Młodym być

Nie ma złego lub dobrego czasu na rozpoczęcie od nowa nauki o zdrowiu. Ważne, by nie zwlekać z tym i przedłużyć życie w dobrej kondycji, ile się tylko da.

reklama


 

”Że srebro i złoto – to nic, chodzi o to, by młodym być – więcej nic…” – te słowa piosenki zawsze mam w  głowie, gdy widzę się z moimi rodzicami. Mimo że już po osiemdziesiątce, wciąż są pełni życia i  radości. Jak sami mówią ze śmiechem, czują się, jakby mieli najwyżej 40 lat, a ich największym problemem jest to, że mają coraz mniej znajomych, z którymi mogą porozmawiać. Większość, niestety, już odeszła. A oni dbają o siebie, zdrowo się odżywiają, chodzą na spacery i   celebrują każdą chwilę życia. Moja mama cały czas mówi, gdy razem coś przyrządzamy w  kuchni: „Córeczko, kiedyś to ja ciebie uczyłam, jak gotować, a  teraz ty uczysz mnie”. I  to są dla mnie wzruszające słowa, które dodają mi skrzydeł! Przynajmniej tak mogę im się odwdzięczyć za wszystko, czego się od nich nauczyłam, i  za to, kim jestem teraz. Nieważne, ile mamy lat, czy już zbliżamy się do sześćdziesiątki, czy może dopiero do czterdziestki, mamy obowiązek przekazywać rodzicom naszą wiedzę, żeby uchronić ich przed cierpieniem spowodowanym chorobami, przedwczesnym starzeniem i  odejściem w warunkach urągających godności człowieka. Moi rodzice od siedmiu lat są wegetarianami, zmienili swoją dietę diametralnie i, jak mówią, zamienili leki na przysłowiowe marchewki. Są szczęśliwi, wciąż sprawni, a  ja się cieszę, że mogę odwiedzać ich w  rodzinnym domu, pachnącym dobrą zdrową kuchnią, zamiast w  szpitalu.

Jesień życia może być dobra

W  moim gabinecie bardzo często odwiedzają mnie pacjenci, których przysyłają ich dzieci, tzn. dorośli ludzie, którzy na własnej skórze przekonali się o skuteczności terapii opartej na medycynie stylu życia. To nie są łatwi pacjenci. Często już mocno schorowani, bez sił i  wiary, że można coś jeszcze zmienić. Najgorzej, kiedy pytają: „Czy warto w tym wieku?”. Wielu z nich już częściej przebywa w kolejkach do lekarza lub na oddziale szpitalnym niż we własnym domu. Pogodzeni z  cierpieniem i  niepełnosprawnością, faszerowani masą leków, czekają właściwie na najgorsze, nie chcąc być kulą u  nogi swoich dzieci. I tak jest na  pierwszej wizycie… Później dzieje się coś niesamowitego. Gdy zaczynają się czuć lepiej, gdy odzyskują energię, nagle chcą znów żyć. Moja ulubiona historia dotyczy pana po siedemdziesiątce. Pacjentka przyprowadziła swojego tatę. Do gabinetu wszedł schylony, blady, a  właściwie wręcz siny mężczyzna. Od razu było widać, że jest chory, że dokuczają mu bóle stawów, że jest niedotleniony i ma problemy z sercem oraz żołądkiem. Nie był zbyt miły i  od razu zaznaczył, że nie wierzy w to wszystko, co my tu robimy, i  przyszedł tylko dlatego, żeby nie robić przykrości córce. Zaczęliśmy rozmawiać o jego chorobach i  o  pogodzeniu się ze śmiercią. Jego żona zmarła kilka lat temu na raka, więc on stracił zapał i  energię. Krótko mówiąc, poddał się chorobom. Zaproponowałam na początek małe zmiany w  jego codziennych posiłkach. Bardzo dokładnie tłumaczyłam, jak i  co ma gotować. Córka zobowiązała się do robienia właściwych zakupów i  pilnowania taty. Pan zgodził się na zmianę diety, ponieważ stwierdził, że musi udowodnić, że jemu już nic nie pomoże. I  co się stało? Jako były wojskowy zastosował się do wszystkiego z  wielką precyzją. A  po dwóch miesiącach przyszedł do mojego gabinetu wyprostowany przystojny mężczyzna, uśmiechnięty, o  zdrowym kolorze skóry.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »