednak nie wierzę, więc wrzaski, że chce zabawke i te utwierdzające wszystkich w przekonaniu, że jestem grzeeeczny (!) są najgorsze. I kiedy już mam ochotę pokazać malemu, kto ma dobitniejszy alt, powstrzymuję się mantrą: dzięki Bogu, że jest zdrowy, mam nadzieję, że jest zdrowy, chociaż wygląda, jakby go coś opętało, jest zdrowy i to jest najważniejsze… tak, tyle wystarczyłoby, żeby zachwiać mi wiarą. Dzięki Bogu, że jest zdrowy.
Druga refleksja: tyle mnie dzieli od zwątpienia (piszę trochę się bojąc, że On mnie zechce wypróbować, ale jednak ryzykuję, żeby sobie zapamiętał, póki jeszcze mam to ziarenko gorczycy w sobie) ile innych od pełni wiary. W końcu w chwilach trwogi kościoły pełniejsze. Albo to na dnie zwątpienia rodzi się ostatnia nadzieja, ta niemożliwa, nielogiczna, a największa.
Trzecia refleksja dotyczy ołtarzyka macierzyństwa, na którym składam codziennie swoją cierpliwość, strach i niewyspanie. Mojemu ubóstwionemu dzieciątku. Na które potrafię zamknąć uszy i tę część mózgu, gdzie mieści sie ośrodek współczucia, kiedy drze sie i wierzga, a jednocześnie mnożę dla niego neurony lustrzane, jestem wcieloną empatią, płacze mi coś w środku zanim on wykrzywi do końca podkówkę. I ta pełnia człowieczeństwa w rozwijającym się jeszcze organizmie. Wrażliwość, jakiej spodziewałam sie gdzieś w podstawówce dopiero, kiedy dzieci okrutne i ranią się do żywego ”siusiumajtkami czy brzydkim rysowaniem”. No tak, kontakty międzyludzkie niosą ryzyko, a on wcześnie uspołeczniany. Czuję, na jak głęboką wodę go rzucam, bo jesteśmy tacy sami. Jakbym odkrywała siebie przez czasopomniejszające szkło…**
Życie to sa jednak puzzle, śmiało, można rozumieć je nielinearnie, oglądać sobie w pamięci i wyobraźni jak Pulp Fiction, i dopiero wtedy sporo rzeczy nabiera sensu. Tym środkowym kawałkiem do którego wreszcie coś mi zaczyna pasować jest dziecko, bo w swojej niewinności dokonuje doskonałej hierarchii wartości. Na nim w całokształcie jego istnienia się opiera moja wiara-niewiara, do niego absorbującego i inspirującego się klei moja frustracja grafomana, tutaj układam sie ze swoimi strachami, ale pomiędzy tymi wybuchowymi kawałkami wpasowuje sie jak bufor mój spokój (zaskakujący dotąd i niepasujący do rozdygotanej reszty, jak w dwubiegunowej dolegliwości, którą sobie niniejszym wykreślam). Niegdysiejsze problemy i priorytety ida na dolną krawędź, niech budują, ale bez zbytniej ingerencji w obraz. NIedoszlifowane talenty mają być wreszcie dla kogo niedużego wystarczającym pożytkiem, a dawne uniesienia dopełniają się dopiero w górnych partiach – intuicyjnie widzę, że nabierają kształtów i potrzebują jeszcze jakichś nowych doświadczeń chyba, żeby zarysować bogate tło. Taka koncepcja pozwala mi też wierzyć, że znajdzie się wyjaśnienie dla wiotczenia mięśni na widok powracającego kurzu i kotów za łóżkiem… liczę, że pisane mi jest w tym zakresie wypełnienie innego mojego zapału do dania potrzebującemu pracy. Wcześniej jednak musi wpaść puzel fortuny. -
Mogę sobie tylko wyobrazić, co czułaś, bo ja zdaję na szczęście nie swoje relacje. ale to sobie katuję wyobraźnię tymi szczegółami, żeby nie zniknęły ze świata za szybko. Tak uwalniam swój strach i mam nadzieję, że komuś da to do myślenia, może czemuś zapobiegnie.
-
**
- Ludzie, ludzie! – kobiecina krzyczy na całe gardło, głos jej się załamuje, nogi uginają pod ciężarem starego ciała, odwykłego od biegu, odwykłego od strachu, od grozy, jakiej nie zaznała za długiego życia w czasach wojny i głodu. – Dzieci! Tam dzieci! – wskazuje drżącą ręką zbierającemu się tłumowi gapiów ogromną pochodnię, w jaką zamienił się jej dom.
Drewniana chałupa płonie jak wzniesione do nieba ognisko. Czerwone jęzory pochłaniają ją bez trudu, rosnąc w oczach, kłęby czarnego dymu unoszą duszyczki, krzyki zdusił trzask łamanego drewna i pękających szyb, wszechogarniający szum, w jakim ogień trawi, jakby na spółkę z wichurą dopadł ofiarę i pożerał ją łakomie, podsycany drugim bezlitosnym żywiołem.
- Mamo, boję się – dziecko w tłumie zaczyna płakać, ktoś ucieka, inni bezsilnie czekają na pomoc. Ktoś trzyma w rękach wiadro, idiotycznie małe wobec pożogi.
Sąsiad wybiega z zadymionej sieni z Anią na rękach.
Kobiecina dopada ich żarłocznie jak żywioł. Waha się, już widzi, że ciałko bezwładne, nie oddychające, ale zatrzymuje w sobie bezpieczniejszą myśl, że dziewczynka jest nieprzytomna. Z przerażeniem patrzy na mężczyznę.
- A Natalka.
Tamten wkłada trzylatkę w ręce babki, wraca do chałupy. Ale sień już czerwona, zajęta, ogień zamknął wejście do domu, a w nim bliźniaczkę. Mężczyzna próbuje przebić się przez tę niemal nieistniejąca barierę, ale z osmaloną twarzą wraca do gapiów. Teraz babka wyrywa się, chce biec do małej, ale ściana ognia zatrzymuje i ją, łuna parzy, strach w głowie i ból już świerzbiący w zakończeniach nerwowych skóry paraliżuje. Pada na kolana, wyciąga ręce do gorejącej chałupy, wzywa Boga i Najświętszą Panienkę, pod której obrazem co wieczór dokrywała drobne ciałka zepchaną w nóżki kołdrą.
Myśli o tym, katując wyobraźnię szczegółami. Żeby nie zapomnieć, bo chociaż śmierć blisko, mogłaby oderwać się za bardzo jeszcze ku normalnemu życiu. – Pytam się Boga, czy jest, czy to tylko wypadek, jeden z tylu i wszystkie okrutnie bez sensu. A jeśli jest, to czy zamknął im oczka, zanim dopadł ogień, bo to przecie najgorsza śmierć. Boję się pytać, czy one się wcześniej udusiły czy nie. Boję się z ich matką rozmawiać. Boje się oczy zamknąć, więc zamykam. I widzę to znowu. Jezu, cożeś najlepszego zrobił… Przecie ja tylko do sklepu wyszłam. W piecu zapalone było, wypadł żar, mówią. Wyszłam po jedzenie dla nich. Z cukierkami w kieszeni wracałam. Jedno ciało wziął ten ogień w całości, drugie zatruł, żeby moje…**
Nie wejdę do galerii handlowej, a już na pewno nie zrobię zakupów w zatłoczonym supermarkecie. Karolinka też woli mniejsze skupiska ludzi, chociaż nie wpada w takich sytuacjach w panikę. Ja zaczynam się rozglądać podejrzliwie, odsuwać od innych, szukać przestrzeni, a małą ściskam za ramię i wyprowadzam na powietrze. Pokazała mi kiedyś ślady, siniaki, jakbym ją w kleszcze złapała, a nie taką chudą dłonią. Budzę się w nocy i sprawdzam, czy na pewno jest w swoim łóżku, dopada mnie paniczny strach, kiedy za długo siedzi w łazience. Nie mogę jej zatruć tymi lękami, więc staram się nie okazywać, ale ona ze swoich też nie wyrasta tak łatwo jak z ubranek czy dziecinnych nawyków. Gdyby nie mąż, popadłabym w paranoję i drugi raz naraziła dziecko. Tak, nie mogę sobie tego darować. Chociaż podobno nie zrobiłam nic złego, to jednak nie byłam też dość ostrożna, a to już dzisiaj otwarcie drzwi diabłu, tak to widzę, ludzie są źli i trzeba o tym pamiętać, trzeba chronić dziecko nawet przesadnie. Marek próbuje mnie wyciągać do kina, na miasto, a potem sie wstydzi, jak upominam innych rodziców, że im dziecko odchodzi albo żeby na nie nie krzyczeli. Chyba wolałabym, żeby on tak nakrzyczał wtedy na mnie porządnie, a tak żyliśmy w nieznośnym napięciu jeszcze wiele miesięcy po tym zdarzeniu. Nie mogłam pomieścić w głowie, jak to w ogóle możliwe, jak coś takiego mogło sie zdarzyć, dzisiaj, w nowoczesnym świecie, wśród tylu ludzi. Ledwo sie odwróciłam, nie zdążyłam przeczytać ulotki na kremie, a jej już nie było. Sekundę wcześniej stała przy mnie, za chwilę już jej nie było. Ktoś po prostu podszedł, wziął ją na ręce, pewnie nawet sie nie zorientowała, tak szybko i zdecydowanie musiał to zrobić, bo nie usłyszałam żadnego krzyku. Może jej zatkał buzię, ale to by ludzie zauważyli. Może ją docisnął do ramienia, tak, chyba tak, ludziom się wydaje, że dziecko przytulone takie, a ono już może uśpione. Zaczęłam ją wołać. Dzięki Bogu, nigdy nie byłam dzielna, żeby rozwiązywać swoje problemy grzecznie i po cichu, więc z tym krzykiem pobiegłam do ochrony i oni zrobili, co należy. Pozamykali wszystkie wyjścia z galerii. Potem przetrząsnęli cały ogromny budynek. Biegaliśmy jak opętani, mąż sprawdził bawialnię bo mogła tam pójść, chociaż ja wiedziałam, że tego by sama nie zrobiła. Nie docierało do mnie jeszcze w pełni, co się mogło stać, byłam jakby ogłuszona na normalnym poziomie myślenia, czułam tylko, że weszliśmy przypadkiem w jakiś bardzo zły czas. Trwało to bardzo długo. Aż ktoś znalazł ją w toalecie. Leżała uśpiona pod ścianą, w nosku wetknięte jakieś rurki. Potem mi gazety wytłumaczyły, że dziecko było prawdopodobnie szykowane do długiego transportu, być może jako opakowanie cennych organów dla śmiertelnie chorego malucha jakichś zagranicznych zdesperowanych bogaczy. Miała pięć latek. Wyglądała jak śpiąca laleczka. Mogła tak wyglądać już nie żyjąc. Dlatego trzymam ją mocno i jestem nadgorliwa. Bo w świecie jest już bardzo wiele dzieci, które dorosły w zły sposób i nie umieją inaczej, albo chcą to odreagować.**
Gdzieś za kasą, już bliżej drzwi, ode mnie odgrodzony kilkoma regałami słyszę płacz ”Mamooo, maamoo…” A w tym drobnym głosiku nuta takiej żałości, że wydaje mi sie strachem i duszę w sobie chęć pobiegnięcia obcemu dziecku na pomoc. Ale powstrzymuje mnie wizja dziewczynki ciągnącej dobrze sobie znajomą kobietę za rękaw do regału z zabawkami, ostatecznie – wizja innych klientów i kasjerek, które są bliżej i na pewno przecież uratowałyby maleństwo z rąk porywacza, gdyby jednak moja pierwsza myśl była słuszna. Wyszłam ze swoimi w normalnym tempie zrobionymi zakupami z kłębowiskiem wyrzutów sumienia. Czai się hamowany dwunastą w południe w miejscu publicznym płacz. Ze strachu, że ludzie są podobni do mnie i gdyby moje dziecko potrzebowało pomocy w sklepie wyprowadzane przez obcą osobę, nikt nie rzuciłby sie w jego kierunku. Nawet gdyby krzyczało tak żałośnie mamo, nie wyjrzeliby zza regału…Przezylam……..Wiem jak moze zachowywac sie czlowiek oszalaly z bolu i jaki krzyk rozpaczy mozna z siebie wydobyc ,bez wzgledu na wszystko i wszystkich.Dwie godziny na krawedzi obledu…..Synek mial 2 latka. On nic nie wie i nie pamieta,a ja probuje zostac przy mysli,ze Jego nic zlego w TYM CZASIE NIE SPOTKALO……TEGO juz NIGDY sie nie dowiem….
Mogę sobie tylko wyobrazić, co czułaś, bo ja zdaję na szczęście nie swoje relacje. ale to sobie katuję wyobraźnię tymi szczegółami, żeby nie zniknęły ze świata za szybko. Tak uwalniam swój strach i mam nadzieję, że komuś da to do myślenia, może czemuś zapobiegnie.
Wstrząsające przeżycie, mój synek tylko raz odszedł ode mnie na targowisku na kilka metrów i zgubił się w tłumie. Pamiętam panikę, w jakiej się znalazłam, a co przezył on…
-
ognistym ogonem jesień zamiata?
-
o, matko! śmieję się jak zwykle do tych Pana anegdot, ale tym razem nieco zaniepokojona czekającą i mnie miłą, nie ma co, perspektywą… bycie sprowadzoną do kobiety przez wlasne dziecko to jedno, ale oswobodzenie mojej przytulanki to dopiero będzei trudne
-
niewyczerpane
-
światło odbite
Odkrywam takie porządki blogowe, segregowanie myśli pod wspólne szyldy i przewartościowywanie, kiedy miewam powszechnie właśnie uprawianą potrzebę opisania emocji dotyczących dziecka, jest wspólne głębsze przeżywanie zwyczajnego poranka, doznania muzyczne zaczynają hurtem rytmizować krwiobiegi, albo w końcu mnoży się pytanie, po co to wszystko. Być może mam na łączach swoje platonicznie rozdzielone albedem cząsteczki pomarańczy, które odbierają te same fale kosmicznie generowanych wrażeń
-
no nie, mały człowiek zachował się jak siwy mędrzec
warto dziecku przyznać, że się też od niego uczymy
- Wczytaj więcej
No, tak… My – ludzie – nie potrafimy sie zadowolic tym, ze ”kolowrotek sie kreci”. Mamy swiadomosc przemijalnosci – wlasnej i otaczajacego nas swiata. Stad nasze melancholie i fobie – nawet wtedy, gdy jest „constans” (tez przeciez chwilowy). Coz nam pozostaje? Probowac cieszyc sie danym dniem – brakiem bolu, choroby, sloncem, kwiatami?…
Oooo, witaj w klubie! Mam na mysli chomiki w kolowrotkach – u mnie to samo!
Mary, cieszyć się brakiem, to jest wyższa filozofia życia
ale czasem, na co dzień nieużywanymi instynktami, chciałoby sie ponad poziomy wylecieć… Marika, jak zawsze potrafisz mój nadmuchany balon emocji przekłuć jedną trafną uwagą, dzięki za umniejszenie mojej zmory
Zadna to filozofia! Boli mnie, wiec cierpie. Bol mija i moge cieszyc sie… wlasnie tym, ze go nie ma – jego brakiem. Dziekuje za wpis i komentarz. Pozdrawiam!