-
- Na kreskówkach się leją, na filmach się leją. Ja nie rozumiem. Przecież lanie się jest karalne! – mówi do mnie Pani Matka koleżanki mojej córki. – Nawet jak chcę film przyrodniczy włączyć, to w pogoni za widowiskowością ciągle tam się coś nawzajem zabija. Nie ma już stad na łąkach, Puchalskiego pokazującego, ze przepiórka karmi młode, Ksawery Jasieński czytał, że Łosie idą po bagnach. Jest za to puchacz, który odrywa głowę myszce i jelitko owija wokół gałązki. Kosmos, normalnie!
No oczywiście, że tak. Życie jest bardzo brutalne, dziwne i straszne, jak wiadomo. Mało tego – ludzie są kłótliwi i leniwi. Kłótliwi są dlatego, że od czasów małpoludów ewolucja preferuje tych, którzy walczą o swoje. I takie geny mają fory. Ludzie są też leniwi, bo jak się już o swoje walczy, to trzeba umieć przestać tak szybko, jak się da, żeby nie spalać cennych kalorii. Tylko tyle energii ile konieczne. Znamy to, co? Z pracy na przykład.
- A nie dało się zrobić lepiej?
- Dało się, ale po co?
Stąd też media z rozkoszą tłumaczą się, że trzeba ten realny świat pokazywać. I dzieciom też. Niby czemu nie?
Może temu nie, że w życiu cały czas się nie kłócimy, cały czas ktoś kogoś nie goni i cały czas się nie mordują? Skondensowane w filmach przyrodniczych sceny gwałtu na cudzej integralności budują jakiś obraz wypaczony świata, gdzie każdy tylko patrzy, kiedy się drugi odwróci, żeby mu nóż w plecy wsadzić. Hmmm… Nie zauważyłem takiej zależności. Owszem – lwy zjadają antylopy. Ale jedną na długi czas. A nie pięć w ciągu godziny.
I nie chodzi tylko o to, że rodzice nie mają czasu oglądać bajek z dziećmi. Bo rozumiem też, że miłaśne i sympatyczne bajeczki dziecko może oglądać samo, a smutne i groźne trzeba z nim oglądać. A to kłopot. W 2010 roku kultura zachodnia wykazała się wynikiem 3 minut tygodniowo jeśli chodzi o poważne rozmowy rodziców z dziećmi w wieku szkolnym. Nieźle. Jesteśmy „lepsi” niż w średniowieczu. Albo i potem. Co prawda podczas rewolucji francuskiej, kiedy dzieci prowadzano pod gilotynę na przedstawienia (i parę nawet utonęło we krwi, bo tam była taka fosa na krew), to było to mniej barbarzyńskie, bo dzieci miały przynajmniej rodziców koło siebie i tłum wiwatujący, który dawał do zrozumienia, że komuś głowę ucinają, ale był zły i wszystko jest jak należy. A teraz? Na filmie samochód przejeżdża pancernika i właściwie nie wiadomo, czy ten pancernik komuś narobił na opony, czy jakoś inaczej zawinił?
- Tato, ten pancernik był zły?
- No nie. Ale tak się zdarza. Zwierzątka niestety nie uważają, dlatego kierowcy zwalniają przed lasami i nawet są znaki „uwaga na zwierzątka” – jakiś dziarski rodzic może wytłumaczyć.
Ale zaraz samochód potrąca też sarenkę, żabkę, jelonka – bo nawet w filmie przyrodniczym muszą być emocje, a film jest o drodze szybkiego ruchu przez las wiodącej. Wygląda ten zlepek scen, jak próba sforsowania pola minowego przez batalion piechoty. Marszałek Koniew zwykł mawiać: „Nasz batalion piechoty, kiedy napotyka na pole minowe, szturmuje tak, jakby go nie było”. Ja to lubię, owszem, wycieczki do lasu, ale to, co pokazują przyrodnicze filmy, to po prostu nieprawda.
- Żabka umarła?
- Tak.
- A ten pancernik?
- Tak.
- A wiewiórka?
- Też.
- Zostały w tym lesie jeszcze jakieś zwierzątka? – pyta dziecko po filmie. I ma rację, cholera.
Zwykle rolą rodzica jest wsparcie dziecka w przygotowywaniu się do dorosłości. Więc myślę sobie – może bajki, tam znajdziemy ukojenie. Sięgam po Śniezkę braci Grimm. Dobre wydanie, bez poprawek, kumoterstwa i kombinowania. Widziałem w księgarni Czerwonego Kapturka, w którym wilk chowa babcię i Kapturkę do szafy. Super. Widziałem też Dziewczynkę z Zapałkami, którą na koniec adoptuje bezdzietne małżeństwo. Super. Nasza Śnieżka jest klasyczna, ma napisane, że oryginalna i czytamy.
- Że matka jest zazdrosna o urodę córki. Więc wywozi ją do lasu. Myśliwemu każe wyrwać jej serce i wątrobę, a potem przynieść i pokazać. Myśliwemu mięknie kluska i puszcza dziewczynkę wolno (w lesie – no, nieźle, niektórzy woleliby od razu umrzeć). Dziewczynka trafia do domu siedmiu brudasów, pracoholików i kalafiorów życiowych – umieją tylko walić kilofami w kamienie. Śnieżka pakuje im się do łóżka od razu. Chłopaki wracają z roboty.
- Ktoś spał w moim łóżeczku!
Śnieżka odnajduje się w sprzątaniu. Model rodziny super. Oni harują cały dzień w robocie, jej pomagają wiewiórki, sarenki i motylki. Pełnia szczęścia. Nie ma wieczorków przy kawie, czy coś. Krasnale szanują Śnieżkę, bo jest ładna i dobrze sprząta. O, tak!
Tymczasem matka (nie macocha, w oryginale to była matka!) – zwiaduje się, że ciągle nie jest najpiękniejsza i leci truć córkę. W końcu się udaje, zatrute jabłko utyka Śnieżce w gardle, karyple kładą ją do trumny. Ryczą. Zwierzątka też ryczą. Ogólny ryk – jak zawsze, kiedy ma się samemu sprzątać, a zawsze się udało wymigać.
Pojawia się książę. To już wytrzymuję z trudem. Książę nekrofil. Zakochuje się w trupce, chce ją całować i zabrać do domu.
- Ależ piękna dziewczyna!
- Tak, umarła, niestety. Jak widzisz leży w trumnie.
- Mogę pocałować?
- Co!? Przecież jest martwa!
- To nic. To wezmę sobie do domu, dobra?
Instrumentalnego traktowania kobiet ciąg dalszy.
Krasnale oddają zwłoki, bo coś co nie sprząta nie jest im potrzebne. Książę szczęśliwy, podnosi trumnę, jabłko jakoś tam wypada z krtani, księżniczka się budzi.
Dzięki Bogu, że książę zachował resztki godności i pocałował ja także „na ciepło”, bo ciężko mi sobie wyobrazić taką nagłą zmianę preferencji. To jest jak w życiu – jeśli znalezienie miłości życia ma cię zmienić, to uważaj.
- Jestem nieszczęśliwa, jak znajdę miłość życia, to „oszczęśliwieję”.
- Puk, puk. Czy jest tu jakaś Nieszczęśliwa?
- Tak, to ja.
- A oto ja! Miłośnik Twój! Kocham Cię, o Nieszczęśliwa!
- Ach, ach! I ja Cię kocham! Oto na Twoich oczach (zgodnie z obietnicą) staję się szczęśliwa!
- A, to spadaj. Ja się Tobą zainteresowałem, bo lubię nieszczęśliwe, lubię je ratować, pocieszać i rozwiązywać problemy. Ze szczęśliwymi w ogóle nie widzę dla siebie zajęcia. Nara!
Koniec.
I taką bajkę o Śnieżce to ja rozumiem! Twarda, groźna, ale przygotowuje w życiu do wszystkiego. A film przyrodniczy? Nie za bardzo. Bajkę, to i czytać miło i zastanawiać się – lepsze to niż podręcznik szkolny. Podzieliłem się tą myślą z Panią Matką koleżanki córeczki.
- No, oczywiście! Ale nie wszystkie bajki – wniknęła w historię literatury Pani Matka. – Socjopata Andersen na przykład potrafił jednym pociągnięciem pióra stworzyć doskonałą historię o tym, że póki jest się dzieckiem, żebyś nie wiem co zrobił i tak będziesz szambem. Nie da rady jak będziesz ćwiczył, uczył się – nic. Dyskwalifikuje Cię bycie dzieckiem. Dopiero jak dorośniesz, będziesz coś znaczył. Wie Pan, co to za bajka, prawda?
- O łabądku?
Super tak czasem podywagować, prawda?P.s. Ciąg dalszy promocji książki ”Życiologia” – dziś w Toruniu.
Użytkownik Miłosz Brzeziński zaktualizował swój stan: 2011-10-28 13:52:17 · Wyświetl
-
Miłosz Brzeziński udostępnił swój wpis 2011-10-21 15:03:53 · Wyświetl
-
Miłosz Brzeziński udostępnił swój wpis 2011-10-20 10:54:28 · Wyświetl
-
ŻyciologiA
- Wie Pan, trzeba znaleźć złoty środek – powiada Pani w pociągu relacji Kołobrzeg-Kraków. Jadę nim sobie rozważając nie tylko kwestie wielkich migracji, ale także cierpliwości, wytrzymałości na głód, elastyczności kręgosłupa i tego jak naprawdę niedoceniamy granicy naszych możliwości. Dochodzę przy tym do wniosku, że – wbrew potocznemu sądowi – realnej granicy naszych możliwości przekroczyć się nie da, ale da się (zwłaszcza w pociągu Tanich Linii Kolejowych, bez wagonu z jedzeniem) wielokrotnie przekroczyć granicę, którą UZNALIŚMY skromnie za ostateczną dla siebie.
- Złoty środek jest w trzech-czwartych – odpowiada Pan Pani. Oboje towarzyszą mej niedoli, szukając ukojenia w rozmowie i własnym towarzystwie.
- Lubi Pan, widzę, filozofować – zauważa filuternie Pani. Jak się później dowiem, wraca z sanatorium w Kołobrzegu, więc jest na fali endorfin.
- Raczej lubię wypić. Trzy czwarte… Wie Pani… – tu wykonuje gest ścinania szyi kantem dłoni i rechocze. Wszystkim robi się wesoło.
Próbujemy przetrwać.
- Tak, tak… – kwituje zabawę nasza dusza towarzystwa. – Nas inteligentnych jest mało. – Przypomina mi się, jak kiedyś…
Tu, za pozwoleniem, zostawimy Pana, który umila podróż, przypominając także, że Dusza Towarzystwa to ktoś taki, kto zajmuje się głównie duszeniem towarzystwa swoimi historiami. Zafrasowało mnie coś innego: że „nas inteligentnych jest mało”. Może nie bez kozery?
Bo i faktycznie. Kiedy czytam rozważania na przykład psychologów ewolucyjnych, sprawa jest jasna: dla ewolucji wygrywa ten, kto ma więcej dzieci. Koniec filozofii. Z tej perspektywy, gdyby ewolucja sobie usiadła i dokonała rachunku sumienia przy kolacji – że ją tak uosobię – powiedziałaby:
- No, bakterie super mi się udały. Pełno ich wszędzie, parzą się jak popadnie, antybiotyki pokonują. Tu miałam super plan. Takich jednokomórkowych kretynów naprodukować. Dinozaury – chybiona sprawa. Za wielkie. Coś wybuchło, ochłodziło się, liście pożółkły, nie było co jeść, wyzdychały. Niedobrze. Wielkość nie była dobrym pomysłem. Inteligencja? Obiecująca sprawa, ale jednak chyba ją przewartościowałam. Ujdzie, póki w umiarze. Ale bez przesady. Lepiej nie być za inteligentnym. Inteligentni nie chcą mieć dzieci, siedzą w tych Leśmianach, nacierają się jakimiś introspekcjami, zastanawiają się kto w dzieciństwie spaprał im życiowe skrypty i szukają winnych, samorealizują się w jakichś jogach, garncarstwach… Pfuj. Jak mają coś zrobić, to zamiast wstać i zrobić, zastanawiają się jak zacząć, obłożą się poradnikami, a na koniec powiedzą, że spośród 350 metod nie wybrali żadnej, bo na każdą wymyślili jakiś problem i wszystko jest do „de”. Inteligenci zdecydowanie za wiele czasu tracą na rozmyślania. A z tego dzieci nie ma. Poza tym… ciało inteligentom służy wyłącznie do przemieszczania głowy z jednego kursu samodoskonalenia na drugi, a głowa do permanentnego napychania się wiedzą i bezowocnych elaboratów. Nacierają się tym tak, spotykają w klubach, dyskutują, dywagują i umierają na końcu. Zdecydowanie uważam, że złoty środek jest w trzech-czwartych! Być mądrym, ale nie za bardzo i się za dużo nie zastanawiać. Bo co z tego, że się wylansujesz na salonach, w czytelniach i gdzie indziej, jak w tym czasie, moi ewolucyjni faworyci mają po sześcioro dzieci.
- Ale ich dzieci jakie bidulki – zakrzyknie jakiś humanista. – Nie zastanawia się nikt czy ma rodzina na chleb, czy na wykształcenie dla potomstwa tak licznego?
- Co? – zapyta niemrawo nasza rozmówczyni, Ewolucja, bo w ogóle nie będzie wiedziała o czym mowa.
Gdyż faktycznie, ewolucja nie ma zrozumienia dla frajdy żonglowania domysłami, wyobraźni i upojenia filozoficznymi dyskusjami. Rozumie jednen rachunek: ile Twoich dzieci ma dzieci. Amen.
Jednakowoż ewolucja ma swoją prostą mądrość, wobec której zawsze w uniesieniu przyklękam – „na świecie nie ma niczego dobrego, póki tego nie zrobimy”. Jej „myślenie” wielkim paluchem wskazuje na działania w realnym świecie. I myślenie jest w cenie, o ile owocuje realnym wynikiem.
Ale niestety – myśleć z umiarem nikt nas nie uczy.
Kiedy się rodzimy, nie myślimy wcale. No dobra – niewiele. Potem, skutecznie zaszczepiane przez rodziców lęki, wysyłają nasz umysł w przeszłość i przyszłość, uświadamiając, że o ile ciało ściśle pełznie wzdłuż linii czasu, o tyle umysł nie ma żadnych ograniczeń. Sprawnie poprowadzona linia wychowawcza robi z umysłu dziecka permanentnego uciekiniera przed lękami.
- Jak nie będziesz jadł, to cię wiatr porwie i trzeba ci będzie rzucać kotlety, żebyś opadł na ziemię.
- Jak będziesz niegrzeczny, to ci sowa zje nogę.
- Jak będziesz jadł ciągle cukierki, to wypadną ci zęby.
- Jak się nie będziesz dzielił, to cię nikt nie będzie lubił.
- Pamiętasz jak nie miałeś czapki i byłeś chory?
- Pamiętasz jak zjadłeś zimną zupę i cię brzuch bolał?
- Święty Mikołaj wszystko widzi! I wiesz co ci przyniesie?…
- Jak nie będziesz miły, to nigdy pracy nie znajdziesz.
Pfff… Z takich i innych opcji wyrasta się na dużego, który pięć lat zastanawia się czy podejść do dziewczyny i poderwać, bo mózg mu ciągle produkuje alternatywne scenariusze. Można też miesiącami zastanawiać się, którą dietę zacząć? Kiedy iść na jogę? Kiedy mieć dziecko? Im więcej tych przemyśleń, tym fajniej. Bo im więcej, tym więcej – intelektualna rozkosz taplania się w koncepcjach, przykładach, przykładach przeciw i przykładach przeciw przeciw. Niagara endorfin, gdyż inteligencja jest w cenie i nie ma to jak sobie porozważać. Nic tylko organizować sympozjum ze sobą w roli prelegenta i słuchacza.
A tymczasem, jak na złość, paskudnym zrządzeniem losu, kiedy kładziemy się spać wieczorem dumni możemy się poczuć właśnie dlatego, że coś zrobiliśmy. A nie, że pomyśleliśmy coś, albo, że mogliśmy coś zrobić, ale tylko się zastanawialiśmy.
Dumni, że próbowaliśmy, bo jak się próbuje, to może się uda. A jak się nie próbuje, to na pewno się nie uda.
Dumni, że było ciężko. Bo satysfakcja w życiu jest z rzeczy osiąganych z trudem. Jak się ciągle myśli jak uniknąć trudu, to nie dość, że się nic nie dzieje realnie, to nawet jak się sposób znajdzie – radocha z tego żadna. Wiedzą o tym wszyscy ci, którzy próbują we wszystkim wyręczać dzieci.
Dumni wreszcie z tego, że nam się nie chciało, ale się zmobilizowaliśmy.
I Święty Piotr zapyta nas dokładnie o to samo: „Co ZROBIŁEŚ?”
- No bym może i zrobił, ale żona mi się taka trafiła, że nic nie mogłem zrobić. No co ja mogłem z taką babą? Nic nie mogłem. Ale za to myślałem, żeby może dzieciom pomóc chorym, albo pieskom. A raz nawet myślałem, czy by nie wyjechać studnie budować w Afryce.
Wychodzi z tego, że póki my myślimy czy zrobić coś dobrego, Święty Piotr myśli czy nas wpisać na listę do nieba. Toteż szacunek mój wzbudził opisywany wcześniej współpasażer pociągowy, który krzepko chwycił los w dłonie.
- A można do Pani zadzwonić? – zwrócił się do rozmówczyni z przedziału, pod koniec podróży.
- Można, ale wie pan… Trudna to będzie sprawa, bo ja mieszkam w Niemczech. Nie wiem czy to do czegoś prowadzi – odparła stanowczo pani, która z nie jednego sanatorium już solankę wchłaniała.
Trafiła jednak na godnego przeciwnika.
- Nie wiem czy prowadzi, ale wiem, że jeśli trafiamy w życiu na drogę pozbawioną przeszkód, na pewno prowadzi ona do nikąd.
Wiem, wiem… Nie będę konkurował z tą puentą. Jednozdaniowy wykład sanatoryjnego mistrza pod tytułem: „Jak uwieść cały przedział na raz. W weekend. Dla opornych.” Ale cóż – powiadają, że mistrzostwo nie jest wtedy, kiedy nie można już nic dodać, ale wtedy, kiedy nie da się nic ująć.
Niniejszym więc: koniec.
Aha – dziś nakładem wydawnictwa Zwierciadło wychodzi moja książka, pt. Życiologia. Pełna złośliwych dialogów, komentarzy, w formie rozprawki nad porządkowaniem sobie życia. Zainteresowanym życzę udanej lektury. Użytkownik Miłosz Brzeziński zaktualizował swój stan: 2011-10-19 19:17:43 · Wyświetl
Proszę o książkę za zaliczeniem pocztowym ,podaję adres ,jak ma mnie pan w tyle ,trudno kupię gdzieś ,gdzie będzie.Lucyna korona ul.Rtęciowa 15b m.2 Gdynia 81-165 .No nie wiem.Dziękować ,nie dziękować? Na wszelki podziękuję.Nawet jak nam pokazują wypięcie to ,jak mawiał mądry Jezus ,jest to duży skarb dla nas.Jasne.Tylko,że ja nie jestem kolekcjonerem tyłów.Pozdrawiam.
Ręce zacieram ,książkę kupuję!!! no ,baarzdo sie cieszę:)!
-
Miłosz Brzeziński udostępnił swój wpis 2011-10-19 13:00:17 · Wyświetl
-
Miłosz Brzeziński udostępnił swój wpis 2011-10-19 09:54:45 · Wyświetl
-
Miłosz Brzeziński udostępnił swój wpis 2011-10-19 09:51:38 · Wyświetl
-
Wg badań połowa społeczeństwa nie wie, że jest połową społeczeństwa.
„Ostatnie badania wykazały, że ponad 90% cyberprzestępców było świetnymi graczami komputerowymi…” – podali w radio.
- O – mówi do mnie pan taksówkarz, bo słuchamy akurat radia, jadąc na dworzec – a pan gra?
- Gram – odpowiadam, wpisując się w odwieczne założenie taksówkarzy, że wsiada się do taksówki, kiedy się chce pogadać, a nie kiedy się chce gdzieś dojechać. Jak się chce gdzieś dojechać wsiada się do tramwaju, bo tam motorniczy jest zamknięty w takim akwarium z przodu i nie „wydziela głosu” – jak rybka.
- To pan jest cyberprzestępcą – analizuje tryumfalnie.
- A pan? Gra na czymś? (Poza nerwami – dodaję sobie w głowie).
- Ja jestem przeciętnym, normalnym obywatelem statystycznym – wyrzuca na jednym wydechu.
- Czyli z jednym jądrem, połową członka, połową waginy i jedną piersią. Pfuj – nie mogę się powstrzymać od utartego sloganu miłośników statystyki, bo myślę akurat o czymś innym i właściwie liczę na to, że się facet obrazi, zamknie, zasroma, cokolwiek. Ale nie. Klient w taksówce płaci, więc wymaga… rozmowy.
- No to, co, ale pan jest uzależniony od komputera.
Tu już przegiął. Freud skotłował w grobie prześcieradło z niecierpliwością oczekując mojej riposty zapewne. Ale ja nic. Czemu? Bo na odwieczne pytanie „czy jestem uzależniony” nie ma dobrej odpowiedzi.
- Tak jestem.
- Ahaaa! To na odwyk marsz!
Albo inaczej:
- Nie, nie jestem.
- Ahaaa! Każdy uzależniony tak mówi.
Nie wybrniesz. Rany, to już nawet nie presupozycja. Dobrze poprowadzona przez laika karykatura terapii daje naprawdę pole do popisu stwierdzeniu, że „nie ma ludzi zdrowych, są tylko źle zdiagnozowani”. Albo: „Jeśli kogoś znasz i wydaje ci się normalny, to go po prostu nie znasz”.
- Molestował cię tata, prawda?
- Nie!
- Wyparcie!
Albo:
- Kochasz swoją matkę erotycznie?
- Nie.
- Nie bój się tego, przyznaj. Każdy kocha, tylko nie każdy się przyzna.
W rękach sprawnego zabójcy terapeutycznego każda odpowiedź może zostać obrócona przeciwko klientowi. I nie jest to kwestia terapeutów, bo większość z nich ogarnia, czego jestem świadom. Kłopot w tym, że wiedza psychologiczna na poziomie amatorskim stała się tak ogólnodostępna, że każdy się zna na tyle, żeby pomóc.
Korzystanie ze statystyk jest jednak bardzo delikatną sprawą. I wyciąganie wniosków jest jak zlizywanie miodu z różanej łodyżki. „90% ludzi lubiących zwierzęta, w pierwszej kolejności w łóżku chce zadowolić partnera, a dopiero potem siebie”.
- Ładny piesek?
- Tak, śliczny! Kocham pieski!
- A kotki?
- Uhm. Ja w ogóle zwierzęta uwielbiam.
- 20:00 u mnie?
Brzmi fajnie, ale dane statystyczne z psychologii bardziej się nadają dla marketingowców, niż normalnego człowieka. To zaś dlatego, że normalnego człowieka nie interesuje większość, tylko on sam i jego otoczenie. Co z tego, że większość lubi komplementy racjonalne. Ale moja żona jakie lubi? Co z tego, że większość dzieci nie czyta książek, bo mają kłopot z koncentracją. Ale moje dziecko czemu? Mówi do mnie jedna Pani ostatnio:
- Ja nie dam rady być piosenkarką, bo 70% piosenkarzy ma talent do języków, a ja nie mam. Pół dnia płakałam.
- Zakładając trafną diagnozę zdolności lingwistycznych, może jednak jesteś w tych 30%? Na 1000 osób statystycznie ponad 300 jednak się nie wpisuje w tę akcję?
- Co mam robić?
- Zgadnij…
Nie mówiąc już o analizie metody badawczej. Ostatnio uwagę moją przykuwają badania różnic między kobietami i mężczyznami. Zabawa na całego. Bada się małych, dużych, w domu, w pracy. Liczebność grup wynosi od 12 osób do 2500. Masakra. I wiecie co? Gdyby stosować zasadę twittera, czyli mieścić się z naukowym anonsem w 140 znakach ze spacjami, to wyjdzie, że cokolwiek napiszecie o gadulstwie facetów i babek, będzie zgodne z jakimiś badaniami. Są badania, że kobiety mówią więcej. Są, że po równo i są, że mężczyźni. Każde z tych badań zrobiono nieco inaczej, ale każde wykazało, że podstawową zmienną wpływającą na wynik jest płeć.
Przypomina mi to dowcip, jak facet miał fobię, że bał się latać samolotem, bo bał się, że ktoś wniesie tam bombę i zdetonuje.
- Jaka jest szansa, że ktoś wniesie bombę? – pyta terapeuta.
- Licząc dane statystyczne? 1:10000.
- To tak dużo?
- No… mnie martwi.
- A jaka jest szansa, dwie niezależne osoby wniosą swoje bomby.
- Pfff… nie wiem. Ale pewnie z jeden na sto milionów!
- To dużo?
- No co ty. Prawie zero szans!
- I to jest twoje rozwiązanie. Ilekroć lecisz samolotem, zawsze wnoś na pokład swoją bombę.
A pomijając już wszystkie złośliwe gadki o statystyce w psychologii, poruszaliśmy kwestię racjonalności na ostatnim spotkaniu w Klubie Zwierciadła w Warszawie. Logika rzadko pomaga w zmianie zachowań, u których podstaw rzadko leży logika. Niezgodność, kłótliwość, krytykanctwo, brak miłości, nadmiar miłości, itp. – nikt nikomu na logikę nic tu nie wytłumaczy.
- Nie ładnie jest krytykować żonę, że nie sprząta w domu. Wiesz, czasem też mógłbyś pomóc. Jak sądzisz?
- No zgoda.
- Super.
Idzie do domu.
- Kochanie?
- Co, że nie posprzątałam?
- Nie, nie o to chodzi. Nie będę się już tego czepiał. Nigdy. Obiecuję. Ale dlaczego samochód nie postawiony przed oknami, tak jak trzeba, tylko postawiłaś go jak ślepa kura w poprzek chodnika?
Najczęściej nasze zachowania wynikają nie z logiki, ale z wewnętrznych potrzeb. Jeśli do nich nie dotrzemy, to można sobie tłumaczyć na logikę ad mortem defecatam.
Taki to kłopot. Pisałem wyżej, że czasem mam wrażenie, że statystyki przydają się głównie marketing owcom.
90% Kobiet, które są celem naszej kampanii reklamowej lubi kwiatki. Więc zrobimy reklamę z kwiatkami. To rozumiem. W kogoś trzeba celować. Ale nie jest to podstawą dla mnie do kupowania kwiatków żonie, póki się nie dowiem….
No, dobra. Jeśli to moja żona, to pewnie już dawno wiem czy lubi kwiatki. Ale wiecie Państwo o co chodzi.
Statystyka jest jak bikini. Pokazuje fajne rzeczy, ale najfajniejsze jest to, czego nie pokazuje.
Swoją drogą, a propos wyborów do sejmu – programy programami, ale można by policzyć statystykę historyczną którzy politycy mają pełne usta wyborczej kiełbasy, a którzy tylko troszkę jej w buzi memłają. Bo wolałbym głosować na takiego, co chce podnieść emerytury o 10%, ale historycznie „realizowalność jego obietnic jest na poziomie 90%” niż na takiego, który obiecuje – żeby daleko nie szukać – darmowe bilety kolejowe i emeryturę wyższą o 45%, ale realizowalność obietnic wynosi 10%. Wciąż słuchamy programów tak, jak by każdy był jednakowo potem skuteczny w przepychaniu swoich pomysłów.
Ta, jasne. Ale wróćmy do rzeczywistości.
- I co pan na to uzależnienie? – taksówkarz nie daje za wygraną.
- Jakie znowu?
- No to od komputera.
Dżizas, na śmierć zapomniałem… Dobywam broni, odpalam smartfona i Google, żeby sięgnąć statystyk jakichś w samoobronie. O taksówkarzach najlepiej.
„W opinii klientów większość taksówkarzy to naciągacze i zboki” – pierwszy komunikat. Chyba trochę za grubo.
„Taksówkarze wspierają handel żywym towarem”, „Taksówkarz gwałcił i okradał pasażerów”, „Taksówkarz zgwałcił 500 kobiet” – pfff…
- Od komputera! – powtarza głośniej kierowca, sądząc, że nie słyszałem.
- Tak, no. Jestem uzależniony – odpowiadam, bo już mi się nie chce tego ciągnąć.
- A widzi pan – Sokrates naszych czasów tryumfuje. – Statystyka nie kłamie!Użytkownik Miłosz Brzeziński zaktualizował swój stan: 2011-10-11 19:44:29 · Wyświetl
Hehe… swietne!
Znakomite i niestety prawdziwe!:)Uwielbiam statystyczne nonsensy, aczkolwiek też się nią czasami podpieram…. I przypomniał mi się dialog z legendarnego serialu ”Wojna Domowa” w mistrzowskim wykonaniu Aliny Janowskiej i Ireny Kwiatkowskiej, po powrocie tej pierwszej z wywiadówki Pawełka -”No i jak tam proszę Pani mój syn?”. ”Statystycznie leży!” -pada odpowiedź ”.” No a indywidualnie??” – dopytuje strapiona matka. ”Aaaa indywidualnie …to w porządku!”:)))
Lubię pana czytać.Akurat pana autentycznie.Nie jestem stronnicza,ale staram się być obiektywna na miarę moich możliwości.Pan ma dobry warsztat i pokorę,tak potrzebną w tym zawodzie.
Uwielbiam te Pana ’złośliwe gadki’:) I już czekam na następne;) Wszystkiego dobrego ,pozdrawiam!B.
-
Miłosz Brzeziński udostępnił swój wpis 2011-10-10 10:47:15 · Wyświetl
-
Miłosz Brzeziński udostępnił swój wpis 2011-10-10 08:08:36 · Wyświetl
-
Miłosz Brzeziński udostępnił swój wpis 2011-10-10 08:07:49 · Wyświetl
-
Skoro podobno związek pozostaje pod kontrolą tego, komu mniej zależy...
… to może przepływ informacji na świecie powinien być pod kontrolą tych, którzy mniej wiedzą?
Pamiętam, że w liceum nauczycielka łaciny zawsze wyczuła, kto nie był przygotowany do lekcji. Skądinąd nie było to trudne, bo większość uczniów uważała, że jeśli jakiś język jest martwy, to nie bez powodu i analiza trupów, to na medycynie, a nie w liceum. Tacy to byliśmy huncwoty. No, ale kiedyś i ja nie byłem przygotowany raz, a potem drugi raz, więc Pani Psorka – poniekąd słusznie – fakt ów zauważyła.
- Pan Brzeziński był pytany ostatnio i nie umiał – wycedziła złowieszczo znad dziennika. – Założę się, że myślał, że dziś go już nie spytam, nieprawdaż?
- Prawdaż – odparłem, wiedząc, że moja odpowiedź i tak nic już nie zmieni, gdyż wisiałem nad przepaścią na linie. Płonącej.
- Zadać panu jakieś pytanie?
- Nie trzeba.
- Dziękuję. Niedostateczny.
Wtedy jeszcze, w nastoletnim swym umyśle uważałem to za przejaw wyjątkowej złośliwości i zaburzonych relacji z ojcem przedstawicielki grona pedagogicznego. Dziś jednak muszę zwrócić honory, gdyż „Pani Sorka” po prostu przygotowywała nas do życia. Dlaczegóż? „Poniewuż” tradycja pytania ludzi o rzeczy, na których się nie znają zapuszcza gęste korzenie w naszą narodową historię, dziś kwitnąc w szkołach, domach a także metodach rozwoju duchowego.
Przeprowadzona czas jakiś nazad wśród polityków zabawna ankieta wykazała, że nie ma tematu, na który nie podjęliby się wypowiedzieć, byle tylko mieć swoje pięć sekund w telewizji. Znają się, czy nie – nie ważne. Nie ma w tym nic wyjątkowego. Może więc chodzi o to, że z jakiegoś powodu nie wypada mówić o rzeczach, na których się znamy, a należy wypowiadać sie o tym, na czym sie nie znamy. To by był jakiś trop, bo prawdę mówiąc inaczej nie trybię tego mechanizmu.
Dziś każdy ateista stał się specem od satanizmu i Adamów Darskich. Z kolei władze kościoła powiedziały, że krzyż przed Pałacem Prezydenckim, to nie jest sprawa kościoła. Sprawą kościoła są za to małżeństwa i dzieci. Swoją drogą na wychowaniu dzieci najlepiej znają się ci, którzy ich nie mają, na mężczyznach stare panny, a sapiące samce walenia wylegujące się z piwskiem przed telewizorem – są ekspertami od piłki nożnej i – z resztą – od każdego sportu, a także małżeństw, związków, miłości i zaspokajania partnerki.
Dalej. Każdy Polak zna się na polityce, psychologii i reklamie („Do niczego tę reklamę zrobili!”). Zaś taksówkarz zna się… na wszystkim.
My jednak zajmujemy się równowagą w życiu i być może potrzebowalibyśmy wiedzieć kogo czasem spytać. Wobec przedstawionych powyżej przykładów, odpowiedź nasuwa się sama, zgodna z regułą – należy pytać tych, co nie powinni znać odpowiedzi, bo Ci najchętniej odpowiedzą. Odpowiedzą też najpewniejszym głosem, bo jak ktoś się mało zna, to mało rzeczy bierze pod uwagę. Im ktoś się bardziej zna, tym bardziej wie, że odpowiedź na każde pytanie z jego dziedziny brzmi „to zależy”. Ale po co nam wątpliwości? Po nic.
Co zatem na przykład zrobić, żeby schudnąć. Otóż żeby schudnąć należy kupić książkę, lub założyć konto na forum: „Nie mogę schudnąć”. Prosta sprawa.
- Cześć, jestem Miłosz i nie mogę schudnąć. Powiedzcie mi jak sobie poradzić?
- <<Cześć, witamy na forum „Nie mogę schudnąć”. Sądzę, że mogę mówić za wszystkich – nie męcz się. To niemożliwe. 95% osób po chudnięciu wraca co najmniej do wagi sprzed całej akcji, albo i gorzej. Mogę ci wysłać zdjęcia. U nas jest ponad 700 użytkowników i wszyscy nie mogą schudnąć.>>
A co zrobić, żeby znaleźć miłość życia?
- Cześć, na forum „Całe życie szukam miłości życia i chyba zaraz się bułką suchą potnę” trafiłem przypadkiem. Jak znaleźć miłość życia, najlepiej szybko i tanio i w weekend?
- <<Cześć, raczej gromadź bułki. Bułki dostaniesz w sklepach spożywczych i z piekarń – mamy na forum paru dostawców. A szukaniem miłości się nie zajmuj. W razie kłopotów, od razu polecamy siostrzane forum kryzysowe: „Jak się pociąć bułką tartą, jeśli nie mam całej?”.>>
I tak dalej. Ponieważ przez dwa razy gadaliśmy o tym, że warto ludzi pytać, stawiając kropkę nad „i” warto powiedzieć, że trzeba dobrze wybierać kogo. I wiedzieć co chce się osiągnąć. Bo odpowie każdy chętnie, ale nie każdy nas zmotywuje. W naszym kraju wciąż demotywatorzy liczebnie prześcigają motywatorów i warto się z motywatorami trzymać w kupie, bo to zawsze pomoże odróżnić takich, co chcą opowiadać, chociaż się nie znają. Takie jest życie.
A ja nie wiedziałem, że do takiego właśnie życia chciała mnie przygotować pani w szkole. Jednakowoż wczoraj zadzwoniła Pani z TV i powiedziała wprost, wykładając kawę na ławę, by wreszcie mi pod zakuty łeb dotarło.
- Dzień dobry, pan jest socjologiem, tak?
- Nie.
- Aha, ale może się pan wypowiedzieć na temat samobójstw wśród młodzieży?
- Nie.
- Jak to? Czemu?
- W ogóle się na tym nie znam.
- A jak doślę panu co byśmy chcieli, żeby pan powiedział?
- To też się nie będę znał. Nie znam się na tym, nie zajmuję się, nie mam przemyśleń. Ale mam pomysł, bo widzę, że Pani napiera: skoro rolę ma pani już opisaną w scenariuszu, lepiej zinterpretuje ją aktor, niż amator jak ja.
Pauza. Gdybym był w szkole, dostałbym pewnie lachę. Jak zwykle zachowałem się jak ciećwierz, przyznając się, że nie umiem. Politykiem nie będę, trudno. Ale Pani Redaktorka, widząc braki w edukacji mi elegancko wyłuszczyła.
- Nie szkodzi, bo my nie zapraszamy ludzi dlatego, że są mądrzy, tylko dlatego, że przez kilka minut potrafią podbić oglądalność. A pan tak fajnie mówi.
„Ryknąwszy wewnętrznie, ukrył twarz w dłoniach, by chwycić ulatującą tamtędy wiarę w człowieka” – napisano by o mnie, gdybym był literackim bohaterem.
Do programu nie poszedłem. Ale teraz, kiedy tak sobie siedzę i robię rachunek sumienia pisząc felieton, dochodzę do wniosku, że jako osoba, która w ogóle się na kwestii nie zna, być może właśnie świetnie się do tego nadawałem. A pani od łaciny chciała mi stawiać te jedynki, aż do momentu, w którym gotów do życia powiem:
- Nie wiem, ale wydaje mi się, że zainteresuje panią następująca kwestia. Otóż moim zdaniem… – i takie być powinno w naszych czasach owo „młodzieży chowanie”.
Albo zacznę pisać poradniki pt.: „Choroby końcowej części przewodu pokarmowego kur zielononóżek hodowanych w klimacie Kaszubskim”.
Wtedy będzie jak trzeba i jak by na przykład niektórym dziennikarzom pewnie bardzo odpowiadało, bo nie ważne, ze nie prawda. Ważne, że oglądalność rośnie. A każdy lubi jak mu słupek rośnie. Czy nie?Użytkownik Miłosz Brzeziński zaktualizował swój stan: 2011-10-04 10:09:18 · Wyświetl
to jest jak wirus, raz zapytany NieZnającySięNaRzeczy zostaje zainfekowany, jeśli z zadowoleniem z siebie wybrnie z pytania … i już łaknie tylko tego, lgnie do kwesti na których się nie zna, bo jest w stanie odpowiedzieć coraz więcej … wirus się rozszerza i pożera kolejne komórki … i juz nic nie jest niewiadome, delikwent wie wszystko … tylko nie to, że jest chory
) i tylko prawda, że związek pozostaje pod kontrolą mniej zaangażowanego …
dopóki rośnie też tym którym na słupkach nie zależy mimo, że należą do mniejszości której zależy na tym na czym większości już nie zależy (uff!) – to jeszcze jest szansa, że naszego miejsca w łańcuchu pokarmowym nie zajmą kury zielononóżki z Kaszub ! Pozdrawiam z drugiej strony słupka:)
Trzymam się z Panem w kupie bo mi wyjątkowo ’po drodze’ w większości , ba -w każdej poruszanej przez Pana kwestii! Co do słupków , nie wiem czy jest lepiej gdy rosną;) Mnie jest lepiej , gdy taki -jak wyzej -tekst czytam! serdecznie pozdrawiam! B.
Proszę te kury zostawić w spokoju.Właśnie kupiłam ich jajka.Są pyszne!
Czytam Pana systematycznie i jestem ogromnie dumna z Pana postawy. Jest Pan bezbłędny & obłędny – posilę się trafnym stwierdzeniem ongiś w prasie rp.pl napotkanym – ”W 1989 roku w Polsce było niecałe 8% populacji z wyższym wykształceniem – a telewizja i radio były na takim poziomie, jakby większość społeczeństwa posiadała tytuł magistra. Dzisiaj tytuł magistra może zdobyć niemal każdy – poziom telewizji i radia jest na takim poziomie, jakby większość polskiego społeczeństwa stanowili debile wszystkich możliwych konfesji.” pozdrawiam soczyście!
-
Pesymisto, smarkaj czysto
- No i po co ty płaczesz? – Stoję na przejściu dla pieszych, obok jakiś maluch przeżywa duchową przemianę, a mama do niego z takim filozoficznym pytaniem. Zaraz się jednak poprawiła na „inną polszczyznę”:
- No i na co ty tak płaczesz? – tu akurat odpowiedź była prostsza. Maluch płakał na kurtkę i trochę na chodnik.
Ale pomijając już wątek wychowywania dzieci (ale nie dryfując odeń za daleko), pomyślałem sobie, że to pytanie: „Po co płaczesz?” jest jednak dość zasadne. Odpowiedź na pytanie „dlaczego?”, które pewnie większości z nas ciśnie się w takich sytuacjach na usta często niewiele daje, a dźwiga znamiona zarzutu. Pytanie „dlaczego” to takie pytanie, z którym trzeba wiedzieć co zrobić, bo jak każde inne narzędzie może być użyte kaprawo. Nic zatem dziwnego (co wynika z badań), że kiedy osoby chore na depresje idą szukać pomocy przyjaciół, to dość często… ich zarażają. Przyjaciel chce dobrze. No i pyta o przyczyny… A potem już leci…
- Dlaczego nie możesz tak, jak inni?
- Dlaczego nie jesteś taki jak twój brat?
- Dlaczego nie możesz być grzeczniejszy?
- Dlaczego nie możesz być jak inni mężowie?
- Dlaczego nie możesz mi dać spokoju jak żona Mariana?
Owszem, pytanie „Dlaczego?” i „Dlaczego nie?” to być może jedne z najważniejszych pytań w życiu. Tylko, że trzeba dobrze wiedzieć kiedy na które z nich jest pora. I to trudne.
Zupełnie inny horyzont interpretacji odkrywa na przykład pytanie „po co?” – zaprezentowane przez mamę napotkaną na przejściu. I to już coś!
Po co się płacze? Żeby ktoś przytulił, żeby ktoś wyjaśnił, żeby sobie uporządkować, żeby zwrócić na siebie uwagę, żeby ponapawać się smutkiem, żeby doświadczyć emocji (w kinie na przykład), żeby wyglądać na wrażliwego. Bardzo ciekawe sprawy.
A na przykład… po co się jest chorym? Żeby nie ponosić odpowiedzialności, żeby nie musieć nic robić i być usprawiedliwionym, żeby mąż/żona zwrócili na mnie uwagę, żeby nie iść do szkoły, żeby usprawiedliwić robienie sobie prezentów, żeby wszyscy mi współczuli… Żeby dostawać owoce i słodkie witaminowe cukierki, żeby babcia przychodziła się zajmować, żeby tata z mamą się nie kłócili, tylko martwili o mnie.
Po co się jest nieśmiałym? Żeby uzyskać usprawiedliwić ciągłe mówienie i myślenie o sobie na przykład.
Po co się marudzi? Bo nic tak Polaków nie łączy, jak wspólnie sobie ponarzekać – to jasne. Ale też dlatego, że maruda znów może mówić cały czas o sobie. Nie mówiąc już o depresji – choroba, chorobą, ale profity też są. Nie ma tak. Z każdej choroby, czy tego chcemy czy nie. Stąd też część chorób ma podłoże – umówmy się – „żeby coś ugrać”. Ot i na przykład egocentryzm to estradowy objaw smutku i depresji. Co mnie świat zrobił, co mnie spotkało, jak mnie nikt nie rozumie, czy mnie się kiedyś powiedzie, ile jeszcze nieszczęść Bóg na mojej głowie zdetonuje, czy zawsze już będę poniewierany, czy historia mnie doceni, czemu znowu JA? W stanach obniżonego nastroju zawsze ważny jestem ja, potem długo, długo nic… potem jeszcze trochę ja i dalej horyzont. Za horyzontem dopiero coś się rysuje. Kto nie chce słuchać o mnie – wynocha. A trzeba słuchać, bo jestem chory i smutny, więc trzeba pocieszać. I tak w kółko.
Ktoś powiedział kiedyś, że w Polsce reklamy powinni malować na chodnikach, bo najczęściej wślepiamy się pod nogi. To można też dodać, że dopiero z otartymi łzami i wysmarkanym nosem widać na tyle dobrze, że da się dostrzec innych ludzi.
Aha, no właśnie. A chłopiec na przejściu dla pieszych płakał, bo się zastanawiał czy ma się przejmować tym, że strasznie go boli ucho. Mama pocałowała i było po sprawie. Pfff… Nauczyciele biologii powinni stanąć przed sądem, bo zapewne kolaborują z koncernami farmaceutycznymi. Czemu? Bo gdyby nie nasza edukacja „medyczna”, kto wie, co dałoby się jeszcze leczyć buziakami mamy, przechodzącymi potem „magicznie” w buziaki partnera życiowego. Firmy farmaceutyczne pewnikiem ucierpiałyby srodze, a wszyscy by się w ramach kuracji całowali jak nałogowcy!Użytkownik Miłosz Brzeziński zaktualizował swój stan: 2011-09-27 09:33:21 · Wyświetl
To ja już wiem Panie Mateuszu PO CO pańska obecność na tym portalu
i bardzo się cieszę!DLACZEGO NIE podziękować przy okazji redakcji?:) DZIĘKUJĘPanie Miłoszu:) przepraszam..
w sercu Toronto ( Yonge-Dundas Square ) rozdawano ongiś namiętnie darmowe uściśki – rezultat był natychmiastowy, jeszcze nigdy nie widziałam tylu rozbrajających uśmiechów / m2 – te uściski jak całus mamy na zbite kolano czy łokieć niosły ukojenie i odkrywały prawdę o człowieku – Miłości & Troski nam potrzeba
I znowu się nie zawiodłam i uśmiechałam do monitora, a właściwie Pana:)))
-
Miłosz Brzeziński udostępnił swój wpis 2011-09-26 11:02:44 · Wyświetl
-
Miłosz Brzeziński udostępnił swój wpis 2011-09-26 10:50:07 · Wyświetl
-
Miłosz Brzeziński udostępnił swój wpis 2011-09-26 09:49:54 · Wyświetl
-
Miłosz Brzeziński udostępnił swój wpis 2011-09-26 09:28:07 · Wyświetl
-
Zycie zaczyna się, kiedy dziecko... wyprowadzi się z domu.
- Mam żonę, wychowałem troje dzieci i sam to wszystko zbudowałem – powiedział mi dziś jeden pan, wskazując na budynek fabryki i popatrzył na mnie z miną spider-mana. Jasne. Sam. A Britney Spears śpiewa na żywo.
- A dzieci, w której klasie? – pytam złośliwie.
- Eeee…
Zmieniam temat na pogodę, nie będę kopał leżącego. Ja nie wiem, że też czasami ludzie mówią takie historie i myślą, że ktoś im wierzy. „Wychowałem piątkę dzieci” – mówi ważny Pan Polityk i fotografuje się z dziećmi. Ta, jasne. Wziął sobie urlop macierzyński i ponieważ to przecież taki „urlop”, to miał na tyle dużo czasu, żeby jeszcze zrobić karierę i jeździć po kraju. I na co te matki narzekają, do diabła?
Umówmy się – nie miał czasu. Doba nie jest z gumy. Żadna z osób, która monumentalnie poświęciła się dla świata i odniosła spektakularne zwycięstwo nie miała szczególnie udanego życia rodzinnego, a najczęściej emocjonalnego także. Edison w robocie po 20 godzin raczej nie siedział z partnerką. Maria Skłodowska owszem krzątała się z mężem wokół świecących ogórków w kuchni, ale sypiała też nieco na boku i nikt jej tylko za to Nobla nie odbierze. Leonardo da Vinci – nie myślał o rodzinie, pewnie ze względu na preferencje w sypialni, więc w ogóle zwolniony z wywiadu. Kolumb nie żeglował z teściową, ani żoną. Kogo tam jeszcze mamy? Kopernik… była kobietą, to wiemy, ale była też duchownym. Mozart – krótka piłka, jeszcze po dwudziestce pisał kolegom listy o własnych odchodach. Ciężko się z takim wiązać, bo może go wziąć na refleksje podczas kolacji przy świecach. Każda natomiast z tych osób, wyruszyła z łopatką na grządkę światowej sławy, pozostawiając chwastom grządkę familijną.
A potem się człowiek starzeje i żeby nie wiem jak się czasy zmieniały, te same rzeczy są ważne. Jeden znany mi Pan trafił jakiś czas temu na kozetkę zmęczonego terapeuty i powiedział (w skrócie):
- Zawaliłem rodzinę, nie zostało mi nic oprócz pieniędzy.
- A wolał pan rodzinę? – upewnił się terapeuta.
- No, inaczej bym nie przychodził.
- No to error. Ile pan ma lat?
- 56. Poradzi pan coś?
- Mam być szczery czy uprzejmy?
- Pan jest terapeutą.
- To szczery. Za późno. Do widzenia.
Cham, co? Otóż jest to opis jedynego znanego mi przypadku, że ktoś po intensywnej karierze zawodowej jeszcze dźwignął rodzinę.
Niestety – nie wszyscy jesteśmy Mozartami, Kolumbami i Skłodowskimi. Nie wszyscy jesteśmy takimi terapeutami i nie wszyscy jesteśmy takimi panami jak ten klient terapii. Dlatego respekt dla pana, a ja jednak wolę regularnie nawadniać rodzinną grządkę, przy okazji politykom fotografującym się z dziećmi radząc, żeby puknęli się w głowę.Użytkownik Miłosz Brzeziński zaktualizował swój stan: 2011-09-23 18:12:59 · Wyświetl
WIEDZIAŁAM ,WIEDZIAŁAM ZE TEN BLOG TO BĘDZIE PEREŁKA! panie Miloszu .. cóż powiedzieć; zgadzam się z Panem w zupełności! Chodzi o tę REGULARNOŚĆ! serdecznie pozdrawiam! B.
i to liubię – Krótko i po męsku:) zarówno wpis jak i sesja – gratuluję!
…podoba mi się i będę tu wracać. A co do karierowiczów, gdy czytam wywiady z aktorkami, opowiadającymi jak to gonią z calodziennego planu filmowego, do teatru co by odegrać parę spektakli i jeszcze na jakieś party pod ostrzałem aparatów fotograficznych i o tym jak wspaniale łączą to wszystko z rolą matki i żony, zadaje sobie pytanie ”Czy one żyją w innej czasoprzestrzeni? Jakim cudem, po prawie całej dobie po za domem, mają czas na rodzinną sielanke? Pozdrawiam…
Wyświetlałabym Pana słowa na wielkich telebimach w mocno uczęszczanych miejscach!
-
Prawdziwy sceptyk nigdy nie wstaje z łóżka
Zacznę od dowcipu.
Spotykają się dwa pączki.
- Cześć, co u Ciebie?
- Cześć w porządku. Jakoś się żyje. A u Ciebie?
- A, wiesz, zdawałem na Uniwersytet.
- I co? Przyjęli cię?
- No co ty! Pączka?!?
Uwielbiam ten dowcip nie dlatego, żeby mnie jakoś do łez śmieszył, ale dlatego, że śmieję się w nim z siebie. Że dałem się wpuścić w rozmowę dwóch pączków o życiu i nagłe sprowadzenie na ziemię powoduje „zwarcie na neuronach”. Jeden z wielu sprawnych skrótów myślowych dotyczących życia, bo przecież bardzo łatwo wpuścić nas w interpretacje. Jak zaparkował krzywo – buc. Jak ukradł – złodziej. Zabił – zły. Nie zabił – dobry. Przespała się z kimś – wiadomo… Nie przespała się – oziębła… też wiadomo. Na podstawie przebytych doświadczeń mózg chętnie i sprawnie wypluwa rozwiązania, które nie tylko często nie są trafne, ale nawet zasadne. Kiedy ludziom mówi się, że płaczący niemowlak jest dziewczynką, raczej zakładają, że płacze ze smutku. A kiedy mówi się, że chłopcem – że płacze, bo jest wściekły. Dziś pytanie – dziś odpowiedź.
I to nie tylko szkoła jest winna, ze swoim prawem: „Jest jedno dobre rozwiązanie, to na końcu książki, ale nie zaglądaj, bo to oszustwo”. Chociaż chętnie wspiera. „Wiersz z renesansu, więc na pewno chodzi w nim o to”, „Mieszko się ochrzcił, bo podjął decyzję polityczną”. Rany, a co miał powiedzieć? „Poddani! Oto się zakochałem i oto spłynęła na mnie łaska wiary. A ponieważ każdy władca, tak jak ojciec dzieciom pragnie najlepiej, tak ja przyjmę chrzest…”. To nie Harlequin. Jak by coś takiego oznajmił, zaraz by mu tandem nadwornego cyrulika i kowala zrobił polową lobotomię.
Tymczasem znajdowanie alternatywnych interpretacji to fundament zmian dla człowieka zagubionego. Tak zwane „przekierowanie” odnajdujemy w bajkach, w historiach zasłyszanych, w kreatywnym myśleniu i powinno być moim zdaniem przedmiotem obowiązkowym w szkołach (obok śpiewania, tańca i opowiadania historii).
- Moje dziecko ryczy, bo jest skorpionem!
- A dlaczego jeszcze może ryczeć?
Albo:
- Nic mi nie idzie, bo miałam toksyczną matkę, która jak byłam mała, to…
- A dlaczego jeszcze mogła tak mówić?
Albo:
- Tej bandzie durniów w moim zespole można mówić po piętnaście razy, a oni się nie uczą, bo im się nie chce…
- A czemu jeszcze mogą się nie zabierać?
To proste pytanie jest jednym z najpotężniejszych narzędzi w zmianie myślenia o zdarzeniach, a za razem testerem znajomości życia – bo po to plotkujemy, oglądamy seriale, czytamy ciekawe wywiady i blogi, żeby wiedzieć jak różnie ludzie się zachowują i z jak różnymi reakcjami mamy do czynienia. A im większy arsenał wiedzy, jak się okazuje, tym więcej spokoju.
Wygląda na to, że dla nieświadomych procesów myślenie tego typu jest zupełnie niedostępne. Tak jakby liczyło się pierwsze „wyplute” rozwiązanie. Nie szukamy najlepszego, bo pierwsze logiczne wystarczy. Niepojętym jest, że moja interpretacja nie jest nie tylko jedyną logiczną, ale nie jest jedyną dobrą interpretacją tego, co się dzieje. Niesamowite jest też to jak bardzo zdanie sobie z tego sprawy pomaga w życiu i ile narzędzi pomocy można na tym zbudować.Tu jednak nieświadomość musi się posłużyć rozumem, który nieco zmotywuje ją do myślenia nad więcej niż jedną wersją przesłanek i konsekwencji.
p.s. Oczywiście szukanie liczby interpretacji też ma swój „złoty środek”. Jeśli przedobrzymy, można dojść na przykład do wiekopomnej strategii życiowej zawartej w tytule. Użytkownik Miłosz Brzeziński zaktualizował swój stan: 2011-09-20 11:27:00 · Wyświetl
Panie Miloszu, z przyjemnością przeczytałam ten tekst! Już mam pana w ULUBIONYCH i czekam na dalsze zapiski! Pozdrawiam! B.
Dzięki za ten wpis ! – a to podobno kobiety są specjalistkami w zadawaniu pytań:) więc z racji płci ( i nie tylko)wierzę w ich zadawanie. Fascynuje mnie poszukwianie tego najwłaściwszego czyli takiego na którego odpowiedź będzie tym najlepszym powodem do wstania z łóżka:)
Przypomniał mi się incydent z czasów liceum. Otóż, interpretowałam jeden wiersz przez trzy lekcje. Model zakładał, że autor idealizuje swój kraj, ponieważ za nim tęskni, a ja w treści idealizacji nie widziałam. Widziałam wspomnienia prawdziwe – szare konary drzew, smutne niebo, bieda. Powiedziałam, że autor nam udowadnia, jak kocha swój kraj poprzez docenienie rzeczy błahych, wcześniej niezauważanych. Nauczycielka jednak się ze mną nie zgodziła, a za argument podała odpowiedź zawartą w modelu. Jedna jedyna słuszna odpowiedź – ta, której mamy się na pamięć wykuć, a nie ją zrozumieć, bo i po co? Interpretacja poezji i obrazów w szkole to nie jest już ta dawna interpretacja. To praca bazująca na pamięci krótkotrwałej. Oducza się nas myśleć – prawda.
Tak spodobał mi się tytuł,że musiałam zajrzeć do środka. I bingo! Będę tu bywać:)
-
Użytkownik Miłosz Brzeziński założył konto w serwisie 2011-09-15 11:36:44 · Wyświetl
- Wczytaj więcej
dotarło do mnie, że ,rzeczywiście, książę pocałował martwą królewnę! Upodobania miał dziwne
Wolę nie myśleć, jakie upodobania mieli autorzy dawnych bajek
olał pan moje pytanie o książkę,ja olewam tekst, ”dziękuję”
dlaczego Pan tak mało pisze?…. czekamy!
Zaś tego blogu faktycznie mi brakuje… Jest sensowny i życiowy – no tak, tacy ludzie jak MB nie popadają w grafomanię… Książek jestem ciekawa, po wyprawie do księgarni zajrzę.
… jak wiadomo bajkopisarze, to najwięksi psychopaci, o tyle bezpieczni, że swoje zboczenia wywalali na papier, a nie na bliżnich tzw. Co do mordowni w tv, widziałam kiedyś taki obrazek:rodzinka przed ”wizorkiem” , ogladają film, potomstwo wraz z rodzicielami i nagle scena ”prawie erotic”-pocałunek ”z języczkiem” i mama, w trosce o moralność swego dziecięcia, zasłania mu oczy, a za parę minut, gdy jest scena ze strzelaniną, na pierwszym planie, głaszcze dziecko po blond czuprynce i pozwala ogladać, w myśl ”a niech się uczy życia”. Nie muszę komentować…