Polka w Berlinie
-
OSTATNI BLOG
Bardzo mi się to ciężko pisze, a nawet ciężej niż bardzo. Polubiłam pisanie bloga/u w Zwierciadle, przyzwyczaiłam się, uzależniłam, zyskałam nowych przyjaciół, ale niestety muszę na moment zaprzestać…
Podpisałam umowę na kolejną książkę, przede mną wyjazdy, spotkania z czytelnikami i coraz mniej czasu. .. żegnam się banalnie, ale szczerze i prawdziwą łzą w oku.
Z podziwem czytam wszystkich znanych i mniej znanych zwierciadlanych blogerów i chylę czoła… Wychowują dzieci, pracują, książki piszą, artykuły piszą, blog piszą, jeżdżą – jak to robią – pozostanie dla mnie zagadką.
Nie znikam tak całkiem, przynajmniej dwa razy w miesiącu będę pisać artykuły do Zwierciadła o tym nieokiełznanym, magicznym Berlinie i nie tylko o nim.
Pozdrawiam WSZYSTKICH i dziękuję najserdeczniej za wspólnie spędzony czas i Waszą kochaną pocztę!
Poniżej „coś”, dla tych, których choć trochę udało mi się zachęcić do polubienia Berlina, tego europejskiego Nowego Jorku.
Do zobaczenia!
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-04-11 18:55:04 · Wyświetl
-
MUR BERLIŃSKI jak chiński
Pisałam swoją debiutancką książką przez trzy lata. Pod koniec była tak gruba i miała tyle wątków, ile może mieć tylko książka, która pisze się sama. Nie miałam koncepcji, rozpisanych postaci ani pomysłu, po prostu kiedyś podczas urlopu w górach usiadłam i napisałam coś. Początkowo zlepek wspomnień o kilku moich nauczycielach, którzy pomogli mi zaakceptować fakt, że nie mieszkam już w Polsce i nie mówię ojczystym językiem. I co ważniejsze, że to wcale nie oznacza końca świata. Potem pomyślałam, że ciekawie byłoby przedstawić ich punkt widzenia z perspektywy ich przyjaciół i znajomych. Książka się pisała i w którymś momencie pojawił się w niej Gdańsk, Berlin i MUR. Mur berliński, którego nienawidziłam nie mniej niż Niemcy ze Wschodu. Bo Niemcom z Zachodu, im więcej czasu upływało, mur stawał się coraz bardziej obojętny. Dla nich mur berliński był czymś irrealnym, czymś na podobieństwo Wielkiego Muru Chińskiego, gdzieś jest, gdzieś stoi, ich nie dotyczy i tyle, ale o tym innym razem – jutro, może pojutrze.
Większość swojego życia przemieszkałam po zachodniej stronie Berlina i chociaż na pozór wszystko było ok, chodziłam do szkoły, miałam przyjaciół i żyłam normalnie, to jednak mur był wciąż obecny we mnie. Jak bardzo wpisał się w moje życie, zrozumiałam dopiero, pisząc książkę „Tunel”, która bardziej była chyba o murze niż o tytułowym tunelu. Kiedy dzisiaj jeżdżę na spotkania autorskie, udzielam wywiadów, rozmawiam z czytelnikami, jestem zaskoczona, słysząc na spotkaniach czy w radiu mój głos. Mówi on, że wszędzie był mur: gdzie bym nie pojechała z przyjaciółmi, zawsze gdzieś trafiałam na mur, nawet kiedy byliśmy w lesie, a raczej w miniaturce lasu, za nim stał mur. Najwyraźniej świadomość, ze miasto nie ma przedmieścia, łąk i niczego, co przypomina normalność, zawsze była w mojej głowie i potęgowała poczucie uwięzienia. Może dlatego potajemnie przed mamą wyruszałam do Berlina Wschodniego. Przechodziłam na paszporcie konsularnym do tego miasta nawet po trzy razy w tygodniu. Niby tylko na lody, czy po buty do sklepu Salamander, ale tak naprawdę, żeby pooddychać tym wschodnim smrodem, który dla mnie, paradoksalnie w mieście tak mocno spenetrowanym przez Stasi, oznaczał wolność. Z tego miasta było niedaleko na łąki i do prawdziwego lasu. Szare kamienice, zaniedbane kąty, jak ja kochałam ten zapach spalin, wszystko jak w Polsce.
Nie wiem, czy mam teczkę w Instytucie Gaucka (dzisiaj już się go tak oficjalnie nie nazywa, ale przyjęła sią ta nazwa w Niemczech), nie wiem czy takie teczki zakładano już piętnastolatkom, bo tyle lat miałam, kiedy wreszcie po latach, otrzymałam paszport konsularny i mogłam swobodnie przekraczać granicę. Nie chcę wiedzieć. Myślę jednak, że mała Polka przekraczająca non stop granicę musiała w końcu zainteresować celników. Zdarzało się, że argument, iż odbieram babcię z pociągu na stacji Lichtenberg, nie zawsze przekonywał i miałam kłopoty. A po co? O której ten pociąg? Wczoraj też babcia przyjechała? … ale pomimo srogich min zawsze mnie przepuszczali. Z czasem te wypady stały się zabawą, zastrzykiem adrenaliny, czy się uda, czy przepuszczą, czy wykryją pieniądze schowane w rękawiczce, w opasce na głowie(!), czasem szliśmy tylko po to, żeby przejechać się windą na Wieżę telewizyjną.
Zdarzało się, że z kolegą, tak samo szalonym jak ja, wysyłaliśmy paczki z Berlina Wschodniego na nasz domowy adres. Oszczędzaliśmy w ten sposób kieszonkowe. Andrzej mówił, choć kupimy, ołówki, pisaki i zeszyty, tutaj wyjdzie nam taniej! Po wschodniej stronie przybory szkolne kosztowały grosze.Andrzej w ogóle miał pomysły, jak przystało na kogoś, kto do Berlina przyleciał porwanym samolotem pasażerskim.
Przeżyłam z nim najróżniejsze przygody, jeździliśmy na przykład na rowerach wzdłuż muru w dzielnicy Rudow i kierowaliśmy kijki przypominające pistolety w stronę wschodnich strażników i udawaliśmy że strzelamy. Widzieli nas doskonale, ponieważ stali w wysokich strażnicach. Byli tak blisko… Widziłam, jaki mają kolor włosów, wyraz ich twarzy, jacy są młodzi.
Zabawa się skończyła, kiedy jeden z nich wycelował w nas karabin maszynowy. Był młody, też dla zabawy…
Nigdy wcześniej ani później nie jechałam na rowerze tak szybko jak wtedy…
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-31 13:39:35 · Wyświetl
Dla mnie, w czasach PRL, Berlin Zachodni, jawił się jako oaza wolności. Ale też kolorów i zapachów lepszego świata. Pierwsza i najbliższa. Perspektywa, w ktorej widać, że otoczony murem jest też więzieniem, przedstawiona wówczas chyba zostałaby skwitowana popukaniem się w czółko. Cóż. Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Dobrze, że dzięki takim wpisom, można sobie uświadomić ile jest różnych perspektyw widzenia tych samych rzeczy. I że te perspektywy tak samo są prawdziwe.
Jeszcze dwie refleksje, jeśli można. 1) Świetnie pamiętam NRD-owskie zeszyty i flamastry. Były może ciut ładniejsze niż polskie (zależy w jakim okresie – za późnego PRLu na pewno tak), ale i tak okropne, smutne, szare i jeszcze krzyczące napisem VEB Kombinat,że pracy socjalistycznej i tu imię Engelsa, czy innego Picka i jeszcze jakieś hasło, typu Berlin Haupstadt der DDR (Berlin stolica NRD). Jak z czymś takim pojawić się w szkole w Berlinie Zachodnim? Jak oceniali to koledzy i nauczyciele? Przecież różnica była krzyczyąca. Te flamastryi te zeszyty zachodnie były takie piękne, tak kolorowe, na tle tej zideologizowanej szarzyzny. No i przecież widzieli to rodzice. I co – tak całkiem nic? I druga refleksja. Miałem parę razy do czynienia z Grenztruppen der DDR (czymś w rodzaju ichniejszego WOP). I choć pomalowane w panterkę trabanty, przerobione na terenówki wzbudzały we mnie niemal matczyną tkliwość, to panowie ci z pewnością mierząc do kogoś z kałacha nie robili tego dla żartu. Myślę, że Pani Autorka miała bardzo, ale to bardzo dużo szczęścia. Życzę, żeby tak zostało
Ach, Panie Jakubie Miły, żeby Pan wiedział, ile razy mierzyli, ale zapewniam że w 1988 roku strzał do dziewczyny za murem, to byłby strzał… hm strzał samobójczy nawet dla tak chorego systemu, jak ten w NRD
Tyle murów wokół…
*** Niezła z Ciebie ryzykantka
Dzieci i młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy ze swej śmiertelności. Zabawa w prowokowanie faceta z karabinem, gdy facet sam w stresie… No cóż, 15 lat, cielęcy wiek…fun z adrenaliny. I jeszcze wiara w poczucie humoru służb policyjnych – Pani Autorka jest do dziś przekonana, że tamten celował do niej dla zabawy… Zapewniam, że poczucie humoru w koszarach ma zupełnie inny wymiar
Ale faktycznie, jeśli to był rok 1988, kiedy na Kremlu już rządził Gorbaczow, to raczej by nie strzelił. Myślałem, że to było parę lat wcześniej. Tak, czy inaczej, mnóstwo szczęścia i niech tak zostanie
-
Żelazne postanowienie żelaznego kanclerza
Będąc parę dni temu na ulicy Kurfürstendamm, przez berlińczyków zwanej po prostu Kudammem, pomyślałam, patrząc na mijających mnie turystów, że Berlin wciąż kojarzy się przyjezdnym z tym właśnie miejscem. Z wielkopańskim długim bulwarem, jedynym chyba takim miejscem w Berlinie, gdzie torebki Fendi i Louis Vuitton nie rażą a tureccy właściciele czarnych BMW, z powiewającymi firankami w oknach, nie denerwują, wpisując się po prostu w koloryt miasta. Kosmopolityzm miesza się tu z prowincjonalnością, ekstrawagancja z ubóstwem, elegancki markowy sklep z tanim sklepikiem. Ta szokująca mieszanka potrząsa przybyszem i natychmiast nadaje właściwy kierunek jego myślom: taki jest Berlin.Sto razy przepowiadano Kudammowi koniec. Tymczasem przetrwał wszystko, podział Berlina, upadek muru, rozkwit wschodnich dzielnic, w tym przede wszystkim ulic Friedrichstrasse i wspaniałego Hackescher Markt, wybudowanie szklanego miasta w mieście – Potsdamer Platz.
Może nie stanowi już centrum rozrywki, na próżno szukać tu „złotych lat dwudziestych” z „Romanische Cafe”, ale na pewno wciąż jest rajem sklepowym i kawiarnianym. Na dobry film berlińczyk też idzie do małych kin na Kudammie, a i oprowadzanie po mieście zacznie zawsze od dobrej, starej Kurfürstenstrasse (Kudammu).Kudamm ma zatem swoją magię i niekwestionowaną klasę, nade wszystko zaś jednak ciekawą historię, powstał bowiem z … zazdrości. W 1871 roku Otto von Bismarck, żelazny kanclerz Cesarstwa Niemieckiego wrócił z Paryża z mocnym postanowieniem, że chce mieć ulicę w Berlinie równie wspaniałą i okazałą jak Champs Elysees. Jak postanowił, tak też zrobił, w następnych latach wybudowano trakt o długości 3,8 km biegnący od Grunewaldu do Zoo, o szerokości 56 metrów z wypośrodkowaną ścieżką do konnej jazdy i wspaniałymi domami mieszkalnymi po obu stronach. Jak grzyby po deszczu wyrastały wzdłuż traktu siedziby zamożnych berlińczyków – eleganckie kamienice, bogato zdobione balkonami, wymyślnymi gzymsami, sztukateriami. Dziś w tych pięknych kamienicach przeważają praktyki lekarskie i kancelarie adwokackie. Za bogato zdobionymi frontami kryją się marmurowe klatki schodowe, kolumnady w przedsionkach pełnych luster i rzeźb. Warto zajrzeć do niektórych z nich, przechadzając się po Kudammie. Podobno niektóre klamki są ze szczerego złota …
Tak więc żelazne postanowienie żelaznego kanclerza zrealizowano – poza jednym. Głównym marzeniem Bismarcka – niespełnionym do dziś – pozostał bowiem jego pomnik na koniu w centralnym miejscu Kudammu. W centrum tego miejsca historia wybudowała inny pomnik, Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma (Gedächtniskirche). Wybudowano go w latach 1891-95 ku czci Wilhelma I. Kościół został podczas II wojny światowej niemal całkowicie zniszczony. Badania opinii publicznej przeprowadzone pod koniec lat 50. wykazały, że mieszkańcy miasta opowiadają się za zachowaniem jego ruin. Postanowiono, że to co po nim zostało, stanie się pamiątką i przestrogą dla kolejnych pokoleń przed okropnościami wojny.
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-28 08:03:05 · Wyświetl
-
Szczęśliwe wiewiórki
Dzisiaj podczas żmudnego wyprzedzania starszych panów, uprawiających nordic walking w Britzer Garten, przeleciały mi przez drogę dwie wiewiórki. Nie szukały orzeszków, goniły się , bawiły. Nic w tym dziwnego, wiewiórki biegają sobie po całym Berlinie, ukochały sobie to miasto.
A w ogóle to wiewiórki przynoszą szczęście … Tak sobie wymyśliłam jako młoda dziewczyna -kiedyś bardzo dawno temu – po przeczytaniu wiersza Marii Pawlikowskiej Jasnorzewskiej.
WIEWIÓRKA
Drzewny pajacyk. Florek, wiewiórka
O oczach Włocha, a brzuchu Turka,
O uszach diabła, ruchach wariata,
Komik, filozof i akrobata
Zasiadał biorąc w szybkie obroty
Orzech buczyny – trójkącik złoty,
Ząb słonecznika, orzech laskowy
Lub włoski – większy od jego głowy –
I jadł, nadęty, pełen przesady,
Wyglądem swoim dając mi radę,
By w każdą czynność – choćby w jedzenie,
Kłaść przekonanie, zapał, natchnienie.
Krząkając, trenem szastając rudym,
Chodził w trop za mną. Nie znał obłudy.
Gryzł, lecz żartami. Wciąż pełen pieczy
I obliczenia, by nie skaleczyć.
Bo nie powinien drasnąć przyjaciel.
O, przyjaciele! Czy uważacie?
Serduszko jego wesołe, skore,
Dla wszystkich innych serc było wzorem,
Jakby mówiło: i cóż za sztuka
Tak równo stukać, tak pięknie pukać?
Florek był światły. Czy zjadł chininę,
Czy pił atrament – wiedział, co czyni,
Bo biały proszek z kory pochodzi,
A galas z dębem atrament zrodził.
Co do orzechów – chytry jak kupiec!
Puste poznawał już po skorupie.
To mi na głowie z uporem siedział,
Loki rozrzucał i burzył przedział,
To mnie obiegał, prędko, radośnie,
Jak zwykł przebiegać po dębie, sośnie,
Dając mi znowu lekcję zabawy:
Jak serce leczyć, od smutku zbawić
I całym sobą szaleć w rozpędzie,
Bez troski o to, co dalej będzie.
Skakał – (patrzyłam, co znowu rozbije?)
Po czym mnie długo całował w szyję,
Przejmując wzajem moje pieszczoty:
Usta na oczach wypukłych, złotych…
A pyszczka jego dar przyjacielski
Był upojeniem rajskim, anielskim,
Szczęściem wzbronionym, o świecie! wiedz to,
Za mięsożerstwo i za łowiectwo.
Aż raz – w godzinie złej, urzeczonej –
Drzwi zgniotły kłębek rudoczerwony.
Już się wiewiórka po ziemi wlecze,
Zmoczona z krzyża wytrysłym mleczem,
A piękny ogon, płomyk borowy,
Uwiądł, tragicznej pełen wymowy.
Z oczami w moich – drżąca ze zgrozy,
Bez księdza, modlitw i bez narkozy
Daje mi lekcję dumy milczenia,
Gdy przyjdzie płacić długi istnienia.
I bierze – obca wszelkiej pociesze –
Z zimnych rąk śmierci – twardy orzeszek…*
Niech żyją wiewiórki !
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-20 12:05:53 · Wyświetl
Świetne.Wiesz przed kilkoma laty ,pracując jako egzaminator,sprawdzałam prace maturalne.Tematem było opowiadanie o wiewiórkach j.Iwaszkiewicza.Uśmiałam sie z tych tekstów,spisywałam je zawsze do notesu.Niektóre pamietam. ”Po naszej śmierci ,po naszych grobach ,będą kiedyś jedynie spacerować wiewiórki”.Miałam zwyczaj ,póki istniała tzw Banderoza -knajpa z noclegiem w granicznej ,wyjatkowo pięknej miejscowości w rejonie Bieszczad -Tylawie,jeździć tam co roku przez wiele lat.Wypoczywałam tam cudownie! Często pod moim domkiem szalały,szczególnie w nocy tzw orzesznice,oryginalna odmiana wiewiórek o wieeelkich oczach i cudownym spojrzeniu.Kiedyś oswoiłam taką i przychodziła,jadła mi z ręki.Nie miałam serca zabrać jej wolność a chciałam ,ale co by robila u mnie w domu/ gdzie były wolne łąki i drzewa?
Tu mi się przypomina historia Lilki, wiadomo jakiej, Florka, jej ukochana wiewiórka, pomimi miłości wielkiem miądzy nimi, kiedy zobaczyła inne wiewiórki po prostu uciekła, takie są … wiewiórki… wolne a Przygniotla drzwiami nie Florka tylko Sorka na śmierć jej siostra Madzia, już drugą wiewiórkę niechcący.., nie wiem, czemu w wierszu pisze i Florku, ale co tam…wiersz nad wiersze… Pamiętam, że jak go wtedy przeczytałam, miałam góra 13 lat, to pomyślałam sobie, matko, to można tak, aż tak? Pamiętam, bo w pamiętniku cały wywód mam, że jak tak można pięknie umieć pisać …
A gdy czytałam wiersz powyższy oraz koment Anki, to przypomniała mi się piosenka, którą śpiewa moja Córa „Pogoda niezła nawet taka sobie, nawet kiedy wiewiórka tańczy walczyka na grobie… Jaka to radość żyć!” [Małe WuWu śpiewa wiersze ks. Twardowskiego]
Niech żyją RUDE wiewiórki. Niech przetrwają bohaterki bajek i dziecięcych wzruszeń jak najdłużej!!!
Ale im wcale nie jest łatwo. Bo szare kuzynki nadchodzą. Większe, silniejsze, sprytniejsze.
Więc, choć głupio to mówić sympatykowi wszystkich dzikich zwierząt, szarym wiewiórkom nie życzę pomyślnej ekspansji. Niech się trzymają swoich terenów, niech tam będą szczęsliwe, a nie wygryzają z coraz to nowych obszarów tych rudych.
Bo tam gdzie pojawiły się szare wiewiórki, nie ma już wiewiórek rudych.
W Anglii szare wyparły te rude z ich domostw dosłownie w parę lat. Obecnie jest ich ponad 20x więcej niż rudych. Nic nie pomagało. Ludzie stowarzyszali się, działali, polowali na szare wiewiórki, mieli kampanię zachęcającą do jedzenia szarych wiewiórek – Cornish z nadzieniem z szarej wiewiórki, hmmm … No nie wiem… Ale Amerykanie u siebie masowo do tych szarych strzelają (tam nie ma rudych) i je jedzą. Ja jakoś nie mogłem się przemóc. W końcu to jednak nadal wiewiórka. Jak tu zjeść wiewiórkę??? Nawet jeśli nie jest z tych, co przychodzą w parku po orzeszki. Nawet jeśli zdarza im się wybierać pisklęta z gniazd. I nawet jeśli to zdecydowanie mniej sympatyczne zwierzęta…Panie Jakubie, ja ewidentine widziałam dwie RUDE, drobne, śliczne, zajęte zabawą. Wyglądały na szczęśliwe. Tych szarych nie widuję, obiecuję będą strzelać, no jeść nie, no bo jak zjeść wiewiórkę?! Do tych rudych będą strzelać, no strzelać nie… wymachiwać szabelką, nie ten, kijkiem. No bo jak strzelać do wiewiórki?
Zlitujcie się proszę.
Dziękuję Pani Autorce za odzew i deklaracje (w końcu nie wiem, czy strzelania do szarych, czy strzelania do rudych wiewiórek, a także czy Autorka chciałaby to czynić osobiście, czy per procura
W każdym razie BARDZO UPRZEJMIE PROSZĘ, by NIE STRZELAĆ do ŻADNYCH ZWIERZĄT, a zwłaszcza, by nie czynić tego w moim imieniu. Trudno, jesli przyjdą szare, nic ich ekspansji nie powstrzyma. Nigdzie na świecie się to nie udało. Takie życie…Aniu, Jakubie spokojnie, nie będzie strzelaniny! Widziałam te szare, obejrzałam je w internecie – w Kanadzie są nawet czarne. Paskucztwa, rzeczywiście. Niech żyją RUDE!
Pani Magdo, jestem ”ZA”. Niech zyja Rude… Koty!
-
magdalena-parys i
beba są teraz przyjaciółmi 2012-03-20 07:23:11 · Wyświetl -
JURANDOT U LEKARZA
Moja córka miała dzisiaj pierwszy ważny termin w swoim życiu. Otóż o godzinie 8.40 pan doktor miał zadecydować, czy Helena nadaje się do szkoły, czy nie. To normalna procedura i dotyczy wszystkich sześciolatków w Niemczech, czyli nic takiego. Helena przeżywała jednak bardzo tę wizytę i na wszelki wypadek już od dwóch dni powtarzała „cały materiał”.
W całym domu słychać było A B C … Potem następowało liczenie i pisanie literek. Także pisanie swojego imienia i imion braci, troszkę czytanie.
- Mama! Zobacz, ładnie napisałam MAMA?
-Ładnie!
-Nie patrzysz!
-Już widziałam!
- Ale tego jeszcze nie widziałaś!
Okazało się, że ze zdenerwowania przy „vierzehn” trochę się zacina i słabo jej to liczenie idzie, za to polskie „czternaście” i „piętnaście itp. szło bezproblemowo. Także podczas spaceru w Britzer Garten następowało liczenie, również po angielsku.
-Helena, daj spokój, proszę, idź zobacz, jest trampolina, tak się cieszyłaś na trampolinę.
Uff, chwila wytchnienia.
Pod koniec dnia była bardzo zamyślona i wyciszona, zapytała mnie jedynie co to właściwie znaczy: kociak. Nic sobie nie pomyślałam, bo co miałam pomyśleć. Wytłumaczyłam. Moje dziecko stwierdziło, że to dziwne. Też pomyślałam, że to dziwne, dlaczego moje dziecko pyta, co to znaczy kociak po polsku. Ubranie wisiało już od dwóch dni na wieszaku. Helena nie mogła jednak nijak zasnąć.
- Nie denerwuj się, kochanie . Lekarz nie będzie sprawdzał, czy umiesz liczyć do dwudziestu- starałam się ją uspokoić.
- Jestem przygotowana! – obruszyła się – to nie to! Ja nie wiem, jakie buty włożyć.
Nastawiłam dwa budziki i z tego wszystkiego sama nie mogłam zasnąć. Następnego dnia sprawa butów rozwiązała się sama. W marcu jak w garncu. Wczoraj było słońce, dzisiaj deszcz. O różowych balerinkach nie było mowy.
Moje dziecko zachwyciło lekarza, a mnie napełniło dumą. I naprawdę cała ta sprawa nie byłaby warta jednego słowa, gdyby nie sama końcówka wizyty. Helena postanowiła się wykazać. Na pierwszy ogień poszedł wierszyk o Mikołajku i jeden bliżej mi nieznany, chyba szybko przez nią stworzony, coś tam było o przebiśniegu , ale nie zrozumiałam. Natomiast na deser lekarz i ja usłyszeliśmy:
- Pan chyba nie zrozumie, bo to będzie po polsku.
„Traktorzystka”
A więc … A więc przemyślałam sobie wszystko.
I zostaję absolutnie TLAKTO… TLAKTO… TRAKTORZYSTKĄ!
Włodek mówi: chcesz pracować, idź do biura!
Biuro dobre dla KOCIAKÓW! Z biurem bzdura…
Ja bym mogła być LITERA… LITRAT… LITELATKĄ… E… LITELTKĄ być na przykład …
Tu nastąpiła przerwa, Helena krótko się zastanowiła i powiedziała, że to już koniec. Lekarz odparł z uśmiechem, że zrozumiał jedynie „absolut” i „literatura”, ale poza tym ładnie wyszło.
Ja natomiast ledwo dotarłam do drzwi.
A to było tak: Od kilku dni mówimy w domu z moją mamą o Jerzym Jurandocie, którego przez lata uwielbiałyśmy, recytowałyśmy i o którym z czasem niestety zapomniałyśmy. Odkryłyśmy go na nowo przez Youtube i często w ostatnich dniach w domu pokazywałyśmy starszym dzieciom to oto nagranie.
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-19 13:39:15 · Wyświetl
Uśmiechnęłam się szczerze! Od ucha do ucha. Opowieść tym mi bliższa, że moja Pięciolatka też potrafi zaskoczyć, najbardziej rodziców
Córcia zapowiada się na artystkę a nie na traktorzystkę. Gratulacje.
Fajna historia.Twoja córka wie,co jej się podoba.A to dużo jak na ten wiek.W ilu językach już rozmawia? Ja swoją od małego uczyłam trzech,ale dzisiaj naprawdę dobrze mówi już w czterech.Języki to podstawa a dalej świadomość siebie.Extra!
Nic z tych rzeczy. Ja w ogóle nie naciskam na języki, jestem kompletną ignorantką w tej kwestii
Helena ma ojca Niemca i tym bardziej cieszy mnie, że chce słuchać polskich bajek i mówić po polsku. Rzeczywiście wie, co sią jej podoba, najbardziej różowy kolor, niestety. Aniu, naprawdę Cię podziwiam. Joa – rzeczywiście dziecie zaskakują przede wszystkim rodziców. Beba – szczerze mówiąc, najbardziej z tego monologu Kwiatkowskiej najbardziej spodobał się Helence moemnt: a ja orzę i na wozie … podejrzewam, że tylko dlatego zapamiętała początej tego świetnego wiersza, bo naprawdą bez przerwy leciał w naszym domu …
-
magdalena-parys i
Joa są teraz przyjaciółmi 2012-03-14 14:08:37 · Wyświetl -
magdalena-parys i
Między Mną a Mną są teraz przyjaciółmi 2012-03-14 00:51:08 · Wyświetl -
DROBNOSTKA
Historia I. Człowiek z historią.
Poznałam go jakiś rok temu. Umówiliśmy się na zdjęcia. Potrzebne było mi chociaż jedno, jakiekolwiek. Wsiadł do mojego samochodu i od razu pomyślałam, że go lubię.
Ja gadałam. On milczał. Potem powiedział parę zdań. Zamilkłam, aż do końca naszej wspólnej drogi. Po tych paru zdaniach nie widziałam w nim fotografa, zdjęcie też już nie było ważne. Ciekawy był jedynie ON. Człowiek z historią.
W Polsce pracował dla różnych wydawnictw prasowych. Był fotoreporterem na etacie starszego fotoreportera. Przyjechał do Berlina Zachodniego wiele lat temu na jeden dzień, aby zakupić lampę błyskową do aparatu fotograficznego. Kilka dni później umówiony był na reportaż z młodymi gwiazdami jazdy figurowej na lodzie i mistrzyniami kraju w gimnastyce artystycznej. Bez lampy ani rusz.
W Berlinie zatrzymał się u znajomych dosłownie na jedną noc. W sobotę zakupił lampę METZ 45CT i chciał wracać do domu. Ale znajomi mówią, co będziesz tak zaraz wracał, chodź z nami do znajomych! Poszedł do tych znajomych. Zima stulecia, zimno jak diabli. Przespali się u nich, z nimi razem w dużym małżeńskim łóżku, młodzi studenci, mieszkanie na Kreuzbergu, samo życie. Następnego dnia czas wyjeżdżać. Poszedł jeszcze na pchli targ, kupił parę płyt i szykuje się z powrotem do Polski. A tu znajomi mówią, że w Polsce wojna.
- Jaka wojna, czyja? – pyta.
- Wojna! Dzwoni do Polski. Telefon głuchy. Na polskich falach radiowych – Chopin. Ktoś coś wie? Nikt nic nie wie. Może żart? Chyba żart. Trzeba przeczekać.
- I tak czekałem, męcząc siebie i innych. Wyszedłem z domu 11 grudnia 1981 roku w Zimę stulecia i do dziś nie wróciłem. Jak ten facet z tego żartu, co wyszedł po papierosy.
Nie zaśmiał się, ja też nie.
Poszliśmy robić zdjęcia.
Historia II. Człowiek ze zdjęciem.
Nie umiem pozować do zdjęć. Poza tym nie mogłam się skoncentrować, ponieważ myślałam przez cały czas o historii byłego fotoreportera na stażu starszego fotoreportera. Marian nie tracił cierpliwości. Szukał odpowiedniego światła. Tyle zdjęć już zrobił, ja tysiąc póz, ale widzę, nic mu się nie podoba. Mijają godziny, ja już nie mogę, za chwilę ma przyjechać po niego znajomy i zawieść ze sprzętem do domu, bo wiadomo, zdjęcia, to nie tylko aparat, to statywy, lampy i jakieś sztuczne światła w postaci wielkiego czegoś srebrnego i metrem się tego nie przewiezie.
Przyjechał znajomy i czeka. Marian dalej robi zdjęcia. Znajomy wzdycha, zjada ciasto, wypija kawę i macha ręką.
- On tak zawsze!
I teraz znajmy opowiada mi ciąg dalszy historii. Mariana.
Marian znalazł się w Berlinie Zachodnim bez szczoteczki do zębów za to z lampą błyskową. Obce miasto, obcy język. Rok 1981 i nie ma dokąd iść, co ze sobą zrobić. Odpowiadam temu znajomemu, że pewnie gdzieś tam w końcu zamieszkał, coś ze sobą robił. Jestem spocona, głodna i chyba naprawdę niefotogieniczna. Marian dalej szuka światła. Jaki miły – światła szuka.
- No zamieszkał. Przychodzę do niego, wieszam przy ścianie na haku kożuch, a kożuch przymarzł do ściany, wyobrażasz sobie?
Nie za bardzo.
- Jest! Mam to zdjęcie! To jest TO zdjęcie – przywołuje nas do siebie Marian. Wygląda naprawdę na szczęśliwego.
Potwierdzają się moje obawy. Trzeba blisko tysiąc zdjęć, żeby machnąć mi jedno dobre. Pakują, jadą.
Marian wysyła mi następnego dnia zdjęcia. Nie jedno. Kilkadziesiąt. Wszystkie są… niesamowite. To ja? Nie wiem, które wybrać na okładkę książki.
Po jakimś czasie spotykam Mariana . Chcę, żeby mi opowiedział, jak dalej się jego sprawy w Berlinie potoczyły. Mówi, że różnie bywało i pyta, kiedy zrobimy zdjęcia u niego w studio, bo przydałyby się inne. Pewnie, że zrobimy i pytam znów o to samo, więc mówi, że w 1982 roku pracował dla różnych wydawnictw emigracyjnych, a pięć lat później otrzymał propozycją z FDK Arsenal. Chodziło o reperacje i przygotowywanie do pokazu filmów archiwalnych. Po roku zapytano go, czy nie zechciałby poprowadzić całego archiwum. Dowiaduję się, że rozpoczął od 750 filmów, dzisiaj archiwum posiada ich ponad 14 tysięcy . Większość to unikaty, jedyne takie kopie na świecie, w latach 60 i 70 kręciło się na tak zwanej odwrotkach , czyli na filmie pozytywowym. Film kręcony bez negatywu.
Pyta czy rozumiem. Nie rozumiem.
Rozumiem tylko, kiedy mówi, że to po USA drugie co do wielkości archiwum filmu eksperymentalnego na świecie. I to jeszcze, że dla niego najważniejszą sprawą jest doprowadzenie kopii do stanu projekcji. Pytam o ręce. Chowa je za siebie. Ręce zniszczone, bo wciąż kontakt z chemią. Alergie się porobiły. Zmienia temat. Jest najszczęśliwszy na świecie, kiedy może doprowadzić taki stary film do używalności. Pytam o zdjęcia. Odpowiada, że takie tam drobnostki jeszcze robi, wystawy na przykład.
Rozmawiam o tych „drobiazgach” ze znajomymi. Okazuje się, że Marian współpracuje na stałe z Niemieckim Muzeum Kinematografii Filmowej i Telewizyjnej w Berlinie. Wykonuje najróżniejsze prace do katalogów, wystaw, publikacji. W tym MUZEUM na Potsdamer Platz? W tym. Acha. To zapewne jedna z tych „drobnostek”, jak i ta, że pierwszą wystawę miał w Berlinie już w 1985 roku, a 1988 zaczął wystawić prace z tak zwanej „GUMY”.
Teraz ciekawi mnie Marian jako fotograf. Piszę do niego maila i pytam o te wystawy, odpowiada, że nic wielkiego, nic takiego i że kiedyś lubił kręcić, kiedyś dawno temu reportaże kamerą 35 mm, ale to było tak dawno, że nie wie, czy to prawdziwe było, pamięta tylko kamerę. Prawdopodobnie powróci do tego, zbliża się bowiem nieuchronnie czas dojrzewania do niedosłyszenia, niedowidzenia, wypadania włosów i … to będą wspaniałe filmy, lekko nieostre, ale za to … O wystawach, zdjęciach i ciekawych ludziach, których spotyka ani słowa. Znów naciskam, ale widzę, że nie chce już o tym mówić, twierdzi że jest tylko dobrym fachowcem, tak jak inni w swoim zawodzie. W odpowiedzi pytam o zdjęcia z „gumy”. Specjalnie o tę technikę pytam, bo wiem, że to jego ulubiona. W ten sposób wywoływano zdjęcia 150 lat temu. Przesyła wreszcie… Zobaczcie sami….
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-13 21:50:14 · Wyświetl
Piękna historia starszego pana. Mądrego, skromnego człowieka, wybitnego artysty, który nigdy nie powie o sobie, że jest wybitnym artystą. Szczęściem jest spotkać kogoś takiego na swojej drodze, móc choć przez chwilę ogrzać się blasku jego pasji. Coraz mniej takich ludzi. Wyrazy najwyższego uznania. Dziękuję
Dobra fotografia pozostaje ponadczasowa. Ludzie z historią, ludzie z pasją ocierają się o nieśmiertelność. Olbrzymią sztuką jest przemienić portret człowieka w nieśmiertelną historię. Pozdrawiam soczyście.
I to jest Sztuka właśnie!
-
BIERPINSEL
„Bierpinsel”, czyli tak zwany„Pędzel piwny”.
Futurystyka w wydaniu pop architektury lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Zaprojektowana przez Ralfa Schülera i Ursuline Schüler-Witte, architektów, którzy stworzyli również słynne ICC BERLIN.
Pędzel – wieża, licząca 48 metrów, z założenia miała przypominać drzewo. Berlińczykom kojarzyła się jednak z piwnym pędzlem… Głównie z powodu ich ulubionego napoju, którego, rzecz jasna, w trzypiętrowych kondygnacjach nie brakowało. Znajdowały się tam bowiem piwiarnia, restauracja i dyskoteka.
Kiedyś, przed upadkiem Muru, główna atrakcja zachodniej dzielnicy Steglitz – dziś w Berlinie tyle atrakcji, że niewielu Berlińczyków o wieży pamięta.
Wieża przypomniała o sobie dopiero niedawno, kiedy otwarto w niej artystyczną kawiarnię i zaproszono do wymalowania jej na zewnątrz streetartów z całego świata.
Kolorowa droga od metra ku wieży oraz efekt „przed” z roku 2009 i „po” czyli dzisiaj -poniżej, wszystko utrwalone kamerą berlińskiego fotografika, Wojtka Drozdka.
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-07 21:34:06 · Wyświetl
-
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-04 21:15:16 · Wyświetl
-
JUBILEUSZE, PREZENTY I CHINY W BERLINIE
Park Wypoczynkowy Marzahn (Erholungspark Marzahn) powstał w 1987 roku z okazji 750 rocznicy powstania Berlina i miał być prezentem socjalistycznych ogrodników dla socjalistycznej stolicy NRD. W rzeczywistości jednak, jak to już nieraz w podzielonym murem mieście bywało, powstawał z przekory i w duchu rywalizacji do zachodniego parku Britzer Garten.
Ponieważ parę dni temu pisałam o parku „Britzer Garten”, znajdującym się w zachodniej części Berlina, dziś postanowiłam napisać krótko o parku, znajdującym się we wschodniej jego części. A mianowicie o Parku Wypoczynkowym Marzahn. Park ma ciekawą historią i kryje parę skarbów, o których warto wspomnieć.
Park Wypoczynkowy Marzahn (Erholungspark Marzahn) powstał w 1987 roku z okazji 750 rocznicy powstania Berlina i miał być prezentem socjalistycznych ogrodników dla socjalistycznej stolicy NRD. W rzeczywistości jednak, jak to już nieraz w podzielonym murem mieście bywało, powstawał z przekory i w duchu rywalizacji do zachodniego parku Britzer Garten. Ten powstał za murem dwa lata wcześniej po zachodniej stronie Berlina. Wieść zza muru niosła, że liczący prawie sto hektarów park Britzer Garten jest piękny i cieszy się olbrzymią frekwencją. Mówiąc krótko w 1985 o zachodnim parku, Britzer Garten, w mediach było bardzo głośno, a że mieszkańcy Wschodniego Berlina bez problemu odbierali zachodnie programy telewizyjne i radiowe… trzeba było coś z tym fantem zrobić. Najlepiej stworzyć park jeszcze piękniejszy… u siebie.
Wieczna rywalizacja między Wschodem a Zachodem wychodziła czasem Berlinowi na dobre. I tak oto w brzydkiej, szarej, socjalistycznej scenerii marzahńskiej, zdominowanej blokowiskami, wyrósł nowy, piękny park. Tyle pokrótce co do genezy powstawania parków wypoczynkowych w Berlinie w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Nie chcemy się jednak w tych mrocznych czasach zbyt długo zatrzymywać, przynajmniej ja nie mam na to ochoty. Przejdźmy do lat dziewięćdziesiątych, najlepiej zaraz do przełomu wieku, bowiem ten dla parków berlińskich okazał się wyjątkowo korzystny. W tym czasie Park Wypoczynkowy Marzahn bogacił się o coraz to nowe ogrody, ogrody szczególne, wyjątkowe, wiernie oddające swoim wyglądem najróżniejsze ogrody świata: ogród bizantyjski, chrześcijański, japoński, orientalny, najpopularniejszym jednak wśród nich był i jest po dziś dzień Ogród Chiński. Największy ogród chiński poza granicami Chin w Europie, niektórzy twierdzą nawet, że największy na świecie. Inicjatorem jego założenia był znawca Chin, berliński producent filmowy, Manfred Durniok. Idea stworzenia ogrodu nawiązywała głównie do współpracy miast partnerskich Pekinu i Berlina. Początkowo planowano założyć ogród w zachodniej części miasta w dzielnicy Tiergarten, w końcu wybór padł jednak na park marzahński.
Przedsięwzięcie było ogromne, kosztowne i skupiało na sobie niemalejącą uwagę mediów, powodów nie brakowało. Większość surowców potrzebnych do budowy, jak umeblowanie, wazy ozdobne, części architektoniczne, marmur czy kamienie skalne importowano z samych Chin. Wszystkie przywędrowały szlakiem wodnym w dwudziestu kontenerach. Żeby było oryginalnie, niemal wszystkie kwiaty, krzewy i drzewa pochodziły z Niemiec, ale nie było i nie ma do dziś wśród nich takich, które nie rosłyby w Chinach. Trzy lata trwały prace chińskich architektów i ogrodników nad projektem Chińskiego Ogrodu i jego budową, co kosztowało w sumie 4,5 milionów Euro. Nazwę ogrodu „Na nowo zdobytego Księżyca” wymyślili sami Chińczycy, miało nawiązywać do zjednoczenia Niemiec w 1990 roku.
Po niedzielnym spacerze, czyli przemaszerowaniu w strasznym wietrze przez wszystkie światowe ogrody, w tym oczywiście głównie przez Ogród Chiński, zakupie około 20 chińskich „ciasteczek szczęścia” – moje dzieci stwierdziły, że nie wiadomo, kiedy jeszcze nadarzy się okazja bycia w Chinach – pomyślałam, że może też i Niemcom będzie kiedyś dane odwdzięczyć się Chińczykom pięknym za nadobne. W nawiązaniu do takiego na przykład „Na nowo oswobodzonego Tybetu” lub ku czci „Na nowo oswobodzonych więźniów politycznych” albo… lista jest długa, jest w czym wybierać …
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-01 11:51:13 · Wyświetl
Niebawem zabieram się za twoja książkę.Wpadłam jedynie na chwilę.Krążę po szpitalach,bo tak wyszło.Głowę mam zupełnie zaprzątniętą prozą życia.Jak zwykle nie umiem sobie odmówić przeczytania ciebie.Reszta na potem,czas mnie goni. Nie chcę więcej pisać ,by nie ściągać zła ,odpukać.
Piekne zdanie o Tybecie i wiezniach politycznych. Szczegolnie w kontekscie ostatnich protestow (samospalen). Nie zapominajmy… tak, jak nas kiedys zapomniano…
-
BRITZER GARTEN czyli jak zgubiłam wątek
BRITZER GARTEN. Park – wizytówka dzielnicy Britz. Poza parkiem niewielu w niej innych atrakcji. Park powstał w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w celu stworzenia, odciętym od świata Berlińczykom Zachodnim, namiastki wolności: 99 hektarów kwiecistych łąk, jezior, polanek, małych lasków, ścieżek zdrowia, istna wyspa szczęścia dla spragnionych wypoczynku pod gołym niebem.
Dziś w Berlinie można znaleźć co najwyżej atrapę muru, podczas gdy ogród – park „Britzer Garten” coraz bujniejszy, piękniejszy, kuszący najróżniejszymi atrakcjami. Przede wszystkim, jak na ogród przystało, wystawami kwiatów. Podziwiać można tysiące ich odmian, nie tylko róż, tulipanów, gerberów, także najprzeróżniejszych kwitnących krzewów i drzew. Kilka razy do roku organizuje się tutaj pokazy fajerwerków, zaprasza grupy teatralne i ściąga tłumy gości. Berlińczycy przybywają wiernie i licznie z najodleglejszych dzielnic, pozbawiając mnie miejsca do parkowania. Raz w miesiącu można to wytrzymać.
Ale to nie wszystko. Codziennie rano pod moim oknem ciągną się tłumy ludzi z kijkami. TŁUMY! Wszyscy podążają w kierunku Britzer Garten. Średnia wieku coś między siedemdziesiąt a dziewięćdziesiąt. Ostatnio widziałam staruszkę, którą ledwo te kijki podtrzymywały. Nie, że ciężka, wręcz przeciwnie, krucha, maleńka, ale dzielnie choć w ślimaczym tempie posuwająca do przodu sportsmenka. Wracając z mojego półgodzinnego spaceru zauważyłam jak przekracza progi wielkiej zielonej furtki parku. Dotarła więc szczęśliwie do jego bram. Rozejrzałam się zaniepokojona, była sama, tylko ona i te jej kijki do nordic walking. Uśmiechała się jednak promiennie, postanowiłam ją więc zostawić na pastwę jej sportowego losu.
Było to przedwczoraj, biorąc pod uwagę jej tempo myślę, że dzisiaj udało się jej dotrzeć do przystanku autobusowego i szczęśliwie wrócić do domu. Wcale się nie śmieję, po prostu się denerwuję, bo wszyscy biegają, hasają. Staruszkowie wolą śmierć na sportowo, a nie w wygodnym fotelu podczas snu.- Zimą też biegają. Nawet narty niosą na plecach. Ale dlaczego to wszystko dzieje się pod moim oknem? – zapytałam znajomego, któremu to wszystko opowiadałam.
Wzruszył ramionami i skwitował, że to bieganie z kijkami staruszków w dresach, to kult młodości, który jest bezsensownym znakiem czasu, w którym starość przestała być doceniana za mądrość, doświadczenie, dystans. Jego zdaniem wynika to między innymi z tego, że tempo zmian jest takie, że rady starszych ludzi już zwyczajnie sa nieadekwatne. Poza tym zauważył, iż spora część staruszków zasuwa z kijami, żeby nie chodzić o lasce.
- Podpierają się, mają pretekst. Jak nas widać, to wszak najważniejsze! Wrażenie, a nie rzeczywistość, ot co. I to też jest znak czasów – zakończył.
- E tam! Mnie nie o to chodzi! – Zaczerpnęłam powietrza i wyznałam szczerze – Ci staruszkowie wzbudzają we mnie wyrzuty sumienia! Boli mnie kark i krzyż od siedzenia przy biurku, a oni latają w tę i we w tę. Ja non stop siedzę oni non stop biegają, ja pracuję, oni urządzają wyścigi pod moim oknem! Idzie wiosna, cały Berlin biega – westchnęłam.
- Rozumiem! Ja tam parę lat temu miałem innego rodzaju frustracje, jak mnie panny na rowerze dogoniły, co je wcześniej minąłem jak stały i gadały, a potem przegoniły. Postanowiłem nie odpuszczać, ale było ciężko. Uratowało mnie, że po trzech kilometrach się rozjechały, jedna w prawo, druga prosto i miałem pretekst, by dać spokój.
Wcale nie zrozumiał.
***
Następnego dnia czyli dzisiaj (w deszczu!) wzięłam kijki i postanowiłam pochodzić z tymi kijkami dookoła mojego osiedla, dookoła parku, bo do samego parku już nie wchodzę. Przez ostatnich dwadzieścia lat nachodziłam się tam z moimi dziećmi z moimi gośćmi z Polski i Anglii, nasłuchałam ochów i achów o nim i mam dość. Mówię temu parkowi „nie”.
Nawet na znak protestu pojechałam wczoraj całą rodziną do innego parku – na drugi koniec miasta, na sam daleki Marzahn, do parku, który powstał jeszcze za czasów muru po wschodniej stronie i był socjalistyczną odpowiedzią na zachodni park. I właściwie to o tym, co tam widziałam i przeżyłam chciałam dzisiaj pisać, ale …. podczas moich dzisiejszych porannych kijkowych wojaży jakaś grupa starszych, naprawdę bardzo wiekowych panów wyprzedziła mnie na tych swoich kijkach i to jeszcze przed parkiem i … zgubiłam wątek … z frustracji. Do tej pory nie mogę go znaleźć.Jutro też pójdę na te cholerne kijki, i pojutrze też. Jak trzeba będzie to i do samego parku … po wątek.
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-02-28 10:06:17 · Wyświetl
Wiesz,wcale się nie dziwię tym staruszkom,uciekają od śmierci,od choroby,od świadomości przemijania.Chcą być żywotni,dobrze się czuć.Ja też codziennie coś robię,by uciekać przed zesztywnieniem ciała. To spacer,to basenitd ale bez szaleństwa.Ostatnio przefolgowałam i dorwała mnie rwa kulszowa.Każdy czas ma swoje prawa.Dzisiaj przespacerowałam się dzięki Tobie po Berlinie.Też dużo siedzę przy biurku a mam wielkie i funkcjonalne,ale to w dużym stopniu moja praca.Zamówiłam już Twoją książkę ,przeczytam na pewno.Tunelu sobie nie odpuszczę.Pozdrawiam cię serdecznie. I powiem ci skrycie,że nie tak dawno dostałam emaila z pytaniem ,cytuję-dlaczego rozmawiasz z tą niemrą na portalu. cha! cha! przekazuję ci to jako ciekawostkę,bo tak rozbawia mnie mentalność niektórych.Jak naprawić zepsutych Polaków? trudny naród ,piękny w sej treści a swarliwy a podzielony.Serdecznie Cię pozdrawiam.
To jest ciekawy paradoks a nawet dwa. Rzeczywiście, coraz więcej starszych osób biega z kijkami – ma na to czas, co denerwuje wiecznie w niedoczasie tkwiące osoby młodsze. Którym nb. przebieżka z kijkami świetnie by zrobiła na serce, płuca, kręgosłup. Z perspektywy młodego człowieka, starszy, emeryt, ma mnóstwo czasu, którego osobom aktywnym zawodowo (zwłaszcza w dzisiejszych czasach) dramatycznie brakuje. Starszy człowiek widzi to inaczej. Jego czas biegnie coraz szybciej. Odległość do ”mety” jest coraz mniejsza. Trafnie to ujął kiedyś Schopehauer, który jako Gdańszczanin pewnie jest Autorce bliski. Im jesteśmy starsi, tym nasz czas biegnie szybciej. Ale też jest jakaś taka presja społeczna, ze nie wypada być starym. Nie wypada i już. Farbują więc ludzie włosy (kto ma
kobiety, ale coraz częściej też faceci. I odpychamy od nas czas, choćby kijem do nordic walking. I dobrze. Ruch w każdym wieku jest potrzebny. Starsi państwo szczęśliwie nie są niewolnikami komputerów. Oni są w stanie się ruszać. A coraz więcej współczesnych 10-latków nie potrafi zrobić prostego fikołka. Jak będę mieli lat 70, to chyba tylko technologia pozwoli im samodzielnie funkcjonować. I to kolejny paradoks, starsi ludzie sprawniejsi fizycznie od młodych. ps. Do Anki Korony. Ale że ”niemra” bo mieszka w Berlinie? A jakby np. mieszkała w Chicago, to była ’jankeska”? To brzmi okropnie niemądrze. Co Pani odpowiedziała znajomemu na taki tekst, Pani Anko?Starsze pokolenie patrzy na pewne sprawy pod kątem przeszłości,okupacji.Trudno wtedy dziwić się temu stanowisku.Tusk uświadamia nam hegemonię Niemiec a więc wszystko ,co kojarzy się z Niemcami, może być postrzegane w kategorii obcości lub lęku.Bywa,że nienawiść przekazywana jest jak scheda.W ten sposób trudno znaleźć porozumienie.Patrzę na to ,co dzisiaj i widzę moich rodaków jako ludzi zmęczonych ,zestresowanych zupełnie złymi rządami ,ale takich ,którzy największe zagrożenie dla siebie maja w sobie samych.Nawet nie chcę tego tłumaczyć ,obserwuję to w wielu miejscach,w których rozgrywają się istotne dla Polski sprawy.I nie godze się na brak dyscypliny,szacunku do siebie,prywatę i kłótliwość .Przy wielu cechach pięknych,których inne narodowości nie mają .A co odpowiedziałam? ja jestem już na tyle duża ,że i podmiotowa.Nie działa na mnie jakakolwiek etykietka.Ja po prostu wiem swoje.
Dziękuję za odpowiedź. Zgoda, że nasz los, głównie leży w naszych rękach i sami sobie najczęściej robimy krzywdę, traktując się wzajemnie gorzej niż źle, z bezsensowną wrogością, czy zapamiętaniem w deptaniu godności myślących inaczej. Zgoda też co do zmęczenia i stresu rodaków oraz marnych rządów (pytanie, czy realnie rzecz ujmując jest do wybrania ktoś, kto by zagwarantował lepsze – nie w poszczególnych punktach, tylko generalnie). Natomiast hegemonia niemieckiej gospodarki nie ma z Tuskiem nic wspólnego, to jest fakt i już. Nie jest to natomiast powód do kompleksów. A nienawiść, zawiść, zazdrość, pogarda bierze się z kompleksów. Trzeba się chronić od nienawiści, bo ona zatruwa nasze serca, a wrogom krzywdy nie robi. Wie Pani, mój ojciec został wzięty przez Niemców na roboty, miał niecałe 14 lat. Pracował do utraty przytomności, miał zerwane w rękach ścięgna. Wychowałem się w poczuciu krzywdy dziecka, którego ojciec nie może nosić na rękach przez Niemców. Ale nie zamierzam się ich bać, ani nie zamierzam utrwalać w sobie poczucia krzywdy, czy nienawiści do całego narodu. O przeszłości trzeba pamiętać, ale nie można nią żyć. Inczej sami sobie robimy krzywdę.
Panie Marcinie,zgadzam się.Ja raczej jestem tolerancyjna,raczej ,gdyż mierzi mnie g – e -n-e-r-a-l-i-z-o-w-a-n-i-e.Boję sie tego,bo jest to raczej dowodem wulgaryzmu umysłowego ,ponadto chamstwo,zwykłe chamstwo i zgoda na to.Ja staram się czasami być mocna w słowach czy jestem jednak nie punktowo aż tak,że łatwo się domyśleć ,o kogo chodzi.Musi mnie ktoś dobrze sprowokować .a w naszym kraju jest to takie łatwe.Ta nienawiść .Natomiast -niestety-rządy obecna w ogóle mi nie odpowiadają.Trudno.To rządy bardzo słabe i na kolanach.Niemcy zawsze były silne.Ostatnio jeden dzień miałam okazję przypatrywać się pracy zespołowi niemieckiemu,to ludzie tak zdyscyplinowani i słuchający siebie nawzajem.Daleko nam do nich a zazdrościć każdy umie.Nie tędy droga.Ja kocham i to dosłownie dyscyplinę w działaniu zespołowym.
Niemiecka solidność, jakość i organizacja coraz częściej okazuje się mitem. Kopernik miał rację. Pieniędz gorszy, wypiera lepszy. Niemieckie maszyny psują się okrutnie, terminy dostaw opóźniają, tłumaczenia są wykrętne. To już nie ten kraj, co 30 lat temu. Polacy niejednokrotnie pracują lepiej, a mamy coś, czego Niemcy mogą nam zazdrościć – zdolność do improwizacji, kiedy pojawiają się nieoczekiwane okoliczności. Nie mamy powodów do kompleksów. Jesteśmy biedniejsi, to trudno. Tak wyszło. Nie zmienimy tego. Taki dostaliśmy spadek. Mam tylko nadzieję, że nauczymy się od narodów Zachodu tego, żeby zdolniejszych od siebie nie dołować, a promować, w imię interesu grupy, czy społeczeństwa. Tego rzeczywiście im zazdroszczę. Dyscypliny nie. Byłem w wojsku
I 3000 meczetów też nie zazdroszczę. Oni też mają swoje problemy. No dobrze, nie kradnijmy Autorce bloga przestrzeni. Ona zadała inny temat. Przepraszam i dziękuję za miłą konwersację
ps. rozumiem, że panie Marcinie to do mnie
cha,cha! jasne,że tak.Zawsze u Magdy z przyjemnością się wpisuję.Bardzo lubię jej styl narracji.Pozdrawiam.Nie wychodzą mi tutaj te uśmiechy,więc ich nie stosuję,ale pozdrawiam serdecznie,ma pan rację.Ja nie mam kompleksu polskości,ale jednak widzę,że Polacy ła two dołuja dobrych swoich,za łatwo.
-
\"Ta\" BEROLINA
Dla mnie Berlin to nie tylko historia, polityka i Fryderyk Wielki. Dla mnie to przede wszystkim miasto kobiet i to nie tylko dlatego, że urzęduje w nim główna żeńska głowa, Angela Merkel.
W ciągu niemal trzydziestu lat berlińskiego życia poznałam wiele tutejszych kobiet. Najróżniejszych: sprzątaczek, pisarek, animatorek kultury, dziennikarek, albo matek samotnie wychowujących dzieci i profesorek. Tak się złożyło, że najliczniejsza grupa wśród nich i osobiście od lat mi najbliższa to poetki, których wiersze niejednokrotnie pozwalały mi zaciskać zęby i iść dalej.
Mówiąc krótko, dla mnie poezja wcale się „nie skończyła”, dla mnie jest i będzie nie od święta, lecz na co dzień. Właśnie taka jak ta poniżej pulsująca Berlinem z rodzajnikiem żeńskim …dzień dobry
do kawy
dodaję naprawdę
bardzo mało mleka tylko
ciut dzisiaj spadł mi z szafki
talerzyk z szynką i rozpadł
się na drobne części myłam
długo szynkę pod zlewem bo go
w pośpiechu postawiłam
z brzegu smarując
kawałek chleba przy pisaniu
habilitacji na komputerze dżem
spadł mi z kromki na bordową
podobno ładną satynową piżamę
kawa przelała się na klawiaturę
mam dużo plamów na dzisiaj
muszę czytać michela faucault
odnieść na pocztę parę zamówionych
niepotrzebnie ciuchów załatwić
dziecku korepetycje
z łaciny wysłać parę cholernie
ważnych maili bo ludzie tak szybko
lubią się obrazić ugotować
makaron rozwiesić
spodnie uspokoić
rodziców pogonić
hydraulika i dowiedzieć się
czy w niemczech uznawane są studia
z białegostoku bo ktoś mnie o to
zapytał przez pędzące tłumy
przedrzeć się rowerem
do wideoteki i niezwłocznie
oddać wypożyczony wczoraj film
z jennifer lopez w berlinie jak zwykle
maratonulga
czerwona i łysa łepetyna s-bahnu
wyłania się zza zakrętu
ciągnąc za sobą niezmordowaną
dżdżownicę tego miasta
zdecydowanym krokiem
zaciskają się drzwi
podejrzany facet z torbą
znowu nie wyciąga
noża ani pistoletu tylko
telefon komórkowy(Wiersze pochodzą z tomiku wierszy berlińskiej poetki i pisarki, Brygidy Helbig – „Hilfe”)
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-02-22 22:25:23 · Wyświetl
Ciekawa sprawa. Zaczęło się mówić ”Warszawa jest kobietą”, ”Polska jest kobietą”. ”Ta Berolina”, czyli i Berlin jest kobietą. Jak właściwie to rozumieć, dalibóg, nie wiem. Że ma kobiecą twarz, wdzięk? A czy państwa i metropolie nie mogły by mieć po prostu ludzkiej twarzy? A może w takim razie ma i męską twarz. Ale chyba się trochę obawiam zapytać, czyja to by była twarz, ta męska emanacja Berlina… Wiersz o tym, że żyjemy w pędzie – takie czasy. Tym bardziej warto szanować każdy moment i nie marnotrawić go na poszukiwanie lektur Faulcauta. Marne szanse
Trzeba iść trochę dalej wzdłuż półki do Foul. Wyszłoby więcej z jej planów, bez dawania plamów
No nic, pewnie się czepiam, albo nie zrozumiałem wiersza za co z góry autorkę przepraszam
-
Tante Marianne
Berlin żyje Berlinale, prezydentem Wulffem, który już prezydentem nie jest i wystawą, jedynym w swoim rodzaju spektaklem, pod względem popularności śmiało mogącym konkurować z Berlinale a już na pewno z „nieprezydentem”.
Zaledwie kilkadziesiąt kroków od miejsca, w którym odbywa się Berlinale, zamieszanie, pełno fotografów, flesze. Co tam się dzieje? Trudno powiedzieć, ktoś przyjechał. Może jakaś gwiazda? George Clooney? Nie? Nie on? A kto?
To Gerhard Richter. Właśnie skończył osiemdziesiąt lat i otwiera w „Neue Nationalgalerie” swoją retrospektywną „Panoramę”. Wystawę, pokazywaną przed chwilą w Londynie. Teraz – na osiemdziesiąte urodziny artysty – w stolicy Niemiec. Malarz, rzeźbiarz, fotograf, przez wiele lat profesor Akademii Sztuki w Düsseldorfie. Przede wszystkim zaś jeden z najsłynniejszych malarzy świata, a jeśli nie najsławniejszy, bo komu to oceniać, to z pewnością najdroższy. Obrazy Richtera osiągają na światowych aukcjach kilkunastomilionowe sumy. Nie tak dawno kolekcjoner zapłacił w Londynie za jego obraz „Świeca” dwanaście milionów Euro. Richter skomentował całe zajście : to tak samo absurdalne jak kryzys bankowy – niezrozumiałe, głupie i nieprzyjemne. „Handelsblatt„ donosi, że wdowa po bankierze, Lily Safra za jedno z abstrakcyjnych dzieł Richtera oferowała 20,8 milionów dolarów. Richter szczerze przyznaje, że te ceny go przerażają.
W lutym skończył 80 lat, urodziny obchodził w gronie najbliższych, z młodszą o 37 lat, trzecią żoną i dziećmi. Teraz musi jeszcze przetrwać cały ten zgiełk: fotografów, wystawy, wywiady. Najchętniej zaszyłby się w Koloni w swoim atelier i dalej malował. Maluje niemal codziennie. Na pytanie dziennikarza podczas otwarcia wystawy, czy to już aby nie jesień jego malarskiego życia, odparł po prostu z uśmiechem, że może teraz przyszedł czas na małe obrazy.
W historii Niemiec nie było jeszcze takiego artysty. „Nowy Picasso”, pisze się o nim, co piąty Berlińczyk sugeruje, że odwiedzi jego wystawę. Bilety trzeba zamawiać, nie ma tak: pójdziesz – dostaniesz. Trzeba swoje odczekać.
Dlaczego się podoba, dlaczego go kochają? ”Bo produkuje sztukę dla ludzi, którzy sztuki nie lubią”- pisze Spiegel. Ciekawe. Popatrzmy.
Na wystawie, jak na retrospekcję przystało, wisi prawie wszystko, co przyniosło artyście pieniądze, sławę i uznanie. Bo Richter to malarz nie tylko wybitny, to artysta pracowity, zdyscyplinowany. Jest więc co pokazać: abstrakcję, portrety, pejzaże. I tak zobaczyć można na niej jedną ze słynnych świec, których Richter namalował cały cykl, nadając im nazwę „Świeca” po prostu. Poza tym dzieło przedstawiające fotorealistyczną, nieco zamazaną … rolkę papieru toaletowego. Są tu również portrety rodzinne, począwszy od „Wujka Rudiego” po „Czytającą” żonę. A także abstrakcyjne, kolorowe, ekspresywne dzieła, poetyckie chmury, kwiaty. W sumie 140 obrazów i pięć rzeźb, począwszy od 1962 roku po dzień dzisiejszy.
Dzieła perfekcyjne, wyjątkowe i piękne. Jest ich tak dużo, że można pokazać je w kilku miejscach równocześnie. Dlatego równolegle do wystawy w Neue Nationalgalerie wystawiono także obrazy w Alte Nationalgalerie i jeszcze jedną wystawę w Dreźnie.
Niemal każde dzieło malarza to historia szczególna albo mówiąc patetycznie, wielka sprawa. Świece, namalowane na początku lat osiemdziesiątych, to symbol milczącego protestu obywateli NRD przeciw komunistycznemu reżimowi. Obrazy wystawione w Alte Nationalgalerie to portrety terrorystów grupy RAF, namalowane przez malarza dziesięć lat po ich samobójczej śmierci. Również historie rodzinne, jak w przypadku portretu najstarszej córki „Betty”, dziewczynki w czerwonym szlafroku. Dzieło uznane przez krytyków za modernistyczne pondon do Mony Lisy. Sam Richter podejrzewa, że to dziś najczęściej reprodukowany współczesny obraz na pocztówkach, plakatach i okładkach.
Ile obrazów, tyle historii, jest w czym wybierać. Dla mnie i dla wielu najciekawsza z nich i najtragiczniejsza to ta, dotycząca obrazu „Cioci Marianny”. Obraz przedstawia ciocię Richtera, wówczas czternastoletnią, i Richtera w wieku niemowlęcym. Dziecko ułożono na stole, na poduszkach, za nim stoi nieśmiała dziewczynka – ciocia Marianna.
To nie tyle portret rodzinny, to coś więcej, obraz dramatycznej historii Niemiec. Tym tragiczniejszej, że życie dopisało dziełu historię, której sam artysta nie znał. Dowiedział się o niej dopiero dzięki szczegółowym badaniom dociekliwego dziennikarza.
Ciocia Marianne, najmłodsza siostra matki Richtera, chora na schizofrenię, mając lat 21 została umieszczona przez nazistów w drezdeńskim zakładzie psychiatrycznym. Tam poddano ją przymusowej sterylizacji i wkrótce potem zagłodzono na śmierć. Jak się okazało, przyszły teść malarza, ówczesny członek SS, ordynator i ginekolog zakładu, Heinrich Eufinger, był głównym odpowiedzialnym za sterylizację i śmierć swoich pacjentów, w tym także za śmierć Marianny. Dwadzieścia lat później, nieświadomy tego faktu Richter, portretuje swojego teścia i maluje serie rodzinnych obrazów, w tym także ciocią Mariannę, nie widząc, w jaki sposób krzyżowały się losy tych dwojga.
Historia, która długo każe o sobie myśleć.Warto zajrzeć na stronę artysty i obejrzeć wszystkie jego obrazy. Przechadzać po stronie można się w języku angielskim, niemieckim i chińskim, jak na pragmatycznie myślącego malarza przystało.
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-02-19 23:23:52 · Wyświetl
O! Gerhard Richter. Bardzo dziękuję, że się tu pojawił, bo w Polsce to on nie jest za bardzo znany (chyba), a jest jako twórca i poprzez swoje prace niezwykle interesującym fenomenem. Nie podejmując się oceny, czy to jest wartościowe, piękne, popnadczasowe, etc. – każdy może przecież ocenić sam, czy mu się podoba, czy nie – chciałbym zwrócić uwagę na pewien paradoks, który gdzieś tu umyka. W czasach, które dla wielu są bardzo, ale to bardzo niełatwe, kiedy wydatki na kulturę są obcinane w domowych budzetach, albo wręcz wycinane, zaangażowany społecznie artysta stał się swoistym zakładnikiem. Jego dzieła zyskały status lokaty kapitału możnych tego świata, obracających abstrakcyjnym kwotami. Czy np. obraz świecy, malowany ku pamięci ciemiężonych, którym zamknięto usta, gdy osiąga cenę 12 mln. Euro nie staje się przypadkiem groteską? Czy nadal ma swą siłę? I czy to jest siła sztuki, czy siła pieniędzy? Bo to są chyba różne strony barykady…
Zawsze podziwiam dyscyplinę i konkret twojej narracji.Wciąga mnie jak diabli i jak mało kto,Powiem szczerze.Wiem o czym czytam ,interesujące fakty wręcz tryskają lawinowo.Jestem ci bardzo wdzięczna za te wpisy.Wreszcie zaczynam dostrzegać Berlin i Niemców w kategoriach pewnego europejskiego zjawiska kulturowego.Ciekawe jak bardzo potrzebujemy w każdym czasie swoich ”cudownych”,musimy mieć idoli,kogoś oklaskiwać ,podziwiać nawet gdyby mało był tego wart.Gdy przebiegam wieki,widzę nieustajace zapotrzebowanie na obraz dosłowny i mentalny.Patrzmy chociaż na średniowieczną hagiografię.11 stuleci nieustającego podziwu abstrakcji.Cieszę się,że dzisiaj,gdy fotografia zastępuje pędzel,gdy artyści często malują na ulicy,są jeszcze tacy ,których kupuje się za miliony.Zauważ,że ich artyzm polega głównie na skromności.Dobrze,że Richtera zauważono za życia,gdyż bywa i tak,że za życia nie docenia się talentu mistrzów i trzeba przypadky,by ich odkryć,tak było przecież z Pamiętnikami Paska.Przypadek dnia zacisznej biblioteki i bodajże też w Berlinie? A faszyzm niemiecki wciąż przeraża.Czasami naprawdę zastanawiam się przedstawicielem jakiego gatunku ZWIERZĄT inteligentnych jestem.Naprawdę sie zastanawiam.Pozdrawiam cię serdecznie.
”Volk der Dichter und Denker / Narod Poetow i Myslicieli”–tak powiedzial Wolfgang Menzel (1828) we wstepie do zarysu rozprawy o niemieckiej literaturze… ” Volk der Mörder und Henker / Narod mordercow i katow” — mowiono po wojnie… a dzis? Po prostu Europejczycy… przyzwyczajmy sie, pogodzmy sie z tym faktem. Przyjedzmy. Zobaczmy. Polubmy.
-
LESZEK SZARUGA I GRUPA C
Mój znajomy słusznie zauważył, że dzisiaj jest więcej nieczytających piszących niż czytających niepiszących. Piszą wszyscy i to już nie trend a trwały stan rzeczy.
Jakiś czas temu przeczytałam felieton Sylwi Chutnik mówiący najogólniej rzecz biorąc o „uzależnieniu od książek” (http://zwierciadlo.pl/2011/kultura/sztuka/uzaleznienie-od-ksiazek). Ucieszyłam się, że nie tylko ja czuję się osaczona najróżniejszymi nowościami, mądrymi tomami, bestsellerami, esejami, które koniecznie trzeba przeczytać, przemyśleć i przespać. O ile w ogóle do snu dojdzie, bo chcąc być na bieżąco, przy takiej ilości piszących, o spaniu nie może być mowy.
Mój znajomy słusznie zauważył, że dzisiaj jest więcej nieczytających piszących niż czytających niepiszących. Piszą wszyscy i to już nie trend a trwały stan rzeczy. Pisze się również o tym, że w ogóle się pisze, czego chyba najdobitniej dał wyraz Navid Kermani, zwierzając się czytelnikowi na 1200 stronach swojej powieści „Dein Name” (Twoje imię), że siedzi i pisać będzie albo zamierza, ale nie może, choć pisać chce.
Musi to być jakiś fenomen jednak, bo jego opowieść o tym, jak pisze się powieść – mamuta, została nominowana w 2011 roku do jednej z najważniejszych nagród w Niemczech, mianowicie do „Deutscher Buchpreis”, co prawda Kermani nie wygrał, ale przynajmniej wszyscy teraz wiedzą, że pisał, iż pisze.
Tak więc wszędzie wszyscy piszą. On pisze, ja piszę i moi znajomi też piszą. Koło mojego łóżka, na biurku, tuż obok niego i przed regałami piętrzą się książki i manuskrypty, skoroszyty, które zaczęłam już dzielić na poszczególne grupy, konkretnie zaś na A, B i C.
A: należy przeczytać natychmiast, bo obiecałam napisać recenzje, poprowadzić spotkanie z autorem, bądź dlatego, że to manuskrypty przyjaciół, które za moment będą książkami.
B: przeczytać należy w najbliższej przyszłości z tych samych powodów, co przy A.
Natomiast C, to to, co przeczytać chciałabym ja, to co ciekawi mnie, to co lubię, przy czym się odprężam, a co teoretycznie do niczego nie jest mi potrzebne. No bo kogo dzisiaj stać na taki luksus, żeby czytać wyłącznie dla przyjemności? W kręgu moich znajomych mówi się już: tylko nie przynoś mi książek, albo nie podarowuj mi książek. Nie, że tacy ignoranci, też dzielą koło łóżek kupki na A, B i C.Tęsknie spoglądam na kupkę C literaturę niezwykłą, książki berlińskich tłumaczy, którzy nagle zaczęli pisać książki albo pisali od zawsze, ale dopiero teraz odważyli się nie tylko tłumaczyć, ale też pisać. Ciekawe, że to tłumacze, którzy trudnią się przeważnie przekładem z języka polskiego na niemiecki. To także dzienniki i biografie, niekoniecznie te, o których teraz jest głośno. Na przykład biografia Heinricha Bölla lub wiersze Ericha Frieda. Albo kolejna książka Leszka Szarugi, po którego wiersze sięgam, kiedy już nie wiem, co robić, a po przypowieści, kiedy już głupieję od tego, że głupieję.
Poniżej dla wszystkich strudzonych tym, co koło ich łóżek, na biurkach i obok, cokolwiek by to nie było. Dwie przypowieści i wiersz Leszka Szarugi z tomów „Przypadki” i „Poza czasem”
WSZYSTKO JUŻ BYŁO (z tomu „Przypadki”)
Niedawno poeta Antoni szedł parkową aleją i spotkał wybitnego teoretyka literatury.
Teoretyk literatury wtajemniczył poetę Antoniego w najnowsze odkrycia. Rzecz w tym, powiedział, że wszystko już było.
Poeta Antoni spojrzał na niego zdumiony. Ale ciebie nie było, palancie – odparł i oddalił się z godnością.*
„Poza czasem”, przypowieść 20.W trakcie poszukiwań w archiwach watykańskich, na które po latach zabiegów uzyskał zezwolenie, profesor Faustus G. z Moguncji odnalazł zapieczętowaną księgę, której odczytanie stało się przyczyną jego szaleństwa. Opowiadając w roku 1849 swoją historię w klinice chorób nerwowych stwierdził, co następuje:
Odkurzywszy Księgę przystąpiłem do jej otwarcia. Złamałem lakowe pieczęcie i delikatnie odsznurowałem drewniane, opatrzone srebrnymi okuciami deski, po czym niezwłocznie przystąpiłem do lektury. Od pierwszych słów zdałem sobie sprawę z faktu, iż moim oczom ofiarowano po stuleciach wiedzę wszechczasów. Serce moje bić poczęło gwałtowniej, oczu nie mogłem oderwać od tego delikatnego, kaligraficznego pisma. Jak szalony przewracałem kolejne stronice chłonąc tekst tak pasjonujący, że mowy nie było o zaprzestaniu czytania. Odcyfrowywałem kolejne litery, słowa i rozdziały, które napełniały mnie poczuciem mocy wprost nadprzyrodzonej. Czułem, o tak, czułem wprost budzącą się we mnie boskość. Budzącą się, powtarzam, gdyż teraz wiem, że każdy z nas ma ją w sobie uśpioną. Jesteśmy bogami, lecz nie wiemy o tym, gdyż nie umiemy odszukać formy boskości, a ta dana mi była oto w swej naoczności. Zatopiony w Księdze nie zdawałem sobie sprawy z upływającego czasu, traciłem poczucie rzeczywistości, a gdy się ocknąłem, byłem już tutaj, panowie doktorzy. I oto stoję przed wami z tą wiedzą, która jest we mnie, a dla której wyrażenia nie znajduję słów.
Księża odnaleźli profesora G. zaszytego w najdalszym zakamarku archiwum. Krzyczał. Okazywał im opasłe tomisko, które, gdy je poczęli wertować, okazało się zbiorem pustych, białych stronic.*
SŁOWA SPRZED CZASU
Wyżarza się słońce serca, gaśnie
gwiazda bólu. Biel prześwietlona
bielą wściela się w krajobraz, popieleją
lasy, wysychają morza. Nad horyzontem
smuga ognia, krecha płomienia
skreślająca przestrzeń.Rozgarniasz dłonią piach
pustyni, odsłaniasz pokłady
ksiąg, o których Bóg
zapomniał. Zetlałe stronice
rozwiewają się w świetle i giną, ulatują
słowa sprzed czasu.2031_0.504424001329128256_SAM_034289.jpg 2031_0.262095001329128257_SAM_0340.jpg [/bpfb_images]
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-02-13 10:17:38 · Wyświetl
Bardzo piękna przypowieśc o profesorze !
Magda,dokładnie tak uważam,dlatego nabrałam wstrętu do tomów papierzysk w moim życiu.Całe lata czytałam cudze teksty,spowiadano mi się ze swoich marzeń o napisaniu książki,dziwiłam się jak taka Masłowska-knot może robić za swój chaos myśli taką karierę,jak wciska się na nam kit,co jest dobre w literaturze,gdy dobre nie jest.Wystarczy,że jeden dureń ”coś orzeknie”,by wszyscy zaczęli to zauważać.Słabość osądu,słabość pisania,mania wielkości,chęć zdobycia sławy.Pracując jako redaktor wędrujący co chwilę spotykałam pisarzy tak zwanych pisarzy.I wiesz dlatego bagatelizuję już wiele spraw w literaturze,ceniąc niewielu,naprawdę niewielu.Mam nosa do książek i śmieszy mnie,ile jest bubli na rynku księgarskim.Nic nie poradzimy.Cieszę się,że wybrałam przed laty moje studia,dzisiaj bronią mnie przed głupotą wydawania kasy na reklamowane bajery.
od kilku dni nie mogę się uwolnić od słów Pani znajomego ”dzisiaj jest więcej nieczytających piszących niż czytających niepiszących. Piszą wszyscy i to już nie trend a trwały stan rzeczy.” Gdziekolwiek się nie obrócę znajduję fragmenty na potwierdzenie jego tezy.
-
Spór o mielone, czyli BERLINER BULETTE ´2
Byłam wczoraj na niezwykłym spotkaniu, poświęconemu Heinrichowi Böllowi. I to właśnie o tym niezwykłym pisarzu, nagrodzonym w 1972 roku Nagrodą Nobla, chciałam napisać.
Zmierzając jednak w kierunku Deutsches Theater , w którym spotkanie miało się odbyć, mijałam restauracje i całe mnóstwo małych restauracyjek. Duże restauracje były pustawe, małe wypełnione po brzegi, przed jedną z nich, zupełnie niepozorną, goście stali w długiej kolejce na mrozie. Przystanęłam i mój wzrok trafił na tablicę, na której wymieniano dania dnia i oczywiście królowała tam „Bulette”. Przezornie bez „Berliner”, po prostu „Bulette”.
To nie mógł być przypadek, dlatego postanowiłam mój poprzedni wpis o „Berliner Bulette” uzupełnić o jedną uwagę i jeden przepis, czyli znowu będzie o mielonym.
Otóż co następuje. W rzeczy samej, jak słusznie zuaważył pod poprzednim wpisem jeden pan, najwyraźniej znawca Berlina – nie ma wyłącznie jednego przepisu na „Berliner Bulette” i jest to w ogóle pewnego rodzaju spór Berlińczyków od lat. Każdy przygotowuje w Berlinie swoje buletty inaczej. Niebezpiecznie jest podawać jeden ujednolicony przepis, pisząc, że to na pewno prawdziwa i jedyna „Berliner Bulette”. I wcale nie żartuję, sama się o tym przekonałam. Dlaczego? Otóż na mojej prywatnej poczcie znalazłam kilka uwag dotyczących właśnie tego zagadnienia, w tym jedną od znajomego Niemca, który nie mówi po polsku, ale jakoś się dowiedział o moim przepisie i postanowił zabrać głos w debacie, która przecież debatą nie była. Spieszę niemniej jednak z wyjaśnieniami. O „Berliner Bulette”, zauważył, pisze się jedynie w przepisach:
bułka tarta, jajko, mięso mielone, cebula, bułka.
Koniec. Więcej nic.
Resztę niech każdy przyrządza jak chce. Nie należy narzucać nikomu swego przepisu, bo każdy berliński dom ma swoje tradycje i swoją BERLINER BULETTE. A w domach berlińskich naprawdę te tradycje się szanuje. Obiecałam mu, że o tym napiszę…
Natomiast na jednym z portalii społecznościowych, na którym zamieściłam link do bloga, również zwrócono mi uwagę, że skąd ja ten przepis wytrzasnęłam i podano mi kilka innych, które niewiele miały z moim przepisem wspólnego. Wywiązała się nawet ostra wymiana zdań w prywatnej korespondencji, że bez musztardy, na co komu musztarda w bulettach! Zaregowałam ostro, bo w „Berliner Bulette” musztarda po prostu musi być!
No i się posprzeczaliśmy…
A na koniec przyznam szczerze, że nie lubię mielonego z musztardą, bez musztardy i w ogóle nie lubię żdnych bulett! Jednak po ostatnim wpisie poczułam się strasznie głodna i postanowiłam zrobić te całe buletty sama. Widocznie tak to jest, że buletta jest magiczna i jak już raz się o niej zacznie, to się nie odczepi. Tradycyjnie zatem podaję kolejny przepis na nieco inną bulettę, uwaga, nie berlińską….
Naprawdę palce lizać….
500 gram mięsa mielonego (wieprzowe 70%, wołowe30%,)
jajko
bułka koniecznie moczona w śmietanie słodkiej niekwaśnej
jedna cebulka jedna łyżeczka musztardy
szczypta majeranku, pieprzu i soli, ser FETA i mięta
Po uformowaniu i obtoczeniu w bułce tartej nadziewamy masę mięsną niewielkim kawałkiem sera FETA i posiekaną miętą
Nie żałować mięty…
Cała reszta, jak w przypadku mielonych …
Chciałam zamieścić zdjęcie tych NIEBERLIŃSKICH bulet, ale proszę mi wierzyć, nie ostała się ani jedna. Syn mnie uprosił i dzisiaj u nas buletty z miętą znowu.
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-02-09 09:50:12 · Wyświetl
Problem buletty odfajkowany? naturalnie, ze nie: ad. mieta, musi byc tzw. ”marokanska” — ma zupelnie inny aromat i ostrosc, ktorej zwykla nie posiada. Gdzie mozna kupic: w dobrych supermarketach i naturalnie ”u Turka”… kiedy bedzie o kielbasce curry – ? det is Berlin!
Jeden mielony i cała awantura.Nie przejmuj się,kłótliwi bywamy tak jak i agresywni.To problem człowieka,który z mielonego czyni drakę.Ja lubię je,ale paradoks jest taki,że idealne BB robi z/w.On to umie.To niech robi w przerwie między humorami.Człowiek przyzwyczaja się niezdrowo do wielu ”niezdrowowści”.Niech żyje BB.
-
BERLINER BULETTE
W przeciwieństwie do Monachium, czy Frankfurtu – w Berlinie nie obnosi się ze swoim bogactwem. Prezentowanie tutaj torebek Louisa Vuittona, czy chodzenie do drogich restauracji nie jest w dobrym tonie. Czytałam ostatnio wypowiedź jednego ze znanych kucharzy, który skarżył się, że berlińczycy przyłapani na kolacji w jego kilkugwiazdkowej restauracji, widząc znajomych, przepraszają się nawzajem, że to tylko „Geschäftsessen”.
Wyobraziłam sobie, że zapraszam moich znajomych do Fischers Fritz albo na obiad do Margaux, w którym wykreuje dla nas deser sam Michael Hoffmann i aż się uśmiałam w duchu. Nikt by ze mną tam nie poszedł, ale na „currywurst” znalazłabym natychmiast paru amatorów. Wśród moich znajomych są jak najbardziej ludzie zamożni, a nawet okropne snoby, których jednak Berlin nauczył skrywać słabości. Za żadne skarby nie przyznaliby się, że skonsumowali kolację w Rutz czy Facil. Mile widziane są za to wszelkie alternatywne kombinacje, maleńkie włoskie, azjatyckie restauracyjki, tudzież od biedy niemieckie nieduże restauracje, gdzie „Berliner Bulette” (mielone), typowy berliński przysmak, podawane są świeże z patelni. Wciąż o tym czytam i sama jestem tego świadkiem: Berlińczyk lubi dobrze zjeść, a nie wydziobywać milimetrowe kęski z talerza.
Dziobie na talerzu i wdziewa markowe ciuchy na urlopie, kiedy jedzie, powiedzmy na taki Sylt albo do Włoch, bo tam inaczej nie można. Będąc kiedyś w Lido de Venezia na własne uszy słyszałam, jak dystyngowana pani z Monachium opowiadała o „strasznej dziczy” z Berlina.
- Proszą to sobie wyobrazić! Tony smażonych ziemniaków, wielka „buletta” i do tego kapusta kiszona – tutaj przerwała, żeby wyimaginować gościom te stosy na talerzu – a na deser, proszę państwa – kontynuowała – pączek! Wielki pączek z nadzieniem – przeliterowała „pączka” na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie zrozumiał.
Siedziałam jak mysz pod miotłą, bo zachciało mi się takiego pączka, podczas gdy reszta gości z przerażeniem śledziła opowieść o „berlińskiej buletcie”.
Sledziłam ostatnio na jednym z forum dyskusję Berlińczyków, którzy próbowali wytłumaczyć, dlaczego kilkugwiazdkowych restauracji berlińskich nie można porównać z londyńskimi, czy paryskimi. Jedni uważali, że trudno znaleźć się Berlinowi na top-liście kulinarnej, skoro od upadku muru upłynęło ledwie 20 lat i ludność wschodnia wymieszała się z zachodnią. Inni twierdzili, zresztą podobnie jak cytowany tu już przeze mnie kucharz, że aby wykreować restaurację na najwyższym poziomie trzeba mieć dla kogo. A Berlińczycy lubią przecież jeść dużo i tanio. Inny z interlokutorów dopytywał się, dla kogo tworzyć kilkugwiazdkowe degustacje kulinarne, skoro w stolicy Niemiec większość mieszkańców to mniejszości narodowe. Ubodło mnie, że wymienił tu również polską, która w Berlinie plasuje się na drugim miejscu, tuż po tureckiej. Inny się zaśmiał (D), że elitarne restauracje utrzymają się jedynie dzięki gościom z prowincji i Rosjanom. Dyskusję zamknął doktor nauk politycznych, tak się przynajmniej przedstawił, czym z miejsca znalazł wielu zwolenników (w Niemczech, jak chyba w żadnym innym europejskim kraju, tytuł doktorski to jest ho, ho, ale to historia na inną okazję). Otóż według niego Berlin nie potrzebuje restauracji dla smakoszy, bo jest wyjątkowy i jedyny na swój sposób. A to dzięki swojej historii. Przywołał tu wiek siedemnasty i wspomniał Hugenotów, następnie Prusaków Wschodnich, wreszcie Wietnamczyków i Turków. Poza tym zaznaczył, że ludność berlińska to głównie ludność napływowa. Każda z wyżej wymienionych narodowości i grup odcisnęła zatem swój ślad w kulturze kulinarnej miasta, wymieszała się z regionalnymi specjałami – tu zauważył, że zadziwiająco przypominającymi kuchnię śląską – i wytworzyła obecną unikatową kuchnię berlińską. Wykład zakończył, że oto nikogo dzisiaj nie dziwi, że jedzie się na kaczkę po chińsku do Gropius Passage, bo tam jest ponoć najlepsza, kebab kupić warto tylko na Yorkstrasse, a currywurst na Mehringdammie. A jakiś niegdyś Rosjanin, a dzisiaj Niemiec (Dimitrij Müller) dodał, że pierogi tylko w Galerie Laffayete na Friedrichstrasse.
Pozostając w tym dystyngowanym klimacie, podam w takim razie przepis na „Berliner Bulette”, która przywędrowała do Berlina z Hugenotami, chociaż nieliczni upierają się, że z wojskiem napoleońskim, ale jakby nie patrzeć jeden to kierunek. Dzisiaj „berlińska buletta”, to obok „currywurst” jedno z najpopularniejszych berlińskich dań.
A zatem przepis na „Berliner Bulette”:
500 gram mięsa mielonego (wieprzowe 70%, wołowe30%,)
jajko
bułka berlińska (tak zwana Schrippe), koniecznie moczona w śmietanie
jedna cebulka
jedna łyżeczka musztardy,
szczypta majeranku, pieprzu i soliCała reszta, jak w przypadku mielonych …
Smacznego!
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-02-06 22:49:56 · Wyświetl
Wiesz,czasem mam wrażenie,że ludziom odbija z tą kuchnią.Ja jestem w głębi kulinarną chłopką,lubię proste żarcie,jak najprostsze,najem się byle czym,nie zginełabym na Syberii,chyba.Tymczasem ludzie z mego otoczenia wciąz nawijają o żarciu,szczególnie mój z/w ,który oczywiście całe życie moją kuchnię miał w głebokim poważaniu.On sam wymyśla specjały i je potem pichci.Ja mam do tego wstręt,taką mam niestety naturę-niekulinarną.Z/w nawet mielone robi sam ,oczywiście z monologiem nieszczęścia,na co mu przyszło.No i niech robi.Ja czasami idę do restauracji,ale pracując w szkolnictwie ,pracowałam w technikum gastronomicznym i tam uczniowie pokazali mi zaplecze tzw słynnych restauracji.Gdy to zobaczyłam,dziękuję.Nie wiem,jak za granicą,ale wolę zjeść w domu.Nie chcę zupy,z której wyjętio ścierkę,co przed chwilą wpadła lub wyłowiono zagotowane karaluchy (to robiono z wyjątkową pieczołowitością).Tak więc wracam do pajdy z powidłami.Uciekłam ze szpitala,chcieli mnie położyć ,ale za twardy materiał jestem.Buziaki.
Slynna restauracja nie oznacza czystej restauracji. A ”slynna” z jakiego powodu? Ze Kowalski tam jada? Restauracje w Niemczech (szczegolnie te ”gwiazdkowe”) nie moga sobie pozwolic na brud. Kary drakonskie i utrata gosci to zbyt wielkie wielkie ryzyko. Opisany przez pania przypadek zle swiadczy o szefie kuchni — po prostu burak, ktoremu cus sie udalo. jak slepej kurze ziarno. I tyle.
A to bardzo popularna P.. w sercu Gdyni,kieruje nią pan o nazwisku tańca i wypieku,a jego szkołą kieruje pani ,co tyłek ma wielkości globu,szkółka tak się kręci jak jej tyły,w tej chwili to miernoty na ”wysokim poziomie”,takie jest moje zdanie.
Choć z polskiej perspektywy trudno w to czasem uwierzyć, Berlin jest miastem stosunkowo biednym, zwłaszcza jak na niemieckie standardy. Berlin nie pełni w Niemczech roli, ani centrum finansowego, ani gospodarczego. Wiele firm, które po zjednoczeniu Niemiec przeniosło się do Berlina, po jakimś czasie wróciło na ”stare śmieci”. Do wysokiego bezrobocia i problemów budżetowych, dochodzi silny nurt socjaldemokratyczny, który wytworzył już wzorce kulturowe. W takiej atmosferze zwyczajnie nie wypada demonstrować bagactwa, chodzić po drogich knajpach, czy paradować z kosztującą bimbaliony torebką od LV. A zjeść dobrze i smacznie, to wcale nie znaczy jeść drogo
A można przy okazji podbudować sobie ego, bo nie zjadło się mielonego, tylko Berliner Bulette
ps. u mnie w domu, do mielonych dodaje się jeszcze trochę suszonych grzybów. Polecam
Istotnie berlinczycy nie obnosza sie ze swym bogactwem — i nigdy tak nie robili. To, co mieli najlepszego, ukrywaly wille nad Wannsee, kamienice-palace na Ku-Dammie, czy w dzielnicy Roseneck… Do restauracji jednak chodza —takze z gwiazdka Michelina, jak Vau czy Hartmanns. 4. daniowe menu mozna dostac (bez napojow alkoholowych) juz za ca. 60 euro – a la cart – naturalnie odpowiednio wiecej. ”Berliner Bulette” nie podbudowalo jeszcze ego zadnego berlinczyka — raczej currywurszt z platkami zlota i kieliszek szampana (ale to raczej dla turystow). I cos jeszcze: podejrzewam, ze Autorka chciala wyciac nam – zyjacym w Berlinie – kuranta… Ha, ha… cos takiego, jak ”Berlinier bulette” tak na prawde nie istnieje…
Kazda gospodyni, kazda typowo berlinska knajpa, ma swoj przepis… z kapichna przecieru pomidorowego, ogorka kiszonego (tak!) — takze grzybami. Jaki by cel jednak Autorce nie przyswiecal…. felieton udany. Smacznego!
-
BERLIN 1984
Przez granicę przewiózł mojego brata i mnie w grudniu 1984 roku znajomy rodziców. O ile mnie pamięć nie myli, nazywał się Jan. Rodzice od dłuższego czasu przebywali za granicą. Nam dzieciom nie wydano paszportów. Dopiero przekupienie urzędnika kolorowym telewizorem odniosło skutek i mój brat i ja mogliśmy wyjechać z Polski.
Pamiętam serdecznych przyjaciół moich rodziców, którzy jechali z nami za samochodem pana Jana, aż do Kołbaskowa, niemalże do samej granicy. Podskakiwaliśmy jak na wyrzutni, jadąc trasą, którą nazywaliśmy „lotniskiem”. Pełna dziur, zapadnięć, wybudowana jeszcze za czasów Hitlera.
Jakieś pięć minut przed samą granicą ciocia Krysia i wujek Zdzichu zaparkowali swojego dużego fiata na uboczu i wysiedli. Mój brat i ja nie ruszyliśmy się z miejsc. W końcu ciocia otworzyła tylnie drzwiczki.
- Chyba będziemy się musieli pożegnać – głos cioci, zazwyczaj silny, pewny siebie, zabrzmiał dziwnie nieznajomo.
Przełknęłam ślinę i spojrzałam na brata. Bawił się małym samochodzikiem. Wujek wyciągał z bagażnika dwie nieduże walizki. Całe moje trzynastoletnie życie mieściło się w jednej z nich. W niewiele mniejszej mieściło się życie trzylatka. Ciekawe.
- Michałek- powiedziałam – jedziemy do mamy. Po namyśle dodałam: – I do taty.
Wsadził samochodzik do kieszonki i spojrzał mi ufnie w oczy.
Wujek zakasłał i wcisnął mi niedużą kopertę do futerka. Futerka, które moja mama przywiozła kiedyś z Turcji „na handel”. W końcu jednak zdecydowała się futerka nie sprzedawać. Po jej wyjeździe za granicę odziedziczyłam wszystkie jej rzeczy, futerko też. Ciocia i wujek zajęli się sprzedażą mieszkania, lamp i mebli, wystanych w kolejkach albo załatwianych po znajomości w PRL, który teraz opuszczaliśmy. Na zawsze.
Podszedł pan Jan, wysoki, ciemnowłosy.
- Gotowi?
Ciocia przytuliła nas do siebie.
-Nie zapominajcie o nas! Nie zapominajcie o nas! – powtarzała.
Nie wypadło to teatralnie. Postanowiłam nie zapomnieć.
Łzy kapały na jej czerwony płaszcz. Nawet ich nie ocierała.
-Nie zapomnijcie o nas! – zawtórował jej wujek.
Pocałowali mnie w usta. Michał przytulił się do nich. Po chwil wsunął wilgotną rączkę w moją dłoń.
Trzasnęła klapa od samochodu pana Jana.
Mocowaliśmy się z pasami, wujek starał się nie patrzeć w naszą stronę.
- Nie musicie zapinać – powiedział pan Jan.
Poczułam zapach jak w drogerii, zahuśtało zielone drzewko przy lusterku. Rozejrzałam się po wnętrzu niepolskiego samochodu i czym prędzej przeniosłam wzrok za siebie. Jeszcze duże, po chwili mniejsze, małe i już całkiem maleńkie figurki cioci i wujka.
- Ani słowa na granicy, ani słowa na granicy! – powiedział pan Jan podjeżdżając do szarej budki.
Przełykałam więc tylko głośno ślinę, kiedy człowiek z psem krzyknął nam po twarzach: „Passkontrolle”. Michał zazwyczaj marudny, siedział sztywno i patrzył przed siebie. Aż do kolejnej kontroli granicznej nikt z nas nie wypowiedział ani jednego słowa.
Było ciemno, kiedy zajechaliśmy pod wysoką kamienicę niedaleko Yorkstrasse. Posłusznie wdrapywaliśmy się z Michałem na drugie piętro za panem Janem.
Weszliśmy do mieszkania ze sztukateriami na sufitach, wielkimi obrazami na ścianach, przesuwanymi drzwiami. Na stołach stały tulipany w okrągłych wazonach i świece. Jak na pogrzebie, ale ładnej. Tak pomyślałam wtedy. Tak zapisałam w pamiętniku.
To nie było mieszkanie moich rodziców. Postanowili nie witać nas w domu dla uchodźców, w którym wtedy mieszkali. Chcieli powitać nas godnie – w domu pana Jana i jego ładnej żony.
Michał niepewnie podszedł do mamy.
Stałam w jakiś dużych drzwiach i głośno przełykałam ślinę.
W tle szumiała płyta z muzyką Leszka Długosza do słów Juliana Tuwima „Berlin 1913”. Oczywiście nie wiedziałam o tym wtedy. Nie musiałam jeszcze tyle wiedzieć. Patrzyłam i słyszałam: Wielki jest Berlin, wielki – szeptał we mnie głos wielkiego poety.
Wiele lat minęło zanim odkryłam piękno tego wiersza i wielkość tego miasta.
BERLIN 1913
O, smętne, śnieżne nevermore!
Dni utracone, ukochane!
Widzę cię znów w Café du Nord
W mroźny, mglisty poranek.Strach, słodki strach od stóp do głów,
Dygot błękitnych, czułych nerwów,
I sen był znów, i list był znów:
Mgła legendarnych perfum.Lecz nie ma mnie i nie ma mnie,
I nigdy w życiu mnie nie będzie.
Zostanę w liście, zostanę w śnie,
W tkliwej, śnieżnej legendzie.Nic o tym nie wiesz. Czekasz, drżąc.
Dzień sennie sypie się i szepce.
Ach, serce moje i młodość mą
W srebrnej nosisz torebce.Wczoraj? A co to było? Tak:
Carmen, kareta, wino, walce…
Mignęło w oczach. Nie – to ptak,
Wyszyty na woalce.Pusto i ciepło w tym Café.
Zima się w oknie szronem perli.
Nie przyjdę. Idź. Nie spotkasz mnie.
…Wielki, wielki jest Berlin.
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-01-31 23:25:53 · Wyświetl
Wow. I takie są początki tego obcowania? Czy po tylu latach to jeszcze obce? Duża Przygoda, jak na dziewczynkę (w tamtych czasach jeszcze pewnie dziewczynkę) i jej małego braciszka…
Przepraszam, ze sie tu odezwe do Brati: kazde zycie sie nadaje ’’żeby go z każdej strony filować’’.
Opowiesc o poczatkach ciekawa… Nie tak prozaiczna, jak wyjazdy rodakow w ostatnim dziesiecioleciu…;) Moj w sumie byl moze lekko prozaiczny lecz przemienil sie w poezje.
Historia w rzeczy samej wtedy mnie przerosła
Czy wyjazdy mogą być prozaiczne? Jeśli dzisiaj się tak do tego podchodzi, to w pewnym sensie mnie to cieszy, zawsze można wrócić, decydować samemu o własnym losie. To najcenniejszy dar przemian ostatnich lat. Dla mnie osobiście wszystkie pożegnania. Wyjazdy były wtedy jak małe śmierci, ponieważ nie mogłam wrócić do Polski prawie przez trzy lata. A dla trzynastoletniej dziewczynki każdy jeden miesiąc niemal jak rok … Filować na życie, ładne
Ja miałam na początku lat 80tych wszystko nagrane do wyjazdu do Francji.Chodziło tylko o Drakulę.Nie miał kto przy niej zostać a wstrzymano nam paszporty z jej powodu.Dzisiaj STRASZNIE tego żałuję.Co prawda córka osadziła się we Francji ,w Paryżu,mocno i dobrze,ale nas tam NIE MA. kiedy ostatnio ,będąc tam tylko dwa dni,siedziałam w kafejce ,przytulnej jak moje rękawice,płakałam.We mnie wszystko jest jak z poprzednich wcieleń eklektyczne.Nie,to nie psychoza,to świadomość,kim się jest.Ja pasuję do klimatów małych miasteczek francuskich,żyłabym spokojnie,solidnie i tanio.Zostałam głupią polską kurą,której proces dojrzewania trwał lata.Dzisiaj bardziej nazwałabym się sową,gdyż mam naturę ptaka obserwującego,który ceni miejsce obserwacji i tam zrzuca pióra.
