Jurek Owsiak: Jestem lepszym dziadkiem

fot. Rafał Masłow

Podczas prasowania i koszenia trawy wpadam na najlepsze pomysły. To są dwie czynności, przy których rozprawiam się ze światem. W mojej głowie odbywa się wojna, a złość wpada i wypada. Często żona z kuchni woła: „Z kim rozmawiasz?”, a ja się łapię na tym, że wyrzucam z siebie jakieś słowa. Rozmawiam też z telewizorem, komentuję, dogaduję – mówi Jurek Owsiak, szef Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ojciec, dziadek, mąż.

reklama

Jaka jest różnica między Jurkiem Owsiakiem a Jerzym Owsiakiem, tym publicznym i domowym?

To się pozacierało. Nie mam ośmiogodzinnego dnia pracy, piętro niżej w fundacji urzęduje moja żona Dzidzia, więc siłą rzeczy nie da się odciąć od pracy. Czasem mówimy: „Dosyć, basta, ile można?”, a potem idziemy Krakowskim Przedmieściem, gadamy i łapię się na tym, że znów o fundacji. Żyjemy nią. Zresztą my ciągle jesteśmy w ruchu, mamy swoje ulubione trasy spacerowe.

Ale gdy już wchodzisz do domu, to zakładasz dres, klapki i zmieniasz się w Jerzego domowego? Umiesz odpocząć psychicznie?

Ależ absolutnie. W niedzielę dłużej śpię i łażenie po mieszkaniu w takim porannym rozmemłaniu bardzo mi pasuje. Nie nastawiamy wtedy budzika, nic nie musimy. Dzidzia ma niesamowity talent do budowania, urządzania, ale też potrzebę, by nic nie było stałe, dlatego wciąż sprzedajemy mieszkania i przenosimy się do nowych. Żeby chociaż większych! Ale nie, po prostu innych. Nagle Dzidzia mówi: „Nie, tu już jesteśmy za długo”. I się zaczyna. Ja się przeciw temu buntuję, przeprowadzki są dla mnie traumatyczne, a potem przyznaję jej rację. Razem kolekcjonujemy sztukę, bierzemy udział w aukcjach, kupujemy głównie młodą sztukę. Cząstka tej kolekcji jest u nas na ścianach. Uwielbiamy włączać wieczorem wszystkie światła, kochamy robić sobie jedzenie.

Żona gotuje?

Tak, ale ja też. Przymierzam się, aby zostać specjalistą od zup. Kiedyś Dzidzia robiła kapuśniaczek, dała mi ziemniaki i powiedziała: „Tylko obierz i wrzuć do środka”. I tak mi się to spodobało, że zrobiłem go do końca. Jestem mistrzem włoskiej pasty i przyprawiania mięs. Gotowanie sprawia nam dużą przyjemność. To jest ważny element, bo kuchnia jest połączona z salonem. W całym domu czuć opary, potem trzeba umyć naczynia, wyczyścić blaty, ale wiesz, że żyjesz. Jestem oglądaczem telewizji, czasami widzę w serialach błyszczące, czyste szafki, ciągle te same przyprawy i myślę: „Te kuchnie są takie martwe”. A, i nie uwierzysz, lubię prasować!

Prasować?!

To jest kompletny odjazd. Po prostu siedzę, włączony telewizor, decha rozstawiona i zasuwam. Najlepszy relaks, jaki tylko mogę mieć. Dom generalnie kojarzy mi się z ciepłem. Mamy dużo książek, są wszędzie. A od niedawna mieszka z nami kot. Młodsza córka wyjechała za granicę i go u nas zostawiła. Zadomowił się, wprowadza atmosferę, która mi bardzo odpowiada. Lubię nawet to, że o siódmej rano słyszę sąsiadów idących do pracy, że zaczyna u nich szumieć woda, że nasz kot „zdrajca” przełazi do nich przez balkon. Nie mógłbym mieszkać w domu w lesie. Jestem miastowym typem. Uwielbiam tłok.

Od dawna już mieszkacie sami, bez dzieci?

Od dawna. Młodsza córka skończyła reżyserię w łódzkiej filmówce i wyjechała do Londynu. Tam skończyła Royal Central School of Speech and Drama, próbuje swoich sił w teatrze, pracuje też w dużej sieci sklepów.

Starsza córka ukończyła kierunek telewizyjny na Uniwersytecie w Chicago i wraz z partnerem otworzyli w Warszawie włoską restaurację i cukiernię. To jej absolutny żywioł.

Twoje córki wyrosły na bardzo niezależne osoby, nie chcą się podpierać twoim nazwiskiem. Nie miały żalu, że tak wiele czasu poświęcasz innym?

Żal jest. Mnie się wydawało, że jestem z dziećmi bardzo związany. Dużo pracuję, ale z nimi jestem, staram się, mam kontakt. Dorosłe już córki ściągnęły mnie na ziemię, czasem brutalnie oceniając moje zachowanie. Pokazały, że pewne rzeczy gdzieś się zgubiły. Młodszą, Ewę, wychowywałem już z większą odpowiedzialnością niż Olę, ale zdaję sobie sprawę, że nie ma co idealizować. Dużo młodych ludzi pisze do mnie: „Chciałbym mieć takiego ojca”, a ja sobie myślę: „Nie kombinuj, bo odbierasz mnie świątecznie, myślisz, że z takim ojcem jak ja to się głównie chodzi na koncerty”. Czasem zastanawiam się, że może dlatego dzieci wyrosły na takie samodzielne, bo nie chodziłem z nimi cały czas za rękę? Wydawało mi się naturalne, że siedzę w pracy do późnych godzin. Myślałem, że skoro jestem z nimi w weekendy, to wystarczy. Córki uważają, że mimo że byłem przy nich fizycznie, nie było mnie psychicznie. Ja miałem poczucie, że skoro nad wszystkim czuwa Dzidzia i o wszystko zadba, zatroszczy się, to jest okej. Kiedyś jeździliśmy razem na wakacje. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że z nami nie jadą, wolą towarzystwo swoich rówieśników. Wtedy nagle widzisz, że twoje dzieci dorosły.

I poszły swoją drogą.

Cieszyliśmy się, że studiują, uczą się języków, wyjeżdżają. Nigdy nie podpierały się nazwiskiem. Kiedyś nawet miałem o to żal. Nie widziałem powodu, żeby nie mówić, że jestem ich ojcem. Pamiętam, jak Ola pokazywała w Stanach na zakończenie szkoły film z finału WOŚP i nie wspomniała o mnie słowem. Byłem zaskoczony, pytam ją potem: „Wszyscy mówią, że to przefantastyczna impreza, a ty nawet się nie zająknęłaś, że ten facet w żółtej koszuli to twój tata?!”. A ona na to: „A po co? Ja im tylko pokazałam, co się u nas w Polsce dzieje”. Okej, dziś to rozumiem, szanuję i doceniam.

Podobnie jest z młodszą córką. Kiedyś spotkałem się z Krzysztofem Jasińskim, z którym Ewa współpracowała przy jego sztuce, ona stała z boku. Mówię: „Cześć Krzychu, to jest moja córka”, a on: „Ty cholero, nie powiedziałaś, że Jurek to twój tata”. A ona: „Pan nie pytał, to nie mówiłam”.

Miesiąc temu byłem w Londynie na dużym spotkaniu z branżą muzyczną, Ewa była tłumaczem. Bardzo mi zaimponowała. Jestem dumny, że moje dzieciaki tak dobrze dają sobie radę.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »