1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Sahara – Przewodnik pustynny

Sahara – Przewodnik pustynny

Pustynia jest w każdym z nas. Ale nie każdy ma odwagę ją przejść. Bo pustyni trzeba się poddać. Ofiarować.  Wtedy i ona odda ci wszystko.

Zdarza się, że ktoś robi pierwszy krok na piasku i jakby należał do tej przestrzeni, wydm, wiatru. Bo pustynia to bycie – trwanie w danym momencie. Poza czasem. Bez kalendarza, bez zegara, w naturalnym porządku. Wstajesz ze słońcem i z nim wędrujesz.

Pustynia we mnie

Joanna, właścicielka biura turystycznego organizującego wyprawy na Saharę, przewodnik pustynny: – Pierwszą podróż po Saharze odbyłam rok temu. Wróciłam tam jeszcze dwukrotnie i za każdym razem była to inna wyprawa. Pierwsza była silnym doznaniem fizycznym: upał, piach i wiatr. I trzy dni bez mycia. Czwartego, leżąc pod krzakiem, zaczęłam sobie wyobrażać, jakie to wspaniałe: zanurzyć ręce w wodzie i spłukać twarz. To wyobrażenie było wręcz fizyczne. Podobnie jak poczucie bycia na swoim miejscu. Zrozumiałam, że pustynia to duża część mojego ja. Że muszę tu wracać. Pustynia to miejsce, które pokazuje mi, jak żyć w zgodzie ze sobą. Za każdym razem osiągam tu wyższy stopień harmonii.

Wyprawa na pustynię to nie turystyka, to podróż w głąb siebie. A właściwie kilka równoległych podróży. Na pierwszym poziomie to spotkanie z samym sobą: znajdujesz się w nieznanym środowisku, bez punktów odniesienia, jakie znasz ze swojego życia, maski i role są bezużyteczne. Na drugim poziomie to spotkanie z naturą: nie ma ścian, nie ma samochodów, chodzisz boso, nic cię od niej nie dzieli i to ona dyktuje rytm życia. Na trzecim poziomie to spotkanie z ludźmi stamtąd, którzy opiekują się grupą i którzy są częścią pustyni. Na czwartym – to spotkanie z ludźmi, którzy są z tobą. Ten czas na pustyni to mieszanka tych wszystkich relacji. Dlatego każda wyprawa jest inna.

Joanna: – Ten pomysł powstał przypadkiem. Pojechałam sprawdzić, jak wygląda oferowany przez biura podróży produkt „wyprawa na pustynię”, i zostałam dołączona do grupy kobiet z Niemiec. Potem przeczytałam o warszawskiej psychoterapeutce Alicji Bednarskiej i zaproponowałam jej warsztaty z kobietami na pustyni. Zgodziła się. Alicja: – Tu wszystko dzieje się samo. Wystarczy poddać się drodze, przestrzeni, każdej czynności i jesteś w medytacji „tu i teraz”.

Joanna była przewodnikiem pustynnej wyprawy, w której wzięło udział kilka Polek – kobiet różnych zawodów, mieszkających w różnych miastach.

Pierwsza wydma i uwolnienie

Zjeżdżasz z asfaltu na piasek i nagle pustynia staje się drogą. Bez końca i bez granic. Milion ścieżek, spośród których musisz wybrać. Nigdy nie wiesz, gdzie tak naprawdę idziesz. Nie masz innego wyjścia, jak zaufać innym. „I modlić się – dodają przewodnicy. – Sahary się nie zdobywa, Saharę trzeba uprosić”.

Rim: – Długo się wahałam, czy jechać. Pustynia? Skorpiony? Robaki? Jednak stanęłam na górze i zapomniałam o wszystkim. Wszędzie było niebo. Nie piasek, ale niebo.

Nura: – Uwolnienie – to poczułam. I tego pragnęłam: przestrzeni, wolności, zmiany.

Miriam: – Pustynia nie była dla mnie najważniejsza. Wiedziałam, że pojadą na nią wspaniałe kobiety. Chciałam poczuć ich siłę. Chciałam z nimi pobyć.

Każda z nas dostaje swój talerz, kubek i łyżkę, od tej pory musi o nie dbać: czyścić piaskiem i pilnować. Każda dostaje też arabskie imię, my naszym towarzyszom nadajemy polskie. Adam mówi: – Jesteście tu bezpieczne, jesteście tu w rodzinie. Witamy się śpiewem i tańcem.

Rim: – Pierwsza noc była straszna. Spanie na piasku. Wielbłądy chodziły niedaleko. Bałam się myszy i robaków. Każdy szelest mnie podrywał. Myślałam, że nie wytrzymam.

Nura: – Wschód słońca przywitałam jak zbawienie. Przywitałyśmy duchy tej przestrzeni i to osadziło mnie w pustyni. Poczułam pokorę. Pomyślałam: „albo się jej poddamy, albo nas zniszczy”. Poprosiłam o przychylność i poczułam się przyjęta.

– Nimsza, nimsza (chodźmy) – rzucają mężczyźni i zaraz – beszweja, beszweja (powoli). Trzeba skupić się na oddechu, na krokach. Złapać rytm. Wielbłądy chodzą niespodziewanie szybko. Trudno nadążyć.

Lejla: – Mieszko uczył mnie arabskiego: „piasek”, „kochana Sahara”, „patrzeć”, „słuchać”. Nic mi nie wchodziło do głowy. On cierpliwie powtarzał, ja za nim. Pomagało mi to nie myśleć o zmęczeniu. Nie chciałam poddać się za wcześnie, nie chciałam być najsłabsza.

 

Foto: fotochannels.com

Po obiedzie ruszamy dalej. Na wielbłądach. To inne poznawanie. Myśli nie są zajęte ruchem ciała. Uwolnione skupiają się na przestrzeni.

Lejla: – Byłam szczęśliwa, że skończył się film w aparacie. Teraz całą sobą mogłam chłonąć przyjemność z jazdy i przestrzeni.

Nura: – Ja myślałam, że tego nie przeżyję. Kurczowo trzymałam się uchwytu i bałam się, że spadnę. Myślałam: „po co mi to, po co mi to?”. Wieczorem zrozumiałam, że mój jedyny wybór polega na tym, że mogę iść albo jechać. Muszę przyjąć to, co teraz dostałam czy też sama wybrałam.

Jasmin: – Poczułam, że to wielbłąd mnie niesie, że to nie ja steruję. Uwalniałam się od lęku przed jazdą i od lęku w ogóle. Uwalniałam się od rzeczywistości, którą zostawiłam: papiery kredytowe na nowy dom.

Rim: – Po całym dniu byłyśmy ledwo żywe. Mężczyźni też byli zmęczeni, ale robili wszystko, żeby nas rozruszać. Śpiewali, tańczyli i wciągali do tego nas. W końcu Adam powiedział: „Widzimy, że jesteście zmęczone, ale chcemy, żebyście poszły spać szczęśliwe”.

Nura: – Po tańcach zapomniałam o wszystkim. Na noc zrobiłam sobie parawan z koszuli. Był mocny wiatr, więc zasłony z koców dziewczynom spadały, a moja koszula się trzymała.

Precyzja i wiązanie szesza

W nocy piasek wciska się wszędzie. Rano nikt nie myśli nawet o myciu zębów. Chustami zasłaniamy twarze.

Lejla: – Wiązanie szesza to jak ceremonia picia herbaty. Każdy gest był ważny. Każde zagięcie czy węzeł były zawsze w tym samym miejscu. Mieszko zakładał mi chustę, owijał ją dokoła głowy. Kończył z boku, gdzie zaczynała się druga część szesza służąca do osłaniania twarzy.

Wiatr jest tak mocny, że nie da się myśleć o niczym. Dzięki temu można odczuć, że inaczej idzie się po piasku sypkim, inaczej po ubitym. Inaczej idzie się drobnym krokiem, inaczej długim. Inaczej z przodu i z tyłu.

Miriam: – Szłam na przodzie. Na początku usiłowałam dotrzymywać Piotrowi kroku. Potem zaczął wskazywać mi ścieżkę kijem. Po godzinie szłam już obok niego i wybierałam sama.

Lejla: – Trzeba było zjeść śniadanie, zapakować rzeczy na wielbłąda i iść aż do obiadu. A potem zjeść obiad, odpocząć i iść dalej.

Nura: – Dobrze mi się szło, myślałam tylko o tym, że trzeba zrobić kolejny krok. Szłam i różne rzeczy się we mnie pojawiały. Ale o nich też nie myślałam. Przychodziły i odchodziły. Wspomnienia, uczucia z dzieciństwa.

Tematy wypływały z poobiednich rozmów o imionach, matkach, pierwszych miesiączkach. Niezwykłe doznanie wspólnoty doświadczeń, przestrzeni i bezpieczeństwa. Przejście przez pustynię to proces oczyszczania. Schodzą kolejne warstwy, które zasłaniają naszą istotę.

Aisha: – Miałam wrażenie, jakbym dotykała czegoś, co jest u źródeł człowieczeństwa. W naszym współbyciu było tyle szacunku. Do siebie, do innych, do natury.

Rim: – Raz obudziłam się w nocy. Znalazłam żuka pod pidżamą, wyjęłam go ostrożnie. Pamiętałam słowa Alego: „To też życie. Sahara jest też dla niego”.

Burza i ofiarowanie

Warde: – Trzeciego dnia poprowadziłam karawanę. Przejęłam wielbłądy i zaczęłam wyszukiwać ścieżkę pomiędzy wydmami. Na początku wydawało mi się, że tam nic nie ma. Nie wiadomo którędy, nie wiadomo jak, ale z kroku na krok ścieżka zaczęła się wyłaniać. Podążyłam za nią. Szłam do następnego zakrętu, choć nie wiedziałam, co będzie dalej. Dzięki bliskości i wspólnocie kobiecej przestałam się czuć sama. Zrozumiałam, że jestem częścią wspólnego procesu, który nie ma żadnych barier. To doznanie jedności własnej płci wyzwala siłę.

Jasmin: – Trzeciego dnia pomyślałam sobie: „jak nie ten dom, to inny”. Przestałam myśleć o kredycie. Szłam z Piotrem. Milczeliśmy. On znał tylko arabski, ja nie miałam ochoty rozmawiać. I dobrze nam było. Trzeciego dnia rozjuczyłyśmy z Nurą wielbłądy, zanim Piotr oporządził swojego. Potem szłam na początku i czułam się dobrze. Ze sobą i ze wszystkimi.

 

Miriam: – Dopiero trzeciego dnia zaczęłam dostrzegać mężczyzn. Rim powiedziała: „jacy oni piękni”. Zaczęłam im się przyglądać. Zobaczyłam ich harmonię, radość i spokój. I wszystko stało się jednym – kobiety, pustynia, mężczyźni. Poczułam, że powstała całość. Wypełniła mnie bezkresna radość. Cieszyłam się, siedząc na piasku, na wielbłądzie, idąc, zbierając chrust. Cieszyłam się ze słońca i z deszczu, jak się budziłam i zasypiałam.

Noc była cicha. Nie wiało.

Nura: – Rim znalazła dołek przy krzaku za wydmą, zrobiła dach z koca. Wtedy spało mi się najlepiej. Obudziły mnie błyski. Leżałam i zastanawiałam się, gdzie jest burza, czy przyjdzie do nas, czy nas ominie. Czekałam i napełniałam się tą energią.

Warde: – Mnie obudziła cisza. Cisza, jakiej nie znałam. Nie drgnęło nic. Powietrze było gorące i gęste. Nie było gwiazd, tylko chmury. I nagle niebo zaczęły rozświetlać błyskawice. Szły dokoła, były wszędzie. Dołączyły się grzmoty. I wtedy uzmysłowiłam sobie, że jestem na pustyni. Że to ogromny, płaski teren, na którym nie można się ukryć. Można tylko oczekiwać. Można tylko się temu poddać. Ofiarować. Rozłożyć ręce i powiedzieć: „Oto jestem”.

Rim: – Siedziałam na piasku i patrzyłam w zachwycie na pioruny. Wcześniej bałam się burzy, a tu na pustyni czułam się jak w domu. Przyszedł Mieszko, powiedział, że rozstawili namiot, żebyśmy się schowały. Oglądałam burzę przez szczelinę. Zobaczyłam Jana. Spał. Zaczęłam go wołać. Przyszedł, ale zaraz wyszedł. Tańczyć i śpiewać.

Jedna droga

Rim: – Ruszyliśmy w deszczu, a ja pomyślałam: „Jak pada, to pada”.

Nura: – Deszcz nas oszczędzał. Był lekki i padał z przerwami. Do tego wiał wiatr i nas suszył. To był najlepszy dzień. Adam powiedział: „Sahara jest dla was łaskawa, dała wam wszystko”. Potem Mieszko pokazał: oaza. Poczułam żal. Tak dobrze mi się szło, a tu koniec. Za szybko.

Lejla: – Na pożegnalny wieczór przygotowałyśmy program: głuchy telefon, kalambury, piosenki. Było dużo śmiechu. Potem dziękowałyśmy naszym towarzyszom. Po każdym zdaniu zapadała cisza. Adam tłumaczył, mężczyźni słuchali. Wszyscy byliśmy tak blisko. Wspólny garnek, wspólna droga. I chleb, który trzeba zrobić i podzielić. I ostatnia noc razem. Rano ostatnia herbata i ostatnia godzina marszu.

Lejla: – Chciałam dalej iść. Nie chciałam się z nimi rozstawać. I nagle Bożydar zaczął tańczyć. On, który nigdy przy ognisku się nie ruszał. Na koniec pokazali nam jeszcze, jak się żegnać. To też można robić z radością. Na pustyni nie da się zamieszkać. Pustynię trzeba po prostu przejść. Ale można ją także przenieść na podwórko, na ulicę, do miasta. Można budować swoją własną harmonię.

Miriam: – Pustynia uczyła mnie uwagi. Była pełna życia i zieleni. Każdy odcinek w ciągu dnia był inny. Mężczyźni uczyli mnie radości. Obserwowałam, ile było pomiędzy nimi miłości i radości z bycia razem. I przy całej swej spontaniczności byli pełni godności. Widać to było w oczach, na ich twarzach, w każdym ich ruchu. Spokój. I obserwowałam, jak każda z nas się zmienia, ile siły odnajduje.

Rim: – Nie pamiętam, kiedy się tak śmiałam. I zrozumiałam, jak niewiele ode mnie zależy. Robię coś i mówię sobie: „Zdążysz. A jak nie, to zrobisz jutro”. Rano medytuję, jem trzy posiłki, choć przed wyjazdem jadałam tylko obiad wieczorem. Jestem tu i teraz. I jest mi dobrze.

Nura: – Porządek rzeczy. Gdy rozmawiałyśmy przy jedzeniu, Adam nas uciszał. To był czas na jedzenie. Potem był czas na herbatę, rozmowy, śpiewy. Na wszystko. Nie chciałam wyjeżdżać. Chciałam iść dalej. I idę. Odnalazłam swoją wewnętrzną dziewczynkę. Czułam się z nią niepewnie. Teraz się nią zajmę. I wiem już, co chcę robić: skończyć studia psychoterapii i zacząć pracę z dziećmi. Kierunek sam się pojawi.

Warde: – Na początku nie wiesz, którędy iść. Ale droga się pojawia. I zaczynasz myśleć o karawanie, o ludziach i zwierzętach. Musi być przyjazna dla wszystkich. I nagle zaczynasz ją dostrzegać wśród innych możliwości. Dokonujesz wyboru, skręcasz wokół tej wydmy. I czujesz, że to ty prowadzisz. Jest odpowiedzialność i spokój. Bo droga jest jedna.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Korea Południowa – kultura i obyczaje. Jacy są Koreańczycy?

Dzięki sztuce adaptacji, Koreańczycy zachowali swoją tożsamość, mimo regularnych inwazji sąsiadów i silnych wpływów amerykańskich po II wojnie światowej. (Fot. iStock)
Dzięki sztuce adaptacji, Koreańczycy zachowali swoją tożsamość, mimo regularnych inwazji sąsiadów i silnych wpływów amerykańskich po II wojnie światowej. (Fot. iStock)
Jeszcze 30 lat temu Korea Południowa leżała na peryferiach globalnej gospodarki, dziś jest jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie państw na świecie. Czego możemy się nauczyć od społeczeństwa, które w takim tempie osiągnęło tak spektakularny sukces?

Republika Korei to prawie połowa górzystego wąskiego półwyspu otoczonego morzem, zamieszkanego przez ponad pięćdziesiąt milionów ludzi, którzy nie boją się niczego, a już najmniej ciężkiej pracy. Gdy wszyscy idą w prawo, oni idą w lewo, gdy ktoś mówi, że coś jest niemożliwe, oni przekornie dowodzą, że wszystko da się zrobić. Są w stanie, tak jak w swoich tradycyjnych daniach, połączyć i wymieszać wszystko ze wszystkim: stare z nowym, twarde z miękkim, wyszukane z pospolitym. Wybuchowi, wylewni i serdeczni. Przywiązani do etykiety, oficjalni i eleganccy. Niewolni od kompleksów wyrosłych z trudnej historii, mimo to uparcie pokazujący światu, że ich kraj jest inny. Inny od wszystkich. Że kroczy swoją własną drogą. Cała naprzód, a najlepiej jeszcze pod prąd. Szybko, bo nie ma czasu. Byle do przodu – pisze Marcin Jacoby w książce „Korea Południowa. Republika żywiołów”. Autor znany przede wszystkim jako sinolog, jest mocno związany z tym krajem – jego żona jest Koreanką z Południa, co daje mu dostęp do wiedzy, której nie sposób zdobyć bez pomocy lokalsów czy chociażby znajomości języka.

Zebrane przez niego obserwacje, uzupełnione własnymi poszukiwaniami (zrodzonym z fascynacji historią półwyspu i, przyznaję, także serialami) posłużyły mi do stworzenia krótkiego poradnika na temat dobrego życia po koreańsku.

