-
Perfekcyjna Pani
W Domu
Nie spodziewałem się że ten temat wywoła u nas takie zainteresowanie, ba poruszenie istne. Zaczęło się nieśmiało od brytyjskiego formatu emitowanego na jednym z kanałów telewizyjnych. Czytałem o tym jak spektakularny sukces odniósł ten program na świecie, choć próbując zrozumieć ów fenomen pojąłem wnet, że nie do mnie powinno należeć recenzowanie tego typu przedsięwzięć. Jednakowoż będąc absolutnie szczerym przyznaję że potrafię prać, gotować, sprzątać, karmić dzieci, przewijać je, wyprawiać do przedszkola, trzymać na kolanach kiedy pielęgniarka wkłuwa się wilką igłą w żyłę by uzbierać w probówce odpowiednią ilość krwi, robić codziennie spożywcze zakupy na obiad, konfiturę z fig czy węgierek upichcić i do tego słoiki ogórków z prastarego rodzinnego przepisu ukisić (zamieszczałem nawet ich zdjęcie na blogu). „Perfekcyjna Pani” domu wywołuje we mnie niestety pokłady ironii i szowinistycznego szyderstwa. Najprawdopodobniej dla tego, że dosyć komiczne jest oglądanie kobiety która tłumaczy innym kobietom, jak wysprzątać szafę albo jak skutecznie walczyć z plamami tłuszczu na kuchence.
Pracując w kobiecej telewizji od lat, naoglądałem się wielu interesujących historii dotyczących kobiecej tematyki. Zaglądając przez drzwi i okna w cyklach reality do mieszkań Amerykanek i Brytyjek, można rzeczowo uzasadnić potrzebę kogoś takiego jak pani perfekcyjna w domu. Chaos, brud, nieporadność, lenistwo, ignorancja oraz parę innych określeń żywcem ze słownika najgorsza gospodyni są tam najzupełniej normalne ale nikogo nie bulwersują. Szczytem była dla mnie emisja show Marthy Stewart która tłumaczyła że gotując makaron trzeba posolić wodę, albo jak naostrzyć szpadel którym można wkopać sobie krzaczek w ogrodzie. Zachodnie cywilizacje widać nie znają pojęcia matki totalnej, zwanej u nas Matką Polką.
Kult ten sięga najstarszych marksistowskich dziejów kiedy matki kolektywnie dokonywały cudów a państwo potrafiło to docenić i ze zwykłej operatywności zrobić coś nadprzyrodzonego. Daleki jestem od polemiki na temat matek polek, bowiem sam jestem synem takiej. Obsypywanej goździkami, nieustannie adorowanej oraz wyróżnianej monumentami praktycznie w na każdym polskim osiedlu. Splendor od święta, na co dzień kolejki, harówa urabiająca ręce po łokcie i atawistyczna walka o przetrwanie w kraju w którym zdobycie czegokolwiek jest dla zwykłej matki niemożliwe. Tylko matka polka była w stanie załatwić talon na pralkę, kilogram pomarańczy czy proszek do prania by nie szorować portek szarym mydłem, nie licząc braku znieczulenia zewnątrz oponowego w trakcie porodu. Teraz to nawet mam ochotę przyklęknąć. Szacunek mój muszę wyrazić również, kiedy przypomnę sobie historię mojej mamy jak to nie było kiedyś pampersów, wózków łóżeczek i ubranek albo babci, kiedy nie było też bieżącej wody a kobiety jakoś sobie radziły.
Zwykła dywersja i genialne w swojej prostocie odwracanie uwagi od przyziemnych spraw patosem serwowanym na niespotykaną skalę. Potwierdzeniem propagandy polskości matek niech będą całe fabryki kredek świecowych, którymi moje pokolenie zamalowało całe lasy papieru tworząc laurki dla mam na zajęciach w szkole. Zjawisko przetrwało, bowiem ciągle ewoluowało. Nasze problemy i rzeczywistość nigdy nie należały do tych zwykłych, nie wyróżniających się niczym w całej swojej masie rutyny i podstawowej egzystencji. Matka polska z robotnicy przekształcała się w pracownicę wykształconą, potem w bizneswoman aż stała się wyemancypowaną partnerką funkcjonującą w świecie na tych samych a niekiedy lepszych zasadach niż mężczyźni. Pojawiają się nieśmiało artykuły o Ojcach Polakach. Jak inaczej nazwać faceta który zajmuje się domem i dziećmi kiedy żona w tym czasie zarabia i robi karierę. Urlopy tacieżyńskie stały się pierwiosnkiem zmian. Tendencja jest progresywna, jak skwitowała by Pani prezes.
Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się że ten wielki, piękny dom „Perfekcyjnej Pani Domu” utrzymany w sterylnej czystości i urządzony przy zachowaniu zasad fen szui, obstawiony stylowymi meblami, pamiątkowymi fotografiami jak z żurnala a nawet konfiturami poustawianymi w kuchni rocznikami niczym wino w piwniczce jest atrapą. Pierwsze chwile kiedy oglądałem przygotowania i making off z planu zdjęciowego, wbił mnie w przekonanie że moja żona nie jest ideałem. Ale cały czas czułem że coś jest nie tak. Zacząłem dedukować i składać do kupy fakty. Wyszło mi że perfekcyjna pani domu kreowana przez telewizję to utopia, bowiem by osiągnąć status o podobnych wynikach trzeba od rana do nocy szaleć z mopem i walczyć w kuchni bez przerwy. Dlatego żonę przepraszam i zwracam jej honor. Stan perfekcyjnej pani domu można za to znakomicie osiągnąć jako stan umysłu. Owszem w realnym świecie zdarzają się niedociągnięcia, ale jeśli usiadłbym teraz i zaczął uczciwie wymieniać wszystkie cechy i umiejętności żony wyszłoby mi że perfekcyjną panią domu może być też facet.
Tomasz Kin
Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan: 2012-02-21 09:40:21 · Wyświetl
-
Fotopata
Tylko Bez Szczegółów
Kim jest fotopata? Postać to nie specjalnie wyszukana, choć można przez moment założyć że do opisania go, potrzebny będzie cały pasaż zagadnień z dziedziny ludzkiej natury. Mógłbym posiłkować się tu przede wszystkim krępującymi przypadłościami wynikającymi z nerwic, zwichrowań i dewiacji powszechnie diagnozowanych przez telewizyjnych psychologów oraz celebrytów, dorabiających po godzinach a raczej przed godzinami, bo w telewizjach śniadaniowych siedzą od świtu jako tzw. eksperci. Tacy ze zwykłej bylejakości czy braku ogłady potrafią zrobić w mig głęboki rys charakterologiczny, motywując swój osąd problemami w pracy lub łóżku. Nasuwa mi się od razu ochota przyjrzenia się bliżej tematyce w której aktorzy ostatniego sortu, uchodzą w mediach za demiurgów. Wszystko to jest zwykle maskowane społeczną troską, dotyczącą nietolerancji czy egoizmu. Swoje spostrzeżenia na ten temat przedstawię kiedy indziej. Bowiem muszę pilnować wyjściowego wątku w tej galopadzie myśli.
Byłoby tendencyjne i przesadnie krzywdzące by osoby o wybujałej fantazji, wyobraźni rozwiniętej ponad przeciętnie oraz nieposkromionej ciekawości świata, tak oczywiście obarczyć tu przynależnością do grona fotopatów. W końcu zdarzają się tacy w których rozwija się to do rozmiarów szkodliwych dla otoczenia, jak też ci traktujący ów „talent” jako psychologiczny kaprys, nic więcej. Dlatego zachowując odrobinę obiektywizmu sądzę że do tego ulegającego permanentnym projekcjom grona, zaliczyć może się każdy jedynie w różnym stopniu natężenia. Jeśli wątek prowadzonej z kimś rozmowy, nagle zaczyna obradzać namnażającymi się obrazami których w umyśle nie sposób zignorować, tracąc przy okazji na chwilę kontakt z rzeczywistością, bo ten nagły film jest hipnotyzujący, znaczy że fotograficzna patologia rozwinęła się chorobliwie.
Zdarza mi się to odkąd pamiętam, ale dopiero w mijającym tygodniu prowadząc konwersacje z sympatycznym wydawcą, dowiedziałem się jak nazywa się ta nieproszona przypadłość. Okazało się że nie tylko mnie męczy to, że unaoczniam sobie każdą nawet najbardziej odpychającą sytuację jaka jest przytaczana. Co rusz zdarza się przecież teoretyzować, zakładać rozwój wydarzeń lub co gorsza ludzkich ekstremalnych zachowań, jakich jedynie można się domyślać. Czasem wybucham przez to śmiechem, tłumacząc że właśnie wyobraziłem sobie to o czym mowa. Niestety wyświetlając sobie ten obraz w podświadomości, wchodzę w szczegóły tak głęboko że to co zobaczę jest najczęściej mocne i wstrząsające na tyle, że ciężko mi później wrócić do postawy wyjściowej jaką miałem podczas rozmowy wobec człowieka, lub jakiejś sytuacji. Problem polega tez na tym, że widząc w myślach coś tak mocnego przez swoją wyrazistość, uprzedzam się na wyrost lub wyrabiam absurdalne, nierzeczywiste i kretyńskie zdanie o kimś kogo nie znam, bądź o czymś czego nawet nie widziałem. Potem nosząc w sobie to negatywne i largo ocenne nastawienie, zapominam skąd się wzięło. Pozostaje jedynie zakodowany stosunek bez powodu.
Inną sprawą jest to, że w momencie gdy ktoś opowiada historię nie oszczędzając swych słuchaczy w pikantnych detalach brzydactwa, odpychającej dosłowności czy wszystkich wstrętnych dolnych częściach bielizny świata, natychmiast widzę to przed oczami. Nauczyłem się na szczęście odwracać od tego uwagę, w przeciwnym razie doprowadziłoby to mnie do szaleństwa albo permanentnego rozzłoszczenia.
Idzie sobie ulicą wyjątkowo niechlujna i brakiem swej higieny przykuwająca uwagę para ludzi. Kolega wypala: masakra, wyobraź ich sobie jak to robią. Masakra, właśnie sobie wyobraziłem. Dosyć już.
Tomasz Kin
Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan: 2012-02-19 10:20:32 · Wyświetl
-
Tłuścioch
Przynajmniej Raz W Roku
Wróciłem do domu sterany niczym sztygar po nocnej zmianie a tu taka niespodzianka. Pączki jakie kupiłem rano w osiedlowym spożywczaku, nie nadawały się do jedzenia. Zachęciła mnie jednak cena 1,60 zł. Honor tłustego czwartku uratowała żona i jej ukryty talent. Moja opnka, Twoja. Taka rozmowa. No przepychota.
Tomasz Kin
Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan: 2012-02-17 08:59:10 · Wyświetl
-
Urodziny
To Już 40-ste.
Zastanawiało mnie czy te życzenia są wypowiadane z automatu czy z przyzwyczajenia, choć nigdy nie mógłbym podejrzewać o to najbliższej na świecie mi osoby, ale po którejś z wigilii kiedy porcelana była już w zmywarce a skarb stawów hodowlanych na chrupko i w galarecie zajął majestatycznie najwyższe półki lodówki, postanowiłem to wyjaśnić. Wywiązała się z tego pasjonująca dywagacja o tym co w życiu najważniejsze. Zdrowiu. Nim dam nura w zawiłości argumentów tej rozprawy, przystanę na moment przy pierwszym wrażeniu gdy widzi się naprzeciw kogoś zaufanego, życzliwego i bezinteresownego mającego przecie obowiązek i przyjemność sklecenia kilku zdań w taki sposób, by stworzyć finezyjny koncentrat myśli będących szczerymi życzeniami. Zawód mój dotyczył nie sprostanym oczekiwaniom. Tyle jest spraw i pomysłów wartych dopingu, zachęty i przestrogi jednocześnie. Życzenia szczere to również te konstruktywnie przestrzegające czy przywołujące do porządku. Miałem też takich członków rodziny, którzy każdą podniosłą okazję urodzin czy świąt, wykorzystywali skrzętnie żeby wycelować pstryczka w nos, niż gorącego całusa z naiwnym przemożnym impulsem zrażania optymizmem i rozniecania przygasłej nadziei. Przykład. Mój tata zawsze życzył mi piątek w obszarach, w których było mnie stać najwyżej na tróję. Robił to jednak tak serdecznie, że przez te krótką chwilę byłem pewien że te życzenia się spełnią, gdyż będzie mnie na to stać.
Stoję sobie między ludźmi i czekam aż wreszcie podejdzie do mnie żona. Ogrom planów, rozpoczętych przedsięwzięć, ojcowskich obowiązków i nieznanych dni czekających na zapisanie, aż prosił się o jakąś zgrabną myśl, która rozpali myśli zupełnie jak iskra w składzie dynamitu. Uścisk się zgadzał, ciepło przekazane brzuchem również, głębokie bystre spojrzenie także odfajkowałem, jednak na check liście zabrakło wyczekiwanych słów. Usłyszałem za to życzenie zdrowia. Uczucie to może równać się jedynie z tym co dzieje się w momencie kiedy ktoś na kogo liczy się najbardziej, zapomni o urodzinach. Podziękowałem jednak pogodnie i odwzajemniłem tradycję opłatkową.
Wieczorem kiedy nie dawała mi spokoju intencja małżonki, obnażając swój narcystyczny egoizm zapytałem co ta za komunistyczny truizm, to „zdrowie”. Odpowiedź mnie zawstydziła. Znowu spodziewałem się czego innego niż usłyszałem. Dostałem też przy okazji nie małą burę za to, że zapominam o tym co jest najważniejsze a czego pragnie się najmocniej w momencie kiedy się to straci. Zdrowie jakby kto miał wątpliwości. Przytoczone zostały setki przykładów z życia i bliskiego otoczenia. Nie zabrakło też uszczypliwości, bowiem posiadam skłonności do klakierskiego zapotrzebowania pochwał i rewerencji. Kiedy ma się raczej ustatkowane i bezstresowe życie, można zapomnieć o nieatrakcyjnych podstawach swej egzystencji. Tracą w konfrontacji z wybujałym rozanieleniem i narastającą ambicją. Każdy zaszczyt i najmocniej wypracowywany sukces blednie jednakże przy wybrakowanej formie, niedołężności i siejących depresje chorobach.
Barbara Falandysz opowiadając o wojnie jaką wypowiedziała nowotworowi, powiedziała ostatnio w telewizji że „każdy zginie w wypadku albo umrze na raka”. Przeglądając w pamięci nieszczęścia jakie dosięgały znanych mi ludzi, którzy już odeszli z tego świata, doszedłem do wniosku jak ważne i szczere były życzenia jakie w pierwszej chwili wydały mi się banałem.
Starzeję się i z nie małą dozą goryczy to przyznaję, pamiętam jednak o moich starszych przyjaciołach których w bardziej zaawansowany sposób dotyka ten problem. Wysypały mi się ostatnio „czterdziestki”. Cholera toż to pierwszy tak soczysty jubileusz w życiu. „Trzydziestka” jest bardziej ostatnią szczeniacką balangą, żadną głębszą refleksją. One oczywiście przychodzą, ale w kolejne lata, aż uzbiera się ich tyle by z czystym sumieniem móc powiedzieć sobie głośno, mam cztery dychy! Tak mi się wydaje, bo zostało jeszcze kilka lat bym odczuł to na własnej skórze.
Podobało mi się co powiedział mi mój najserdeczniejszy kolega, który rok temu rozpoczynał życie na nowo. Forma dobra, sprawność znakomita, poczucie młodości jak zawsze niezmienne jedynie wiedza i syntetyzowanie świata jak nigdy wcześniej. Życzyłem mu by ten stan trwał przez następne czterdzieści lat. Łatwiej i dosadniej byłoby powiedzieć dużo zdrowia, ale wydało mi się to wówczas zbyt oczywiste. W ubiegłą sobotę ponownie wylądowałem na fecie czterdziestolatka. Nie obyło się bez kwiecistego monologu, który miał podsumować to jak go widziałem dotychczas i jak życzyłbym mu w przyszłości. Na sam koniec zostawiłem sobie kwestię zdrowia. Przyznam że zadziałało, bo ściskając się usłyszałem w podziękowaniu że na to liczy najbardziej, bo wszystko inne już ma.
Tomasz Kin
Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan: 2012-02-15 11:08:18 · Wyświetl
-
Tomasz Kin udostępnił swój wpis 2012-02-15 08:59:14 · Wyświetl
-
Tomasz Kin udostępnił swój wpis 2012-02-15 08:58:32 · Wyświetl
-
Tomasz Kin udostępnił swój wpis 2012-02-15 08:56:57 · Wyświetl
-
Tomasz Kin udostępnił swój wpis 2012-02-14 13:04:53 · Wyświetl
-
Tomasz Kin udostępnił swój wpis 2012-02-14 13:04:14 · Wyświetl
-
Tomasz Kin udostępnił swój wpis 2012-02-14 12:51:58 · Wyświetl
-
Biurko
I Życie
Pewna facetka zagarnęła mnie w pracy, próbując dociec ni z gruchy ni z pietruchy czy kiedykolwiek miałem swoje biurko? Przez pierwsze dwie sekundy zastanawiałem się co jej odpowiedzieć, by nie zabrzmieć zbyt butnie bowiem w pytaniu tym pobrzmiewała mi nuta wyniosłej ironii, znamiennej dla pracowników wielkich koncernów obserwujących życie z dystansem, niekiedy z krztą pogardy wobec wszystkiego co nie zaczyna się o dziewiątej rano i nie kończy o siedemnastej. Odpowiedziałem jednak nad podziw grzecznie, zważywszy że posiadam immanentne skłonności do zagotowań i emocjonalnych eksplozji z byle powodu. Owszem posiadam stylowy mebel odziedziczony po teściu a w dalszej linii rodzinnej koligacji po dziadku żony, który osobiście go zaprojektował i wykonał. Stoi w newralgicznym punkcie mieszkania. Jego szuflady wypełniają dokumenty wielkiej wagi, papiery przedstawiające wartość pamiątkową i zawodową oraz dziesiątki nośników zawierających terabajty danych, jakie gromadziliśmy z małżonka przez lata. Zielone sukno wyścielające blat, odrobinę się skluszczyło szarzejąc warstwą zaprasowanego kurzu, wystawiając tym samym świadectwo jak intensywnie użytkowane jest przez właścicieli. To jedyny taki przedmiot codziennego użytku jaki nieustająco dostarcza mi nowych wrażeń, dzięki swej przepastności oraz chaosowi z jakim nafaszerowałem mu bebechy. Nie ma dnia bym w poszukiwaniu np. czystej kasetki dyktafonowej, nie natrafił na zapomniany skarb, który nagle ożywa wraz ze wspomnieniami i nowymi pomysłami do pracy twórczej. Z premedytacją mogę zaliczyć się do dumnych posiadaczy biurka. Jednak na zupełnie innych zasadach niż to o jakie byłem zapytany.
Dotychczas a liczę tu wszystkie lata pracy zarobkowej, chlebodawcy nie zapewnili mi nigdy biurka. Takiego na którym stoi komputer, telefon, bibeloty i wszystko z kategorii tzw. rzeczy prywatnych jakie przychodzi zabierać ze sobą opuszczając zakład pracy, wraz z dzierżonym pod pacha pudełkiem załadowanym po brzegi tym, co kazali posprzątać i zabrać wraz z sobą. Opisywane tu sceny widziałem jedynie na filmach, pewnie tylko dlatego że nie zaznałem „przywileju” harówy w openspejsie. Doskonale zobrazowali ten rodzaj wystroju biurowego Bracia Wachowscy, kiedy Agenci przychodzą po Thomasa Andersona alias Neo, ukrywającego się w zakamarkach ścianek tworzących istny labirynt.
Nie było mi również dane siedzieć sobie wygodnie w skórzanym fotelu redakcji i bujać w obłokach przylepiwszy nos do pancernej szyby wysokościowca, choć zaliczyłem kilka wypasionych redakcji. Widok piękny, ale co z tego kiedy mogę jedynie na chwilę i to pod czyjąś nieobecność, przycupnąć sobie i imaginować jakby to było siedzieć sobie tak oficjalnie za pieniądze. Zadaniowo traktowałem swoje obowiązki, dlatego po skończonej audycji, programie, nagraniu etc. kończyłem i mogłem wrócić do domu. Przesiadywałem całe godzinny na miękkich fotelach w które tak rozkosznie się zapaść słuchając muzyki. Niestety nigdy w pełni nie doceniłem tego faktu, gdyż siedziałem jednocześnie przy konsolecie z słuchawkami na uszach, będąc zawsze zajęty realizacją tego co właśnie nadawałem. Muzyka, jingle, mikrofony, podkłady, materiały, dźwięki, updaty, skrzynka mailowa i zatrzęsienie drobiazgów oraz sytuacji jakie mogą zdarzyć się podczas live show. Z tym wszystkim trzeba umieć sobie radzić ćwicząc podzielność uwagi. Do tego jeszcze składnie i sensem się wysławiać. Gdzie tu radość z klasycznej dupogodziny nieróbstwa, pod pozorem wytężonej pracy przy biurku. W razie potrzeby na tzw. piosence pędziło się ile tchu za potrzebą, bo całkowity czas na intymną operację musi wynieść 3 minuty 45 sekund. Tyle ile trwa utwór wybrzmiewający na antenie.
Telewizja również nie powierzyła mi żadnego wyzwania które potrzebowało by rozpłaszczenia pośladków na krześle przy biurku. Woleli raczej mnie w pozycji stojącej, dlatego już sześć lat stoję podczas realizacji programu.
Teksty z kolei jakie piszę i na które ciągle znajduj się wydawca, klepię na komputerze w domu. Przy biurku ma się rozumieć.
Zgroza. Kiedy przywołam czas szefowania w magazynie, uświadamiam sobie ponury fakt, że byłem wówczas jedynym członkiem redakcji który własnego biurka nie posiadał. Redaktorem naczelnym byłem raczej na kanapie, laptopem na kolanach i z telefonem w ręku, ciągle gdzieś pędząc.
Czy to jakiś atawistyczny strach przed założeniem sobie powrozu i uległym podporządkowaniem w trybach w które zaprzęga się ludzi, dając im biurka? Nie stwierdzę tego jednoznacznie. Ale pamiętam o tym co pisał wielki idol mojej młodości – Ryszard Kapuściński, klarując jak biurko potrafi zrobić człowieka na szaro. Jak go zakleszcza w formalizmach okropnych, jak zaszczepia iluzoryczne poczucie władzy i kontroli, uzależniając od siebie do tego stopnia że w obronie zapyziałej posady, jesteśmy gotowi wypaczać swe zasady i brukać się moralnie, byle by móc ciągle gnić przy biurku. Jak ludzka szlachetność, uczynność, serdeczność, intelekt ustępują miejsca morzu bzdur, talmudyzmu, ograniczenia, wazeliny, kłamstwa, dogmatyzmu i ciasnoty. Ot metamorfoza, oblekająca jednocześnie boki i uda masą sadła i żylaków.
Kiedyś próbując zachęcić swą redakcję do pewnej epickiej aktywności, zaprosiłem na spotkanie znaną, szanowaną i wpływową postać. Nalegała by spotkać się na mieście, na tzw. gruncie neutralnym. Zaproszenie jednak nie zostało przyjęte, za to przyszła dyrektywa że mamy przybyć do stacji. Sekretarka zapytała kurtuazyjnie o samopoczucie i zaproponowała herbatę. Poprosiliśmy a w między czasie drzwi gabinetu się otworzyły, ukazując w środku charakterystyczny widok korporacyjny. Przy biurku siedział rozmemłany chłystek, dodając sobie animuszu nogami wywalonymi na biurko. Uroku i uwielbianej przez turpistów „zaplutej pikanterii” dodawały zrogowacenia i zażółcenia stóp obleczonych jeno w plastikowe klapki plażowe. Nie wstał, powitał nas nie oderwawszy swych pęcin z blatu usłanego papierami. Po wszystkim będąc już po drugiej stronie drzwi gabinetu, mój zacny towarzysz zapytał mnie w chwili kiedy pokrywał mnie już gęsty ogień wstydu, czy widziałem to co on. Cóż. Widziałem.
Nie potępię jednak popularnego mebla biurowego, bowiem nie dalej niż dwa tygodnie temu odwiedziłem znanego reżysera i producenta, który ma wszystkie powody ku temu by za biurkiem się okopać i dystansować się od wszystkich. Osiągnięcia ma co najmniej imponujące a nagród szafę. Jakże się ucieszyłem kiedy widząc że wchodzę, wstał zza biurka, podszedł do mnie by się przywitać i zaprosił na kanapę na której również usiadł by porozmawiać. Wspaniałe, kolonialne biurko ze zdobnymi zdjęciami i imponującymi pamiątkami tworzące wyobrażenie zasobności i potęgi, zostało opuszczone. Istnieją ludzie którzy nie muszą dodawać sobie animuszu i których biurko nie „upupiło” jak przestrzegał Gombrowicz. Mało takich.
Tomasz Kin
Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan: 2012-02-13 16:17:21 · Wyświetl
Cos w tym jest, co Pan pisze… i z Kapuscinskim sie zgadzam (prawie zawsze
) . Jedna z moich bylysz szefowych kilka lat temu, przestapiwszy prog hotelu, gdzie zaczynala wlasnie prace rzucila wynioslym tonem: ’Mam nadzieje, ze bede miala wlasne biurko’ (co akurat w tym departamencie nie bylo takie oczywiste, ludzie dzielili biurka, poniewaz pracowali na rozne zmiany). Pierwszy raz wowczas zastanowilam sie jakie to ma wlasciwie znaczenie…Dla mnie nie mialo zadnego… Teraz mam swoje biurko, ale nie czuje sie do niego przywiazana.
-
Starość
Wielka Radość
Gęstniejący fetor stawał się coraz bardziej nieznośny. Będąc młodym człowiekiem nie posiadałem jeszcze wyrobionej tolerancji na ludzkie ekstrema jakich dopuszcza się każdy, kąpiąc się w wodzie kolońskiej czy innych babcinych perfumach, wypełniających fikuśne buteleczki z różową pompką doprowadzającą stylowym przewodem powietrze, które zetknąwszy się z drogocenną esencją, rozbryzguje się w milionie kropli na dekoltach i podgardlach. Odświętnie wyszorowani i odpicowani państwo wygniatający trzeszczące krzesła widowni teatralnej, stworzyli tak skuteczne zakłócenie swą przykrą duszącą wonią, że spektakl odbywający się zaledwie kilka metrów przed mym nosem, po kwadransie stał się koszmarem z którego miałem ochotę uciec w popłochu w obawie przed nadciagającym pawiem. Kiedy brakuje tlenu kręci mi się w głowie. Był to koniec lat osiemdziesiątych toteż łatwo wyobrazić sobie jakość wieczorowych toalet i niewysublimowaną słodycz perfum. Nie żaliłem się babci Zosi której towarzyszyłem, bo dostałbym potworna burę za to, że w ogóle śmiem otworzyć usta w teatrze. Mękę przerwał antrakt. Odetchnąłem i powróciwszy na swe miejsce w lekko przewietrzonej już sali, cierpiałem już bez porównania mniej. Nagle na scenie zaczął śpiewać starszy pan, którego głos nota bene znałem doskonale z telewizji. Nie wiedziałem jednak kto jest jego właścicielem, więc przez pierwsze sekundy próbowałem jakoś przysposobić ów piękny głos do zaskakującej sylwetki.
W takich okolicznościach pierwszy raz zobaczyłem Wiesława Michnikowskiego. Błyskawicznie zacząłem odszukiwać w pamięci fragmentów filmów i seriali w jakich mogłem go już zobaczyć. Od razu tknęło mnie że to przecie Doktor Paj Chi Wo a chwilę później że dobrotliwy i niezłomny Papa Smurf, posiadający wymienione cechy dzięki arcymistrzowskiej intonacji Pana Wiesława.
Był to jakiś jubileusz „Dudka”, wówczas nic mi to nie mówiło, nawet ten drugi starszy Pan który mówił najwięcej i śpiewał najwięcej a przedstawiając się powiedział „dobry wieczór nazywam się Wojciech Młynarski”. Kto by pomyślał że po wielu latach będę się kolegował z jego synem Jaśkiem, moim równolatkiem i kompanem podczas wielu audycji ( w jednej z nich śpiewał piosenki ojca, dokładnie te same które słyszałem w towarzystwie babci wtedy, projekt ten to „Młynarski plays Młynarski”). Niestety nie miałem w tamtej chwili żadnych refleksji, związanych z obserwowanym i słuchanym repertuarem, nie licząc małego wyjątku.
Pan niższy mówiący głosem Papy Smurfa, zaczął nagle nucić że”… jeszcze tylko parę wiosen, jeszcze kilka przygód z losem i …wesołe jest życie staruszka”. Zachwycające. Zniknęli momentalnie ci wszyscy ludzie wśród publiczności do koła, tak skutecznie dewastujący me obcowanie z kulturą. Miałem ochotę wskoczyć na scenę i się do niego przytulić, bowiem tak bardzo przypominał mi dziadka Stefana. Mojego ukochanego dziadunia, przedwcześnie zmarłego. On również był takim wesołym staruszkiem, biegającym, śpiewającym i troskliwym jak żaden inny na świecie. Zawsze pogodnym i serdecznym.
Miałem dziesięć lat, gdy wylądowałem na przywołanym tu spektaklu który jako jedyny wówczas zrobił na mnie tak olbrzymie wrażenie. Dotychczas nie zaznałem aż takich emocji ani na siedziałem w piątym rzędzie, pamiętam również doskonale jak skondensowaną emocją utrwaloną w pamięci na lata, stał się występ Pana Wiesława. Od tamtej pory moje wyobrażenie na temat starości było ze wszech miar pozytywne i naturalnie każda osoba w podeszłym wieku, uosabiała w moich szczenięco naiwnych oczach szczęśliwe synonimy.
Wychodząc z okresu w którym interesowałem się tylko tym co zrobimy z podwórkową bandą, sielanka starości zaczęła być poddawana erozji realizmu, bowiem życiowe doświadczenia pokazały mi jak bardzo życie staruszka może być nie wesołe.
Popadłem w konkretną paranoję i strach przed „taką” starością, zapominając całkowicie o tym co śpiewał kiedyś Papa Smurf. Trwało to całe lata, wybudowałem w sobie mocne fundamenty absurdalnego myślenia i wręcz potrzeby by nie dożyć późnej starości. Przy każdej towarzyskiej okazji następowały we mnie psychiczne obnażenia i moralne przepierki, wywołane tym tematem. Okropność.
Dziś uświadomiłem sobie jak kretyńskie było to uzurpatorstwo i kabotyństwo zawstydzających rozmiarów. Konstatacja ta pojawiła się dwie sekundy po tym, kiedy wyszedłem z domu Papcia Chmiela którego wreszcie odwiedziłem. Rozmowę z Panem Henrykiem zamieścimy na ZWIERCIADLO.PL wkrótce. Jednak już teraz mogę napisać że to najbardziej uśmiechnięty człowiek jakiego znam. W tym roku kończy 89 lat i ciągle bawi go życie i otaczająca rzeczywistość. Dodatkowo posiada poczucie humoru na własny temat, w żaden sposób nie litujące się nad postępującą demencją. Było to rozbrajające i wzruszające. Jego głód normalności, pracy i życia na poziomie potrzeb studenta.
Wychodząc zagarnął mnie „wiesz dziś uświadomiłem sobie coś, co wydaje się potwornie absurdalne i zabawne. Otóż moja córka ma już 60 lat. Wyobrażasz to sobie?”. Rechotaliśmy w przedpokoju dobrą minutę.
Drogi Papciu, chciałbym dożyć takiego wieku, w podobnej formie i pogodzie. Naprawdę bym chciał!
Tomasz Kin
Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan: 2012-02-07 20:33:17 · Wyświetl
Starość – kumulacja chorób, dobrych i złych przeżyć, spotkań, wartości, poczynań… tego, jakim jest się człowiekiem i jakimi ludźmi się otacza lub jest się otoczonym (bo nie na wszystko ma się wpływ). Ale czy nie TO tworzy człowieka w każdym wieku?
A z tą lawiną zapachów, to nie rzadkość i dziś! Niestety!!!!!!
-
Między Nami
Zima
Przez pierwsze kilka dób kląłem do imentu syberyjskie powietrze, niosące trzeszczące skostnienie świata za oknem. Byłoby ze mną naprawdę źle, gdybym jak każdy poczciwy człowiek musiał co rano wydreptywać ścieżynkę wokół rozkładu jazdy na autobusowym przystanku w nadziei, że może dziś bóg nie pozostanie obojętnym na me cierpienia i sprawi że niskopodłogowiec przyjedzie o czasie. Archiwizacja życia zapisująca się na dysku w łepetynie, przebiega w każdym zdrowym organizmie podłóg kapitalnej zasady, wyłącznie pozytywnych wspomnień. Nie sposób wydobyć z owego mentalnego podpiwniczenia czegoś, co zawiera ból i przygnębiający obraz dawnych wspomnień. Toteż całkowicie zrozumiałe jest to, że nie byłem wstanie odtworzyć zimowej golgoty komunikacyjnej, na jaką byłem skazany przez większość życia. Glejt upoważniający mnie do prowadzenia samochodu, wydany przez zastępy urzędników wydziału przy ul. Wiktorskiej posiadam zaledwie od pięciu lat. Jednak tyle czasu wystarczyło by dawne zziębnięte emocje, zmieniły we mnie stan ze stałego w lotny i naturalnie wyparowały. Dzięki sublimacji, której istotę wpaja się czwartoklasistom, moje czucie chłodu przeniosło się na inne obszary, ale niestety wcale nie zmalało.
Będąc już w miarę ustatkowanym człowiekiem, mam szafy powypychane do ościeżnic ubraniami na każdą pogodę. Rosnące jak na drożdżach (istotę fermentacji omawia się już chyba w klasie siódmej) dzieci, zapewniają ograniczoną przepustowość szuflad i półek, bowiem co rusz ich garderoba staje się kusa i wnet trzeba pędzić do sklepu po nową. Kiedy spikerzy w telewizji zaczynają pogodowy lament, moje maluchy opatulam kolejnymi warstwami odzienia, pocąc się przy tym i sapiąc niekiedy jak zdyszany maratończyk. Nie zapominam zrazu samemu oblec się futrem i puchem. Mój kontakt z rzeczywistością poniżej zera jest tymczasem mocno ograniczony. Z domu wchodzimy wprost do windy, zjeżdżając do garażu. Samochodem wyjeżdżamy na oblodzone ulice, kiedy wnętrze nie zdążyło się jeszcze porządnie wyziębić. Przełomowy moment następuje wówczas kiedy zaparkowawszy przy przedszkolnej bramie, wyskakuje na ulice i pędzę oswobodzić córkę z pasów fotelika. Po krótkiej chwili czuję już na twarzy mróz. Trwa to moment, bo po kilku sekundach uderza mnie gorąc szatni i holu sal wykładowych. Z powrotem do samochodu. Jeszcze tylko postój przed bazarem. Niestety trwa to już nieco dłużej i gdyby nie czapa w stylu Moskwiczanina, jaką przez przypadek znalazłem na dnie garderoby przysypaną butami, łachami i milionem chomikowanych bibelotów czekających na wyniesienie w stulitrowym worze, zapewne zawróciłbym do auta. Zaopatrzywszy się w kaloryczne frykasy, wracam pokrzepiając się gorącą świadomością że już nosa wyściubiać nie muszę.
Słońce świeci tak jak życzyłem sobie tego od listopadowych słód, ale mimo to ani myślę absorbować długich promieni będąc jednocześnie przeszywanym czerstwym mrozem. Aklimatyzowałem się cały tydzień, po którym doszliśmy do wniosku że czas na sanki. Na kopie górującej nad Doliną Służewiecką ścigaliśmy się i walczyliśmy z zimnem. Zakładałem że nie skapituluje pierwszy. Myliłem się. Niesamowite jak przymarzający gil, nie jest w stanie zniweczyć białego szaleństwa małej dziewczynki. Na sygnale opuszczaliśmy popularne miejsce ursynowskich saneczkarzy.
Było to ostatnie tak wariackie wyjście jakie zafundowaliśmy sobie z córką. Od następnego dnia zaczęliśmy arktyczne koczowanie. Dzieci w przedszkolu wychodzą jeśli temperatura nie przekracza -10 st. Dlatego biedne maluchy muszą kisić się całe dnie we wnętrzu. Syna też nie wystawię na spacer w wózku za okno. Bałem się że nadchodzący weekend będzie koszmarnie nudny i zmulony.