Owszem, w wielu przypadkach ta proza zycia laczy sie z mozliwoscia wyboru (nie u wszystkich zapewne) czy chce sie byc tu czy tam. I to jest dar, na pewno, trzeba to doceniac. Moze to lekko naiwne myslenie, ale mnie te dramaty wyjazdow w tamtych latach wydaja sie nieco ’romantyczne’… w sensie tajemnicze, poetyckie…
Podejmujemy życiowe decyzje, myślimy ”to dla ich dobra przecież”, a rujnujemy dziece światy, o których w ogóle nie mamy pojęcia. Strasznie to smutne. I wtedy i dzisiaj. Ale też i nic się na to nie poradzi. Tak się dzieje, działo i dziać będzie. Ludzie będą emigrować, zmieniać życiowych partnerów, etc. a dzieci będą ponosiły tego konsekwencje, coś tracąc, ale też i (oby) coś zyskując. I nie ma też co się zatrzymywać i żałować, że się wyjechało, albo że się zostało. Nigdy nie wiadomo, co było gdyby. Albo innymi słowy, jakkolwiek zdecydowałeś, jakkolwiek wyszło, będziesz czegoś żałować.
tak,tak,dziecięce światy,dokładnie naiwne wyobrażenia.Fagas z dwójką dzieci i zapłakaną żoną w Polsce,któremu tylko d..trzeba było.To są od tego agencje i koniec.Moja córka za śmietnik robić nie będzie.Naprawdę rzadko zdarza się wielkie uczucie,większość to żałosne pierdolenie.Gdy czytam o takim Kaziu durniu,robi mi się naprawdę niedobrze,naprawdę.Nie chcę komentować takich zachowań popularyzowanych przez głupie media.E,wiem,co piszę.Facet ma chcicę na coś tam,niech lezie,gdzie profesjonalnie mu dadzą i koniec a nie rozwalać rodzinę ,robić z siebie kretynkę i kretyna do pary.Tak jest i inaczej nie będzie.
Ja nigdy nie zalowalam, ze wyjechalam i mysle ze – jak Anka – w Polsce dojrzewalabym znacznei dluzej. Tutaj musialam sie szybciej ogarnac i zrozumiec siebie i wiele zyciowych kwestii, mowiac w skrocie.
i naprawdę nie było nic za czym by się zatęskniło? Nic takiego nie zostało? Nie było żadnej rzeczy, sprawy, widoku, zapachu, smaku, człowieka wreszcie, którego na obczyźnie/w nowej ojczyźnie zabrakło?
Jesli piszesz do mnie Jakubie, to oczywiscie ze byly i sa rzeczy a przede wszystkim ludzie za ktorymi tesknie. Czasem bardziej, czasem mniej. Jednak rozwazajac to, co stracilam i co zyskalam – rachunek wychodzi stanowczo na plus.
Do Mariki. Tak, oczywiście, to było nawiązanie do ”nigdy nie żałowałam”. A zawsze jest coś za coś, zawsze jest coś, co się traci, a dobrze byłoby zachować, choć pewnie bilans później wychodzi na plus, a przynajmniej dobrze tak myśleć, bo inaczej przyjdzie człowiekowi zwariować. Samego dobrego
Dziękuję.Czyzbys takze mieszkal za granica ale zalowal…? hm?
Ja nie zostawilam w kraju meza ani dzieci…
Zas od rodzicow to wypadaloby odciac kiedys pepowine tak czy siak … Tylko za nimi tesknie, przyjaciol zas mam tutaj. Do Mariki
Rozmawiamy z zupełnie innych perspektyw czasowych. Moje decyzje, wracać, zostać, miały miejsce w innej epoce, bo dwadzieścia parę lat temu to inna epoka. Wtedy wybór oznaczał co innego niż teraz. Ale oczywiście najważniejsze jest, by mieć przyjaciół. W czasach licealnych mieliśmy taki pomysł, by wyjechać całą grupą przyjaciół i wspólnie się osiedlić. Jakby zabrać ze sobą kawałek świata. Nigdy tak się nie stało. Może i dobrze. Zauważyłem bowiem, że ludzie, których znałem (myślałem, że dobrze) w innym kraju, otoczeniu, warunkach stają się kimś innym. Nie zawsze miłym kimś
Hmm.. a moze nie staja sie kims innym tylko wychodzi z nich to, jacy sa naprawde… Ale coz, ja nie wiem jacy byli moi tutejsi przyjaciele w Polsce, czy w swoich innych krajach.. Poznalismy sie juz na obczyznie. Moze kiedys z kims przeniose sie gdzies indziej. Zobaczymy jacy bedziemy na innym gruncie…
Myślę, że w starej tezie Marksa, że byt określa świadomość, jest więcej prawdy niż byśmy chcieli. Ludzie i tu i tam tacy byli, jacy byli naprawdę. Tylko okoliczności pokazywały ich inną twarz. Ale wszystkie twarze były tak samo prawdziwe. W każdym razie – Mariko, jesli masz przyjaciół, jesli możesz na nich liczyć, to nieważne, gdzie będziesz żyć. W dzisiejszym świecie wszędzie jest w miarę blisko. Byle tylko – na ile się da – nie niszczyć światów dzieci i zwierząt. Zostawienie psa, który nigdy nie zrozumie, co się stało, to straszna trauma. Good night & good luck
Psa tez nie zostawialm! No przestan, za kogo mnie masz!
hehe… Ja sie z teza Marksa osobiscie nie zgadzam.. Jesli tak bywa u niektorych, to okropienstowo! :-/ Dobrej nocki zycze rowniez..
A moze po prostu zapytac dzieci emigrantow: ”Z dzisiejszej perspektywy, perspektywy doroslej osoby, jak oceniaja decyzje rodzicow sprzed 30., 40 lat i jak widza sie i kim sie czuja ? Moje dziecko mowilo juz po niemal 10. latach: ”Nie jestem Niemcem, nie jestem Polakiem — jestem Europejczykiem” Bo wygodniej? ..bo latwiej..? – byc moze. Dzis pracuje dla francuskiej firmy w niemieckim miescie i marzy o wspolnych wakacjach w Polsce. Z rujnowaniem dzieciecych swiatow jak pisze pan Jakub, bylbym ostrozny… szok przesadzenia jest tym krotszy im dziecko jest mlodsze, im latwiej mu zaadoptowac sie do nowego otoczenia, im bardziej jego rodzice byli otwarci na wszystko, co nowe.. By nie zylo w getcie polskim, by nie sluchalo na okraglo polskiej telewizji, by nauczylo sie byc otwartym na inne siwaty, inne zwyczaje, inne kuchnie…
Mysle, ze to prawda, patrzac na dzieci w mojej blizszej i dalszej rodzinie… Moja mala siostrzenica wyjechala z rodzicami do Holandii w wieku 4 lat. Po 7 latach teraz, czuje sie tam swietnie, wsiakla w tamtejsza kulture. Mowi po polsku, ale ma samych holenderskich przyjaciol, bo Polakow w okolicy nie ma. W szkole jednak chetnie spiewa po polsku na roznych wystepach i prezentuje kuture rodzicow (bo juz chyba nie jej), co jest przyjmowane bardzo pozytywnie. Z drugiej strony sa moje kuzynki w dalekiej Australii, ktore rodzice ’wywiezli’ kiedy byly nastolatkami… To bylo prawie 20 lat temu.. Przynjamniej jedna z nich marzy o powrocie i czuje sie skrzywdzona tym, ze zostala wyrwana z kraju, od przyjaciol i ukochanych dziadkow…
-
POPSTAR 2012
Wyjechaliśmy z rodziną i przyjaciółmi z Berlina, w którym hucznie obchodzi się 300 urodziny Fryderyka II Wielkiego. Z punktu widzenia Berlińczyków należy to zrozumieć. W końcu to pod jego rządami Prusy stały się jednym z najpotężniejszych państw europejskich.
Na polskich kartach historii Fryderk II Wielki zapisał się źle, bardzo źle. Wystarczy zapytać, kto w Polsce kochał kiedykolwiek Prusy?
Niemcy kochają Prusy. W niemieckiej telewizji, w radiu, czasopismach i na plakatach, nowych pomnikach ON. Fryderyk II Wielki, król Prus, POPSTAR 2012.
Odczyty, wielogodzinne debaty polityczne, feministyczne, również psychologiczne (Fryderyk nierozumiany przez ojca, jego dziwny stosunek do kobiet). W telewizji, w jednym z najpopularniejszych talk-show, kłótnie czy rzeczywiście wielki czy tylko okrutny, czy prowadził mądre wojny, czy jednak nie. Ktoś ważny odrzucił zaproszenie do radia, nie będzie mówił o europożercy i nie był to Polak.
Swoją drogą, co to jest mądra wojna, bardzo chciałabym wiedzieć…Tu gdzie jestem w tej chwili nie ma to najmniejszego znaczenia. Jesteśmy w wiosce Brandnertal w Vorarlbergu, krainie nazywanej w dawnej polszczyźnie Przedarulanią. Tak więc jesteśmy w Austrii, w ośrodku wczasowo – narciarskim wybudowanym przez Holendrów, przyjmujących głównie Niemców.
Ja widzę tu biel, śnieżną BIEL i niepokoi mnie jedynie fakt, że mój syn zgubił rękawiczki. W Alpach – raczej potrzebny dodatek. Mieszkamy bowiem na szczycie jednej z gór, wydaje mi się, że tej najwyższej. W okolicy nie ma nic wyżej, wszędzie jest tylko niżej.Daleko stąd nie tylko do Berlina i do Fryderyka II Wielkiego, także do miasteczka, w którym można byłoby nabyć rękawiczki czy szczoteczkę do zębów.
I tak jest dobrze, tak ma właśnie być.
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-01-29 15:02:39 · Wyświetl
Przyznać ci muszę,że zawsze dowiaduję się czegoś interesującego i cholernie KONKRETNEGO.Dostrzegam w tobie złotą żyłę praktycyzmu.
Trzy refleksje, jeśli można. (1) Fryderyk Wielki to właściwie kwintesencja koronnego paradoksu Niemiec, kraju Hitlera i Goethego. Potrafił być bowiem jednocześnie bezlitosnym oprawcą i wielkim filozofem (warto poczytać), zbrodniarzem i humanistą. Zwolennikiem równości praw bogatych i biednych, miłośnikiem zwierząt (pochowany ze swymi psami) i cynicznym, proszę wybaczyć, squrwielem. Postać warta badań i głębszego zastanowienia. (2) czy byłoby dla niego jakimś usprawiedliwieniem, że po prostu musiał być najbardziej bezwzględny ze wszystkich, inaczej ze względu na homoseksualizm (jak piszą jedni) lub impotencję (jak chcą inni) w swoich czasach zostałby zepchnięty na dno? Czy można tu stosować współczesne miary? Nie wiem. (3) Rękawiczki dla synka zawsze będą ważniejsze niż największa nawet sprawa wielkiego świata, co dopiero, gdy miała miejsce 300 lat temu
- Wczytaj więcej
-bpfbt.jpg)










-bpfbt.jpg)









Och to wielka szkoda!! Bede zatem czytac artykuly w Zwierciadle… zycze powodzenia z ksiazka!!! Milo bylo poznawac Berlin Twoimi oczami!!!
A mi żal.Sama jednak też przebukowałam bilet do Argentyny,bo zdrowie,ale za chwilę też mnie może nie być.Wiem,że można blogować,pisać itd taktyka czasem jednak polega na świadomym uciekaniu od pewnej sytuacji.Czekam na kolejną książkę po fantastycznym ”Tunelu”.Przykre,że w rzekomej demokracji wystarczy myśleć logicznie,by być wysłanym do wariatkowa,oplutym i odtrąconym. Ja też mam czasem dość,jak cholera,jak cholera.I przyznam,że ratuje mnie spadek spoza tu i teraz w Polsce,nie na zbyciu tutaj,tak że złośliwcy żadnym sposobem nie wycisna mnie jak cytrynę.Trzym się,będę czytać ,co się ukaże.Pozdrów swego prezydenta,przynajmniej masz go z klasą.Ja pomilczę.Hej!
Magdo, wielka szkoda
Cieszę się, że przybliżyłaś mi Berlin, nawet oswoiłaś nieco. Ale żałuję, że nie będzie Twoich wpisów jak ten o wiewiórkach czy o traktorzystce
Liczę, że jednak coś przemycisz od siebie w tym pisaniu o Berlinie
Nie ma co się martwić. Pisanie książek jest zbożnym celem, a ich czytanie uszlachetnia
Jeśli więc nowa książka Pani będzie równie dobra jak Tunel – ja mam nadzieję, że będzie jeszcze lepsza
to warto czekać. A jeszcze jak będzie co dwa tygodnie artykuł, to nawet się nie zauważy, jak ten czas minie
O. Jeśli zaś można mieć prośbę. Napisała Pani, że Berlin jest Nowym Jorkiem Europy. Porównanie, które by mi w ogole mi nie przyszło do głowy (a Nowy Jork jest mi bliski). Przepraszam, ale zabrzmiało mi to tak, jak np. Bydgoszcz Wenecją Wschodu. Jednak całkiem możliwe, że Pani myśl jest trafna, a ja jestem ignorantem, myśląc, że jeśli jakieś miasto w Europie jest jakoś podobne do NY to może najbardziej Londyn. Proszę zatem swą myśl w jednym z pierwszych artykułów przybliżyć, dobrze? Bo to jest fantastyczne pisanie z tego względu, że daje dualizm spojrzenia, polsko-niepolski. A umiejętność patrzenia na świat z dystansu, to jest coś, co w Polsce chyba jest w tych czasach w głębokim deficycie. Dziękuję i czekam cierpliwie
Wszystko ma swój czas
Pozdrawiam i dziękuję za całe Twoje pisanie!!!