Lekcja pierwsza: sztuka adaptacji

To ona pozwoliła zachować Koreańczykom swoją tożsamość przez wieki, mimo regularnych inwazji sąsiadów i silnych wpływów amerykańskich po II wojnie światowej. Dla osób wychowanych w zachodniej kulturze, gdzie promuje się indywidualizm, nunchi, czyli dosłownie „miara oka” – określenie na koreańską inteligencję emocjonalną, może być mało intuicyjne. Opiera się bowiem głównie na adaptowaniu do zastanej sytuacji.

Do najważniejszych zasad nunchi należy umiejętność czytania między wierszami, uważne słuchanie zamiast zalewania rozmówcy gradem pytań, przestrzeganie reguł zachowania i obserwowanie całości kontekstu z otwartym umysłem. Na przykład w Korei Południowej żadnemu sprzedawcy nie przyszłoby do głowy zapytać, czy klient chce torebkę – każda rzecz pakowana jest prawie jak na prezent – ale już w koreańskim sklepie w Warszawie takie pytanie pada, bo ekspedienci zaobserwowali, że u nas często z reklamówek rezygnujemy. To dość przyziemna sprawa, ale wynika właśnie z nunchi. Warto się w nim ćwiczyć, bo tzw. bystre nunchi zapewnia dobre relacje, a te przynoszą korzyści niezależnie od szerokości geograficznej.

Republika Korei to prawie połowa górzystego wąskiego półwyspu otoczonego morzem, zamieszkanego przez ponad 50 mln ludzi wybuchowych, wylewnych i serdecznych. (Fot. iStock)Republika Korei to prawie połowa górzystego wąskiego półwyspu otoczonego morzem, zamieszkanego przez ponad 50 mln ludzi wybuchowych, wylewnych i serdecznych. (Fot. iStock)

Lekcja druga: poczucie wspólnoty

W Korei Południowej już od małego uczy się dzieci zwracania z szacunkiem do innych. W języku przyjmuje to postać dość skomplikowanych do opanowania przez obcokrajowców formuł grzecznościowych (uzależnionych przede wszystkim od wieku i statusu społecznego), na co dzień sprowadza się do zasady „nie jesteś sam”.

Stąd właśnie bierze się cały szereg zachowań, na przykład związanych z biesiadowaniem, w którym jak w soczewce skupiają się obyczaje. Choćby ten, że na koreański stół zwyczajowo, przynajmniej w sytuacjach nieformalnych, trafia szereg dań w małych miseczkach. Stawiane są na środku, jednak nikt nie nakłada sobie porcji na swój talerz z ryżem, a za każdym razem sięga pałeczkami po odrobinę potrawy. To „jedzenie z jednej miski” bierze się właśnie z poczucia wspólnotowości – dla kogoś mogłoby zabraknąć, więc jak mogę troszczyć się tylko o to, żeby się samemu najeść?

Wspólnotowość mieszkańców Korei Południowej wyraża się w spontanicznych propozycjach wyjścia na miasto, którym często towarzyszy hasło 'ja stawiam'. (Fot. iStock)Wspólnotowość mieszkańców Korei Południowej wyraża się w spontanicznych propozycjach wyjścia na miasto, którym często towarzyszy hasło "ja stawiam". (Fot. iStock)

Ta sama perspektywa ujawnia się m.in. w komplementowaniu posiłku, co Marcin Jacoby ilustruje przykładem z życia domowego. „Gdy żona ugotuje coś dobrego, w Europie naturalnym zwyczajem byłoby powiedzenie czegoś w rodzaju: Dziękuję, było pyszne!, czyli: JA dziękuję, bo MNIE to smakowało. W Korei Południowej bardziej naturalne będzie powiedzenie: Ojej, ale się napracowałaś, czyli: TY musiałaś ciężko pracować, żeby przygotować coś dobrego. Przejawia się w tym myślenie relacyjne, zawsze o tej drugiej osobie”.

Wspólnotowość, a właściwie towarzyskość wyraża się także w spontanicznych propozycjach wyjścia na miasto, którym często towarzyszy hasło „dziś ja stawiam”. Nikogo to nie dziwi, w Koreańczykach nie rodzi też potrzeby rewanżu. Owszem, innym razem płaci ktoś inny, ale nie ma to nic wspólnego z wyliczeniem co do grosza. Znajoma opowiadała mi, że kiedy jako stażystka świeżo po studiach czekała na pierwszą wypłatę, mogła zaprosić kolegów z pracy tylko na lody, ale i tak wszyscy się dobrze bawili. Jeśli jednak zaproszonym jest obcokrajowiec, może dojść do nieporozumienia.

W zbiorze artykułów, które ukazały się pod tytułem „Struktura świadomości Koreańczyków”, koreański dziennikarz Lee Gyutae opisuje swój wyjazd na safari z parą Amerykanów, podczas którego zapłacił za lunch całej trójki. Koreańskim zwyczajem – wyjaśnia. W dalszej drodze jego towarzysze początkowo prosili kierowcę o częste przystanki na kawę, owoce czy przekąskę, a po pewnym czasie to się zmieniło. Obserwując ich postawę, Gyutae uświadomił sobie, że chcieli zrewanżować mu się za gościnę, a gdy tylko suma wydatków podczas tych krótkich przerw – za każdym razem to oni zapraszali – osiągnęła koszt lunchu, poczuli, że spełnili swój obowiązek. Nieświadomi tego, że zachowanie dziennikarza było spontaniczne, a ich poprawność tylko sprawiła mu przykrość.

Lekcja trzecia: eklektyzm

Kuchnia koreańska od kilku lat cieszy się rosnącym zainteresowaniem poza krajem pochodzenia, i to nie tylko w Stanach Zjednoczonych, co mogłoby wynikać z dużej grupy imigrantów, ale nawet w Polsce. To raczej światowy trend towarzyszący zainteresowaniu K-popem, K-dramą, K-beauty i innym elementom kultury życia codziennego eksportowanym na wszystkie kontynenty. I mimo że kuchnia koreańska za granicą ma raczej formę popularną, to zachowuje swój rdzeń, czyli mix smaków (szczerze mówiąc przede wszystkim ostrych).

Kultura mieszania, jak wyjaśnia Marcin Jacoby, wiąże się z ceremoniami ku czci przodków, którym składano potrawy ofiarne, ale Koreańczycy zaadaptowali ją do wszystkich sfer życia. Zatem choć współczesność zwłaszcza w wielkich miastach (w samym Seulu mieszka dziś ponad 9,5 mln osób, a w drugiej co do wielkości aglomeracji Pusan – prawie 3,5 mln) bardzo silnie naznaczona jest wpływami amerykańskimi: zapożyczenia językowe, marki ubrań czy sieciówki kawowe, nie oznacza to odrzucenia własnych obyczajów. Głównym elementem kuchni jest w dalszym ciągu kimchi, czyli kiszonki z warzyw; na uroczystościach rodzinnych, zwłaszcza ślubach, wiele osób pojawia się w tradycyjnych strojach, tzw. hanbokach, i liczni mieszkańcy Korei Południowej niezależnie od wyznania zwracają się o pomoc do szamanek.

Koreańczyków już od małego uczy się szacunku do innych. W uproszczeniu sprowadza się to do zasady 'nie jesteś sam', co przejawia się m.in. w jedzeniu z przysłowiowej jednej miski. (Fot. iStock)Koreańczyków już od małego uczy się szacunku do innych. W uproszczeniu sprowadza się to do zasady "nie jesteś sam", co przejawia się m.in. w jedzeniu z przysłowiowej jednej miski. (Fot. iStock)

Lekcja czwarta: trening schludności

O ile wiele zagranicznych obyczajów trudno jest bezpośrednio implementować, bo trzeba by zmian systemowych czy wcześniejszej edukacji społecznej, to już bycie schludnym nie wymaga niczego poza dobrą wolą. (Terapeuci alarmują wprawdzie, że tzw. trening czystości zabija w nas kontakt z ciałem i odczuwanie emocji, ale wierzę, że higienę można sobie przyswoić w mniej inwazyjny sposób). Koreańskim symbolem schludności są publiczne łaźnie, podzielone na kilka stref, w tym ostatnią wypoczynkową, która bywa, że staje się noclegownią. Nie tylko dla backpackersów, ale – jak zauważyłam w kilku serialach – także dla okresowo pozbawionych domu Koreańczyków. Co ciekawe, zamiłowanie do higieny łączy się z powszechnym w koreańskim społeczeństwie brakiem genu wywołującego nieprzyjemny zapach potu. Przeprowadzone na uniwersytecie w Bristolu badanie wskazuje, że ma go mniej niż promil mieszkańców półwyspu. I dla porównania: ok. 98 proc. mieszkańców Europy...

  1. Psychologia

Ojciec i syn. Kiedy nadchodzi czas na oczyszczającą rozmowę o przeszłości?

Ojcowie często nie mówią otwarcie o pragnieniu miłości i akceptacji. Szukają kontaktu, odwołując się do synowskiego obowiązku troszczenia się o starego ojca, do poczucia winy. A synowi trudno rozpoznać te sygnały jako wyraz chęci zbliżenia się. (Fot. iStock)
Ojcowie często nie mówią otwarcie o pragnieniu miłości i akceptacji. Szukają kontaktu, odwołując się do synowskiego obowiązku troszczenia się o starego ojca, do poczucia winy. A synowi trudno rozpoznać te sygnały jako wyraz chęci zbliżenia się. (Fot. iStock)
Porządkujące, oczyszczające rozmowy o przeszłości z ojcem to najlepsze, co syn może zrobić dla siebie. To także szansa dla ojca. I dla całego systemu rodzinnego. W ten sposób mężczyźni przełamują pokoleniową falę niezrozumienia, chłodu i obcości między ojcami i synami – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

Przyjaciel opowiadał mi o przełomowym momencie w jego dorosłej relacji z ojcem. Otóż oglądał z synkiem „Czterech pancernych i psa”, ten odcinek, gdy Janek odnajduje ojca i idą tak do siebie wzdłuż brzegu morza. I wtedy właśnie mój przyjaciel wybuchnął płaczem, zaczął szlochać, co nie zdarzyło się nigdy w trakcie jego dorosłego życia. Gdy ochłonął, uświadomił sobie, jak bardzo tęskni za ojcem. Pamiętał dwie sceny z tatą z dzieciństwa, a potem już go nie było, mama niechętnie go wspominała. Niedawno odnalazł ojca.
Pogratulować. Ten mężczyzna zrobił coś bardzo ważnego dla siebie, swojego syna i przyszłych pokoleń mężczyzn. Zwracając się do ojca, zaakceptował przeszłość. Zaakceptował niedoskonałość ojca, a poprzez to także własną niedoskonałość. Nie wstydził się emocji. Nazwał je i pozwolił, aby nim pokierowały.

Czasem ojciec czeka na rozmowę z synem całe życie. Czeka, aż syn powie: „Tato, może nie wszystko było super, ale starałeś się, byłeś dobrym ojcem, dziękuję ci”. Robert Bly, autor „Żelaznego Jana”, twierdzi, że większość mężczyzn umiera w poczuciu, że nie sprawdzili się jako ludzie i jako ojcowie. Dorosły syn ma moc, by uspokoić sumienie ojca.
Ojcowie czekają na to, ale raczej nieświadomie. Szukają sposobności, aby odbudować kontakt z dorosłym synem. Robią to niezgrabnie, na przykład prosząc, aby syn załatwił im coś w urzędzie. Ojciec nie mówi otwarcie o pragnieniu miłości i akceptacji. Szuka kontaktu, odwołując się do synowskiego obowiązku troszczenia się o starego ojca, do poczucia winy: „Nie przyjeżdżasz, nie dzwonisz…”. Synowi trudno rozpoznać te sygnały jako wyraz chęci zbliżenia się. Dlatego zbywa ojca: „Wiesz, jaki jestem zajęty”. A gdyby tak spytał: „Stęskniłeś się za mną, tato? Chciałbyś się spotkać, porozmawiać? Spotkajmy się”. To mógłby być dobry początek rozmowy.

Z kolei gdy synowie chcą się zbliżyć – bo np. obejrzeli poruszający film – ojciec jest przerażony! To jest autentyczna historia: Syn dzwoni do ojca i mówi: „Tato, ostatnio myślałem, co dla mnie zrobiłeś, i chcę ci podziękować. Kocham cię…”. A ojciec na to: „Dobrze się czujesz?”.
Albo: „Mów od razu, czego potrzebujesz!”, albo: „Bądź mężczyzną! Widzę, że się rozklejasz”. Ojcowie, którzy przez całe życie odcinali się od swoich uczuć, nie są w stanie przyjąć uczuć syna.

Jak miałaby wyglądać rozmowa między ojcem a synem po latach milczenia, zdawkowych powitań i pożegnań, chłodu i obojętności?
Trzeba uporządkować i oczyścić przeszłość. Syn nazywa i wyraża uczucia, jakie żywi do ojca. Mówi, jak zapamiętał dzieciństwo, jak się czuł jako dziecko, co przeżywał i czego doświadczał, i jak to wpłynęło na jego dorosłe decyzje i wybory.

Wielu ojców stosowało i stosuje wobec synów przemoc psychiczną, emocjonalną, a nierzadko fizyczną. Jak o tym mówić bez gniewu, wściekłości czy lęku?
Mówić o tym, jak trudno mówić: „Jeszcze dziś czuję paraliżujący lęk, gdy przypominam sobie, jak musiałem przed tobą uciekać, drżałem już w momencie, gdy słyszałem twój pijany bełkot za drzwiami po nocy. Bardzo cierpiałem i chcę, żebyś o tym wiedział. Ciągle jestem wściekły, gdy pomyślę, co działo się w domu. Potrzebuję ci o tym powiedzieć i jestem pewny, że ty potrzebujesz usłyszeć. Nie oskarżam cię, nie oczekuję, żebyś mnie przepraszał, tylko żebyś wysłuchał”.

Ojcowie w takich sytuacjach zaprzeczają, bronią się, atakują, oskarżają syna o niewdzięczność.
Jednak stało się – syn powiedział, a ojciec usłyszał. Ten przekaz nie ginie. Ojciec nie jest na tyle silny i dojrzały, żeby spokojnie przyjąć słowa syna, ale na głębszym poziomie czuje ulgę, gdy to, co ukryte, zostaje nazwane. Synowi łatwiej wtedy zaakceptować ojca takim, jaki był i jaki jest. I relacja między nimi pomału się zmienia – jest prawdziwsza, bardziej bezpośrednia.

Raczej nie ma co liczyć na to, że ojciec się otworzy, przyzna do błędów, powie: „Tak mi przykro, synu, że cię opuściłem, że byłem przyczyną twojego cierpienia”. Taka reakcja wymagałaby sporej samoświadomości, a przede wszystkim akceptacji swojej niedoskonałości. Ojcowie często wpadają w pułapkę doskonałości. Nie wiedzą, że przyznanie się do błędu wobec syna i najbliższych jest wyrazem siły. To jest cecha wojownika.

Ojcowie nie mogą się pogodzić z tak jawną niesprawiedliwością, przecież się starali, żeby syn miał wszystko, wyszedł na ludzi.
Syn może wtedy powiedzieć: Doceniam to, jestem wdzięczny, ale zabrakło mi tego i tego. Dobrze, żeby przed rozmową z ojcem poznał jego historię, dzieciństwo, młodość; dowiedział się, jakim presjom i ograniczeniom podlegał. Gdy syn poznaje szerszy – rodzinny, społeczny, polityczny – kontekst życia ojca, zaczyna postrzegać go nie tylko jako sprawcę cierpienia, ale także jako ofiarę, a to wiele zmienia.

Gdy zagłębiamy się w historię życia naszych ojców, uświadamiamy sobie, że oni także – jak każdy – na swój sposób dążyli do szczęścia. Mogli robić to w opaczny sposób, który niósł cierpienie, ale my także fundujemy sobie i innym rozmaite odmiany cierpienia. W czym jesteśmy lepsi?

Gdzie miałaby się odbyć rozmowa z ojcem?
Rozmów może być kilka. Można wracać do różnych wątków z przeszłości. Gdzie? Na pewno w cichym, spokojnym miejscu. Można zaprosić ojca do siebie, na długi spacer, na ryby. To może być też rozmowa przy okazji wspólnego malowania mieszkania, prac w ogrodzie. Gdy jest więcej czasu, można zabrać ojca na kilka dni do miejsc jego dzieciństwa. Już samo bycie razem jest budujące i integrujące.

Czytałam o mężczyźnie, który zabrał ojca do lasu i powiedział: „Nie wrócimy, dopóki się nie rozmówimy!”. Inny zamknął na klucz drzwi szpitalnego pokoju, w którym ojciec leżał, i oznajmił: „Teraz cię mam!”.
Mężczyźni bywają zdumieni tym, że gdy odważą się wyrazić gniew i wściekłość wobec ojca, to pod tymi uczuciami odnajdują smutek i żal; a gdy wypłynie smutek, zostaje już tylko miłość. Spontanicznie zaczyna napływać mnóstwo ciepłych uczuć, wspomnienia dobrych chwil z ojcem: gdy uczył jeździć na rowerze, otulał kurtką, czytał do snu.

Jeden z mężczyzn, wiedząc, że będziemy rozmawiać na ten temat, zapytał, co zrobić, gdy ojca nie ma i nigdy nie było w życiu syna.
Napisać list. Jeśli zasiadamy do pisania z pustką w głowie, to właśnie tak zacząć: „Czuję pustkę. Nie wiem, o czym pisać…”. Potem podążać za tym, co się pojawia, co odczuwamy. Pozwolić popłynąć opowieści. Gdy list jest gotowy, odczytać go na głos, wyobrażając sobie ojca, który to słyszy. Takich listów można napisać na przestrzeni miesięcy czy lat kilka. Można je spalić, zakopać, wrzucić do rzeki. Podobnie postępujemy w przypadku, gdy ojciec nie żyje. Wyobrażamy sobie, że siedzi naprzeciwko i słucha. Możemy mówić też do zdjęcia.

To wydaje się proste. Jednak bezpośrednia rozmowa z zamkniętym emocjonalnie ojcem, gniewnym i nieszczęśliwym, to jak zderzenie z lodową ścianą. Dlaczego mężczyzna miałby podjąć to wyzwanie?
Ponieważ to najlepsze, co może dla siebie zrobić. Jeśli za tym nie pójdzie, będzie nosić w sobie ciężar, a to pochłania mnóstwo energii i komplikuje życie. Szczera rozmowa z ojcem to także szansa dla ojca na przyjęcie odciętych części siebie; niewykluczone, że z niej skorzysta.

Co dzieje się w życiu mężczyzny, który nie skonfrontował się z ojcem?
Przenosi relację z ojcem na relacje z innymi mężczyznami. W kontakcie z mężczyznami starszymi czuje lęk i napięcie. Widać to na przykład w pracy. Bardzo często młodzi menedżerowie zachowują się bezwzględnie wobec starszych mężczyzn, dokonują cięć kadrowych. Mówi się wtedy, że starsi mają nawyki, których nie sposób wykorzenić, że korporacji potrzebna jest świeża krew. Miałem takiego klienta: na szczęście zanim zwolnił dobrego fachowca, zorientował się, że widzi w nim ojca, wobec którego nie wyraził lęku, złości i rozpaczy, i że chęć zwolnienia go jest podświadomą zemstą na ojcu.

Czy mężczyzna może być dobrym liderem, szefem czy przywódcą, gdy w środku jest zrozpaczonym, smutnym chłopcem? Gdy nie podjęliśmy próby konfrontacji z autorytetem ojca, to tak, jakby chłopiec w nas ciągle nie mógł dorosnąć. Czy może być szefem ktoś, kto nie dorósł? Mężczyzna ma poczucie, że jest słaby, nie poradził sobie, nie wyraził swoich uczuć i potrzeb, uległ. Ale nie pokazuje tego, stara się być silny, chodzi na siłownię, żegluje, jeździ na nartach, gra w tenisa. Zachowanie tych pozorów wymaga potwornego wysiłku. Niemożliwe, aby taki mężczyzna mógł czerpać z pracy radość i satysfakcję. Z pewnością czerpie różne gratyfikacje, finansowe, prestiżowe, towarzyskie. Może dążyć do kariery – menedżerskiej, naukowej czy artystycznej – jednak trudno mu poczuć się spełnionym człowiekiem. Rola lidera wymaga umiejętności emocjonalnych. Cele, strategie, techniki kreatywności są ważne, jednak najważniejsze jest to, co dzieje się między ludźmi. Lider, który nie radzi sobie z emocjami, pogarsza sytuację w firmie.

Mężczyzna, który nie skonfrontował się z własnym ojcem, boi się być ojcem. Niejednokrotnie spotykałem młodych mężczyzn, którzy nie mogli się zdeklarować w tym względzie, co w końcu doprowadzało do rozpadu ich związków z kobietami. To były dramatyczne sytuacje, ponieważ kochali te kobiety. Jednak tak sabotowali temat małżeństwa i rodzicielstwa, że kobiety w końcu były zmuszone podjąć decyzję o rozstaniu.

  1. Psychologia

Wypalenie życiowe – jak sobie z nim radzić? Rozmowa z Katarzyną Miller

Wypalenie pojawia się, gdy człowiek nie umie stosować płodozmianu. Więc kiedy nic mi się nie chce, to nawet się o to nie obwiniam. Bo to naturalny skutek tego, że się nadużyłam. (Fot. iStock)
Wypalenie pojawia się, gdy człowiek nie umie stosować płodozmianu. Więc kiedy nic mi się nie chce, to nawet się o to nie obwiniam. Bo to naturalny skutek tego, że się nadużyłam. (Fot. iStock)
Po pracy i po każdym wysiłku, także stresie, niezbędna jest regeneracja. Nie da się ciągle tylko dawać siebie innym i światu. Dlatego, jak mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller, ważne jest, by mieć takie momenty w ciągu dnia, gdy świadomie i z całkowitym przyzwoleniem możesz powiedzieć: „a od tej chwili już mnie nikt nie obchodzi”.

Tym razem chciałam porozmawiać o wypaleniu, ale w szerszym ujęciu niż dziś je rozumiemy. Czyli nie tylko zawodowym, ale też o wypaleniu w związku, wypaleniu w roli matki, wypaleniu życiowym. Oraz o wypaleniu pandemicznym, które ostatnio zaobserwowałam u siebie...
O, sądzę, że to ostatnie jest o wiele bardziej powszechne niż nam się wydaje. Ja też je silnie czuję. Mam nawet czysto biologiczne objawy: nie pamiętam, co przed chwilą czytałam, co ktoś do mnie mówił; zapominam nazwiska ludzi, o których właśnie mówię; nie wiem, co miałam za chwilę zrobić... Spadnie mi długopis na podłogę, to płakać mi się chce: „Jeszcze i to?!” – myślę z wyrzutem właściwie nie wiadomo do kogo.

Mam już po kokardę tej pandemii. Jestem wkurzona, ale i zmęczona, zrezygnowana. Nic mi się nie chce. Najchętniej bym leżała i... właściwie nie wiem co. Bo spać też mi się nie chce. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że moja sytuacja jest poniekąd luksusowa, bo siedzę sobie wygodnie w moim ukochanym mieszkaniu i w każdej chwili mogę pojechać też na wieś, ale i tego mi się nie chce. Jedyne, co jeszcze mi się chce, to czytać książki i oglądać filmy. W czasie lockdownu rzuciłam się na kryminały Lee Childa. I kiedy czytałam o przygodach Jacka Reachera, to przez chwilę miałam poczucie niezwykle intensywnego życia. Ale gdy odkładałam książkę, to było takie plum... jak do głębokiej studzienki. Ta niemożność zrobienia niczego, ta bezradność wręcz uwłaczają człowiekowi.

Zaczęłam nawet lubić wizyty u lekarza, bo przynajmniej wychodziłam z domu, wsiadam do samochodu, ruszam się. Czasem myślę, że ci, którzy siedzą w domu z dziećmi, ze zdalną pracą i nauczaniem, mają lepiej, bo chociaż coś się dzieje; a czasem myślę, że mają gorzej – bo przecież za tyle osób więcej muszą odpowiadać. I liczyć się nie tylko z własnym poirytowaniem.