Pogodowe ekstremum spowodowało jednak coś, czego w żaden sposób się nie mogłem spodziewać. Przenieśliśmy się w jakiś inny świat, jakby ferie dla dorosłych w których absolutnie odcięta jest rzeczywistość. Całe dnie oglądamy animowane filmy, bawimy się z dziećmi, dogadzamy goframi, naleśnikami, ciasteczkami, hektolitrami bitej śmietany i wszystkim co zapycha żyły. Klocki Lego przeżywają drugą młodość. Autentycznie uwielbiam układać je w kolorowe budowle.
Wieczorem muszę niestety wyjść na mróz i jechać do radia. Ale znowu postaram się przemknąć tak by na dworze, nie stać dłużej niż 20 sekund.
Tomasz Kin
Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan: 2012-02-05 13:55:16 · Wyświetl
Oj, troszkę się Pan zapętlił w czasie
Teraz nie ma siódmej klasy
I ciekawie Pan osłodził słoty listopadowe. Lego i gofry też lubimy, ale najchętniej po mroźnym marszowym spacerze
a blisko wybrzeża Bałtyku właśnie minus 27 … przy tej wilgotności to niewyobrażalne niemalże … świat zamarza … przetrwamy do jutra?
-
Dres
I życie jest piękne.
Jestem dresiarzem. Zastrzegę od razu że w wymiarze estetycznym, nie mentalnym. W pierwszym momencie była to zdumiewająca potrzeba, pojawiła się chwilę po tym kiedy przyszedł na świat mój syn. Drugą bezpośrednią przyczyną był talon z 40% zniżką jaki dostałem w prezencie od szwagra. Upoważniał do zakupów u kultowego producenta sportowej garderoby. Kończyło się lato, dlatego między sezonowe odświeżenie i doposażenie półek w szafie zdecydowałem się zrobić radykalnie inaczej. Na stercie denimów, sztruksu i innych tekstyliów pozszywanych w chinosy i inne casualowe portki, zaległy bawełniane pumpsy i poliestrowe żarówiaste drechy. Można pokombinować i dopasować ów ciuch stadionowej proweniencji niemal do każdego zestawu. Treningowego, zakupowego, zawodowego, wieczorowego czy nawet mitingowego. Od razu zastrzegam że nie wiem czy poszedłbym w dresie na spotkanie w sprawie pracy. Po chwili zastanowienia przyznaję, że mogłoby to być spore wyzwanie dla potencjalnego chlebodawcy i jednak zmieniam zdanie. Wełniana marynarka, cardigan i nowe „Top Ten-y” (legendarny model butów do kosza) wespół ze szlachetnym popielem spodni z H&M, nie traci na elegancji wcale. Nie każdy dres musi się świecić z daleka i mieć seledynowe lampasy z plamami od jabola, ewentualnie kropelkami krwi-pamiątce po ustawce. Apropos, podobała mi się jedna z ostatnich kreacji Majewskiego. Seba. Łysy drągal w dresie, po prostu wspaniały.
Wygoda jakiej zaznałem była znamienna. Dotychczas zawsze po powrocie do domu, musiałem zrzucić z siebie lanserskie ubrania i wskoczyć w coś do wycierania się między kuchnią a salonem. Od tej pory ten problem zniknął. Zaoszczędziłem sporo czasu na składanie, odwieszanie i wszystkie te duperele kiedy otworzywszy drzwi szafy, generuje się potworny bałagan. Po krótkim czasie zauważyłem pewną zmianę. Przestałem tak beztrosko jak dotychczas nie zwracać uwagi na plamy i zabrudzenia jakie pojawiają się w trakcie gotowania czy mycia naczyń. Za każdym razem kiedy widziałem jakąś niedoskonałość denerwowałem się. Widać dres przestał być już tylko wygodnym łachem, stał się czymś znacznie ważniejszym. Częścią mnie. W chwili kiedy pisze ten tekst, moje zmarznięte kości grzeje jeden z pierwszych jakie nabyłem lata temu, dres oryginals, fioletowy z niebieskimi lampasami. Czarnych używam kiedy idę na korty. Psychopatyczna to dbałość, bo ostatni raz grałem w listopadzie a mimo to nawet gdy inne tracą swą świeżość i lądują w pralce, po tenisowe nie sięgam. Mają czekać aż umówię się z kumplem na sparing.
Nie potrafię sobie przypomnieć kiedy wcześniej chodziłem po ulicy w dresie. Zawsze dżinsy, czy jakieś tam inne. Wreszcie poczułem co to znaczy nie wtopić się w tłum. Spodziewałem się jednakże zupełnie innych reakcji. Miła pani w sklepie, która do tej pory dosyć wylewnie witała mnie kiedy uiszczałem opłatę za bułki i ser, nagle opuściła czoło i na mój widok łypała tylko spode łba. Inny przykład. Koleżanki dziennikarki z którymi gawędziłem w redakcji tygodnika, rozmawiając na temat nowych tekstów z szefową, nagle z mrukliwych etatystek przemieniły się w wesołe i sympatyczne rozmówczynie. Przeważnie przychodziłem ubrany casualowo, nagle w oczojebnym dresie. Generujące się samoistnie zmiany, nie były wówczas przyporządkowane do rodzaju materiału okalającego moje golenie i tyłek. Myślałem sobie, każdy może mieć iluminację lub gorszy dzień.
Dres wyzwolił również chęć naśladownictwa. Agora nie należy do najmodniejszych placówek, dlatego po krótkim czasie zauważyłem naśladowców. Mając programowego stylistę w telewizji, mam dostęp do tzw. sampli, czyli rzeczy nie na sprzedaż. Często zużywają się znacząco na grzbiecie występującego i można je odkupić za ćwierć ceny. Zawodowy garderobiany ma pewność że nikt inny w tym nie wystąpi dwa razy a ja, że na ulicy nie spotkam lustrzanego odbicia. Przypomniał mi się „Miś”. „…lustro, nie dziękuje już mamy”. Okropny był to widok, zobaczyć człeka obnoszącego się dotąd swym inteligenckim, pisarskim lukiem przemienionego nagle dekadencko w koszulę i dres. Może sobie schlebiam, ale nie widzę innych racjonalnych powodów przedstawionej tu metamorfozy.
Koledzy najfajniej reagowali. Gdzie to kupiłeś? Juliusz Machulski powiedział mi ostatnio, kiedy spotkaliśmy się w kawiarni że w wyglądam jakbym z Nowego Jorku wrócił, bo tam dresiarzem jest każdy. Tyle że ładnym.
Jeśli ktoś pyta dlaczego ja cały czas w tym dresie, mówię jestem ojcem karmiącym. Tak mi teraz najlepiej.
Tomasz Kin
Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan: 2012-01-31 20:42:51 · Wyświetl
-
Kłamstwo
W dobrej sprawie.
Podziwiam mojego znajomego który przyjął zasadę że nie kłamie. Robi to z wyrachowania. Jakoż że prawda zawsze wychodzi na jaw, nie będzie się bawił w gierki i podchody, bowiem później trzeba wszystko spamiętać i zaprzątać sobie głowę śmieciami typu: muszę wiedzieć jakiego kłamstwa użyłem, by się później nie skompromitować, bądź kogoś niechcący urazić. Potwornie można się w tym poplątać tracąc równowagę i nerwy. Niestety jest przez to często uznawany za grubianina i chama. Bolesna prawda walona między oczy, nawet jeśli wypowiadana sympatycznie bez złowrogiej agresji jaką zazwyczaj przychodzi upajać się w trudnych momentach prawdy, stanowi zawsze problem i obciąża demaskatora. Przecież można było tego nie mówić i oszczędzić cudzego stresu. Paradoksalnie niekiedy odpowiedzialnością za psychiczne katharsis, obarcza się nie osobę oświecającą a nie załganego intryganta który wszystkiemu winien. Inną sprawą jest jednak czy mówić bolesną prawdę osobie która spodziewa się raczej pochwały.
Przyjaciel nie powinien tego robić, jednak jeśli uważa się za prawdziwego przyjaciela zrobić to musi. Po to jestem, by wbrew modom i poprawności nagą, czasem przykrą prawdę przekazać. Utrzymywanie zakłamanej ułudy, zwanej często chronieniem osoby, uważam za chore bo skrajnie nie odpowiedzialne. Łatwo przecież przewidzieć co może się stać kiedy ktoś karmiony kłamstwami przez lata, nagle będzie musiał skonfrontować się z ukrywaną skrzętnie prawdą. Dzieje się tak często w środowisku twórców które od lat jako dziennikarz opisuje, oceniam i relacjonuje poprzez recenzje, artykuły i audycje. Jest na tym polu sporo nieszczerości ale również tendencji do przeginania w drugą stronę czyli niszczenia z zazdrości lub innych nieznanych pobudek. W sztuce nie ma prawd obiektywnych. Musimy dokonać dychotomicznego podziału na to co się podoba lub nie. Mogę rzecz jasna przyznać że to co zobaczyłem lub usłyszałem, nie przemawia do mnie, ale widząc nakład pracy potrafię to jednak uszanować.
Dostaję gorączki kiedy słyszę jak po spektaklu lub koncercie karmi się artystę pochwałami, ale kiedy jest się już w swoim zaufanym towarzystwie kadzenie przemienia się masakrę. Bezwzględną krytykę połączona z wytykaniem najdrobniejszych szczegółów rozczłonkowywanych do boleści. Moja teściowa przyznałaby że to kwestia dobrego wychowania. Ale czy do dobrych manier można zaliczyć kłamstwo?
Jeśli kolega aktor pyta mnie o zdanie, robi to raczej nie po to by usłyszeć marcepanową laurkę. Tak mi się niekiedy wydaje. To samo z muzykami. Ci jednak doskonale wiedzą kiedy nie zagrali czysto i kiedy atmosfera zaczęła siadać. Pozostaje jeszcze ego które każe czekać na peany i blokuje pierwiastki pokory.
Nie mam pojęcia dlaczego zdarzyło mi się jednak skłamać. Prawdopodobnie zrobiłem to dla świętego spokoju, by nie być zasypanym później stosem maili z prośbą o wyjaśnienie albo kolejna próbę na występ by móc się zrehabilitować. Zgodziłbym się na to gdyby, co miało już miejsce, zespół po skończonej audycji powiedział że wyszło beznadziejnie i chcieliby spróbować kiedyś znowu. Rozumiem, nie ma problemu. Gorzej kiedy widzę szampański nastrój i najmniejszej ochoty na konstruktywizm. Dodatkowo bywa że artyści za swoje nie powodzenia obwiniają wszystkich tylko nie siebie.
Wydanie owego zakłamanego odcinka „Przesłuchania” od początku szło koślawo. Zespół stroił się i nakręcał swoje zabawki niesamowicie rozbudowanego instrumentarium, dwa razy dłużej niż największe gwiazdy i projekty liczące po kilkanaście osób. Audycja była nagrywana dlatego wszystkim wydawało się że możemy siedzieć w studio całą noc. Po dwóch godzinach bezczynności i straty czasu na którą reaguje agresywnie, zapytałem co by było gdybyśmy grali na żywo. Ktoś rzucił że audycja by się nie odbyła. Opadły mi ręce. Przez godzinę w eterze byłaby cisza bo ktoś nie potrafi się ogarnąć. Przecież to doświadczona formacja, mająca na koncie kilka płyt i dziesiątki koncertów. Wreszcie będąc już bliski dezercji, zaczęliśmy nagranie. Niestety w fatalnej atmosferze zdewastowanej przeze mnie, bowiem takiej amatorszczyzny nie zaznałem od zawodowców nigdy. Wokalistka fałszowała potwornie. Wszyscy w reżyserce przecierali uszy ze zdumienia. Jednak zespół bawił się doskonale i chyba nie słyszał tego co my. Myślę że nie chciał słyszeć, albo odsłuch względem instrumentów był ustawiony dla nich za cicho.
Po wszystkim muzycy szczerze sobie pogratulowali, zaznaczając że gdzieniegdzie trzeba dopracować fragmenty. Boże mój, poprawiłbym wszystko a najlepiej znalazł kogoś kto potrafi śpiewać! Najwidoczniej uradowanym i podnieconym artystom, powiedziałem dzięki byliście super. Tuż po wyjściu zdzwoniliśmy się z wydawca i akustykiem i rozpaczliwie użalaliśmy się nad poziomem i rozczarowaniem jakie zapewnił znany poważny band. Po co to zrobiłem? Nie wiem. Żałuję, trzeba było powiedzieć prawdę, pewnie miałbym w nich śmiertelnych wrogów, ale może by się opamiętali i przestali się marginalizować grając w ten sposób.
Tomasz Kin
Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan: 2012-01-30 12:40:43 · Wyświetl
Tak,i to jest to.Zakłamanie ”wysokich półek”.Nigdy nie tęskniłam za tym towarzystwem,zaczęłabym się dusić.Życie z hipokryzją w tle mnie osobiście dusi.I to dusi dosłownie,gdy wyczuwam gigant blagę,dostaję czegoś dziwnego z sercem.Mam wyjątkowo wyczulone radary.Dlatego dobrze mi w moim świecie,który jest bardzo wartościowy a nie wszystko w nim na sprzedaż a jeśli już ,to zgodne z prawdą.Kłamstwo jest potrzebne jedynie w sytuacjach wyjątkowych.A w naszej rzeczywistości używa się go jak papieru toaletowego od komplementów począwszy po Smoleńsk kończąc.
Niestety jest we mnie dużo pogardy do ludzi miłujących ekran.Kiedyś, p.n.e. miałam takie neurotyczne ciągotki do bycia osobą popularna.I nawet mi to chwilkę zaczęło zagrażac.W końcu wpadłam w panikę.Inaczej sobie to g.. wyobrażałam.Nie. I dobrze,że nie walczyłam o pierdołę bycia wśród tzw -jak ich nazwać?- błaznów ekranu.Połowa z nich gówno warta. Stwierdzam to z cała odpowiedzialnością.
-
Skalpel
I inne używki
Popijawszy poranną kawę, włączyłem telewizję śniadaniową i przyglądając się skancerowanym botoksem twarzom gwiazd i prowadzących (panie Racewicz i Pieńkowska wiodą prym wśród innowacyjności swego jestestwa), przypomniało mi się co powiedział kiedyś Jerzy Urban, którego zaprosiłem do radiowego studia. Rzecz dotyczyła chirurgii plastycznej i powstającej modzie na odmładzanie, otóż zaciągnął się Gitanesem i rzekł „wierzę że starość również może mieć swój wdzięk, lepsza starucha z naturalną mordą niż z naciągniętym półdupkiem”. Bynajmniej nie chodziło mu o to by urazić wszystkie kobiety czekające miesiącami na konsultacje u specjalisty, tylko jako kolejny gość cyklu dołożył swoje zdanie do ciekawej dyskusji jaka poprzedzała „Krwawe wakacje” w Antyradio.
