Młoda Matka w obcym kraju
-
Przedsiębiorczo...
- Synku powiedz cioci dokąd jedziesz w poniedziałek na trzy dni? – zapytała 6-latka moja koleżanka
- Wysoko w góry, na farmę, na której urodziły się małe owieczki, będziemy tam spać i je oglądać – pochwalił się chłopczyk trochę po francusku trochę po polsku
- Ile kosztuje trzydniowy pobyt dziecka na takiej pokazowej farmie? – zapytałam koleżanki z ciekawości
- Kilka euro od osoby, tyle zabrakło szkole do opłacenia tej wycieczki – odpowiedziała
- A skąd szkoła ma fundusze na ten cel?
- Część z pieniędzy wpłaconych przez rodziców na początku roku, a większość to dochód z organizacji „Dnia Lasagne”
- „Dzień Lasagne”? – zdziwiłam się
- Tak, co roku kilkunastu mieszkańców naszej małej wioski [wieś liczy ok. 300 mieszkańców] jako wolontariusze organizuje imprezę z której dochód całkowicie zasila szkolną kasę. Wygląda to tak: kilka tygodni przed planowanym wydarzeniem wszyscy uczniowie/rodzice otrzymują bloczki z biletami do rozdystrybuowania wśród członków rodziny, sąsiadów, znajomych (jeden bilet kosztuje ok. 16 euro). Wolontariusze przygotują ogromną ilość lasagne (część mieszkańców ma włoskie pochodzenie stąd pomysł na tę potrawę jako danie główne), sałaty z jakimś sosem i deserów. Zostaje wynajęta ogromna sala [coś jak świetlica wiejska] i zamówiony zespół muzyczny. Francuzi uwielbiają spotykać się plotkować i jeść, więc tłumnie korzystają z okazji i przybywają na fetę (nawet jeśli ktoś nie może przyjść często mimo to kupuje bilet, bo cel jest szczytny). Poza ekwiwalentem, który gwarantuje bilet dokupują jeszcze osobno alkohol, po kolacji tańcują i zabawa trwa do późnych nocnych godzin. A dzieci szkolne dzięki temu mogą później np. podglądać małe owieczki gdzieś w Alpach…
PS1. A Milka od wczoraj samodzielnie chodzi, ot prostu (wcześniej najwięcej [czyli 4] samodzielnych kroczków, zrobiła przy dopingu dziadków przez skype’a), puściła moje ręce i z szerokim uśmiechem na ustach przeszła w skarpetkach przez ogródek z wdzięczności dla aury, że wreszcie przestało padać i może opuścić salon (a kafle przy ogrodzie bardziej szorstkie i „przyczepne”) . Zastanawiałam się wcześniej czy jest możliwe wyznaczenie jakiejś konkretnej daty nabycia tej fizycznej kompetencji, skoro nauka chodzenia, jak zdobywanie każdej umiejętności, to proces, więc kolejne postępy przychodzącą sukcesywnie w trakcie praktyki. No ale umownie niech to będzie 21 maja – skoro Młoda dała radę sama się zatrzymać nie amortyzując tego stanu pampersem…
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-05-23 11:41:38 · Wyświetl
-
Alkomaty i podkówki
Musimy albo kupić wreszcie telewizor albo dbać o dopytywanie naszych przyjaciół raz na jakiś czas o to co nowego (istotnego być może dla nas) ustala prawodawstwo kraju w którym rezydujemy, bo kiedyś nasza ignorancja może obrócić się przeciwko nam. Prosty przykład: przenośne alkomaty. Do lipca musimy zaopatrzyć w takowy nasze autko jako obowiązkowy element jego wyposażenia (obok trójkąta ostrzegawczego czy kamizelki). To efekt zmian w przepisach kodeksu drogowego zainicjowanych przez prezydenta Francji. Po co? Policjanci oszczędzają na alkomatach? Nie. Po to, by móc samemu sprawdzić poziom alkoholu we krwi zanim zasiądzie się za kółkiem. Ma to sens o tyle, że pewna dawka alkoholu w krwi kierowcy (0,5 promila) jest w tym kraju dozwolona…
PS1: A Milka zastrzeliła nas wczoraj serią rzadko od kilku miesięcy widywanych u niej „podkówek” podczas kolacji (smutnych minek z opadającymi ku dołowi kącikami ust połączonych z łezkami w oczach, ale bez krzyku, głośnego domagania się czegokolwiek czy gwałtownych ruchów). Obiektywnie wszystkie potrzeby miała zaspokojone: ulubiony tuńczyk, chlebek i plastry ogórka na talerzyku, czysto, ciepło, rodzice tuż obok. W czym tkwiła przyczyna cichej rozpaczy? Najprawdopodobniej w tym, że od dobrego kwadransa byliśmy z Piotrkiem w pełni pochłonięci rozmową ze sobą przy stole, kompletnie nie zwracając na nią uwagi…
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-05-21 11:49:37 · Wyświetl
-
W niebo
Wczoraj rozpoczął się we Francji kolejny długi weekend i nikt z pytanych przez mnie osób, po okazaniu radości z trzeciej już „majówki”, nie potrafił mi precyzyjnie i bez namysłu odpowiedzieć czemu zawdzięczamy tę beztroską możliwość grillowania (poza wspierającą pogodą oczywiście). Padła laicka wersja krótkich ferii dla dzieci, ale ostatecznie ustaliliśmy, że coś „Wniebo…” Ale pogrillowaliśmy sobie. Jak zwykle największym wyzwaniem (znowu poza pogodą oraz określeniem okoliczności świętowania) było ustalenie nośnika komunikacji, bo choć dominowała silna ekipa polaków, dołączył do nas hindus, więc automatycznie zmiana języka na angielski i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że jedna Polka i 6 letni chłopczyk nie posługują się nim (za to biegle francuskim), a trudno w towarzyskiej konwersacji (i zabawie w „Raz dwa trzy babajaga patrzy”, do której cała ekipa dla rzeczonego 6-latka się przyłączyła) pomijać dwie osoby, więc one mówiły po francusku, a reszta trenowała rozumienie i reagowanie w tym języku. Uff, działo się.
Najbardziej płodny w fajne ustalenie na przyszłość był moment, kiedy w trakcie odbijania piłki siatkowej (znowu w pokłonie dla naszego 6-latka) zaczepił nas sąsiad organizatora grilla, który zza płotu iż tego ni z owego opowiedział nam, że jest trenerem sekcji siatkowej w jednym z klubów siatkówki w naszym miasteczku i zachęca nas do przyłączenia się do niego. I co? Za dwa tygodnie w czwartek zaczynamy trenowanie siatkówki… J
PS1: A Milka zaczyna nieśmiało okazywać zainteresowanie swoim pół roku starszym kolegą. Powiedzieć, że bawią się razem, to może zbyt szumne stwierdzenie, ale zauważają się nawzajem, pokazują sobie oczka, noski itd., głaszczą, piszczą na swój widok, jednym słowem proces uspołeczniania się rozkręca…
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-05-18 12:21:04 · Wyświetl
Haha, fantastyczny dlugi weekend z niespodziewnym rozwinieciem! (mam na mysli siatkowke) A ja wlasnie sie dowiedzialam, ze we Francji wszystkie biura pozamykane po tym, jak nikt od rana nie podnosil sluchawki w biurze pracy w Caen :-/ … (Usliluje sciagnac stamtad paru kandydatow do pracy.
Dla mnie interesujące jest to,żę dość laiccy Francuzi tak ochoczo świętują z okazji świąt kościelnych.Ostatnio,będąc u córki,zadziwiłam się skłonnością Francuzów do labowania,nawet uważam to za fajne.
-
Kategoria Świata równoległego
Na ’za dwie godziny’ mam zadanie z francuskiego: opowiedzieć o naszej wizycie w Polsce. Tylko jak tu wytłumaczyć w prostych zdaniach magię przeniesienia nas i naszego dziecka w dwutygodniowej objazdowej wycieczce do świata równoległego, który istnieje na pograniczu realności i potencjalności.
Realności bo realni są ludzie, ich emocje wobec nas, wspólne historie (tu wujkowie z którymi tata studiował, tu ciocie z którymi mama, tam współpracownicy, jeszcze dalej współbiesiadnicy, współpodróżnicy, współlokatorzy itd.) Na marginesie, niesamowite, że można z kimś przegadać długie godziny na skypie, wymienić niezliczoną liczbę maili i wiadomości gg, ale dopiero stając face to face odkrywa się w ich oczach nowe personalne żniwa upływu czasu: albo cudowny spokój, albo żar działania, albo ukryte do tej pory pokłady ciepła, albo uważność świeżego rodzicielstwa, albo eh, trudno dobrać słowa.
Potencjalność tego równoległego świata zamyka się między słowami: gdybyśmy tu mieszkali byłabyś częstym gościem… (i tu stosownie do lokalizacji w jednym z trzech ważnych dla nas województw: na dziadkowej huśtawce, na dywanie w pokoju kuzynów, przy pręgierzu, na ukrytym placu zabaw niedaleko Reksia, w Klubodzieciarni, w Biedronce po „Grodzkie” itp. itd.)
A tak, czułam się trochę jak w Muzeum Miniatur, gdzie na wyciągnięcie ręki jest wiele ważnych budowli, przy których przystaje się tylko na chwilę… Zdecydowanie niemianiaturowe były za to nasze emocje…
PS.1 A Milka właśnie chowa się za zmiotką i woła „a kuku!” do niewidzialnego przyjaciela (który, wnioskuję, często ostatnio pojawia się i znika, bo Młoda notorycznie robi mu „papa” w przerwach pomiędzy tym jak kłoci się z nim, opowiada mu coś, patrzy przenikliwie, podśmiechuje się do niego…)
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-05-16 09:36:36 · Wyświetl
-
Roczek-kroczek
Hmm. W ciągu ostatnich kilku dni, zebrałam więcej informacji o niuansach francuskiej polityki, postawach i poglądach politycznych obywateli, oczekiwaniach mniejszości itp (i to korzystając wyłacznie z przypadkowo-ukradkowych mediów ”majówkowo-ojczyźnianego” czasu) niż w ciągu ostatniego obczyźnianego roku…
PS1. A Milka, co dziś robiła? Odpoczywała od świętowania (po dwukrotnie zdmuchniętej świeczce), choć to właśnie jej rocznicowy dzień; udawała, że piloty TV (albo była święcie przekonana) to telefony komórkowe i przykładała je sobie nieporadnie do uszu głośniej i bardziej piskliwiej przy tym gaworząc; szczekała na psa Herosa; kiciowała na kota Halinkę; ko-kowała na kury; stanęła sobie przy Babci bez podparcia, a trzymając się jedną ręką podręcznej dłoni opiekuna biegała równie szybko jak jeszcze wczoraj asekurując się obiema rękami…
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-05-07 20:24:53 · Wyświetl
-
Pociąg
Obrazek. Wsiadamy z Milką pospiesznie do pociągu, bez biletu, którego nie zdążyłyśmy kupić. Konduktor na wejściu to odkrywa po mojej minie i prosi spokojnie o zajęcie miejsca, za moment okaże się, że sprzeda nam bilet po cenie „rynkowej” bez naliczania dodatkowej, „konduktorskiej” kwoty. Pociąg pełny – głównie studenci, ale od razu znajduje się dla nas miejsce – ktoś się przesunął, ktoś przesiadł. Podczas trwającej półtorej godziny podróży prawie połowa wagonu w jakiś sposób zostaje przez nas zaangażowana: czy to poprzez podawanie maskotki, którą Młoda bezpardonowo, dla zabawy nieustannie upuszcza, czy poszukiwania korka od bidonu, który poturlał się gdzieś pod siedzenia, odnalezienie jej bucika czy podnoszenie plecaka. Pozostali zaczepiają Milkę strojąc miny albo nieśmiało odpowiadając na jej zaczepki (poza małym chłopczykiem w rogu wagonu, który całym sobą popisuje się na widok „Dzidziusia”). Ktoś mnie pyta o chustonoszenie, ktoś coś opowiada o karmieniu butelką, swojej małej siostrze. Uroczo. Normalnie.
A rzecz się dzieje w pociągu PKP tuż przed tegorocznymi świętami wielkanocnymi…
PS.1. A Milka znowu przywiozła z Polski przeziębioną mamę, solidny katar, kilka kaszek w proszku i już, niewiele bowiem zmieściło się w bagażu na samolotowym pokładzie, na którym zadebiutowała bez większych emocji. Te budzili natomiast Dziadkowie, tłumy na lotniskach i niesamowite popołudnie w Klubodzieciarni, którego magii nie sposób opisać…
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-04-19 19:19:11 · Wyświetl
I może być pięknie nawet w pociągu, bo piękno to też ludzie.
Alez mily obrazek!
A propos ustepowania miejsca osobom z dziecmi,w ciazy lub starszym, to podoba mi sie, ze w Polsce to jest takie oczywiste.:) Ostatnio, kiedy bylam na Boze Narodzenie, ustapilam miejsca starszej pani w miejskim autobusie i moze to zabrzmi glupio, ale podobalo mi sie ze nawet niepodziekowala – takie to bylo oczywiste, haha! Usmiechnelam sie do siebie na ten kompletny brak reakcji… Tu w UK, tak nie ma… czesto widze stojace babcie, kiedy malolaty naookolo siedza.
Mnie jeszcze nie ustępują miejsca w autobusie…..I to mnie cieszy
A Milka ma piękne imię.Jiji, miejsca ustepuja z roznych powodow, czasem tylko dlatego, ze sie blado wyglada.
-
Parking, ksero i grawitacja
Przypomniały mi się dzisiaj dwie sympatyczne historyjki z francuskiego podwórka, które swojego czasu opowiedzieli mi znajomi:
1. Koleżanka (o ile tak można nazwać osobę, z którą spędziło się jeden wieczór, hmm), niech będzie znajoma jechała sobie kiedyś swoim wysłużonym autkiem (co to znaczy: np. nie miała nawet w zwyczaju zamykać go na klucz). Nieszczęśliwie na rondzie zamyśliła się i uderzyła w tył jadącego z przodu nowiutkiego samochodu. Nikomu nic się nie stało, ale „nowiutkiemu” porządnie pokiereszowało zderzak, reflektory itd. Przestraszona wysiadła z autka nerwowo myśląc, że jej ubezpieczenie jest kiepskie i czeka ją nietuzinkowy wydatek. Co na tę całą sytuację poszkodowany?
„Proszę się nie przejmować, to samochód służbowy, na pewno ma pełne ubezpieczenie, powiem w firmie, że ktoś uderzył we mnie na parkingu podczas mojej nieobecności”…
2. Pewien chłopak, inżynier zmieniał pracę. Poszedł z wypowiedzeniem zakomunikować to swojemu przełożonemu. Przechodził do firmy, w której zakres jego przyszłych obowiązków miał się trochę różnić od obecnie wykonywanych. Co na to przełożony? Najpierw mu serdecznie pogratulował, a na następny dzień przyniósł mu swoje notatki jeszcze z czasów studiów, które mogą mu się przydać we wdrożeniu do nowej pracy…
PS1. Żegnaj popołudniowe, beztroskie klikanie lekcji e-learningowych przy akompaniamencie gaworzącej Milki odkrywającej skarby salonu dookoła dywanu. Drzwi tarasowe do ogródka zostały otwarte na oścież i Milka odkryła… trawę. I to nie bylejaką, bo na całkiem odczuwalnej grawitacyjnie pochyłości. Każdy 10-miesięczniak potrafi „czworakować” po nudnym, równym dywanie, ale schodzić na czworaka z górki przedzierając się przez pokaźne źdźbła, nierówności, grudki ziemi, to dopiero sztuka – myśli pewnie Milka walcząc z grawitacją na wszelkie możliwe sposoby, zdziwiona, że nie da się tak łatwo posadzić pupy i sprowadzić tułów do pozycji pionowej. Jeszcze w niedzielę podczas obchodu ogrodu oczami wyobraźni widziałam piękne tulipany zdobiące nasze włości, które lada moment wystrzelą z pączków. Po tym jak zobaczyłam co Młoda zrobiła z częścią kwiatów, które już się do nas uśmiechały kolorowo – nie mam złudzeń, warto się nacieszyć kwitnącymi od kilku dni drzewkami, one są bezpieczne w obliczu Milkowego chwytu szczypcowego…
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-03-29 12:59:52 · Wyświetl
-
Rowerowo
Ha, już wiem, gdzie się podziewają mieszkańcy naszego miasteczka, które pustoszeje w niedzielne, słoneczne popołudnie (jeżeli nie są na nartach oczywiście). Odkryliśmy to przypadkowo. Zaopatrzywszy się w rowery, siodełko i kask dla Milki postanowiliśmy zainaugurować sezon rowerowy (dla mnie to debiut po półtorarocznej przerwie w jeżdżeniu, dla Milki debiut totalny) korzystając z najwygodniejszej trasy – ścieżki rowerowej wzdłuż Rodanu, na którą wjazd jest nieopodal naszego domu (można nią ponoć prezjechać od Genewy do zachodnich krańców Fracji). Turkusowe rozlewiska wody, góry, skały, zatoka, wiatr we włosach i my? Owszem, a także całe pielgrzymki: rolkarzy, rowerzystów, kolarzy, spacerowiczów, biegaczy w każdym wieku…
PS.1a A co Milka na rowerową wycieczkę? Pełen entuzjazm. 8 godzin poza domem i ani jednej werbalnej oznaki niezadowolenia. Owszem usnęła dwukrotnie w trakcie podróży zmęczona wrażeniami, ze zwieszoną bezwładnie główką prawie na wysokości pępka (foteliki rowerowe zdecydowanie nie zostały ergonomicznie przemyślane w kontekście potencjalnej drzemki pasażera) ale mieliśmy dzięki temu naoczny, pogwizdujący w głębokim śnie pretekst żeby się wprosić na zimną colę do kolegi:-)
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-03-27 14:55:49 · Wyświetl
-
bo mi tak spokojnie
Jak ja lubię tę właśnie porę (w czasie gdy nie ma Piotrka i nie mam gości). Godzina 20.00. Milka śpi pierwszym, głębokim snem po fazie intensywnego „przedkąpielowego” brykania. Spokój, przed chwilą się ściemniło, przez otwarte okno dochodzą ciche dźwięki gitary spod palców naszej utalentowanej sąsiadki, szczekają psy, mrowieją gwiazdy, pachnie wiosna. Umyte naczynia w lśnią rządku na suszarce, zabawki w koszach. Przede mną 50 slajdów e-learningu z francuskiego, kilka dialogów do przesłuchania z angielskiego i lista słówek do powtórzenia (w przeciwnym razie system mnie jutro zasypie powtórkami) – to jedyny poza potrzebami Milki zewnętrzny motywator, który jest w stanie zmusić moją prawopółkulową naturę do systematyczności, sic.
Chwila na wspomnienie dnia. Fajny był. Gorąco. Klimatyzację musiałam w autku uruchamiać. I zrozumiałam skąd bezskuteczność moich poszukiwań wiosennej kurtki dla Milki. Nie ma. Bo po co kurtki skoro po zimie przychodzi od razu lato w naszym polskim rozumieniu, czyli koszulka, ewentualnie cieniutki sweterek wystarczą. Są tylko płaszczyki przeciwdeszczowe. Kupimy płaszczyk, a w kurtkę zaopatrzy babcia.
Szczególnie fajny był lunch z moją rosyjską koleżanką (L.), która od wtorku rozpoczęła pracę (!) co wymagało osobistego obgadania. Pierwszy raz całe dwugodzinne spotkanie rozmawiałyśmy wyłącznie po francusku. Ech, sukces.
Choć już kilka tygodni temu pobiliśmy z Piotrkiem rekord naszej niepewno-francuskiej konwersacji, gdy to zaprosiliśmy na kolację jego kolegę z dziewczyną, która kompletnie nie mówi po angielsku. Jako gospodarze, poza próbą zabicia ich łacką „Śliwowicą” i odratowania rodzimym „Ptasim mleczkiem”, postawiliśmy sobie za punkt honoru używanie języka tubylców. Cztery i pół godziny, uff. Przez pierwszych 30 minut nie mogli opanować śmiechu i nie dziwię im się, gdyby ktoś zaczął do mnie mówić łamaną polszczyzną, myląc końców, zmieniając szyk zdania i pomijając zaimki też reagowałabym radością. Przez następną godzinę uczyli się mówić do nas prostymi zdaniami, bez skrótów i zdrobnień. I dalej poszło już gładko. Zakończyliśmy przed północą stwierdzeniem, że trzeba się wybrać na mecz rugby, które jest tutaj niesamowicie popularne. No właśnie, to może być ciekawe pole obserwacji…
PS1. A Milka część dnia spędziła dzisiaj na podłodze w salonie przy drzwiach tarasowych. Bo pierwszy raz otwarte cały czas na oścież, to jedno; bo drzwi skrzypią cudownie, to drugie; bo widać bawiące się nieopodal kilkuletnie dzieci sąsiadów, to trzecie; bo mama świeżo umyła szyby i fajnie „palcować”, to czwarte i wreszcie bo od zieleniejącej się trawki dzieli tylko i aż niewygodny, kanciasty, chłodny próg i różnica poziomów, do których pokonania pomimo wielokrotnych prób jeszcze dziś odwagi dziecku zabrakło….
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-03-15 19:17:20 · Wyświetl
-
morze aut
Do czego to doszło.. Od początku tego tygodnia podczas spacerów z Milką prześcigam ją w intensywności gapienia się na wszystkie przejeżdżające autka (przy czym ona zważa głównie na prędkość i gabaryty pojazdów a ja… marki), a wszystko za sprawą wycieczki którą zaproponowali nam w ostatnią niedzielę nasi koledzy. Otóż zorganizowaliśmy sobie wycieczkę do Genewy na targi samochodowe „Salon Genewa 2012”.
Aż dziw że szybko nie wycofali się z zaproszenia gdy wykazałam się ignorancją nie wiedząc co to takiego, a przecież „wszystkie polskie portale z wiadomościami o tym piszą”, ba nawet „w Indiach jest to wydarzenie powszechnie znane”. Żeby nie dolewać oliwy do ognia nie przyznałam się, że największą frajdę upatrywałam w tym, że do owej Genewy planowaliśmy jechać pociągiem. A pociąg to nowy, nieznany dotąd Milce środek transportu. I cóż, nabyłam tam mnóstwo bezcennej wiedzy dotyczącej hierarchii marek samochodów, ich ponadnarodowości – np. że indyjska Tata kupiła brytyjskiego Jaguara, patentów itp. itd. oraz uzupełniłam zasób słownictwa angielskiego o całe spektrum rzeczowników z zakresu motoryzacji.
Ale podobało mi się ogromnie (kiedy minęło 10 godz od wyjścia z domu…), Milce zresztą też: znajomi nauczyli ją „przybijać piątkę” co też próbowała wykorzystać podczas zaczepiania innych pasażerów, lunch grzecznie skonsumowała zerkając na kosmiczny wygląd nowego BMW, a podwieczorek chyba koło Hondy, wywołała ogólne poruszenie pozując samodzielnie do zdjęcia u stóp jakiegoś autka sportowego, i prawie nie wykorzystywała dostępnych zasobów 4 par rąk do noszenia, bo już z poziomu wózka doskonale mogła przyglądać się wszechogarniającej grze świateł, kolorów i co najważniejsze… ludzi miała pod dostatkiem…
Acha, ale i tak Piotrek nas pobił, gdy po mojej relacji telefonicznej z targów opowiedział jakie danie zaserwowano mu „do spróbowania” podczas lunchu: koniki polne (chyba smażone) i mrówcze jaja…
PS.1 A Milka nauczyła się manewrować gałkę regulacji głośności w naszym amplitunerze – jak przegnie i da za głośno ucieka czym prędzej na czworakach w popłochu do mnie. Ale przynajmniej słyszę gdzie aktualnie się znajduje bez odrywania wzroku od aktualnie wykonywanej czynnosci. A co robi teraz? Właśnie uciekła od ryczących kolumn i zdejmuje swój rozpinany sweterek, bo jej za gorąco…
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-03-15 15:08:44 · Wyświetl
-
Dziękuję
Użytkownik Moni_ka_que skomentował informację o aktywności: 2012-03-15 15:08:14 · Wyświetl
-
Globalna wioska i plusk
To, że ”świat jest mały” wiemy od dawna, choć niezmiennie zadziwiają nas tego przejawy. Np. w regionie w którym mieszkamy nie ma zbyt wielu Polaków, ale Ci, których dotychczas poznałam we Francji albo studiowali w Polsce tym mieście co ja, albo mieszkali, albo np. jedna dziewczyna wychowała się 4 km od mojego rodzinnego domu i kumplowała się z moim kuzynem…
Wczoraj. a propos jakiejś rozmowy o nowoczesnych technologiach, pokazałam mojemu hinduskiemu koledze filmik z TED, który mnie oczarował swego czasu (jak wiele prezentacji zresztą) geniuszem prowadzącego, prostotą i trafnością przekazu (http://www.ted.com/talks/pranav_mistry_the_thrilling_potential_of_sixthsense_technology.html), a kolega na to:
- Ach, Pranav, znam tego gościa, chodziliśmy do tej samej szkoły tylko różnych klas w Indiach…
”Świat się kurczy w niesamowitym tempie…”
PS1. A Milka, jak to stało się naszym sobotnio-przedpołudniowym rytuałem, i dziś pluskała się w basenie, choć po raz pierwszy tylko z Mamą, bez wsparcia taty czy osób trzecich. I co, dałyśmy radę
Tradycyjnie, od samej wody ważniejsze dla Milki były inne dzieci (bo to specjalne (z podgrzaną wodą i zabawkami) wejście na basen dla rodziców z dziećmi – a raczej głównie ojców z dziećmi, bo jakoś Panowie dominują zawsze tak jakby sobotnie baraszkowanie z pociechami w wodzie było iście męskim zajęciem). Młoda zachwycona i wymęczona teraz pięknie, głęboko śpi…Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-03-10 12:22:54 · Wyświetl
-
Rzeczywiście, już się poprawiam
Użytkownik Moni_ka_que skomentował informację o aktywności: 2012-03-10 11:56:19 · Wyświetl
-
Najazd szwedzki odroczony
Acha, cały czas jesteśmy we Francji choć zgodnie z przygotowaniami swego czasu, od tygodnia powinniśmy poznawać Szwecję w dwumiesięcznej ”rodzinnej” Piotrkowej podróży służbowej. Jednak została przesunięta – na ”niewiadomo kiedy”. Tydzień zajęło mi przestawianie się z powrotem na naszą podalpejską codzienność. ”Jesteśmy więźniami swoich oczekiwań” – towarzyszyła mi ta sentencja w przeprogramowywaniu się. Ech, tak mnie w piętach swędzi żeby popodglądać zachowania, zwyczaje, kulturę Szwedów… No nic.
Piotrek ułatwił mi zagłębienie się w naszą codzienność, bo wyjechał na dwa tygodnie siedem stref czasowych od nas (właśnie się obudził;-) i rządzimy się z Milką same przez całą dobę (pomijając wizyty przyszywanych wujków i cioć). Kiedyś w takich sytuacjach cieszyłam z wolności od przygotowywania ciepłych posiłków, dziś Milka aż podskakuje z radości możliwości wykorzystywania swojego ”chwytu szczypcowego” paluszków i wszystko co gotowane, dające się złapać i skierować do buzi koniecznie musi gościć na tacce. Jak tak dalej pójdzie łyżeczka nam się zakurzy…
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-03-09 12:35:33 · Wyświetl
-
Ładnie powiedziane ”oddech świeżego powietrza w kinie”
– też to czułam, choć w pierwszym momencie przypisałam faktowi, że po długie absencji wogóle zagościłam w kinie
Użytkownik Moni_ka_que skomentował informację o aktywności: 2012-03-09 12:19:50 · Wyświetl
-
Dzień Kobiet
hmm, wczoraj był Dzień Kobiet. Dopiero późnym wieczorem przypomniała mi o tym moja koleżanka – Rosjanka z tradycyjnymi życzeniami. Tutaj święto to oczywiście nieznane. Chociaż w ostatnią sobotę przeszło mi przez myśl, że może jednak tutejszy sektor handlowy przygotowuje się do ”kobiecego świętowania” bo główna aleja marketu tonęła w różnobarwnych, kolorowych, najwymyślniejszych kompozycjach kwiatowych. Wielki czerwony napis pod sufitem wyprowadził mnie jednak z błędu – w pierwszą niedzielę marca obchodzi się tutaj ”Dzień Babci”…
PS1: A Milka ”Filkuje”… Zachowuje się dokładnie jak niegdyś Filek. Czworakuje za mną krok w krok, wdrapuje się na kolana, wspina po nogach, pędzi za piłeczką i oddaje ją, a i ucieka przed odkurzaczem z piskiem i w tempie błyskawicy…
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-03-09 12:18:09 · Wyświetl
-
The Artist
W końcu udało nam się z koleżanką zagospodarować sobotni wieczór wyjściem do kina, bo chociaż na bilety mamy 50% zniżkę dzięki dotacji Piotrka firmy, bariera językowa nie zachęcała do tej aktywności. Dopiero „The Artist” nas zmobilizował, idealny film dla dwóch babeczek, dla których wystarczającym osiągnięciem było czytanie raz na kwadrans francuskojęzycznych tabliczek w tej niemej produkcji
Przed rozpoczęciem projekcji popędzałam koleżankę, żebyśmy jak najszybciej stanęły w kolejce do kinowej kasy, bo w przeddzień rozdania Oskarów może być sporo chętnych widzów, a to przecież pewnie malutka sala kinowa, jak na nasze niewielkie miasteczko przystało. Rodzina znajomej uspakajała „U nas, zabraknie biletów, nie ma takiej opcji…” I rzeczywiście, gdy po wejściu do foyer zobaczyłam, że jedna Pani obsługuje zarówno kasę jak i stoisko z popcornem, colą itp. usytuowane z drugiej strony korytarza, zrozumiałam, że ruchu multiplexowego tutaj raczej się nie spotyka. Podobnie jak standardów, bo chociażby repertuar kina drukowany na ulotkach za każdym razem reprezentuje inny layout, i inny odcinek czasu: raz tygodniowy, raz dwutygodniowy lub miesięczny. Nie da się zaplanować wizyty w kinie w dłuższym odstępnie czasu… Ale, ale sale kinowe są aż trzy…Taki film jak „The Artist” raczej nam się nie powtórzy, więc zaplanowałyśmy sobie polowanie na musicale, oby nasz repertuar kinowy oferował je jak najczęściej…
PS1. Milka w ten sobotni wieczór wybrała się na małą wycieczkę z tatą, ale postanowiła poinformować mnie, że chyba przegięłam z tą nieobecnością (piątek wieczór joga, sobota rano francuski, i jeszcze to kino) bo po powrocie przez dobre półtorej godziny nie pozwoliła wypuścić się z objęć uczepiona kurczliwie mojej szyi i bluzki, głośnym wrzaskiem reagując na wszelkie próby „odklejenia” jej ode mnie…
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-02-29 14:03:41 · Wyświetl
A ja dzis ide na Artyste
Tego rodzaju filmom nigdy dość ,chciałoby sie powiedzieć.
Swietny, swietny!
Jak oddech swiezego powietrza w kinie! I zakochalam sie w Jean-ie….hmmmm…. Ładnie powiedziane ”oddech świeżego powietrza w kinie”
– też to czułam, choć w pierwszym momencie przypisałam faktowi, że po długie absencji wogóle zagościłam w kinie
-
Energetyczna symbioza
Po minionym weekendzie utwierdziłam się w przekonaniu, ze należę do typu osób, które karmią się energią grupy, którym baterie życiowe ładuje jej obecność, aktywność, takie sobie wspólne „bycie” razem.
Wieczór fryzjerski udał się znakomicie począwszy od profesjonalnie ostrzyżonych głów, gdzie sam proces strzyżenia zdawał się być tylko trzykrotnie powtarzanym (bo trzy głowy) przerywnikiem w procesie konsumpcji (francuskim zwyczajem: starter, danie główne, deser – i to nie byle jaki bo post-urodzinowe ciasto kolegi, kawa, wino) i dyskusji. Bo jakże tu wytłumaczyć naszemu Hinduskiemu gościowi czym jest kasza jęczmienna w krupniku, skoro nie pszenicą czy też fenomen Kaszpirowskiego w całej Rosji i Polsce, który miliony ludzi przykuwał przed telewizorem. Mnóstwo dziecięcej radości sprawiło nam też dzielenie się pisownią naszych imion za pomocą różnych alfabetów i w różnych językach (rosyjskim, hindi, polskim, hiszpańskim, jakimś tam jeszcze, którego nazwy nawet nie zapamiętałam, bo używany jest tylko na określonym terenie Indii). A wieczór przed północą zakończył się gorącą dyskusją o względności stereotypowych pojęć „Wschód” i „Zachód” i różnej w zależności od kraju szkolnej wiedzy o tym kto rozpoczął drugą Wojnę Światową…
Tak nam się dobrze obcowało, że postanowiliśmy spędzić wspólnie niedzielę, najpierw na nartach biegowych (dla części to debiut, dziecięcy zachwyt samym widokiem śniegu, setki fotek z 5 chyba aparatów, kurczowe dzierżenie kijków i wdzięczność dla wprawionego biegówkowo kolegi za cierpliwość), a później , po intensywnej aktywności, doszczętne niemalże opróżnienie lodówki kolegi (jak dobrze, że dzień wcześniej kolega nie dogadał się z Panią w piekarni i ta dała mu cztery bagietki zamiast jednej;)
PS1. A Milka ani myślała usnąć w swoim łóżeczku w piątkowy wieczór, z małymi przerwami na drzemkę w ramionach taty, dotrwała dzielnie do końca radując się ze śmiesznych min, jakie stroją do niej poważni trzydziestoletni inżynierowie ….
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-02-21 12:10:19 · Wyświetl
-
Post-fryzjerski krupnik i naleśniki
Przedziwny wieczór nas dzisiaj czeka. Przy jednym będą skonsumować polski krupnik przedstawiciele różnych narodowości: Hindus, Meksykanin, Rosjanka, trójka Polaków i dziewięciomiesięczne niemowlę. Każdy uzbrojony we własny ojczysty sposób widzenia świata, myślenia, tradycję i kulturę przetwarzany zgodnie z umiejętnościami na język angielski w towarzyskiej konwersacji. Co poza krupnikiem, naleśnikami ze szpinakiem na drugie danie (dzięki Starbucks76 za inspirację i fantastyczny przepis) i angielską mową będzie nas spajało? Salon fryzjerski… Jakkolwiek to brzmi, nasza koleżanka Rosjanka jest fryzjerką z zawodu, póki co uczy się francuskiego i nie pracuje, więc Chłopaki z ulgą przyjęli jej propozycję „postrzyżyn”, bo u lokalnych fryzjerów nie czują się komfortowo ze swoimi rozwijanymi dopiero kompetencjami językowymi…
PS1. A Milka od kilku dni całkiem sensownie radzi sobie z deficytem oglądania i bawienia się z tatą dostosowując swój tryb snu i aktywności do jego harmonogramu (odchodząc tym samym swawolnie od wpajanej miesiącami rutyny: spać pomiędzy 20.00 a 7.30). I tak spryciula budzi się ok. 6.00 rano i oczekuje, że tato ją zabierze do kuchni na czas jedzenia śniadania, przygotowywania lunchu itd. Potem przed południem odsypia tę wczesną pobudkę, po południu ponownie gromadzi we śnie energię, by od 19.00 do 22.00 rozdawać uśmiechy, popisywać się i zaczepiać…
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-02-17 10:11:37 · Wyświetl
-
Tłusty naleśnik
Wygląda na to, że Francuzi nie znają ”Tłustego czwartku”… Normalnych pączków też nie mają
Moje postanowienie w wigilię tego rozpustnego dla żołądka święta: jak tylko przyjedziemy do Polski, zakupuję całą papierową torbę pączków z nadzieniem z róży i lukrem!W zamian na początku lutego mieli inne święto: naleśnikowe. Wszyscy wokół zajadali się cały dzień naleśnikami na słodko: z konfiturą, nutellą, masą kokosową i karmelem, albo po prostu z cukrem. Celebrują w ten sposób rozpoczęcie karnawału. Ponoć naleśnikowy prym wiedzie Bretania, ale w naszym regionie też sporo naleśnikarni w miejsce fast-foodów. Oprócz tych na słodko oferują one jeszcze zawijane cudeńka z szynką i serem. Według mojej nauczycielki francuskiego każda szanująca się Pani Domu powinna posiadać w swoich zasobach specjalną patelnię do robienia tych złotych krążków i potrafić je obracać ”bezdotykowo”.
W zeszłym tygodniu wypiliśmy specjalną butelkę wina – minął rok odkąd tu mieszkamy. A my nadal łapiemy się na tym, że pytani przez nowopoznane osoby jak nam się tu mieszka odpowiadamy, że jak na wakacjach…
PS1. A Milka właśnie złapała lalkę za włosy, przyciągnęła bliżej siebie, wcisnęła jej swój paluszek do oka i pisnęła z radością ”kokokokoko”
Użytkownik Moni_ka_que zaktualizował swój stan: 2012-02-15 15:49:44 · Wyświetl
Smakowita ta historia o naleśnikach:)
obracanie bezdotykowe naleśników to moja spacjalność
– wiele frajdy przynosi
pozdrawiam soczyście – dziś robię naleśniki ze szpinakiem, czosnkiem i serem feta, a dla mojego małego brzdąca z musem malinowym i serem riccotta. AAAA to o to chodzilo z tymi nalesnikami w Belgii, nikt mi nie potrafil wytlumaczyc po co, dlaczego te nalesniki w lutym w czwartek, dzieki. Chyba sie wprosze na szpinakowe do Sturbuck-sa, hmmmm.
Ze szpinakiem i feta??!!! Musi myc pycha! Sprobuje…. A tu w UK tez jest dzien nalesnikowy – w najblizszy wtorek (pancake day) , dzien przes sroda popielcowa, tylko ze Brytyjczycy bardzo czesto nie maja pojecia o powiazaniach miedzy takimi ’swietami’ i kalendarzem chrzescijanskim… Ja zas wniose jutro do pracy tradycyjne polskie paczki, jak co roku!
polecam też naleśniki z podsmażonymi pieczarkami i utartym serem żółtym (ser może być w wersji light, bo inaczej kaloryczność przeraża;))
Podaję przepis na Tort naleśnikowy ze szpinakiem i serem feta: Szpinak (Hortex) rozmrozić na patelni na odrobinie oliwy z oliwek, albo posiekać badzo drobno liście świeżego szpinaku. Dusić około 10 minut, pod koniec duszenia dodać przeciśnięty przez praskę.
Rozdrobnić widelcem np. w miseczce kostkę sera feta i dodać ser do szpinaku i czosnku. Wymieszać (nie musi być to gładka masa, mogą zostać niewielkie grudki sera) Doprawić farsz solą (ostrożnie!) i pieprzem (nie żałować!). Robię 10 naleśników o średnicy 25 cm. Przekładam naleśniki farszem – Nakładam czubatą łyżeczkę farszu na środek naleśnika i lekko rozsmarowuję po całej powierzchni nalesnika. Następnie – szybki sos – W garnuszku na maśle zrobić z mąką białą zasmażkę. Zalać rosołkiem. Mieszać cały czas, żeby nie zrobiły się grudki. Zagotować. Dodać śmietanę (dodaję właściwie prawie drugie tyle ile jest samego sosu z mąki i rosołku). Doprawić do smaku solą i pieprzem. Potem: naleśniki ułożyć w posmarowanym tłuszczem np. naczyniu żaroodpornym, polać sosem, posypać żółtym serem. Zapiekać w piekarniku do lekkiego zrumienienia wierzchu. Smacznego! Uciekam do robienia faworek.
zachowany!
dzieki , buzka!
- Wczytaj więcej
W grupie mojej Córy jest chłopiec chory na raka. Ostatnio chętne mamy piekły ciasta, a starsze dzieci następnego dnia urządzały kiermasz wewnątrzszkolny i sprzedawały (my – bo Córa pomagała w kruszeniu czekolady i szykowaniu foremek, piekłyśmy łaciate muffiny z białą i gorzką czekoladą.) A pieniążki ze zbiórki przeznaczone są dlatego chłopca właśnie. To dużo mniejsza inicjatywa niż Dzień Lasagne, ale też pożyteczna. Jest takie powiedzenie rosyjskie: „Jeśli każdy w wiosce ofiaruje jedną nitkę, to nagi otrzyma koszulę.”