• BLOG Awatar

    Noc Muzeów

    Moja Pierwsza

    Pisanie o nocy muzeów w dziennikarski sposób, byłoby nonsensem. Wieczór z soboty na niedziele, obrodził w masę ciekawych wydarzeń i poczynionych przeze mnie obserwacji. Nie były one jednak niczym, poza towarzyskim spacerem. Nie nastawiałem się specjalnie na eksplorację instytucji muzealnych. Prawdopodobnie dlatego, że jestem w stanie przeznaczyć więcej środków na kulturę, niż przeciętny obywatel, równo 55 zł rocznie. Dlatego wab w postaci darmowego wejścia, nie każe mi pędzić, by wreszcie zajrzeć np. do narodowego. Prawdę powiedziawszy dawno w nim nie byłem, a kiedy mogłem doń przeniknąć, byłem w towarzystwie ekipy telewizyjnej, i za bilet nie musiałem nic płacić. Dodatkowo przez wojskową część, oprowadzał mnie sam Bogusław Wołoszański. Na ironię w magazynie który redaguję, opublikowałem ostatnio rozmowę z vice dyrektorem  Muzeum Narodowego, prawdziwym punkowcem,  Piotrem Rypsonem. Mam znajomych w kilku innych gmaszyskach z wypolerowaną na błysk podłogą. Muzeum etnografii, geologii, karykatury i Muzeum Sztuki Współczesnej. Wystarczy zadzwonić, a po najświeższych wystawach, oprowadzać mnie będę ich kustosze. Pogrążam się coraz bardziej, bowiem towarzysko owszem, jestem w nieustającym kontakcie z muzealnikami. Gorzej z prawdziwym, przemyślanym zwiedzaniem.

    Ostatnie jakie przemierzałem wielogodzinną wędrówką, pełną uniesień i zachwytów, było słynne Muzeum Salvadora Dali w Figuras. Dla jasności, w podobne euforie wpadałem również w stolicy. Łatwo przewidzieć gdzie. Podpowiem, ów unikatowy w świecie obiekt, mieści się na rogu ulic Towarowej i Grzybowskiej. Nówka sztuka jaką wraz z rodziną gapiów, odwiedziłem na Tamce w ubiegłym roku, głęboko mnie rozczarowała. Paradoksalnie rok chopinowski, udał się wszędzie, na niemal każdej fecie i kulturalnym evencie, oprócz najdroższego i namaszczonego przez władzę, Muzeum Chopina. Z perspektywy ulicy kamienica wygląda przepięknie. Drobiazgowo oddana secesja w odnowionej fronotowej części budynku, w połączeniu ze szkłem i metalem, dała znakomity rezultat. Architektonicznie osiągnięto istny majstersztyk. Fryderyk gdyby mógł wstać na kwadrans z grobu, jak w swych satyrycznych pragnieniach Luis Bunuel, i zobaczyć jak wygląda jego nowy dom, podskoczyłby i stuknął zelówami. Czar prysnął po przestąpieniu progu. Widać nieprzyzwoicie wysokie budżety przeznaczone na wykończeniówkę. Imponującą. Eksponaty już od biedy. Nudne, nie aktywne, często całkowicie nie działające. Chopina nie można poczuć i zrozumieć, zarazić się nim i po powrocie do domu nie spać. Żeby była jasność, nie chcę by wszystko było podróbką Muzeum Powstania, ale do cholery można było się postarać ciut bardziej.

    W noc muzeów kolejki kłębią się przed każdym. Na czym polega ten urok, postanowiłem po raz pierwszy sprawdzić w towarzystwie kumpla, magistra sztuki. Dramatycznej co prawda, ale zawsze z tytułem. Legendą obrosło to co dzieje się na Al. Jerozolimskich 3. Widok przeszedł moje oczekiwania. Ogon przypominał ogoniastego, wywijającego się we wszystkich zaułkach potwora. Spostrzeżenie jakie poczyniłem, porównując go do kolejki ustawiającej się przed pałacem prezydenckim, podczas czarnego tygodnia w nowożytnej historii Polski, spotkało się z aprobatą. Prawdopodobnie dla tego że rozmiar był podobny. Jedynie. Atmosfera nieco inna. Niesłychanie radosna, a nawet purnonsensowa. Obok dzieciaków w wieku wczesno szkolnym, wcinających watę cukrową na długich patykach, stali gawędzący rodzice. Było około 22:15. Wraz z nimi ściskali się turyści z dalekiego wschodu i masa innych, kuriozalnych acz uroczych, ludzkich kolaży. Na schodach KC, słyszałem przez kilka chwil, co najmniej pięć różnych języków. Londyn normlanie, Piccadilly. Gwar, dudniąca z oddali muzyka i przyjemnie ciepłe powietrze. Rondo De Gaulle’a zakorkowane. Tramwaje zamykały drzwi do swych wagonów, przeciążonych pasażerami, niemal co minutę. Z taką częstością startują tylko samoloty na Heathrow. Przez przejścia przewalały się masy ludzi. Nie spiesznie, na luzie. Arterię niczym super gwiazdorzy sceny, ozdabiały reprezentacyjne floty ZMK. Klasyczne ogórki z lat sześćdziesiątych, pierwsze przegubowce lat siedemdziesiątych i kolejne modele, w jakich wielokrotnie jeździłem do szkoły. Wówczas były czerwono kremowe. Masakra, jakbym na 7:10 na WOS jechał. Staliśmy dłuższą chwilę, obserwując ten nocny ul. Zachwycający. Czułem się jakbym mieszkał pod lodem przez ostatnie kilka lat.

    Co mnie obchodzą muzea, kiedy miasto pokazuje się w takiej krasie i tak sugestywnie popisuje się poczuciem humoru. Miałem ochotę bić brawo. Nie pamiętaliśmy już o masakrze w BUW-ie. Wystawy grafik i płaskorzeźb, ubliżyły mi. Z całym szacunkiem, kiedy dostaję podobne prace pocztą, dołączone do prośby o publikację w magazynie, kasuję je natychmiast. Bełkot i bufonada. Rzeźby których oprawa była ciekawsza niż same dzieła, z przemową Mielżyńskiego i paradą nakolanników, przypominały zwykłe słupy soli, jakie w Wieliczce stoją przy kasach. To, to ma być propozycja na wyjątkową okazję. Sorry, to ja wolę patrzeć przeciągle na odrestaurowanego niemal półwiecznego Trabanta, zaparkowanego obok mojego auta,  i dumać na temat.

    Skończyło się w „Ale Wino” sprawozdaniem ze spaceru i głośną dywagacją, na temat polskiej kultury. Ten zamysł sprawdził się świetnie. Ludzie mają się spotkać i pogadać. Oby częściej. Czekam na noc Teatrów.

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-05-22 20:40:47 · Wyświetl

    2012-05-22 20:40:47
  • BLOG Awatar

    Chlup W Ten Głupi Dziób

    Merlot.

    Winiarnia wygląda super. Szczerze, zaskoczyło mnie to, jak szybko pomysł z luźnych idei rzucanych przy obiedzie, ewoluował w błyskawiczne i zdecydowane działania. Nie mam biznesowych ciągot ani zdolności, tym bardziej kibicowałem tej inicjatywie. Szwagra mam przedsiębiorczego do tego stopnia, że stary zatęchły magazyn, tuż przy parkingu i betonowej oficynie ul. Mokotowskiej 48, przeistoczył się w tętniący życiem, modny lokal. Mokotowska ma kilka pomyślanych i obleganych restauracji, ale tylko jedno „Ale Wino”. Kiermasze na które z rzadka zaglądam, bowiem peszą mnie profesjonalne deliberacje somelierów, zasłynęły już w śródmieściu doskonałym wyborem win. Osobiście należę do kategorii amator pijak. Jeśli dobre, dolewam. Jeśli nie, zmieniam na inną butelkę. Nasłonecznienie, pochodzenie wina, butelkowanie i cały proces uszlachetnienia, nigdy mnie nie interesował. Co prawda miałem w rodzinie wybitnych specjalistów od destylacji. Mój starszy brat, swojego czasu obkupił się regałem książek, dotyczących szlachetnego bimbrownictwa. Wypuścił nawet serię wyśmienitych nalewek, rozlanych w zdobne koszyki  z zalakowanym gwintem. Wielokrotnie zdarzało mi się robić dobre wejście, gdy będąc zaproszony na kolację, czy inną towarzyską posiadówkę, w odróżnieniu do pozostałych moczygęb, przybywałem z trunkiem domowej roboty. Nie pamiętam żeby kiedykolwiek pozostała na dnie choćby kropla.

    Wino owszem lubię. Piję je w ilościach degustacyjnych niemal co wieczór. W ilościach obiadowych w weekend. W nieprzyzwoitej upajającej dawce, jeśli zaistnieje słuszna okazja. Przerobiłem przygody alkoholowe z każdym rodzajem metylu. Żyjąc w kraju chlorów, muszę zastrzec że przedstawiane tu przykłady, kokieteryjnie nazwane przygodami, nie były wynikiem uzależnianie czy innych ciężkich stanów chorobowych. W tej kwestii, dziękuję mojemu aniołowi stróżowi, że nigdy mnie nie opuścił. Każdy przecie z opowieści proweniencji alkoholowej, mógłby napisać epopeje. Jeśli nie byłby w stanie posiłkować się własnym losem, historie dziadunia, wujaszka czy kupla w kilku opasłych tomach na pewno  by przytoczył. Stąd zapewne tak wielu ludzi, łącznie ze mną „Wszyscy Jesteśmy Chrystusami” Marka Koterskiego, uważa za arcydzieło.

    Pierwsza była Sangria, którą tak uwielbiam spijać z fikuśnych pucharków na Costa Brava. Byłem wówczas na zimowisku w Iwoniczu. Z kilkoma kolegami z grupy wytypowaliśmy najbardziej wyszczekanego – mnie. Miałem wcisnąć kobiecinie za ladą, że jakby co, to kupuję prezent dla wychowawcy. Zaiste takim się on później stał, niestety w okolicznościach nadto dekadenckich. Winko obaliliśmy wspólnie, zupełnie jak siedemdziesięciomililitrowy napój spożywczy Kaskada. Gulgaliśmy z gwinta i tak, aż do dna. Szybko poczułem że coś zaczęło się dziać. Gorąco uderzało od stóp. Zdzierałem czapkę, szalik i rozpinałem kombinezon, mimo trzaskającego mrozu. Nim dotarliśmy do internatu, wiedzieliśmy że jest super. Schody zaczęły się gdy przestając odbierać rzeczywistość, natrafiliśmy na takich, którzy nie mieli podobnego poczucia lekkości. Donosicielstwo cechuje ludzi bez względu na wiek, także opiekunowie zostali postawieni w stan najwyższej gotowości. Ja zwiałem na stok. Chyłkiem przemykałem dwa dni, aż sprawa przycichła. Nikomu nie było na rękę, żeby rodzice dowiedzieli się o naszych eksperymentach.

    Kolejny raz, kiedy wlałem w siebie sporo zbożowej trucizny, jest równie pamiętny. Byłem prawie pełnoletni a w butelce wypełnionej rozcieńczonym spirytusem, napchana była świeża mięta, zerwana tuż za namiotem.  Bieszczady cieszyły się wówczas super krystalicznie czystą sławą. Piło się wodę ze strumieni, a drinki preparowało z tego co między świerkami porasta runo. Kolor ten napój miał cudownie zielony. Intensywny, pachnący. Idealny dla takich jak ja, nie przepadających za wonią gorzały. Jeden ze starszych koneserów, chcąc zaimponować pannom, przygotował wyszukany napój. Osobiście nie nadrabiałem w tej materii barmańskim sprytem, toteż szelmowsko dołączyłem do grona, chcącego upić się czymś lepszym. Kieliszek do połowy wypełniał zielony diabeł, na wierz pół łyżeczki dżemu truskawkowego. Kolejka, bach i następna. Świt nas przywitał a ja przez niekończące się minuty, robiłem wszystko żeby pozbyć się „helikoptera”.  Udało się. Bez upodleń zasnąłem. Jednak to co czekało mnie następnego dnia, nie było groteską. Do dziś pamiętam ten trzaskający ból głowy.  Mój brat pocieszył mnie. Nie pękaj, to tylko kac. Tylko?

    Nie cierpiałem wódki. Blech, jak mówi moja córcia. Niestety niesamowicie popularny był w moim okresie dojrzewania Bogusław Linda, reklamujący Luksusową. Weselnicy podczas wesela brata, obalali oczywiście tę markę, jedynie z tego powodu. Uniki robiłem przeróżne. Trwało to kilka lat, aż wylądowałem w radio. To co słyszeliście o ludziach mikrofonu, i wszystkich koszmarnie hard corowych historiach, to prawda. Złe to bowiem towarzystwo. Pamiętam jak jeden gwiazdor RMF (byłem pół roku po maturze), popatrzył na mnie z byka, po czym nalał szklankę wódki. Jego lekko zmulony wyraz twarzy, nie był jednak aż tak niewyraźny, bym nie odgadł, że jeśli nie wypiję, będzie mną gardził. Tego popołudnia, zasługując na szacunek starej kadry, stałem się nie unikającym alkoholu.

    Absynt wypity już jako dwudziestoparolatek, zrobił ze mnie na kilka godzin pijaka z irlandzkiej powieści. Różnica polegała na tym, że widziałem swoje wygłupy i ciało z gumy, ale nie mogłem ich kontrolować. Było to na swój sposób interesujące. Jednak czułem że nawet najmniejsza ilość „czegoś mocniejszego” wypompowuje ze mnie, humor i dobre samopoczucie. Alkohol odrzucił mnie definitywnie. Długo czułem wstręt, już na samą myśl, że wpadam do przyjaciół i częstują mnie doskonałym Porto, bądź leciwą Brandy. Blech!

    Poznawszy moją żonę, zacząłem przekonywać się do wina. Różne były degustowane. Ze stacji benzynowych, wykwintnych winiarni, czy nawet przywożone z zagranicy osobiście. Nigdy nie poczułem się mdło. Nie straciłem werwy i powabu w poczuciu humoru. Idealne zawsze i wszędzie. Posiadając umiejętność wyboru odpowiedniego smaku, dedykowanego konkretnym posiłkom i spotkaniom, kontroluje się emocje i atmosferę. Uwielbiam białe wino. Zaraz odkorkuję. Chyba dojrzałem do kursu somelierskiego. Wszystko to dzięki nie drogim, młodym winom jakie w swojej piwniczce zapewnia szwagier. Szczerze polecam. Dek letniego win baru, wraz z meblami dla gości projektował Tomek Rygalik. Stylowo to wygląda. Wino i subtelna oprawa. Tak się teraz upijam.

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-05-21 21:17:51 · Wyświetl

    2012-05-21 21:17:51
    • Awatar
      Maciej Markisz · 3 dni, 1 godzinę temu

      Wina są wspaniałe. Ich urok odkryłem tak dobrze dopiero jakieś 6, 7 lat temu i będę im wierny do samego końca. Mojego, bo nie ich. :) Absynt wypiłem sam dwa razy, zamykając dokładnie dom w trosce o własne i cudze bezpieczeństwo po tym, co o nim słyszałem. Jednakże nic poza mocnym odczuciem przymulenia – silny i szybki efekt upijania się – nic, zupełnie nic ciekawego nie odczułem. Wino mnie rozluźnia i wprowadza w ciekawy nastrój/stan – całkiem energetyczny, ”przepływowy” względem otoczenia, ludzi.

    • Awatar
      Mary · 3 dni, 1 godzinę temu

      Wina – tez je uwielbiam! Ladnie Pan o nich pisze w ostatnim akapicie! Pozdrawiam i zycze milej degustacji!

    • Awatar
      Joa · 2 dni, 15 godz. temu

      :)

  • Tomasz Kin udostępnił swój wpis   2012-05-21 15:49:28 · Wyświetl

    2012-05-21 15:49:28
  • Tomasz Kin udostępnił swój wpis   2012-05-21 09:48:54 · Wyświetl

    2012-05-21 09:48:54
  • Tomasz Kin udostępnił swój wpis   2012-05-21 09:34:44 · Wyświetl

    2012-05-21 09:34:44
  • Tomasz Kin udostępnił swój wpis   2012-05-21 09:33:23 · Wyświetl

    2012-05-21 09:33:23
  • BLOG Awatar

    Numer

    Przez Duże E

    Miałem ostatnio problemy z nadgorliwością, do tego stopnia, że praca wielu ludzi została ku mej rozpaczy, bezceremonialnie zmarnowana. Było to mniej więcej tak.

    Okładka kwietniowego „Exklusiv” jest mocno nadgniłym kompromisem. Nikogo to nie oburzy ani nie zawstydzi, bowiem dzieje się tak w niemal każdej redakcji magazynów peoplowych, od dawna. Jeśli jest jeszcze zespół, który  nie miał dotąd okazji być straszony egzekucją sądową, środowiskowym ostracyzmem, lub szczęśliwie ominął go emocjonalny szantaż, prędzej czy później okazję tę mieć będzie, tracąc jednocześnie wyidealizowaną wizję środowiska tzw. gwiazd. Jednak głośne procesy, które mają przerażać i prostować zgrabionych od ślęczenia nad składem kilku fotografii, nieświadomych redaktorów, dotyczą zawsze tabloidów. Tu pierwszy raz się zdziwiłem. Osobiście kibicuje postaciom znanym i lubianym, kiedy brukowce napuszczają na nich paparazzich, czających się w miseczce z ryżem. Potem wychodzi z tego misz masz grymasów, dwuznacznych pozycji, wraz ze zbyt mocnym uściskiem dłoni partnera, trącących już perfidną pornografią. Tworzy się sensacyjny materiał, który w zależności od cojones naczelnego, ląduje na pierwszej lub dwunastej stronie. Szybko sprawdza się sprzedaż detaliczną i decyduje czy rozpocznie się festiwal kłamliwego szczucia, bo jeśli tak, skalkulować trzeba, jak bardzo się opłaci. Zawsze się opłaca. Łatwo porachować ile z kilkusettysięcznego nakładu wraca na czysto do wydawcy. Na nic tak chętnie się nie wydaje, jak na pijanych posłów, ufo lądujące na  środku pastwiska i Dodę pozującą bez majtek. Wszystko za 1,40 zł.

    Czasem warto odżałować na świeżą bułkę i zainwestować w poniżenie. Przed obiadem nikogo już nie obchodzi, że po czasie okazało się jednak, że była w bieliźnie, jedynie werżnęła się jej w tkanki siarczyście. Studiując zdjęcie można było odnieść wrażenie, że chyba została w komodzie. Skubię zatem pieczywo na śniadanie i patrzę razem z połową polski na vagina story.  Taka akcja zwykle wywołuje reakcje. Ewentualne roszczenie, to suma nie większa niż dwumiesięczna pensja wydawcy (jakieś 100-150 tyś). Trzeba jeszcze zamieszczać sprostowania, co boli tytuły najbardziej, wyjście z twarzą przecież bezcenne. Wówczas konsorcja mediowe, wytaczają najgrubsze działa biurokracji i ustawodawstwa, otaczając się wziętymi prawnikami, wytrawnymi fachurami od odwołań, apelacji i zwinnego lawirowania, wśród paragrafów prawa prasowego. Było tak w przypadku Edyty Górniak, Anny Muchy, Joanny Brodzik a nawet Tomasza Lisa z którym jeden z dzienników wojował najdłużej.

    Jest obok ewidentnie pokrzywdzonych, pewien sort rozpoznawalnych którzy kokietują publicznie, opowiadając na prawo i lewo, że zaraz wyślą sprawę na wokandę. Nie dzieje się tak,  bo tuż po wyjściu ze studia w zaciszu swego kredytowanego samochodu, cieszą się niezmiernie że znowu są na łamach, piszcząc z radości yes, yes, yes. To jednak rozważania na zupełnie inną okazję. Istotą mojego obecnego niepokoju, jest polityka menagmentu osobowości życia publicznego w Polsce. Konkretnie jej brak, tak jak ma to miejsce w przypadku Kajaxu-u. Wytwórnia z gwiazdą w nazwie, jest w mocnym regresie, bowiem niegdyś popularną stajnię opuszczają kolejni artyści: Maria Peszek, Michał Król alias Fox czy Kapela ze Wsi Warszawa. Rynek psują również uzurpatorskie i zachowawcze stanowiska redakcyjne, wymieszane z kompleksami mniejszości wszystkich którzy boją się mieć własne zdanie. Przeglądając sesje w magazynach, ten wniosek ciśnie się sam. Gdybym miał być straszony sądem za swą szczerość, na świadków powołam wszystkich swoich rozmówców których gościłem w telewizji i radio. Na nieszczęście oskarżyciela, mój nadawca posiada archiwum z zarejestrowanym materiałem. Trudno będzie zaprzeczyć temu co mówili. Ciężko każdemu zakładać złą wolę, jednak wydawcy zgadzają się na całkowitą ingerencję w skład, obróbkę i kompozycje zdjęcia swojej portretowanej gwiazdy. Pozwalają decydować o swoim losie, roztrzęsionym często histerycznym aktorkom serialowym i wokalistkom śniadaniówek. Ich jedyną determinacją jest wygładzanie zmarszczek i rekonstruowanie twarzy photoshopem, do postaci istnego kuriozum swego jestestwa. Pismo dostaje wówczas rykoszetem.

    Najczęściej wygląda to tak. Magazyn zaprasza na sesję wybraną postać. Proponuje jej pomysł na zdjęcia, fotografa i ilość odbitek na łamach. Gwiazda podjarana że poprawi statystykę swych obecności okładkowych, przyklaskuje wszystkiemu, podpisuje się umowę i jazda do studia. Bywa że zakładając późniejsze przygody, redakcja asekuruje się czymś nieco skromniejszym w formie i wydźwięku, ale gwiazda oponuje chcąc czegoś mocnego, zwariowanego i innego niż dotychczas. Wtedy wkracza do akcji menedżer i zaczyna się poleczka. Niekończące się autoryzacje, zrywanie umów, telefony o północy i usuwanie tego co logiczne i tworzące harmonijna spójną całość. Większość sesji jakie oglądacie, wygląda na komputerze dyrektora artystycznego zupełnie inaczej niż ten plastik, jaki wysyła się do druku. Wycieczka po pracowniach postprodukcyjnych gdzie wygładza się twarze, generując okładkowe monstra powinna być obowiązkiem każdego, kto zadaje sobie pytanie, dlaczego zdjęcia robione w Polsce ciągle są dużo gorsze od tego co można zobaczyć na świecie. Mamy znakomitych artystów i coraz większe budżety, jednak pokutuje stare prawo prasowe rodem z PRL, na mocy którego, gwiazda ma prawo do wglądu w dzieło. Natomiast nie ma prawa zablokować publikacji i stworzyć sobie od początku koncepcję, po wcześniejszej zgodzie i wstępnej selekcji na sesji.

    Będąc uczciwym, muszę przedstawić również sytuację w których gwiazda chce oddać się w ręce zawodowców, licząc na profesjonalizm a i tak wychodzi z tego pasztet, bo mimo że materiał jest doskonały grafik i redaktor urabiają zdjęcia do konsystencji zrozumiałem dla czytelnika kretyna. Nikt przecież rozumny prasy nie kupuje. Wielu redaktorom, zaczyna brakować przez to nieco poważniejszej konotacji swych działań zawodowych, stąd próby stania się publicystą jak szefowa „Gali” Izabela Bartosz wydająca książkę o mamie Madzi z Sosnowca – „Wybaczcie Mi”. Gorzej jeśli pisać nie potrafią, i zostaje jedynie metamorfoza w celebrytę, rekompensująca  trudy anonimowego tworzenia gazety o celebrytach. Niestety wówczas łamy staja się niekończącą się adoracją i żenującym potakiwaczem, gdzie dziewczyna zrzucająca dwa kilo do nowej roli w Polsacie, staje się wydarzeniem na miarę „spowiedzi” Danuty Wałęsowej.

    Urszula Dudziak znam osobiście, podziwiam i oklaskuję od lat, bowiem jako jedna z nielicznych osób  z tzw. środowiska, powołująca się na znajomość jej twórczości, wielokrotnie miałem okazje słyszeć jak śpiewa i ściskać ją serdecznie za energię jaką obdziela. Jazzmenka  zagościła na ostatniej okładce. Jednakże znając dotychczasowe produkcje i wrażliwość magazynu, zapragnęła czegoś szalonego, wpisującego się w naszą chlubną tradycję. Powstała bezkompromisowa i odważna sesja autorstwa Zuzy Krajewskiej i Bartka Wieczorka, całkowicie zablokowana przez niespodziewanie zalękniony i stanowczy menagment. Nie mogłem interweniować, bowiem nie pełniłem jeszcze obowiązków redaktora naczelnego. Zastanawiające było to, że nasz partner, jesteśmy patronem biografii „Wszystko Wam wyśpiewam”, mógł zmienić drastycznie swoje stanowisko i założyć że chcemy skrzywdzić artystkę, publikacją przygotowanego specjalnie na te okazję zdjęcia. Pewnie woleliby, po bożemu pokój hotelowy w Mariocie albo plażę w Hurgadzie, gdzie hurtowo wysyła się kilka ekip, żeby jednocześnie natrzaskały zdjęcia na zaś.

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-05-16 18:39:51 · Wyświetl

    2012-05-16 18:39:51
  • BLOG Awatar

    37 FPFF

    48 Godzin

    Nie specjalnie chciałem jechać. Konkretniej wcale. Przede wszystkim zniknięcie z domu na 48 godzin, wprowadza zamieszanie i zakłóca rodzinny rytm na tyle mocno, że składamy go do kupy, kolejne dwie doby. Zawsze wyjeżdżamy wspólnie. Sumując razem z resztą drobiazgów, wymagających odpowiednio wczesnych przygotowań, moja podróż na 37 Gdynia Film Festiwal – Festiwal Polskich Filmów Fabularnych wydawała się karkołomna. Obok domowej logistyki, powątpiewałem w pomyślne zakończenie i wprowadzenie w życie wszystkich ustaleń, jakie na kolanie zawarłem z dyrektorem artystycznym festiwalu, którego znam i lubię. Było to mniej więcej tak. Zaraz po tym, kiedy oficjalnie zacząłem pełnić obowiązki w magazynie, odezwałem się do Bartka Chacińskiego z którym planowaliśmy „coś” wspólnego od dawna. Okazja wydawała się wprost idealna. Ja jako redaktor, dysponujący spora ilością wolnych szpalt, oraz przyzwoitym zasięgiem, on jako organizator-rewolucjonista z otwartym sercem oczekującym wsparcia. Wystarczyła jedna kolacja, by powstał całkiem ciekawy plan wspólnego medialno-filmowego projektu w ramach festiwalu. Jedyny problem polegał na tym że absolutnie wszystkie tegoroczne terminy i bookingi dawno zostały zamknięte. Jednak dziennikarz TVP Kultura, nie tracąc pewności siebie, obok planów na przyszły rok, wcisnął nas w ten, piekący się już placek.

    Pierwszym moim pomysłem była nagroda. Osobiście rzadko zgadzałem się z decyzją jury, bardziej zasadne wydawały mi się nagrody dziennikarzy akredytowanych na festiwalu. Dlatego przekonałem wydawcę że warto zainwestować w nieco inny wybór. Co poniektórzy zabiliby się, chcąc dotrzeć na główną scenę podczas finałowej gali, by choć przez minutę mignąć przed publicznością, wręczając nagrodę czy coś. Nie ja. Jak na zamówienie okazało się że w tym roku odbędzie się mała gala, dzień przed tą najbardziej oczekiwaną w sobotę. Pojawiają się na niej głównie twórcy i środowisko festiwalowe. Mieliśmy wręczyć wyróżnionemu przez dziennikarzy reżyserowi, kampanię o wartości 100 000 złotych na łamach magazynu. Obok klakierów, nagród od prezydentów, burmistrzów i przyjaciół filmu, przekazane przeze mnie wyróżnienie, robiło wrażenie. Pewnie przez to że wszystkie nagrody jakie wręcza się na małej gali, mają charakter estetyczny. Dyplom, róża i np. fikuśny pozłacany drut wygięty w kształcie ręki. Tyle. Pieniędzy twórcy nie oglądają. Trochę się pospieszyłem, bowiem zanim zostałem wywołany na scenę, musiałem tam jakoś dotrzeć.

    Pierwsza wersja – sky is not the limit.  Przelot samolotem i postój w hotelu Gdynia. Planowanie trwało tydzień.  Wersja druga samochód. Wydawca chciał nawet zabrać swoją przestronną i reprezentatywną gablotę. Wtem okazało się, że nie może jechać i musimy radzić sobie sami. Oczywiście planując wszystko dzień przed wyjazdem, opcja samolotowa nie wchodziła w grę, bo w tanim super popularnym przewoźniku, biletów dla trzech obieżyświatów brak. Mój zastępca stanął na wysokości zadania, zupełnie jak porucznik w powstaniu i pożyczył od swego taty, wygodnego kombiaka. Dostaliśmy na paliwo, nocleg oraz waciki i następnego dnia, w czwartek, wystartowaliśmy na podbój riwiery. Dzięki uprzejmości mojego kochanego szefa reżysera, regularnie od trzydziestu lat przemierzającego dystans do Gdyni, wiedziałem, że musimy kierować się na Bydgoszcz i dalej autostradą na Toruń i Trójmiasto. W przeciwnym razie będziemy skazani na krajową 7-kę i możemy tego nie przeżyć. Jeśli na tej słynnej trasie śmierci, dzieje się to, co przez godzinę obserwowałem na odcinku przed Bydgoszczą, gdy droga wiedzie jednym pasem pełnym piratów, istotnie można nie wrócić autem, tylko w urnie.

    Pomyślenie po czterech godzinach wylądowaliśmy pod „Domem Żeglarza” przy Piłsudskiego 1, mogliśmy eksplorować dziewiczy teren. Okazało się bowiem, że nie tylko ja jestem pierwszy raz na festiwalu, który znam od dziecka. Moja żona wyraziła nie małe zdziwienie, że tak szybko i bez problemowo, dotarliśmy na miejsce. Odwdzięczyłem się jej szybko MMS-em z błękitnym spokojnym morzem, tuż przed moimi stopami.

    Program był nabrzmiały. Ktoś kto chce zobaczyć wszystko, musi być na miejscy przez całe 7 dni festiwalu. Ściągnęło na niego sporo znajomych i ludzi, jakich w Warszawie nawet nie widuję, toteż stanąłem przed wyborem oglądać, albo imprezować. Naturalnie chcąc nie być sierotą w towarzystwie, poszliśmy na seanse. Zresztą naczytałem się już pierwszych napływających recenzji, i typowaliśmy już w drodze kilka tytułów.

    Pierwszym filmem jaki widziałem był „Dzień Kobiet”. Debiut reżyserski Marysi Sadowskiej, ze znakomitą Kasią Kwiatkowską. Maria miała mnie od razu, bo jako jedyna reżyserka w historii festiwalu, sama skomponowała muzykę do filmu. Ciekawy, ultra warszawski obraz, pełen dobrych dialogów i humoru. Dalej „Obława” z Marcinem Dorocińskim, który wygląda już na ekranie lepiej niż Brad Pitt. Partnerował mu Maciej Stuhr i Weronika Rosati z której zrobiłem w magazynie felietonistkę, toteż jej występu byłem ciekaw podwójnie. Na imprezie kilka godzin później, zgadaliśmy się i serdecznie wymieniliśmy uwagami. Nie ominęliśmy Trzaskalskiego. „Mały rower” z Arturem Żmijewskim, który przestał być księdzem, zaczął normlanym facetem. Towarzyszył mu jako wspaniały naturszczyk Michał Urbaniak, wycisnął mi nawet kilka łez. Na deser zostawiłem sobie „Polańskiego”, który będzie również pokazywany w Cannes. Kolejny film który szczerze mi się podobał. Słynny reżyser opowiada w nim historie, jakie publicznie nikt nigdy nie słyszał z jego ust. Wyszło to autentycznie i na tyle emocjonująco, że gadaliśmy o nim dobrą godzinę. Na koniec „Pokłosie” Pasikowskiego i „Jesteś Bogiem” film o „Paktofonice”. Ostatnie dwie produkcje, zostały zresztą wyróżnione przez dziennikarzy i twórcy dostali naszą „drogą” kampanię, z której widać byli mega zadowoleni. Były uściski dłoni i uprzejmości, w towarzystwie publiczności teatru muzycznego.

    Atmosfera jaka panowała na skwerze Kościuszki i wszystkich obiektach festiwalu, udzieliła mi się. Nie rozumiałem jak można tak napieprzać na nasze kino, którego kondycja, przynajmniej tam na miejscu, wydaje się być nie najgorsza. Robią to ludzie którzy albo nigdy tam nie byli, albo nie byli w stanie przeniknąć na bankiety z gwiazdami, gdzie pije się do rana i spędza miło czas, tuż przy majestatycznym Darze Pomorza. Przyznaje, inaczej obieram film który tuż po seansie, mogę obgadać z aktorami albo reżyserem.

    Szkoda że nie zostaliśmy dłużej. Od razu po rozdaniu nagród, coś koło 23:30 ruszyliśmy do Warszawy. Droga była koszmarem, ale po kilku godzinach ocknąłem się w Warszawie. Przywitał mnie filmowy wschód słońca. Co za weekend. Polecam za rok w maju. Będę na pewno cały tydzień!

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-05-13 20:20:00 · Wyświetl

    2012-05-13 20:20:00
    • Awatar
      Pantonima · 1 tydzień, 1 dzień temu

      Czyli kapituła Wężów nie zrujnowała polskiej kinematografii, uff. ;) Za rok też będę/olapeszek.blox.pl

  • BLOG Awatar

    Pieją Kury

    KOKO

    Czuję się wybrakowany. Okropna zmiana, nie planowałem jej. Podejrzewam, że wręcz udzielił mi się nastrój, gęstniejących emocji przed mistrzostwami. Niestety po tylu latach całkowitej i dogłębnej futbolowej ignorancji, nie nafaszeruje się nimi nie wiadomo jak. Długo wydawało mi się, że jestem ponad tym kretyńskim światem zadym, awantur i wstydu. Nie znajdowałem najmniejszego zainteresowania w transferach, stadionach, rozgrywkach ani tym bardziej konfrontacjach gwiazdorskich drużyn. Dopiero po meczu z Barceloną, dowiedziałem się że Roman Abramowicz, jest właścicielem właśnie tego londyńskiego zespołu. Prymitywne me rozeznanie, pozwala mi mocno wygiąć się ze zdziwienia, że znajduje się tylu chętnych do zakupu biletu, na krajowe mecze. Będąc całkowicie wolny od sportowych bramkarskich trosk, wpajałem w siebie surrealistyczne przekonanie że mam po prostu lepszy gust. Co mnie jakaś piłka. Wypalając niekiedy mocno zawstydzające bon moty, wynikające z braku elementarnej wiedzy, nauczyłem się ogłady. Konkretniej orientacji w podstawowych zagadnieniach i nazwiskach. Stąd ów zwrot w myśleniu o Euro.

    Mimo wszystko ciągle podśmiewuję się ze znajomych i rodziny, którzy modlili się do boga w trakcie losowania i klęli niczym stary szewc, gdy giełda cudem zdobytych wejściówek, zamieniała się w istne targowisko próżności. Czym polecą, gdzie zanocują, jak płytę boiska będą widzieli i w ogóle jak zajebiście. Wszystko to na poważnie przy użyciu fachowej nomenklatury, zdradzającej niebywałą wiedzę a nawet kontakty. W trakcie jednego z takich przed mistrzostwowych misteriów, wyraziłem swoją sympatię dla piosenki reprezentacji, nieopatrznie nazwanej hymnem. Uważam że żarcik zespołu Jarzębiny jest przedni a numer, nawiązuje do legendarnej kompozycji Grzegorza z Ciechowa, która obok The Press była znakomicie zagranym krajowym folkiem, za który jako dziennikarz radia, nie musiałem się wstydzić. Zostałem ofukany i schłostany drwiną. Znając moją krnąbrność i tendencję do prowokacyjnego poczucia humoru, niektórzy zeźlili się na marne próby wywołania konsternacji. Jednakże wcale nie żartowałem. Naprawdę podoba mi się wybór słuchaczy Radia Zet. Przypomnę, że obok w konkursie brali udział chłopaki z Feel’a, Maryla Rodowicz i Wilki. Kusząca była zapewne stawka i późniejsze tantiemy, jakie inkasuje kompozytor wraz z  autorem tekstu. Ciężko mi sobie wyobrazić, jak cały stadion śpiewa wraz z wiecznie wypłoszonym chłopakiem z blokowiska – Kupichą, żwawą piosenkę zdobywcy bursztynowego słowika, albo jak dresiarze intonują dźwięki, podawane przez panią Marylę.

    Babinki otulone w poczciwe chustki, dotyczą absolutnie wszystkich, bez względu na znajomość płyt Leszka Możdżera, czy ilość rozbitych ryjów na ustawkach. Myślę że jestem raczej osłuchany z muzyką XX wieku i bez zażenowania, przyznaję że KOKO POLSKA SPOKO jest spoko. Rodzinne popołudnie, jakie prztoczyłem, było już do końca przesiąknięte pogardą dla mojej sympatii. Prawdopodobnie miło byłoby, posłuchać przed meczem pana Pendereckiego z Johnnym Greenwodem, albo Tomasza Stańki. Obawiam się jednak, że temperatura nie zapewniłaby odpowiedniej oprawy wydarzenia, bo wielu ludzi zasnęłoby z nudów. Porównania do Waka Waka Shakiry z mundialu są trafne. Podobnej dezorientacji doświadczył mój zastępca w Exklusiv, czołowy Polski krytyk muzyczny, któremu KOKO podobało się tak samo. Nieśmiało wypalił przy swoich znajomych, że jest na tak. Reakcje odnotował identyczną. Ludzie myśleli że robi sobie jaja. Wczorajszy program Lisa poruszył wątek, co z naszym poczuciem humoru? Osobiście dołożył bym tu jeszcze kwestie wstydu. Często boimy się tego, jak na nasze wybory i pasje zareagują inni, i czy wystarczająco błyskotliwe to będzie.

    Kupując bilet na Euro, przepraszam mając szczęście być wylosowanym, byłbym skazany na piosenkę Jarzębin. Zdecydowanie wolę kupować wejściówki na inne stadionowe okazję. Na Coldplay się na przykład wybieram. Czy ktoś będzie wtedy jeszcze pamiętał o zawodzących babciach?

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-05-08 21:04:47 · Wyświetl

    2012-05-08 21:04:47
    • Awatar
      mikimaus · 2 tygodni temu

      Drogi Panie Tomaszu – ma Pan racje w jednym, moim zdaniem. Bardzo trafnie zauwazyl Pan ze czesto wstydzimy sie naszych wyborow. Kompleksy sa wszedzie. Mysle ze ”problem” z tym numerem jest inny: nas naprawde bylo stac na lepszy, takze folkowy kawalek. Porownania do GC i De Press sa moim zdaniem mocno chybione, to sa zupelnie inne swiaty! No chyba ze poruszamy sie w konwencji jakiegos duzego zartu. Jesli tak to zgoda.

  • BLOG Awatar

    Staring At The Sun

    Maj

    Majówka w mieście jest niesamowita. Szczerze powiedziawszy nie za bardzo mogę wypowiadać się na temat różnic, gdyż przeważnie spędzam ją w betonie, przerzedzonym zielenią. Nie ukrywam kokieterii, gdyż każdy kto kiedykolwiek widział Warszawę w sezonie, wie na pewno że to jedno z najgęściej porośniętych miast w Polsce. Proekologicznych syntez snuć nie zamierzam, toteż stwierdziwszy konkret, kończę wątek parków i ogrodów. Egzotyka kilku dni na przełomie kwietnia i maja, polega jednak przede wszystkim na czymś innym,  otóż moloch wyludnia się. Pierwsze syndromy spostrzegam zawsze po kurczących się korkach a raczej całkowitym ich rozładowaniu, w godzinach mocno newralgicznych. Jeżdżę do przedszkola odwożąc córkę, ul. Rzymowskiego i Puławską dlatego wyrobiłem już w sobie nawyk nie stresowania się, koszmarną przepustowością arterii.  W poniedziałek luzy jak na Wielkanoc. Zawsze zastanawiam się, gdzie podziali się Ci wszyscy ludzie. Wiadomo że stolica to miasto robotnicze, które dawno temu, podczas rozmowy na jednym z dachów Placu Konstytucji, Tomek Lipiński porównał do skupisk stonki. Dyskutowaliśmy miedzy innymi o krótkotrwałej karierze i modnej destynacji miejsc użyteczności publicznej. Są popularne, ale wnet tracą swój powab, bowiem stonka zaczyna je obsiadać. Wówczas trzeba szukać czegoś nie przeludnionego. Masa pracująca, niestety także po pewnym czasie spostrzega stagnację i rusza w ślad za tredseterami. O tym wie na razie garstka, otóż obecnie stylowo jest zostać w mieście, podczas takich okazji jak właśnie majówka.

    Powątpiewam w teorie mojego kolegi, twierdzącego że większość w kierunku kurortów i ustronnych plaż wybywa. Wystarczy porównać analogicznie okres wakacyjny i już widać, uderzające różnice. Miasto nie pustoszeje w takim stopniu. Ruch tamują remonty i przebudowy, ale spacerując po zmroku, na ulicach zawsze są tłumy, czego nie da się powiedzieć o ostatnim tygodniu. Moim prywatnym probierzem sezonowych migracji, jest bazar nieopodal mojego domu. 1 i 3 maja zamknięty na cztery spusty. Ale idę o zakład, że jeśli handlarze nie wyciągaliby swoich muskulatur na leżakach ogrodowych, i otworzyli swe szczęki pełne pachnących pęczków i kolorowych skrzynek, tłum kłębiłby się na nim jak co dzień.  Okazuje się że Służewiec w który poważnie już wrosłem, pełny jest tutejszych. Nie chcę snuć dedukcji pełnej ostracyzmu, dywagując o mieszkańcach Bemowa, Tarchomina czy Ursusa gdzie metraż atrakcyjniejszy, bo rzadko jestem w tych dzielnicach. Jednak jeśli z około dwóch milionów mieszkańców, ubywa co najmniej połowa, pytanie gdzie mieszkają wybywający na majówkę Warszawiacy, jest słuszne.

    Pracując w wolnym zawodzie działa się częstokroć na przekór. Większość zaczyna pracę, ja wracam do domu. Bywało tak gdy jeździłem na poranki do radia. Wszystkie kończą się najpóźniej o 10:00. Podobnie ma się sprawa z wieczorami. Ludzie wychodzą z biur i innych zawodowych przestrzeni, ja zaczynam wieczorną audycję. Weekendy to także loteria. Bowiem mimo, że skończyłem już pracę w tzw. pasmach radiowych(najbardziej niewdzięczną), wypracowawszy pewien status umożliwiający raczej autorskie funkcjonowanie w eterze, zdarza się że niedziele mam zarwane bo trzeba nagrać coś w telewizji. Było tak m.in. przez cały marzec i pół kwietnia, kiedy jedna reżyserka musiała obsługiwać kilka programów w kilku kanałach, przez to jej możliwości czasowe były najdelikatniej mówiąc ograniczone. Tegoroczne wakacje również odwołałem, gdyż od lipca zaczynają się zdjęcia do nowego filmu Juliusza Machulskiego gdzie pełnię, jakby nie było istotną funkcję asystenta reżysera, co w moim przypadku wiąże się z dużo większą odpowiedzialnością, niż wprawianie szefa w dobry nastrój na planie.

    Tegoroczna majówka zatrzymała mnie w domu przez skład magazynu który redaguję. Poniedziałek był dniem kiedy upychaliśmy wszystko na kolumnach, środa należała do korekty i finalnych poprawek, piątek analizowaliśmy ozalid i kromalin. Takie wstępne robocze wydruki jakie dostaje się po to, by sprawdzić jak wszystko wygląda na papierze i czy przez sito redakcyjne, przeszły niewidoczne dotąd błędy.  Poszatkowałem ostatnie siedem dni. Pogoda na szczęście dopisała. Szkoda mi teścia który w obawie przed deszczem, wylądował na Teneryfie gdzie w słońcu termometry wskazywały 18 st. Szwagrostwo w Prowansji także zmarzło. Heca niezwykła. Warszawa była najcieplejsza stolicą Europy. Z dzieciakami szaleliśmy po ogrodach rodzinnych hacjend i wyciskając jak cytrynę do szprycera cenny czas, cieszyliśmy się że zostaliśmy w Warszawie. Najlepszy moment na spacery po parkach, zoo i wszędzie tam gdzie zawsze unika się tłumów. Taki ze mnie majowy uzurpator bo z miejskiej opustoszałej oferty, oczywiście nie skorzystałem. Wolałem na swoim.

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-05-06 19:23:41 · Wyświetl

    2012-05-06 19:23:41
  • BLOG Awatar

    Dziwaki

    Przez Godzinę Raz W Tygodniu

    Zaczynam odczuwać brak radia. Mimo nowych zajęć i sporego nawału pracy, autentycznie tęsknię za moją dźwiękoszczelną sutereną. Cyklicznie co siedem dni zamykałem się w niej z największymi świrami, niekiedy geniuszami by posłuchać jak grają muzykę na żywo i by pogadać z nimi w trakcie. Niesamowite że gdybym widział tych ludzi na ulicy, częstokroć obrzucałbym ich pobłażliwym spojrzeniem, gdyż wyglądają inaczej. Natomiast kiedy patrzyłem na nich wówczas, gdy siedzieli przy instrumentach, byłem oczarowany i porwany w ich świat,    z którego ciężko było wracać do rzeczywistości. Oto jedna z ostatnich audycji podczas której gościłem zespół Wojtka Mazolewskiego. Super jazzująco. Tego samego wieczoru grali też w Fabryce Trzciny a kilak dni później lecieli do New Delhi na koncerty.Powiedzielibyście że Joasia wygląda jak znakomita ultra wrażliwa pianistka?

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-05-04 18:55:24 · Wyświetl

    2012-05-04 18:55:24
    • Awatar
      Ula · 2 tygodni, 6 dni temu

      Znakomite połączenie- świr i talent. Niestety wciąż odmienny wygląd budzi demona stereotypu. ” Ten w skórze- to drań!” śpiewali kiedyś AYA RL

  • BLOG Awatar

    C.D.

    Jaki Ojciec Taki Syn

    Niestety, nie uwolnię się od masakry nigdy!

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-04-30 21:13:24 · Wyświetl

    2012-04-30 21:13:24
    • Awatar
      Ula · 3 tygodni, 3 dni temu

      To na pewno ci sami, którzy potem siusiają w bramie :)

    • Awatar
      jiji · 3 tygodni, 2 dni temu

      Dzisiaj będąc z mężem na cmentarzu na grobach naszych rodziców,widzieliśmy tak ubranych panów,którzy spacerowali po alejkach cmentarnych ze swoimi małymi dziećmi,żonami.Dla mnie to zgroza.Ja jako zadeklarowana ”zołza”,nigdy bym na to nie pozwoliła swojemu mężowi.

    • Awatar
      Marta Motyl · 3 tygodni, 2 dni temu

      Świetne zdjęcie! Dobrze pokazuje opisany wcześniej ”problem” ;) Ale nie daje mi spokoju, co różowego sprzedają za 5,99 za kg :D (górny napis)

    • Awatar
      Ula · 3 tygodni, 2 dni temu

      Winogrona!

    • Awatar
      Marta Motyl · 3 tygodni, 1 dzień temu

      Rzeczywiście, dzięki ;)

  • BLOG Awatar

    Goło i Wesoło

    Klateczka

    Nie potrafiłbym. Niestety mam w sobie taką ułomność, że kiedy wewnętrzny detektor zwalnia blokadę, dalej ani rusz. Niby mentalny niuans, który z taką łatwością można zignorować, narażając się jedynie na błahe konsekwencje. Najczęściej przejawiają się nieobojętną reakcją, poprzez szyderstwo, rzadziej oburzenie. Kto by tam zwracał uwagę na takie duperele, kiedy upał doskwiera i trzeba sobie wiatr pod pachą zorganizować. Zabawne. Co trzeba byłoby zrobić, by dorosły ukształtowany człowiek, zrozumiał że ulica to nie wiślany łach, gdzie nawet bez gaci można pobiegać i brodząc podumać. Ze sporą dozą zafascynowania, obserwuję ostatnio jak nowy rodzaj asocjacji, dopada mieszczuchów. Intelektualiści jakich wypytałem na tę okoliczność przyznają, że to wieś spokojna Kochanowskiego, jakimś atawistycznym kanałem wyziera w ten sposób. Jest to pewien punkt odniesienia, choć bardziej skłaniałbym się, za innym powodem obnażeń mieszkańców metropolii. Zwykłym prostactwem. Żeby była jasność, o długości nogawek i dekoltów deliberować nie będę. Moją uwagę przykuwa jedynie jazda bez koszulki.

    Argumentacją jest różnoraka. Rowerzysta którego widziałem dziś na Rakowieckiej, tłumaczyłby się, że na rowerze czasem można koszulkę odpuścić. Istotnie, nie widziałem jej przewieszonej przez ramę roweru, czy choćby zawiązana w okół pasa. Wychodząc z domu założył że ciepło i już. Detektor nie zwolnił zapadki, dlatego przechodniów można mieć w dupie. Sympatyczny z twarzy ojciec wiodący swe dzieci po alejkach Zoo, chcąc upodobnić się do orangutanów, doszedł do wniosku, że popisze się czarną szczeciną na ramionach i łopatkach. W swym edukacyjnym pędzie zapomniał, że inni spacerowicze będą mieli problem z odróżnieniem go od zwierząt za ogrodzeniem i wybierając nowy kierunek zwiedzania, zatrzymają się przy nim niczym przy małpie w klatce. Zainteresowanie spore. Co oni się tak wszyscy gapią? Kto wie, czy myśl podobnej natury nie przebiegła po stepach jego umysłu.

    Zakochana para czekająca na autobus, przedstawiła figurę surwiwalową. Osobnik oczywiście z nagim torsem. Koszulka jednak była zabrana, co znamienne. Widać człowiek kulturalny. Ale przygrzało dziewczynie, zrobiło się słabo i z t-shirtu powstał kapelusz. Prawdziwy dżentelmen. Zapyziałość tu wykluczam.

    Dziecięcy plac zabaw, terytorium gdzie miesza się status społeczny najlepiej, to kolejny z katalog miejskiego prostaka. Jednakże posiada nie wątpliwe walory, gdyż można zaobserwować w jakim stanie jest muskulatura sąsiadów i który z nich siedział. Dziewczynka się buja a tatuś czyta sobie wszystkie grypserskie sentencje na ramionach i plecach. „Słowa matki święte” na przykład.

    Musze również zewidencjonować bazarowego sprzedawcę, który po kilku godzinach ukropu, pomidory i ziemniaki ładował do busa, już bez koszuli.

    Chłopaki z blokowisk rytualnie przesiadują na ławkach, zupełnie jak w piosenkach Numera Raz „Muzyka blok i skręty” bez bluz z kapturem. Dziwne, ale uliczni młodzi gniewni kiedy rozbierają się do rosołu, tracą swój animusz i przypominają raczej zabiedzonych więźniów obozów pracy. Bez obciachu z gołą klatyniną.

    Przepadam za komentarzami żony, kiedy widzi takich mówi „oho słonko przyświeciło”.

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-04-30 17:42:26 · Wyświetl

    2012-04-30 17:42:26
    • Awatar
      Anka · 3 tygodni, 3 dni temu

      A my z sąsiadami zespół wespół cmoki i samograje … wesoło ,czytamy …szafa gra.

  • BLOG Awatar

    Baby Są Inne

    Za Kółkiem

    „Jedź tak jakby wszyscy chcieli Cię zabić”, powiedział wielki Szu do swojej dziewczyny, żegnając się przy wygranym w pokera Porsche. Kamera nie towarzyszyła jej w samotnej podróży za kółkiem, tylko kadrowała dalej starego oszusta. W polskim kinie tyle razy można było podziwiać wciskające gaz do dechy baby, że bez specjalnego żalu zapomniałem o tamtej scenie. Przyglądając się im jednak z uwagą, można zaobserwować, że nie powinny siedzieć za kółkiem. Niekiedy bywa to przerysowane, jak chociażby Ewa Kasprzyk mknąca Fiatem 126p w „Galimatias, czyli Kogel-Mogel 2”, czy Ewa Błaszczyk doklejająca wąsik w „Zmiennikach”, by w ogóle móc wyjechać z bazy. Włączając się do ruchu w świcie, w którym zarząd dróg miejskich a nie filmowy scenograf, odpowiedzialny jest za dziury w jezdni, widać że to nie żart. Na każdych światłach w ciasnych kokpitach, światło odbija się od rogowych  ciemnych okularów modnych prowadzących, kiedy pochmurno, tworze zdradzają wyniosłość i arogancję. Niekiedy pełne, zalotne uśmiechy, ale to zdarza się wyjątkowo sporadycznie, dlatego przyjąłem, że tym razem skupiam się na tych ponurych. Wszystko to trwa kilkadziesiąt sekund, tyle ile zmiana koloru z czerwonego na zielony. Ruszają z miejsca i zaczynają się kłopoty. Wymuszanie, zajeżdżanie i najgorsze – spowalnianie.
    Wszystkie bez wyjątku kobiety w mojej rodzinie i wśród przyjaciół, zdały pomyślnie egzamin na prawo jazdy i śmigają tu i tam. Prawdopodobnie narażę się potwornie, choć wyżej wymienione kuzynki, szwagierki, ciotki i kumpele wielokrotnie przyznawały mi rację. Istnieją motoryzacyjne antytalenty, najczęściej po stronie płci pięknej. Dlatego tak dobitnie podkreślę, że wiele z nich, za kierownica nie powinno siadać. Nigdy nie miałem kolizji z kobietą, co dodatkowo może świadczyć przeciw mnie, bowiem kilka stłuczek zaliczyłem. Zwykle stojąc na skrzyżowaniu i będąc przypadkową ofiarą piratów i „szefów”-rodzaj kierowcy który wszystko wie najlepiej i który przepisy ruchu drogowego, interpretuje według własnej wygody. Policja takich każe mandatami po kilkaset złotych, punktami karnymi a blacharnie mają pełne ręce roboty. Strach niekiedy jest tak mocny, że kobietom puszczają nerwy i zaczyna się coś, co potem opisuję jako głupota i żałość. Dochodzi również agresja. Przykład. Ostatnia podwózka do przedszkola. Główna szosa w remoncie, więc objazd wytyczono opłotkami. Wąsko, ale nie aż tak, by nie zmieściły się obok siebie dwie osobówki. Nie należę do właścicieli ciężarówek, toteż widząc naprzeciwko mały kompaktowy samochodzik, zwolniłem ale parłem przed siebie. Punto stanęło jak wryte, zostawiając po zewnętrznej stronie sporo wolnego miejsca. Wystarczyło ruszyć lekko kierownicą by przytulić się do krawężnika. Kobieta która prowadziła zaczęła nerwowo ruszać swoją szczęką. Prawdopodobnie chodziło o to, bym zaparkował na drzewie, albo zupełnie wycofał się z ulicy, by mogła dziewczyna przejechać zupełnie jak startujący na Okęciu Boeing. Opuściłem szybę, jako że jeżdżę tam co dzień i znam dobrze ten przesmyk, by powiedzieć jej że spokojnie się zmieścimy. Mysi tylko ciut odbić. Usłyszałem że jestem chuj.. i żebym spierd… Przyznaję zaskoczyła mnie ta reakcja. Przez chwilę przyszło mi nawet do głowy, czego się wstydzę, by zostawić jej pamiątkę na lakierze. Ale jeszcze potrafię się opanować i wziąć głęboki oddech. Ewidentnie spanikowała.
    Innym razem beztrosko i w sposób zdradzający głęboko upośledzoną wyobraźnię, jedna pani doszła do wniosku, że zatrzyma się na środku skrzyżowania, dosyć ruchliwego w chwili gdy każdy chce wykorzystać płynną falę zielonego światła. Zrobiło się niebezpiecznie. Kilak aut hamowało z piskiem. Tym razem ktoś otworzył drzwi i rzucił w jej kierunku zbluzganą wiązankę. Czasem mężczyźni panikują. Dziś pędząc do pracy ni z tego ni z owego, stojąca w kolejce do skrętu w lewo paniusia zapragnęła zmienić kierunek i wyskoczyła na sąsiedni pas wprost na pędzące samochody. Podejrzewam że gdybym zmieniał stację radiową, dłubiąc w odbiorniku, albo na ten ułamek sekundy odwrócił głowę, dziś na mym blogu zawisła by informacja o mojej przedwczesnej śmierci. Tu nie żartuję. Uniknąłem jej. Żałuję jednak, że nie zatrzymałem tego samochodu by wytłumaczyć pani, że mogła pozbawić się życia a przede wszystkim zrobić mi z dzieciaków sieroty.
    Wcześniej moja ciężarna żona, o włos nie byłaby ofiarą groźnej kraksy na parkingu centrum handlowego. Ostre hamowanie i dosłownie centymetr. Pani przepraszała że się zagapiła. Kiedy wyskoczyliśmy z samochodu i zobaczyła ten spory brzuch, pobladła i zaczęła kajać się tak, jakbyśmy policję chcieli wezwać, wsadzając ją do więzienia na lata.
    Moja stacja emitowała przed laty ciekawy cykl „Szkoła Jazdy”. Był to program reality opowiadający historię ludzi uczących się jeździć. Wystarczy przypomnieć sobie kilka kadrów, albo zajrzeć na youtube, przywoławszy upiorną myśl, że te wszystkie szemrane moto postaci, zdające egzamin na prawko po sto razy, prędzej czy później wyjeżdżają na ulicę.

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-04-30 10:56:20 · Wyświetl

    2012-04-30 10:56:20
    • Awatar
      Anka · 3 tygodni, 3 dni temu

      Chłopy też sa inne. widzę to za kółkiem.Kobieta ,jak przesadzi,to sie denerwuje i nawet przeprasza.Chłop rzuca bluzgi,nawet jak nie ma racji.

    • Awatar
      Anka · 3 tygodni, 3 dni temu

      Czytam znowu i widzę,że trafia pan na nieudacznice,straszne.Przypomniał mi się film ”Mistrz kierownicy ucieka”..he,he. Ostatnio bardzo źle jechał ktoś przede mna.Ja -nie chwaląc się-umiem jeździć mam prawo jazdy 35 lat i non stop jestem za kółkiem w całej Europie i nawet raz dalej.Tym razem zgodziłam się z mężem ,powiedział ” to pewnie jakiś głupi babsztyl,wyprzedź ją”.No i babsztyl okazał się przystojnym facetem. Ba! Wczoraj zajechał mi drogę elegancki Merc,i znów ”po mężu” myślę, -”baba” czyli taka jak ja,może ktoś ją wkurzyl? jadę ostroznie,uprawiam wyższą strategię jazdy ,by Merc mnie nie zniszczył. I znów-facet!!! Ach chłopy! jak wy cudownie jeździcie po tych ulicach! Gratulacje> nie wożę co prawda ciężarnego męża,ale gdyby,to byłabym matka z kilkanaście razy ostatnio i dzięki facetom za kółkiem.Pozdrowienia babsztylka zmotoryzowanego.

  • BLOG Awatar

    Żart Tynfa Wart

    Spóźnione Prima Apryllis

    Cześć gdzie jesteś, zapytała pospiesznie przez telefon Ewa, moja kierownik produkcji. Udałem niefrasobliwe zdziwienie, jak to gdzie? No wszyscy już na planie.  Słucham? Ciągnąłem chytrze. Co  ty mówisz, przecież dzisiaj jest środa. Wyjechałem nad morze, wracam dziś wieczorem. Człowieku jest czwartek i za 10 minut zaczynamy nagranie! Zrobiłem przeciągłą pauzę. O kur… Chcąc maksymalnie uwiarygodnić mój kretyński żart, rzuciłem jeszcze kilka przekleństw potępiających moją niefrasobliwość i począłem sążniście przepraszać za zamieszanie i swoją głupotę. W słuchawce zapanowała cisza. Po chwili prawie szeptem, ofiara mej zasadzki szepnęła, zadzwonię za chwilę. Wiedziałem że rybką połknęła haczyk. Nie mam pojęcia dlaczego akurat w tej chwili naszła mnie ochota na szczenięcą zabawę. Być może dlatego, że chciałem się odegrać za kilka utrudnień organizacyjnych na jakie zostałem skazany przez moją, naprawdę znakomitą redakcję w tym sezonie. Zawsze gdy parkuję na Augustówki pod starą siedzibą TVN-u, o której zresztą zamieściłem jesienią obszerny wpis, telefonuje ponaglając sympatyczna dziewczyna, odpowiedzialna za to by wszyscy byli na czas w jednym miejscu, konkretnie w studio S1. Doszedłem do wniosku że kilka chwil adrenaliny nikomu nie zaszkodzi a nic nie podnosi ciśnienia, jak dobra wkrętka. Majewski zrobił na tym karierę, bo zanim aktywował Rozmowy w Toku, zastawiał sidła by w krytycznym momencie wrzasnąć Mamy Cię! Do pomocy nie wciągnąłem armii pomagierów i dowcipnisiów. Tym razem wystarczyło udawać cwanego gapę.

    Telefon zadzwonił ponownie, dokładnie w chwili kiedy przechodziłem przez bramkę, strzeżoną przez uzbrojonych i bezkompromisowych strażników. Podtrzymałem oczywiście po raz trzeci wersję wyjazdową. Trochę to podróba haniebnego wyparcia Piotra apostoła, ale diabeł mocno mnie wówczas opętał. Doszedłem jednak do wniosku że czas się ujawnić. Operatorzy, dźwiękowcy i cała obsługa planu z którą jak co tydzień witałem się serdecznie, nie miała o niczym pojęcia i będąc już w gotowości bojowej, czekała tylko na prowadzących. Karolina umalowana, podpięta do mikrofonu i ucha pomachała mi i pokazała zegarek. Miałem parę minut spóźnienia. Pobiegłem do garderoby. W drodze na make up, Ewa z którą tak perfidnie pogrywałem, nagle mnie zobaczyła. Minę miała bezcenną. Na jej smukłej twarzy baletnicy mieszała się ulga, niedowierzanie, złość i chęć skopania mi tyłka. Po dwóch sekundach zza węgła wyjrzał Jacek – producent. Mądry, sympatyczny lecz kiedy doprowadzi się go temperatury wrzenia, oblewa wszystkich wrzątkiem. Liczyłem że jego niewypowiedziana wściekłość, na widok mego szelmowskiego, lekko przepraszającego uśmiechu, szybko się rozpogodzi. Nie trzymałem przecie długo w tym debilnym zawieszeniu swych kolegów. Niestety. Zamiast cześć, usłyszałem kur… popierd… cię?! Chu… są takie żarty. Lepiej wykręć do samej szefowej kanału i się wytłumacz, bo ja tu już produkcję wstrzymuję.

    Nie zdarzyło się by przez sześć lat naszej wspólnej pracy, ktoś z nas nawalił. Myślę tu o sobie i Karolinie. Z gorączkami, z gilem po pas, ciężkimi niestrawnościami i innymi przypadłościami kwalifikującymi na konsultację lekarskie, albo co najmniej do łóżka, niekiedy prowadziliśmy program. Taka robota i tyle. Nie zamierzam się roztkliwiać i prosić o wyrozumiałość jak Młynkowa i Nowicki u Lisa. Założyłem, że ciężko byłoby komuś z kim znam się już tyle lat, podejrzewać mnie o aż takie bumelanctwo. Tym bardziej że tylko my, nigdy nie nawaliliśmy. Pewnie najbardziej zależy nam na programie. Być może, skoro pokazujemy swoje twarze i podpisujemy się z nazwiska, wypadałoby. Wszystko to jednak było nie ważne w konfrontacji ze smutnym i sensacyjnym newsem, że mam wszystkich centralnie w du… i na zdjęciach mnie nie będzie. Było do rozpoczęcia jeszcze chwila i ta chwila wystarczyła by zatrzymać całą telewizje. Jam to nie chwaląc się sprawił. Zupełnie nie świadomie. Cytując generała Jaruzelskiego: przepraszam, ubolewam, żałuję. Atmosfera chwilę się oczyszczała, aż do całkowitej klarowności. Po zdjęciach pojawiły się nawet uśmiechy, powściągliwe co prawda, jednakowoż szczere.

    Okazuje się że TVN Style ma poczucie humoru, czego o Polsacie nie da się powiedzieć. W pozbawionych już innowacji i żartów na najwyższym poziomie, głowach pracowników firmy Rochstar, producenta Szymona na Żywo, powstał podobny pomysł. Wprowadzono go w życie dożo dosadniej, skazując wiele osób na poważne konsekwencje. Nikt, nie miał zamiaru wycofać się błyskawicznie ze wszystkiego jak ja, broniąc spontanicznej niewinności dowcipu. Wszyscy pewnie słyszeli już o tym jak to ludzie Szymona, wkręcili ludzi programu „Się Kręci”. Chodziło o to że skoro Maciek Dowbor leci  live, łatwo można go „Załatwić”. Zatelefonowano do Polsatu z lipną informacją że Agnieszka Radwańska jest fanką polsatwoskiego programu i chciałaby w nim wystąpić. Propozycja spotkała się z euforią redakcji. Wysłano sobowtóra.  Istotnie była podobna, ale każdy kto choć raz z uwagą widział jej mecz (trwa to około 70 minut), mógł się przypatrzeć jak wygląda chempionka z Krakowa. Prowadzący, mimo iż zajmował się zawodowo dziennikarstwem sportowym i sam czynnie gra w tenisa, mistyfikacji nie poznał. Widziałem dziś ten fragment programu w sieci. Łatwo mówić po fakcie, ale przysięgam nie mogę pojąć jak on mógł się tak wyprowadzić w pole. Na kilometr widać, że to jakaś mało rozgarnięta w sprawach tenisa i sportu panna, której przydałaby się lekcja i zimny prysznic w postaci kompromitującej drwiny. Tego Maćkowi się nie udało. Wyszła potworna wazelinowa lurka, przepełniona epitetami zachwytu i uwielbienia. Może rzeczywiście ją aż tak podziwia, że będąc oszołomiony jej podrobionym blaskiem, dał się oczarować tak swojej wyobraźni, że patrzył na kogoś kogo chciałby zobaczyć, mimo że wcale jej tam nie było.

    Nim Szymon wyemitował w poniedziałek materiał z wkrętką, Polsat już wiedział jak mocny policzek wycelował mu TVN. Ponoć były próby negocjowania wstrzymania emisji. Niebiescy postawili na swoim. Na Ostrobramskiej afera. Pewnie polecą głowy. Szczerze współczuję Dowborowi i redakcji „Się Kreci”. Zaistniała sytuacja, pokazuje jak każdy krwiożerczo walczy obecnie, choćby o milimetr większego słupka oglądalności. Wojna został wypowiedziana. Kończy się era przyjacielskiej konkurencji. Takich rzeczy się nie robi, zwłaszcza na antenie i to kolegom po fachu.

    Oto jak z pozoru niewinny żarcik wywołuje burzę. U nas szybko zaświeciło słońce po niewielkim zachmurzeniu. U nich huragan wzmaga na sile.

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-04-26 20:04:28 · Wyświetl

    2012-04-26 20:04:28
    • Awatar
      Marika · 3 tygodni, 6 dni temu

      Fajna historia na ’Dzien Dobry w Piatek’. ;)

    • Awatar
      Joa · 3 tygodni, 6 dni temu

      Ha! Ja mało oglądam TV, więc pewnie nawet bym nie wiedziała o tych zdarzeniach. Ale przygnębiające jest to, że wszystkie lata rzetelności skurczyły się wobec jednego (do tego udawanego) ”zawalenia” terminu.

  • BLOG Awatar

    Mam Tu Maj

    Nareszcie

    Przepraszam bardzo wszystkich, ale w tym roku mam majówkę pierwszy.

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-04-24 19:03:02 · Wyświetl

    2012-04-24 19:03:02
    • Awatar
      Ula · 1 miesiąc temu

      Bardzo proszę, ja mam majówkę ( w sercu) zawsze!

    • Awatar
      Joa · 4 tygodni, 1 dzień temu

      Wybaczam ;)

  • BLOG Awatar

    Perfect Day

    All Weekend

    Jest mi wstyd, bowiem lektura tego skromnego dziennika może niesłusznie, acz zasadnie w oparciu o publikowane wpisy, wykreować  mnie na choleryka i cynika o nader mocno rozwiniętych depresyjnych ciągotach. Jesień była pogodna i obfita w ekstremalne emocje w życiu jak i pracy, toteż wówczas jeszcze jak cię mogę. Powstrzymywałem toksykologiczne jątrzenie ze wszystkich mych moralnych zadrapań. Nie jestem ich świadom, zwykle przez pierwsze trzy kwartały. Boleśnie upominają się w ostatnim. Naraz nadciągający bez humoru zimny front atmosferyczny, powlekł mój świat warstwą szadzi i skuł go ostatecznie tęgim zlodowaceniem. Zostałem wbrew mojej woli, odcięty od słońca i ciepła. Oczywiście gdy ma się już zabezpieczoną przyszłość, wsiada się w pierwszy rejsowy samolot na Dominikanę i nie rozstroiwszy  swej odporności, zamawia się szklankę rumu do pokoju. W ubiegłym roku nie mogłem tego uczynić. Wydawało mi się przez chwilę, będąc ogłuszony hormonami radości, że nadchodzący trudny sezon przetrzymam nie flaczejąc i wysychając, jak krzaki dzikiego wina tuż za mym oknem. Nie udało się. Wylazły ze mnie okropności, małostki i niestrawności  uczuć, które były reakcją na przygniatającą do ziemi beznadziejną frustrację. Nie podobało mi się wiele rzeczy.  To że nie wyjechałem na narty, gdyż nieustająco zmagałem się z przedszkolnymi choróbskami, to że sam zostałem zainfekowany i wreszcie że nie mogłem odnaleźć się we wszystkich nowych sytuacjach. Porażkę miałem w oczach długo. Niby nic. Szczególiki zmiksowane z drobnostkami, jednak stanowią one o potrzebach, które niezaspokojone wywołują reakcję na końcu której, czuję się jak gów…  

    Mędliwości mej nie byłem świadom, przez parę ładnych miesięcy. Wtem przygrzało. Puchówkę powiesiłem w szafie, wyjąłem pudło z kolorowymi trampkami i oddałem do pralni znoszone marynarki, służące mi raczej za kapoty. Równolegle mój skrupulatnie i drobiazgowo przygotowywany plan na działanie zawodowo-twórcze, wprowadziłem wreszcie w życie. Przestałem także szukać ołówka i pliku małych karteczek, na których nerwowo bazgrałem rodzinny przychód i rozchód. Bez tej buchalterii, popadłbym jeszcze w tarapaty najbardziej bolesnej proweniencji . Finansowej. Przyznaję czułem się nieco poobijany, bowiem doświadczyłem na własnej skórze banał dekady, jak mi się dotychczas wydawało -kryzys. Beztroskie i wygodne życie by nadal być wygodnym, musiało przestać być beztroskim. Szczęście że nie musiałem rewidować swojego dotychczasowego wyobrażenia na temat światowej ekonomii, wyprzedając się albo rezygnując z wielu udogodnień i miłych przyzwyczajeń. Śniło mi się nawet raz, że nie mogę kupić czegoś dziecku, ono pyta dlaczego a ja pocę się w obawie przed odpowiedzią. Dreszcz przeszywa mi plecy kiedy sobie o tym przypomnę. Może wydać się to mizerną kokieterią, ale poznałem co to stan drastycznego przestoju. Nie mierzę tu swego życia skrajnościami windykacyjno-komorniczymi, lecz nieco bardziej zbilansowanymi. Dla jednych zbyt drogie bilety do Paryża to kryzys, dla innych błędne koło pożyczek z którego wydostać się nie sposób. Tak czy siak, niedogodności nie piętrzą się przed mym nosem, może z wyjątkiem kompletu nowych hamulców w cenie tygodnia w Miami, toteż pragnę zasygnalizować pewne zmiany merytoryczne których pragnę od dawna.

    Potakiwanie przyprawia mnie o rozstrój żołądka, stąd zdecydowanie ciekawsze i dające szeroką satysfakcje jest dla mnie polemiczne negowanie. Nazywa się to różniasto: gderaniem, narzekaniem, szukaniem dziury w całym, zawiścią niekiedy. Rzeczywistość jest przecież pełna rozsianych na prawo i lewo absurdów, których analiza oczyszcza i daje się wyżyć jednocześnie. Nie wiem komu mam za to dziękować, ale absolutnie tego nie dostrzegam. I nie potrzebuję.  Chroniczne rozzłoszczenie dniem codziennym, zamieniłem na cięgle jeszcze podejrzaną radość.

    Przebudzam się weselszy. Śniadanie rozsmarowuje milej. Kawę popijam pogodniej. W pracy życzliwiej witam się i artykułuję. Nawet do przedszkola pędząc ponad godzinę, śpiewam sobie piosenki z radiem. Masakra jest to przebijać się przed 16:00 z Sadów Żoliborskich do Pyr, ale tłumacze sobie to tym, że przecież zawsze chciałem inwestować głównie w edukację dzieci. Czy to ważne żeby obiad zjeść 45 minut wcześniej? Już nie. Nałożyłem na talerz gramofonu płytę Lou Reed’a i odnotowałem swój perfekcyjny dzień. Miał miejsce wczoraj i dziś. Opiszę może sobotę, barwniejsza.

    Obudziła mnie córka. Jakoś inaczej. Weselej. Nie zgrzytałem zębami , że po pięciu godzinach snu, muszę się zwlec i spełniać zachcianki mojego elfa. Przygotowaliśmy pyszne śniadanie, bobas w swym bujaczku pomagał nam, a jakże. Dalej wyprawa do parku z wujkiem J. Trudno było się przebić przez nadciagające kordony emerytów, ze szturmówkami w kolorze Trwam, bo Policja zagrodziła całe śródmieście. Jednak udało się nam zaparkować i wejść do parku pełnego kaczek i wiewiórek. Potem spacer wokół mojej ulubionej części miasta. Wracając na wyścigi, planowałem dalsze godziny. Córkę odwiozłem do babci bo skorzystała z zaproszenia na nocleg wraz z innym wnuczkiem. Miałem popołudnie z żoną i małym synkiem. Prawiem jak za dawnych lat… Pyszna pizza na obiad. Do kolacji słońce na tarasie. Na wieczór przygotowany wybór win i znakomity czas pełen miłych niespodzianek. Telefon do babci w celu małej wizytacji i już błoga cisza. Nasze lampki brzdękały subtelnie a na pobliskim Okęciu kołowały samoloty. Po prostu perfect day.

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-04-22 19:37:30 · Wyświetl

    2012-04-22 19:37:30
    • Awatar
      Marika · 1 miesiąc temu

      Piekny dzien, rzeczywiscie. :-)

    • Awatar
      Joa · 1 miesiąc temu

      Jaki inny ten wpis!

  • BLOG Awatar

    Głos

    5-10-15

    Czasem narzekam na moją pracę, ale bywają momenty kiedy naprawdę ją uwielbiam!

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-04-20 19:30:55 · Wyświetl

    2012-04-20 19:30:55
    • Awatar
      Renata · 1 miesiąc temu

      Tez bym lubila w takim towarzystwie

    • Awatar
      jiji · 1 miesiąc temu

      Uwielbiam pana Wojciecha.Stracił jednak trochę w moich oczach,pokazujac się z panem Materną w reklamach.

  • BLOG Awatar

    Test Taty

    Niestety to Trzeba Uczciwie 

    był jeden z tych dni kiedy zapycha się żołądek marną bułką i traci rachubę czasu. Odebrałem ze sto wiadomości na poczcie elektronicznej, masę telefonów i otoczony kilkoma mocno absorbującymi ludźmi, kręciłem się w jakimś amoku. Jednakowoż widząc adres zwierciadlany, przystałem na moment i wczytałem się w treść. Dostałem do wypełnienia ankietę. Nie poświęciłem jej należnej ilości czasu i uzupełniłem dosyć zdawkowo, ale by oszukać sumienie przesłałem go również Novice. Przyjaźnimy się od lat, a poza tym koleżanki z redakcji, szukały dalej fajnych rodziców z rozpoznawalnym ryłem. Wracając do pytań. Myślę o nich od dwudziestu czterech godzin i postanowiłem że z przejęciem godnym troskliwego rodzica, odpowiem jeszcze raz.

     

    Pytania do ankiety: Mama/Tata z dzieckiem w mieście.

     

    Gdzie w mieście lubi Pan/i spędzać czas w towarzystwie swojego dziecka?

    Najchętniej w domu, mamy tu doskonałe warunki oraz całkiem dobrze wyposażony plac zabaw. Nie przepadam za kolejkami do huśtawek i zapchanych małymi dewastatorami zjeżdżalni. Poza tym przepadamy za parkami pełnymi kaczek i wiewiórek. W sezonach dokarmiania, nosze nawet sporę torby z orzechami laskowymi i chałkami. Moja córka oszalała kiedy pierwszy raz podbiegł do niej mały rudy gryzoń, wlazł na dłoń i siłując się lekko zabrał zwycięsko kąsek. Do zestawu miejsc muszę uczciwie dołożyć Zoo, w którym gościmy około trzy/cztery razy w roku. W lecie kiedy tylko jesteśmy w mieście jeździmy do rodziny pod Warszawę, gdzie w sporym ogrodzie ulokowane są basen, trampolina i domek na drzewie. Jest też tablica do kosza i spora piaskownica. W tym sezonie mam już zamówienie na spacery wszędzie tam gdzie są fontanny.

    Czy zna Pan/i kawiarnie/restauracje, gdzie jako rodzic z dzieckiem czuje się Pan/i

    komfortowo? (można bez problemu wjechać tam wózkiem, obsługa jest tolerancyjna dla dziecięcych zachowań, jest kącik do zabawy dla dzieci, w toalecie jest przewijak)?

    Ostatnim takim miejscem była restauracja „El Greco” na Grzybowskiej. Wózkiem ze sporą gondolą manewrowałem swobodnie. W toalecie przewijak i wszystko jak należy poza tym spory kącik dla dzieci z klockami, kolorowankami, animatorem i sporą plazmą dla aspołecznych. Kolejnym miejscem jest bardzo popularna „Kolonia Ochota” na Filtrach. Byłem tam na kilku kinder balach i wiem, że rodzice przepadają za tym miejscem. Modnym chyba wciąż nota bene. Żona rekomenduje z kolei „Kawkę z Mleczkiem” na Pory.

    Czy lubi Pan/i i korzysta z miejsc przeznaczonych specjalnie dla rodziców z dziećmi: sale zabaw, osiedlowe kluby mam, klubokawiarnie dla maluchów? Które z tych miejsc Pan/i poleca i dlaczego?

    Osobiście nigdy w takim nie byłem. Unikam. Nie przepadam choć moje dzieci mogłyby wymienić sporo takich miejsc bo mama, bywa, nie unika, kto wie może nawet przepada.

     

    Czy bierze Pan/i udział w warsztatach dla rodziców z dziećmi? Jakiego rodzaju są to zajęcia?

    Moja czteroletnie córka brała już udział w warsztatach kulinarnych kilka razy. Uwielbia pomaganie w kuchni, sama posiada zabawkową z absolutnie całym drobiazgowo i długo kompletowanym wyposażeniem i produktami. Ma nawet zastawę na której potrafi podać ravioli i zupę żółwiową. Pierożki to miniatury, zupa jest na niby. Potem zestaw lodziarza jaki otrzymała na urodziny. Gałki z pluszu mają magnesy wewnątrz, także nie ma problemu żeby w miziatym rożku ktoś dostał np. trzy gałki. Waniliową, czekoladową i pistacjową. Nie widziałem jeszcze propozycji na warsztaty lodowe. Jeśli gdzieś znajdę pojadę z dzieckiem na pewno. W niedzielę zaliczyliśmy za to warsztaty cukiernicze w „Manufakturze Cukierków” na Tmace. Lizak o średnicy około dwudziestu centymetrów zrolowany własnoręcznie męczy już trzeci dzień i jeszcze zostało pół.

    Czy szuka Pan/i zajęć dla swojego dziecka, w których Pan/i również bierze czynny udział i poznaje nowe sposoby wspólnej zabawy, czy woli Pan/i oddać dziecko w dobre ręce i w tym czasie odpocząć?

    Lubię oddać dziecko w ręce żony. Nie odpocząłbym wiedząc że dziecko jest z kimś obcym. W przedszkolu ma kilka odjazdowych zajęć. Garncarstwo, bębny, pianino i balet. Kocha jedynie ostatnie z listy.

    Czy chodzi Pan/i do kina razem z dzieckiem? W jaki sposób? Na seanse dla dzieci, zabiera Pan/i niemowlę na seanse dla dorosłych, czy korzysta Pan/i z oferty kin, które proponują specjalne seanse dla rodziców  z dziećmi i organizują opiekę nad maluchami?

    W kinie byliśmy pierwszy raz na poranku w kinie Luna. Chodzimy co kilka tygodni, bo baje się powtarzają a córką robi się coraz bardziej wymagająca. Zaliczyliśmy również kilka koncertów. W Sali kongresowej na koncercie Disneya, prowadziła Natalia Kukulska i „Smykofonii” na Elektoralnej. Córka miała tez okazję przeżyć niezapomniane chwile w IMAX na „Dzikich z Natury”. Dwie znakomite historie o dwóch przedszkolach, słoni w Kenii i orangutanów na Borneo. Autentycznie wzruszające. Niestety zabrakło jej krokodyli, których mocną fascynację wówczas przeżywała. Obecnie wariuje na punkcie księżniczek, dlatego ostatni „Disney on Ice” na Torwarze z motywem księżniczkowym był ekscytacją która pozostała długo po.

    Czy chodzi Pan/i z dzieckiem na koncerty, do teatru, na wystawy? Czy może Pan/i polecić jakieś szczególnie przyjazne rodzicom i dzieciom galerie i sale koncertowe?

    Torwar i Kongresówka są przyjazne. Galeria na Mazowieckiej, kiedyś przy okazji zakupów w sklepie dla malarzy była zaliczona. Eksponaty wisiały wysoko, dlatego nic nie stłukła. Jeśli to ma być dla dzieci to polecam.

    Czy korzysta Pan/i z miejsc/grup wsparcia dla rodziców z dziećmi? Kręgi Kobiet, Kluby Mam, itp.?

    NIE!

    Czy zna Pan/i miejsca/zajęcia, gdzie może Pan/i robić coś dla siebie razem z dzieckiem? Na przykład joga dla rodziców i dzieci, zajęcia na basenie, choreoterapia, warsztaty śpiewu?

    Znam dwa baseny na Ursynowie. Jeden koło Płaskowickiej drugi na Warszawiance.

    Czy zna Pan/i miejsca/zajęcia, gdzie w czasie kiedy Pan/i robi coś dla siebie (joga, fitnes, masaż, basen, taniec), dziecko ma zapewnioną opiekę lub jakiś rodzaj zajęć?

    Tak, przedszkole. Bardzo jestem z niego zadowolony. Działa 12 miesięcy w roku i wypełnia czas ciekawymi pomysłami.

    Gdyby miał/a Pan/i zaprojektować wymarzone miejsce dla rodziców z dziećmi, to jak by ono wyglądało? Jakiego rodzaju udogodnienia powinny tam się znaleźć i jakiego rodzaju zajęcia odbywać?

    Duży parking. Zawodowa obsługa pedagogiczna, zajęcia według preferencji dziecka. Wielki plac zabaw. Wykładowcy mówiący w językach obcych.Tak jak w naszym przedszkolu!

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-04-18 19:36:53 · Wyświetl

    2012-04-18 19:36:53
    • Awatar
      Joa · 1 miesiąc temu

      Też sobie odpowiedziałam, czytając :)

  • BLOG Awatar

    Na Dzielni

    Wyścigi

     „A kolejność, jak pan przewidział kolejność? 1 bo pierwszy raz jestem na wyścigach, 7 bo dzisiaj siódmy dzień tygodnia i 4 bo koń ma cztery nogi” Oto jak Nikodem Dyzma głosem Romana Wilhelmiego, odpowiedział na pytanie sprawozdawcy sportowego około 1932 roku, w jaki sposób obstawił legendarnego tripla na Służewcu. Krzepicki który miał stajnię wyścigową ale mi nie szło, był bardzo ciekawy jak wytypuje porządek wytrawny znawca, przecież oxfordczyk, dlatego pułkownik Wareda słusznie zauważył żeby nie bujał, gdy zaczął wykręty o swej wyścigowej ignorancji. Studiując w Anglii na pewno nałogowo przesiadywał w Ascot. Nikodem nie tracąc animuszu, wyjął dziarsko papierowe złote polskie i uparł się wbrew wszystkim że zainwestuje w fuksa. Żeby zademonstrować swą pewność siebie, pełny dezynwoltury na jaką stać jedynie parweniusza w roli szlachcica z Kurlandii, zaszeleścił i przekazał do bukmachera dwieście złotych.  Nastąpiła konsternacja. Konie wystartowały. Publiczność czekała na zwycięstwo La Scali, niestety metę pierwszy przebiegł Mefisto. Jaś Ulanicki vice minister rolnictwa, licząc na cenne wskazówki zapytał, powiedz mi Nikodem co widziałeś w tym koniu. Przyszły prezes banku Zbożowego zamamrotał: to moja tajemnica. Cóż to będzie za wygrana, radowali się eksperci, zgarnie pan ze dwadzieścia tysiączków. Niebywałe pojękiwali goście. W drodze po wygraną, hrabina Koniecpolska, kalecząc polski, wyznała Nikodemowi że lubi tych którzy nie boją się ryzyka. Padło historyczne: pan jesteś silny męścizna.

    Znowu spacerowałem po wyścigach wspominając sceny z mojego ukochanego serialu, któremu przy pracy nad dużą radiową produkcją poświęciłem cztery miesiące życia. Wielu z głównych bohaterów już nie żyje, ale kilku takich jak Tadeusz Pluciński, Wojciech Pokora, Leonard Pietraszak, Arkadiusz Bazak czy Jerzy Bończak doskonale pamięta uroki pracy przy filmie Rybkowskiego i Nowickiego. Drugiego reżysera i operatora przepytywałem chyba najdłużej. Ciekawostka, miało powstać 9 odcinków a nie jak w ostatecznej wersji 7. Niestety zimowe zdjęcia zostały odwołane z powodu przekroczonego sporo budżetu. Widać te inwestycje na ekranie. Majstersztyk kostiumów i dekoracji był studnią bez dna w którą topiono do czasu. Podejrzewam że gdyby producenci ,czyli studio filmowe „Silesia”, mieli cień nadziei, że ich dzieło stanie się jednym z najważniejszych w naszej kinematografii, aktorzy zagrali by dodatkowe sceny w pięknej zimowej scenerii. Scenariusz przejrzałem, doskonały. Ale nie o tym dziś chciałem, ciężko mi jednak nie napomknąć o tak ważnej dla mnie ekranizacji. Okres obsesyjnej fascynacji historią Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, zbiegł się bowiem z eksplodującą namiętnością, która przeistoczyła się w miłość mojego życia. Pewnie przez to już zawsze będę mieć ten przesadnie emocjonalny stosunek. Wracając do sporego kawału ziemi rozpościerającego się miedzy Puławską a Okęciem, tutaj mam swój ten-obok-świat. Przenosiłem się z miejsca na miejsce praktycznie przez całe życie, ale wyścigi zatrzymały mnie przy sobie już czwarty rok i są widoki na co najmniej dziesięć kolejnych.

    Zadomawiam się zwykle błyskawicznie. Tam gdzie moje łóżko, szczoteczka do zębów i czajnik już od pierwszej nocy, czuje się jak w domu. Gorzej z pewnymi przyzwyczajeniami, stającymi się po czasie ograniczeniami. Niby jest się w nowym miejscu gdzie wszystko nowe do okrycia, ale ten akt przesuwa się podświadomie o kolejne tygodnie i miesiące. Konkret. Na spacery ze swoją, wówczas maleńką córką jeździłem do Łazienek. Mieszkałem wcześniej kilka minut drogi spacerem do królewskiego ogrodu, toteż siłą nawyku wciąż miałem ochotę przemierzać uliczki pamietające Sasów. Nadkładałem sporo drogi, bo ze Służewca na Parkową jest kawał. To samo tyczyło się sklepów, kawiarni i knajpek gdzie czasem lubię sobie zasiąść i skubiąc czekadełko pokartkować „Politykę”. Nawet chrzest mimo spoko parafii tuż pod nosem, wydawało mi się zasadniejsze zorganizować w śródmieściu.

    Proces wpuszczania korzeni w wymieszane warkotem kołujących samolotów na pobliskim lotnisku i kurzem z wyścigów podwórek, przyspieszył niepostrzeżenie. Rutyna i topograficzna lokalność usług oraz handlowa ergonomia, kazały mi odkryć swe skrywane dotychczas tajemnice. Pralnie chemiczne, pasmanterie, piekarnie, tanie sklepy monopolowe, profesjonalna wulkanizacja czy sklep z asortymentem gospodarstwa domowego, gdzie kupiłem przykładowo naczynie żaroodporne i słuszne sitko do kuchennej wirtuozerii, mam w zasięgu kilku minut drogi.

    Nagle przestałem wypalać benzynę by na siłę, wracać na stare sprawdzone śmieci. Jak już syna zaszczepiłem w przychodni pod nosem, poczułem że jestem lokalnym patriotą. Do tego stopnia że drugi chrzest, odbył się w parafii do której przynależę. Nawet poznałem z daleka księdza, bo miałem w końcu okazję spotkać człowieka jak kręcił się po domach, wizytując gawiedź z tzw. kolędą. Syn będzie już prawdziwym zipem z osiedla. Oczywiste więc było wczoraj, że kiedy przestanie padać deszcz nie będziemy naginać do centrum, przebijając się przez miasto i walcząc później o miejsce parkingowe, tyle spokojnym krokiem przemaszerujemy na treningowe padoki a potem pod główną niesamowicie zieloną i sielską bramę wyścigów. Ciekawostka, kiedyś bywałem tam tylko na koncertach i parę razy najechałem na chłopka kręcąc ósemki L-ką. Kabanosy i suszone banany miałem na wypadek gastro fazy, powodowanej świeżym powietrzem i szedłem sobie z dziećmi po naszych rewirach w pełnym słońcu z wielką frajdą, bo na wyścigach jest spore oczko w którym pływają kaczki. Uwaga wiewiórki też są. Co prawda nie tak zmutowane jak w Łazienkach, ale jeśli się człowiek postara orzecha z dłoni zwiną.

    Na koniec wylądowaliśmy na placu zabaw, usytuowanym centralnie między potężnymi blokowiskami. Nie przepadam za takimi miejscami, bo kolejka do huśtawki kiedy ma się identyczną w domu bez kolejki, co najmniej mnie irytuje. Potem te spojrzenia ponaglające, moja córcia też by chciała się jeszcze dziś pobujać. Była tym razem jakaś niespotykana odmiana. Lokalsi potraktowali mnie też jak lokasa, być może przez mój już lekko znoszony dres i dziurawą od wysokich temperatur prania bluzę. Siedziałem sobie na ławeczce obok pana który czytał sobie „Detektywa”. Spojrzałem przez ramie, krew polała się w ukraińskim burdelu. Dalej dwóch tęgich panów z nadwagą, prowadzących ciekawą rozmowę o sytuacji w ZTM-ie i chmara dzieciarni. Uderzające było dla mnie, jak umorusane i nie bojący się niczego młodociani chuligani zachowywali się wobec mojej ostrożnej i drobnej córeczki. Serdecznie zapraszali ją na zjeżdżalnię i karuzelę, mimo swych groźnych okrzyków i kuksańców jakie przekazywali sobie dokazując jak małpiszony.  Było mi wstyd bo dyskryminowałem to miejsce. Wolałem jechać na plac zabaw w parku ujazdowskim, choć tam towarzystwo dzieci ostentacyjnej warszawki, które o zgrozo wydawało mi się przyjaźniejsze, nigdy nie okazało choćby cienia zainteresowania wspólnej zabawy. Może to kwestia odstawionych w drogie marki rodziców, nie odstępujących ich na krok i wyzywająco kręcący się pomiędzy nimi. Przysięgam, wole moje klimaty na dzielni.

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-04-15 19:37:04 · Wyświetl

    2012-04-15 19:37:04
  • Wczytaj więcej  
Zaloguj