Miało to miejsce w 2005 roku. Widząc jak dynamicznie telewizje i kobiece media próbują dogonić zachodnie formaty, uzupełniając pustkę po „Big Braderze” oraz kolejnych klonów tego rewolucyjnego programu, doszliśmy w redakcji do wniosku że zrobimy sobie jaja. W kontekście tego co miało nastąpić, powinienem napisać grubą prowokację pokazującą o co w tym wszystkim chodzi. Naszych słuchaczy traktowaliśmy serio, toteż pierwotny pomysł semantycznych wygłupów ewoluował do postaci reality dramy na antenie, przez całe dwa miesiące lata. Pomysł był prosty, organizujemy casting na operacje plastyczną. Do wzięcia była kompletna plastyka: korekta ust, nosa, wypełnianie zmarszczek materiałem pobranym z ciała pacjentki, lifting i liposukcja ud oraz pośladków. W drugiej kolejności powiększanie piersi. Przyjaźniłem się z Dr. Andrzejem Sankowskim znanym specjalistą, toteż wybór kliniki był oczywisty. Przedstawiłem mu nasze plany i otrzymałem zgodę, pod warunkiem że całość odbędzie się wysoce profesjonalnie, etycznie i z pełnym szacunkiem dla uczestniczek. Nie inaczej sobie to wyobrażałem, dlatego przystałem na te żądania chętnie.
Urządziliśmy wypasioną konferencję prasową w Biznes Center Clubie i ruszyliśmy z całością. Osią programu była moja audycja między 18:00 a 20:00, dlatego osobiście zależało mi na powodzeniu tej akcji. Radio się postarało i zebrało olbrzymia kwotę jak na lokalną rozgłośnię. Klinika Dr. Sankowskiego wzięła na siebie koszty przed i po operacyjne, grubo kilkadziesiąt tysięcy, dalej klinika ortodontyczna gdzie wybranka również mogła poprawić sobie to i owo. Uczestniczyli w tym również wizażyści, styliści i duża firma koncertowo eventowa, bowiem przedsięwzięcie to wymagało finału z pompą.
Przez cały czerwiec zachęcaliśmy słuchaczki do wzięcia udziału w „Krwawych Wakacjach” alias „Operacji Lato”. Przygotowaliśmy oprawę, bloki a nawet bloga bohaterki którego czytała później Ewa Złotowska. W audycji gościłem wielu ludzi życia publicznego, naukowego i lekarzy wypowiadających się na temat operacji plastycznych. Funkcji społecznej, zagrożeniach, potrzebie zmian, możliwościach jakie daje współczesna medycyna i całej modzie na bycie łabędziem. Dwa razy w tygodniu do studia wpadał Dr. Sankowski z którym przeglądaliśmy zgłoszenia i komentowaliśmy co byłoby możliwe w danym przypadku i kogo wciąż szukamy. Dostając pierwsze dwieście zgłoszeń, okazało się że wiele kobiet traktuje naszą propozycje jak możliwość przemiany niemożliwej. Nawet najlepszy zespół operacyjny świata nie jest w stanie zamienić otyłej pięćdziesięciolatki w wysportowaną młódkę. Temu służyły konsultacje jakie w audycji prowadziłem z chirurgiem. Słuchaczki wiedziały że zapewniamy anonimowość a jedynymi którzy oglądali zgłoszenia byli lekarz i ja. By wziąć udział w eliminacjach trzeba było wysłać maila z dokładnymi wymiarami, wagą, wzrostem, wiekiem i zdjęciami w bieliźnie profilów i au face by specjalista zobaczył ktoś się nadaje. Wiadome było że przeprowadzone operacje muszą być jak najmniej inwazyjne, tak by kobieta doszła do pełnej sprawności we wrześniu. Poza tym doszliśmy do wniosku że dla akcji medialnej nie będziemy mocno ingerować w ludzkie życie i ciało.
Po miesiącu poszukiwań wybraliśmy Kamę. Dziewczynę tuż przed czterdziestką, wysoką, raczej szczupłą. Prosiła o kompleksową przemianę. Po konsultacjach z lekarzem które odbyły się za zamkniętymi drzwiami, Dr. Sankowski wyznaczył termin pierwszej operacji. Połowa lipca. Na to wszyscy czekali, przecież zapowiadaliśmy transmisję z bloku operacyjnego. Naturalne było że w kitlu z mikrofonem będę tam osobiście. Marzyłem kiedyś o studiach medycznych, dlatego zaproszenie przyjąłem od lekarzy z radością.
Było wszystko jak na filmach. Szatnia lekarska. Szczotkowanie rąk i dezynfekcja. Sterylny fartuch, rękawiczki i maska na twarz. Serce waliło mi jak Kamie leżącej już na stole. Obiecałem jej że będę z nią cały czas aż do wybudzenia. Poprosiła mnie o to. Anastezjolog podał środek nasenny i pacjentka odpłynęła. Zaintubowana dała do zrozumienia, że to dzieje się naprawdę. Szczegółami nie będę się tu dzielić, byłoby to nieeleganckie z mojej strony, tym bardziej że mimo tego iż przeprowadzałem transmisję i opowiadałem o wszystkim co widzę, rozmawiając jednocześnie z lekarzami robiłem to w radio. Intymność była zachowana a słuchacze mogli sobie unaocznić wszystko, jeśli pozwoliła im na to wyobraźnia. Po 50 minutach bohaterka „Krwawych wakacji” obudziła się i uśmiechnęła dziękując że jej nie zostawiłem. Była nawet w stanie żartować, dlatego ze spokojem wróciłem do domu.
Druga operacja odbyła się już bez tłumu dziennikarzy i fotoreporterów kłębiących się w korytarzu kliniki. Chirurg zdecydował że dosyć tego cyrku, można przecież wszystko usłyszeć na antenie. Korekta biustu miesiąc później, odbyła się już tylko w towarzystwie wyspecjalizowanego personelu i mnie z mikrofonem rzecz jasna. Niesamowite przeżycie zobaczyć to wszystko i móc przyjrzeć się pracy lekarzy. Mam do nich ogromny szacunek wymieszany ze szczerym podziwem. Pacjentka też sobie chwali. We wrześniu zorganizowaliśmy koncert i prezentacje metamorfozy dziękując jednocześnie specjalistom.
Słuchacze dopominali się kolejnych edycji. Nie doczekali się. Obecnie ciągle kiedy widzę gdzieś ostrzykane twarze celebrytek przypomina mi się ta wielka igła, jaką wbijał pod skórę chirurg. Masakra, jak o tego można być uzależnionym.
Słyszałem na bloku dowcip. Dlaczego słynna prezenterka nie może domknąć ust po operacjach? Bo jak domknie, otworzy się jej dupa.
Tomasz Kin
Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan: 2012-01-26 10:19:33 · Wyświetl
-
Tomasz Kin udostępnił swój wpis 2012-01-25 16:08:00 · Wyświetl
-
Tomasz Kin udostępnił swój wpis 2012-01-25 16:05:55 · Wyświetl
-
Tomasz Kin udostępnił swój wpis 2012-01-25 16:05:02 · Wyświetl
-
Tomasz Kin udostępnił swój wpis 2012-01-25 15:58:09 · Wyświetl
- Wczytaj więcej

Rzeczywiscie, Matek Brytyjek podobnych Matkom Polkom chyba nie ma… Panowie tez nie sa tutaj tak wielofunkcyjni, sa ’wyspecjalizowani’ w waskim zakresie. Ale podejscie maja takie, ze przeciez nie beda sami naprawiac kranu, bo to by bylo odbieranie roboty hydraulikom. Tez racja.