Resztki? Nie ma takiego słowa

123rf.com

Na początku było słowo” i mam głębokie przekonanie, że to święte… słowa. Myślę, że tu się wszystko zaczyna. W naszych myślach, głowach, w naszym nazywaniu rzeczy. Najlepiej po imieniu. Nazwijmy więc te skarby, które nam czasem zostają: zarzewiem, prologiem, wstępem, drobinką, kapką, punktem wyjścia, fundamentem, okruszkiem, w ostateczności
– tym na „r” – apeluje Marta Gessler. – Bo resztki to imię fatalne, deprecjonujące, nie do wytrzymania dla kogoś, kto kocha kuchnię.

 

reklama

Gdy będziemy inaczej mówić o tym, czego nie zjadamy, zaczniemy też inaczej o tym myśleć. To proste. Zapomnijmy więc o tych resztkach, bo kojarzą się one z czymś niepotrzebnym, niechcianym, a to nie ma nic wspólnego z prawdą i zdaje sobie z tego sprawę każda świadoma kucharka. Wie, że dysponowanie jedzeniem jest ciągłą kreacją, która zaczyna się już w momencie, kiedy pomyśli: „Co dziś kupię?” – czyli na samym początku. Dopiero potem dochodzi do wybierania produktów z listy zakupów, sięgania na półkę w sklepie, czytania etykiet, wkładania lub nie do koszyka, kupowania. Świadomość, czyli myślenie do przodu, powinna być więc naszym punktem wyjścia, w którym tak zadysponujemy tym, co mamy, że wprowadzimy to w nieustający proces. Jeżeli coś nam po gotowaniu zostanie, dokładnie wiemy, co z tym czymś mamy zrobić. Przykład? Prosty. Mój własny. Rosół. Zupa, której należy gotować dużo, nie bojąc się, że coś zostanie, bo właśnie o to chodzi, że ma zostać. W takiej filozofii „podaj dalej” gotujemy zawsze więcej rosołu – bazy – po to, by mieć okazję do zrobienia z niego jeszcze co najmniej kilkunastu innych dań, które przy okazji wyeliminują nasze stare myślenie o tym, że zawsze coś musi zostać i się zmarnować. Kupujemy więc nie jednego kurczaka, ale dwa, i dużo warzyw, z których gotujemy wywar. Z warzyw wiadomo, co trzeba później zrobić, ale ważne, by były al dente, a więc i kruche, i aromatyczne. Z rozgotowanej papki nie zrobi się przecież podsmażanych w mące jarzynowych kąsków. Czyli warzywa już ugotowane jak należy, kurczak też. Co teraz? Teraz trochę myśli. Wiem, co mam. Skoro jest więc niedziela, a rosół już gotowy, to wiadomo, że w poniedziałek można postawić na pomidorową albo krupnik. Ja osobiście myślę jeszcze dalej: rozdzielam rosół bazę do kubeczków, dzięki czemu mój syn przez kolejne dni ma kulinarną trampolinę do na przykład szybkiej cudownej zupy chińskiej (tylko makaron, jarzynowe akcesoria i już ją ma), a ja jestem posiadaczką genialnego rozcieńczacza do sosów, chociażby do bardzo wykwintnej polędwicy bourguignon. Mam też cztery nóżki i cztery piersi, bo nie gotowałam ich pół dnia, więc są kruche, delikatne, zdrowe. Co więc robię? Dzielę mięso na porcje, to z udek, tłustsze, idealnie sprawdzi się w chińskim daniu, to z piersi w tajskiej zupie na bazie mleka kokosowego.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »