-
Kłamstwo
W dobrej sprawie.
Podziwiam mojego znajomego który przyjął zasadę że nie kłamie. Robi to z wyrachowania. Jakoż że prawda zawsze wychodzi na jaw, nie będzie się bawił w gierki i podchody, bowiem później trzeba wszystko spamiętać i zaprzątać sobie głowę śmieciami typu: muszę wiedzieć jakiego kłamstwa użyłem, by się później nie skompromitować, bądź kogoś niechcący urazić. Potwornie można się w tym poplątać tracąc równowagę i nerwy. Niestety jest przez to często uznawany za grubianina i chama. Bolesna prawda walona między oczy, nawet jeśli wypowiadana sympatycznie bez złowrogiej agresji jaką zazwyczaj przychodzi upajać się w trudnych momentach prawdy, stanowi zawsze problem i obciąża demaskatora. Przecież można było tego nie mówić i oszczędzić cudzego stresu. Paradoksalnie niekiedy odpowiedzialnością za psychiczne katharsis, obarcza się nie osobę oświecającą a nie załganego intryganta który wszystkiemu winien. Inną sprawą jest jednak czy mówić bolesną prawdę osobie która spodziewa się raczej pochwały.
Przyjaciel nie powinien tego robić, jednak jeśli uważa się za prawdziwego przyjaciela zrobić to musi. Po to jestem, by wbrew modom i poprawności nagą, czasem przykrą prawdę przekazać. Utrzymywanie zakłamanej ułudy, zwanej często chronieniem osoby, uważam za chore bo skrajnie nie odpowiedzialne. Łatwo przecież przewidzieć co może się stać kiedy ktoś karmiony kłamstwami przez lata, nagle będzie musiał skonfrontować się z ukrywaną skrzętnie prawdą. Dzieje się tak często w środowisku twórców które od lat jako dziennikarz opisuje, oceniam i relacjonuje poprzez recenzje, artykuły i audycje. Jest na tym polu sporo nieszczerości ale również tendencji do przeginania w drugą stronę czyli niszczenia z zazdrości lub innych nieznanych pobudek. W sztuce nie ma prawd obiektywnych. Musimy dokonać dychotomicznego podziału na to co się podoba lub nie. Mogę rzecz jasna przyznać że to co zobaczyłem lub usłyszałem, nie przemawia do mnie, ale widząc nakład pracy potrafię to jednak uszanować.
Dostaję gorączki kiedy słyszę jak po spektaklu lub koncercie karmi się artystę pochwałami, ale kiedy jest się już w swoim zaufanym towarzystwie kadzenie przemienia się masakrę. Bezwzględną krytykę połączona z wytykaniem najdrobniejszych szczegółów rozczłonkowywanych do boleści. Moja teściowa przyznałaby że to kwestia dobrego wychowania. Ale czy do dobrych manier można zaliczyć kłamstwo?
Jeśli kolega aktor pyta mnie o zdanie, robi to raczej nie po to by usłyszeć marcepanową laurkę. Tak mi się niekiedy wydaje. To samo z muzykami. Ci jednak doskonale wiedzą kiedy nie zagrali czysto i kiedy atmosfera zaczęła siadać. Pozostaje jeszcze ego które każe czekać na peany i blokuje pierwiastki pokory.
Nie mam pojęcia dlaczego zdarzyło mi się jednak skłamać. Prawdopodobnie zrobiłem to dla świętego spokoju, by nie być zasypanym później stosem maili z prośbą o wyjaśnienie albo kolejna próbę na występ by móc się zrehabilitować. Zgodziłbym się na to gdyby, co miało już miejsce, zespół po skończonej audycji powiedział że wyszło beznadziejnie i chcieliby spróbować kiedyś znowu. Rozumiem, nie ma problemu. Gorzej kiedy widzę szampański nastrój i najmniejszej ochoty na konstruktywizm. Dodatkowo bywa że artyści za swoje nie powodzenia obwiniają wszystkich tylko nie siebie.
Wydanie owego zakłamanego odcinka „Przesłuchania” od początku szło koślawo. Zespół stroił się i nakręcał swoje zabawki niesamowicie rozbudowanego instrumentarium, dwa razy dłużej niż największe gwiazdy i projekty liczące po kilkanaście osób. Audycja była nagrywana dlatego wszystkim wydawało się że możemy siedzieć w studio całą noc. Po dwóch godzinach bezczynności i straty czasu na którą reaguje agresywnie, zapytałem co by było gdybyśmy grali na żywo. Ktoś rzucił że audycja by się nie odbyła. Opadły mi ręce. Przez godzinę w eterze byłaby cisza bo ktoś nie potrafi się ogarnąć. Przecież to doświadczona formacja, mająca na koncie kilka płyt i dziesiątki koncertów. Wreszcie będąc już bliski dezercji, zaczęliśmy nagranie. Niestety w fatalnej atmosferze zdewastowanej przeze mnie, bowiem takiej amatorszczyzny nie zaznałem od zawodowców nigdy. Wokalistka fałszowała potwornie. Wszyscy w reżyserce przecierali uszy ze zdumienia. Jednak zespół bawił się doskonale i chyba nie słyszał tego co my. Myślę że nie chciał słyszeć, albo odsłuch względem instrumentów był ustawiony dla nich za cicho.
Po wszystkim muzycy szczerze sobie pogratulowali, zaznaczając że gdzieniegdzie trzeba dopracować fragmenty. Boże mój, poprawiłbym wszystko a najlepiej znalazł kogoś kto potrafi śpiewać! Najwidoczniej uradowanym i podnieconym artystom, powiedziałem dzięki byliście super. Tuż po wyjściu zdzwoniliśmy się z wydawca i akustykiem i rozpaczliwie użalaliśmy się nad poziomem i rozczarowaniem jakie zapewnił znany poważny band. Po co to zrobiłem? Nie wiem. Żałuję, trzeba było powiedzieć prawdę, pewnie miałbym w nich śmiertelnych wrogów, ale może by się opamiętali i przestali się marginalizować grając w ten sposób.
Tomasz Kin
Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan: 2012-01-30 12:40:43 · Wyświetl
Tak,i to jest to.Zakłamanie ”wysokich półek”.Nigdy nie tęskniłam za tym towarzystwem,zaczęłabym się dusić.Życie z hipokryzją w tle mnie osobiście dusi.I to dusi dosłownie,gdy wyczuwam gigant blagę,dostaję czegoś dziwnego z sercem.Mam wyjątkowo wyczulone radary.Dlatego dobrze mi w moim świecie,który jest bardzo wartościowy a nie wszystko w nim na sprzedaż a jeśli już ,to zgodne z prawdą.Kłamstwo jest potrzebne jedynie w sytuacjach wyjątkowych.A w naszej rzeczywistości używa się go jak papieru toaletowego od komplementów począwszy po Smoleńsk kończąc.
Niestety jest we mnie dużo pogardy do ludzi miłujących ekran.Kiedyś, p.n.e. miałam takie neurotyczne ciągotki do bycia osobą popularna.I nawet mi to chwilkę zaczęło zagrażac.W końcu wpadłam w panikę.Inaczej sobie to g.. wyobrażałam.Nie. I dobrze,że nie walczyłam o pierdołę bycia wśród tzw -jak ich nazwać?- błaznów ekranu.Połowa z nich gówno warta. Stwierdzam to z cała odpowiedzialnością.