Beyonce: Bez skazy

fot. BewPhoto

Nazywana „Queen B”. Królowa popu, aktorka, bizneswoman, matka, żona, feministka. Niekoniecznie w tej kolejności. Już dawno deklarowała, że bycie celebrytką jej nie interesuje. Ikoną – owszem. I dopięła swego.

Chcę być pierwszą czarną kobietą, którą nagrodzono Grammy, Oscarem i nagrodą Tony. Grammy już mam, nawet kilka. Na Oscara pracuję. Tony, za występy w teatrze, to plan na dalszą przyszłość, bo marzę o musicalu – odważne słowa. Szczególnie jak na 22-latkę.

14 lat później wiadomo już, że dla Beyoncé Knowles raczej nie ma rzeczy niemożliwych. Uzdolniona chórzystka z kościoła, do którego chodziła z rodziną w Houston, jest dziś jedną z najbardziej wpływowych postaci światowej muzyki. Fabryką trendów, surowym szefem produkcyjnej maszyny, którą zarządza, żoną, matką trójki dzieci, koleżanką prezydentów i działaczką charytatywną na skalę, o której niewielu z jej fanów ma pojęcie. Inspiracją dla milionów utalentowanych dzieciaków, które widzą w niej nie tylko gwiazdę, ale też przykład, że praca i wytrwałość w dążeniu do obranego celu naprawdę mogą zaprowadzić cię na szczyt. Nawet jeśli jesteś kobietą i żyjesz we wciąż targanej rasowymi konfliktami Ameryce.

Jej najnowsza światowa trasa koncertowa z mężem, raperem Jayem-Z, w trakcie której odwiedzi również Polskę, zapowiadana jest jako jedno z najważniejszych muzycznych wydarzeń tego roku. Fakt, że szeroko komentowany kryzys w ich małżeństwie para zamieniła w inspirację do nowego show, jeszcze podgrzał atmosferę. Co tym razem wymyśliła Beyoncé? W końcu to nie tajemnica, że w wypadku artystycznej współpracy – nawet jeśli Jay-Z przerasta żonę majątkiem i wpływami w muzycznej branży – to ona ma ostatnie słowo. Czasy, kiedy posłusznie robiła to, co kazali jej otaczający ją mężczyźni, dawno minęły.

Co powie tata

W kościelnym chórze śpiewała partie solowe. Tata powiedział jednak, że z czegoś trzeba zrezygnować: albo kariera, albo niedzielne psalmy z sąsiadami. Wolała psalmy. Tata wolał karierę. Tata zawsze wiedział, co dla niej dobre.

Mathew Knowles, sprzedawca sprzętu medycznego, umiał rozpoznać dobry produkt. Wiedział też, że sprzedać można wszystko, ale to, co dobre, sprzedaje się łatwiej. Jego córka miała talent i zapał, była pilna i pracowita. Idealny materiał na sukces – już jego w tym głowa, żeby go osiągnęła. To ona będzie szczeblem na drabinie społecznej dla całej rodziny. Może zaprowadzić ich tam, gdzie nie będzie się liczyć ani kolor skóry, ani skończone studia, a agent nieruchomości nie odmówi im sprzedaży domu w najbogatszej białej dzielnicy miasta. Pieniądze wydawane na lekcje śpiewu i baletu zwrócą się z nawiązką. Tina, jego żona, może przecież szyć kostiumy i dbać o fryzurę małej… i jej koleżanek. Zespół! Zespół jest łatwiej wypromować. Złożyć go do kupy to żadna sztuka. Mało to konkursów młodych talentów?

Pierwsza grupa nazywała się Girl’s Tyme: dziesięcioletnia Beyoncé z koleżankami Kelly Rowland i LaTavią Roberson wygrały casting na członkinie girlsbandu, w którym śpiewały i tańczyły do spółki z trzema innymi dziewczynkami. W lokalnej gazecie pisali o nich, że zdolne, fajne, że mają przyszłość. Częścią strategii, którą Mathew Knowles opracował w celu wywindowania córki na piedestał, było rzucenie przez niego pracy – chciał poświęcić każdą wolną chwilę na przysposabianie Girl’s Tyme do podbicia Ameryki. O pieniądze się nie martwił – te przyjdą, kiedy Beyoncé wreszcie się przebije. Każdego dnia po szkole dziewczynki spędzały długie godziny na zapleczu salonu fryzjerskiego Tiny Knowles, śpiewając i powtarzając układy choreograficzne. Panuje wojskowa dyscyplina. Skład zespołu zmniejsza się o dwie dziewczynki, zmieniają się też nazwy: Cliche, Something Fresh, Destiny and the Dolls. Tinie, oficjalnej stylistce grupy, ciągle coś nie pasuje. Może fakt, że obsesja jej męża doprowadziła do separacji między nimi – Mathew mieszka sam w wynajętym mieszkaniu, ona z Beyoncé i młodszą córką Solange musiały przenieść się do mniejszego domu. Ledwie wiąże koniec z końcem, a po nocach szyje kostiumy dla zespołu. Kiedy ma już wszystkiego dość, czyta Biblię. Ze zdjęcia z występu Girl’s Tyme zrobiła zakładkę. Na stronie w Księdze Izajasza rzuca jej się w oczy słowo „przeznaczenie”. Destiny. Destiny’s Child? To brzmi nieźle.

Przez pięć dni w tygodniu: szkoła, próby, spać. W weekendy – załatwione przez tatę występy w klubach, centrach handlowych, konkursach, na festiwalach. Wakacje – jeszcze więcej występów. Wszędzie gdzie się da. Sale widowiskowe, festyny. Tak przez cztery długie lata. Aż w końcu spełnienie marzeń: kontrakt z Columbia Records. Debiutancki singiel Destiny’s Child pojawia się w filmie „Faceci w czerni”, na dziewczyny spada deszcz pochwał krytyków, pierwsza płyta jest dobrze przyjęta, hit „No, No, No” nuci pod nosem cała młoda Ameryka. Beyoncé ma 16 lat i jest zmęczona.

Popularność raz na zawsze ukradła jej twarz i anonimowość. Długo oczekiwana sława okupiona tyloma wyrzeczeniami przyniosła dokładnie to, czego nie chciała: nie może spokojnie pójść na zakupy, do kina, na randkę czy do kawiarni z koleżankami. Tymi z zespołu, bo innych prawie nie ma. Na przyjaźń trzeba mieć czas, a na ten luksus od lat nie było jej stać. Stać ją jednak na wiele innych rzeczy: na pensję dla taty menedżera, dom, samochód i fajne ciuchy. Zarabia, robiąc to, co lubi i w czym jest naprawdę dobra. Sama pisze teksty piosenek, pomaga układać choreografię, poznaje muzyków, organizuje występy. Brak dzieciństwa? Tata zawsze mówił, że w show-biznesie nie ma miejsca na sentymenty.

Co poświęciłam dla kariery? Zwykłe życie – mówiła 20 lat później w jednym z wywiadów. – Czy narzekam? Nie. Wciąż staram się wymykać, próbować normalnie żyć – na tyle, na ile mogę. Ale wychowano mnie w przekonaniu, że wielka nagroda wymaga wielkich poświęceń. Ja dostałam od Boga talent, więc ciężko pracuję, żeby tworzyć muzykę, show, dawać ludziom emocje. Nie można mieć wszystkiego. I to jest cena, którą płacę.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »