Jakie błędy żywieniowe popełniamy?

fot. iStock

Zalecenie: sześć szklanek wody dziennie. Pacjent wypija, ale nie chudnie. Dlaczego? Osładzał je syropem owocowym. Inna pacjentka dała swoją dietę koleżance, obie przyszły z reklamacją. O trudnych przypadkach, ale też naszych powszechnych błędach żywieniowych mówi dietetyczka Agata Lewandowska.

Co robisz w pracy?

Porządkuję pacjentom dzień.

Naprawdę? Myślałam, że zmieniasz ich nawyki żywieniowe.

Jedno z drugim jest ściśle połączone. Wielu pacjentów podejmuje przypadkowe decyzje żywieniowe w przypadkowym czasie. Pokazuję im, jak mogą nad tym zapanować, ale czy z mojej wiedzy skorzystają, to zależy od ich osobowości.

A jak zaczynasz pracę z pacjentem?

Rozmawiam. Staram się więc dotrzeć do prawdziwego celu pacjenta. Czasem pacjentka zgłasza, że chce schudnąć, ale w rzeczywistości wcale tego nie chce – chce być chudsza, a nie schudnąć! Odczuwa większą przyjemność ze zjedzenia codziennie dwóch ciastek czy imprezowania przez cały weekend niż z zobaczenia w lustrze swojego szczupłego ciała.

Czy częściej przychodzą do ciebie kobiety?

Tak. Czasem przychodzi mama z córką, siostry albo dwie koleżanki i mówią, że jedna przekazała swoją dietę drugiej. Po miesiącu okazało się, że ta sama dieta na jedną działa, a na drugą nie. Tłumaczę im wtedy, dlaczego nie był to pomysł z gatunku najlepszych. Dieta musi być spersonalizowana.

A bywają niezadowoleni pacjenci?

Czasem zdarzają się reklamacje. Jestem w trudnej sytuacji, bo nie wiem, co pacjent robi przez dwa tygodnie, gdy go nie widzę. Nauczyłam się więc, że trzeba szczegółowo omawiać diety. Dam taki przykład: pacjent jest na diecie od kilku tygodni i nie ma efektów, które założyliśmy. Zbieram więc drobiazgowy wywiad, co je, o której godzinie, jakie porcje, czy się nawadniał. Okazuje się, że zgodnie z moim zaleceniem wypijał sześć szklanek wody, ale do każdej wlewał dwie łyżki syropu owocowego. Dobowo daje to ok. 250 kcal, czyli równowartość lekkiego posiłku.

Dlaczego to robi? Autosabotaż?

Nie. To wynika z niewiedzy. Tu pokutują mity, np. „Płyny to nie jedzenie”, „Warzywa i owoce nie mają ŻADNYCH kalorii”. Pacjenci często mówią zdziwieni: „Ale pani nic o tym nie mówiła”. Chcą myśleć, że skoro nie wspomniałam, żeby nie używać syropu, polewy czekoladowej czy majonezu, to jest to dozwolone.

Dietetyka kojarzy się z odchudzaniem. Ale czy ludziom chodzi wyłącznie o odchudzanie? Przecież trwałą zmianą diety można poprawić wyniki badań, kondycję skóry, a nawet radość życia…

Zdarza się, że pacjent chce się lepiej czuć lub odnaleźć w gąszczu nowinek żywieniowych. To cieszy, bo oznacza, że są ludzie, którzy doceniają wartość zdrowego odżywiania, nie traktując go tylko jako paliwo. Najczęściej jednak pomagam w odchudzaniu lub układam dietę dla kogoś, kto dowiedział się, że jest chory.

A twój trudny pacjent? Miałaś awanturników, spóźnialskich, kłamczuszków?

Tak. Jak każdy, kto pracuje z ludźmi. Dla mnie jednak trudny pacjent to osoba np. z trzema schorzeniami, których leczenie wzajemnie się wyklucza. To, co żywieniowo pomaga w jednej chorobie, szkodzi w drugiej. Dlatego polecam doświadczonych dietetyków. Czasami pacjent bierze leki i automatycznie uważa się za zdrowego. Przyszedł, żeby schudnąć. Jeśli dietetyk nie zbierze wywiadu, nie dostosuje diety do schorzenia, może to skutkować gorszymi efektami, a w skrajnym przypadku – nawet pogorszeniem zdrowia. Ważne jest też przygotowanie medyczne.

To jakiego dietetyka polecasz?

Takiego, który skończył studia. Ja wiedzę zdobywałam sześć lat, w zawodzie pracuję siódmy rok i nadal się uczę. Nie można takiego ogromu materiału wchłonąć w pół roku na kursie. Dietetyk powinien mieć wiedzę medyczną. Nie leczy chorób, ale wie, jak je traktować. Dieta z gazety nie uwzględnia choroby, jest przeznaczona dla wszystkich, czyli dla nikogo. I dlatego najczęściej nie działa.

Ale są osoby, które żywią się skandalicznie, a cieszą się zdrowiem i szczupłą sylwetką.

To zależy od genów i metabolizmu. Pacjenci często widzą w takim kimś nadzieję dla siebie. Myślą, że ta osoba posiadła tajemną wiedzę o odchudzaniu.

I doszłyśmy do sedna. Jaki jest sekret odchudzania, który znają tylko dietetycy?

Nie żartuj, bo wiele osób dokładnie tak myśli: jeśli będziesz do każdego posiłku dokładać łyżkę kiełków, skrapiać wszystko cytryną, zaczniesz pić pół szklanki wody przed posiłkiem – to schudniesz. Taka jest natura człowieka: chcemy cudu, a nie wysiłku. A prawda jest taka, że zdrowe, bezpieczne odchudzanie jest nudne, żmudne i w ogóle niemedialne.

Jakie błędy jeszcze popełniamy?

Wiele osób uważa, że kiedy odpuszczą sobie śniadanie, to mniej zjedzą w ciągu dnia i schudną. Błąd! Sen to czas głodówki fizjologicznej, ale zawsze głodówki. Osoby, które wstają o siódmej, a śniadanie zjadają o dwunastej, nie uruchamiają metabolizmu. Nasz mózg funkcjonuje na glukozie, a organizm do pełnego dobrostanu potrzebuje stałych dostaw paliwa i składników odżywczych. Ja polecam zjadanie śniadania do godziny po wstaniu z łóżka.

Kolejnym błędem są zbyt długie przerwy między posiłkami. O 7 nic albo tylko kawa, śniadanie o 12, potem cały dzień zalewanie żołądka kawą, herbatą i energetykami, a o 18 wraca się do domu i wtedy biesiada. Kiedy głodzimy organizm, on się przyzwyczaja do niepewności, czuje, że trzeba oszczędzać, bo nie wiadomo, kiedy następnym razem dostanie coś do jedzenia. Gdy wieczorem organizm otrzymuje 2 tys. kcal jednorazowo, odkłada energię na czarną godzinę. Oczywiście w tkance tłuszczowej, której tak nie lubimy. Do złotej trójki błędów dodałabym jeszcze zbyt małą ilość płynów w ciągu dnia. I naprawdę większość z tych płynów powinna stanowić woda.

Na imprezie podchodzi do ciebie znajoma i mówi, że chciałaby schudnąć. Co ma jeść?

Nie cierpię tego pytania. Moja odpowiedź zwykle brzmi: „jedzenie”. Cóż, nie da się w dwóch zdaniach wyłożyć całej swojej wiedzy.