Wszyscy mamy dość. Tej niepewności i bezradności, tego wiecznego napięcia pod tytułem: „Kiedy to się wreszcie skończy?”. Nie mówiąc już o ludziach, których spotkały reperkusje finansowe czy którzy kogoś stracili...

Od ponad roku słyszymy dzienne statystyki zachorowań i zgonów. A przecież bywają dni, kiedy nie wywołują w nas reakcji. Z czego bierze się to zobojętnienie?
Pewne rzeczy są od nas niezależne, także niektóre procesy zachodzące w naszym organizmie. Jeśli człowiek sobie uświadomi, że ma sobie pomóc w tej chwili, w dodatku jeszcze znajdzie resztkę energii, to to zrobi, ale jeśli sobie nie uświadomi – to się w siebie zapada. Najgorsze w stresie jest to, kiedy jest długotrwały i pozbawia cię poczucia wpływu. Wtedy jesteś załatwiona.

Mnie pomaga trochę, że wyszło słońce, że pojawiła się zieleń.
Oj, mnie też. Nakupiłam sobie bratków, namiętnie też ustawiam w wazonach kwiaty. Zieleń, owszem, trochę mnie cieszy. Ale przecież ludzi, którzy są w głębokiej depresji lub są naprawdę wykończeni, nawet to nie rusza. My akurat mówimy nie o depresji czy wykończeniu, a o stanie przedłużonego zmęczenia, znużenia i wypalenia. Tu można coś jeszcze zdziałać. No bo w sumie o co chodzi? Przecież nie przesiedlają nas ze wschodu na zachód z jedną kozą i pierzyną pod pachą. Tak jak mówię, mamy luksus prowadzenia w miarę normalnego życia. Choć smutnego.

No i jak to brzmi: mam dosyć seriali. Mam dosyć książek. Mam dosyć chodzenia do tego samego parku. Ale przecież można mieć tego wszystkiego dosyć.
Człowiek ma problemy, na jakimkolwiek by był poziomie życia. A ponieważ teraz wszyscy mamy ten sam problem i wszyscy go podobnie przeżywamy, trochę to pomaga. Mnie pomaga. A tobie?

Mnie pomaga wspólne narzekanie. Choć zawsze ostrzegamy, by nie weszło nam w nawyk.
Czym innym jest jednak powiedzieć komuś, że i ty masz dość, że i ty zapominasz, co miałaś przed chwilą zrobić. To przynosi ulgę. Tobie i tej drugiej osobie.

W końcu od roku jesteśmy wszyscy w stanie permanentnego napięcia i podminowania. Może na jakiś tydzień lub dwa udało się nam wyjechać i zapomnieć, ale potem znów wróciło.
Od roku pracuję z pacjentami głównie online lub przez telefon. Telefon daje jeszcze jaką taką intymność, ale okienka czatów i szare buzie rozmówców są już dla mnie nie do zniesienia. Chciałabym ich przytulić, uścisnąć, pogłaskać. I bardzo bym chciała, żebyśmy to potem nadrobili. Tylko trochę się boję, czy już nie odwykliśmy.

To też był trudny czas dla bliskich relacji. Czasem więc na to wypalenie pandemiczne nakłada się jeszcze wypalenie w związku.
Wybuchła pandemia i wszyscy zaczęli mówić, ile to będzie potem rozwodów. Ale też ile dzieci się urodzi. Jak zawsze są plusy dodatnie i plusy ujemne. Wielu osobom ten czas pokazał też, że bardzo fajnie jest im z tą drugą osobą, którą sobie wybrali na życie. Zawsze dobrze jest się dowiedzieć, ilu fajnych ludzi mamy wokół siebie, a nawet w domu. Pomocnych, cierpliwych i z poczuciem humoru. Bez poczucia humoru to ciężko w życiu, a zwłaszcza w pandemii.

Bywa, że do tego wszystkiego dokłada się jeszcze przemęczenie w pracy. Pamiętam irytację mojej znajomej, kiedy czytała rady na temat tego, co zrobić z nadmiarem wolnego czasu; podczas gdy dla takich jak ona, pracujących na portalu, to był i jest nadal najbardziej gorący okres.
Wiele osób od początku pandemii po prostu haruje albo w ogóle nie umie korzystać z wolnego czasu, bo się wtedy martwi. Nie uczą nas tego, by wykorzystywać moment. Jak robi mój ulubiony bohater Childa – Jack Reacher, o którym już wspomniałam. Jego myślenie jest takie: jesteś w barze, nie wiadomo, kiedy będziesz mógł zjeść – więc najedz się teraz. Masz gdzie się położyć i przespać, nie wiadomo, kiedy znowu będziesz miał – więc lepiej się połóż. Czyli korzystaj z tego, co masz. Ja też powtarzałam to moim pacjentom: nie musisz dojeżdżać do pracy, to zrób w tym czasie coś, na co miałeś ochotę wtedy, kiedy dojeżdżałeś do pracy. Na przykład na mnie najbardziej działa, kiedy mogę włączyć muzykę, którą lubię. Mam takie rytmy, które ruszają moje ciałko, a kiedy ciałko się rusza, to już wiem, że jest dobrze. Mądra młodzież to robi nagminnie.

Można też zgasić światła, zapalić świeczki, założyć dresy i przykryć się kocem. Ja to bardzo lubię.
W domu zawsze trzeba przebywać w miękkich, serdecznych rzeczach. W ogóle powinniśmy częściej chodzić w ubraniach, które lubimy, a nie w „sztywniakach”.

A wypalenie życiowe – z czym jest zwykle związane? Z wiekiem?
Każde wypalenie pojawia się wtedy, gdy człowiek nie umie się reaktywować, regenerować i stosować płodozmianu. Pilnować tego, żeby co jakiś czas zrobić coś tylko dla siebie. Niedawno miałam spotkanie z kobietami, które opiekują się dziećmi i partnerami z hemofilią. One cały czas są nastawione na zadania, na opiekę, na pomoc. Przejmują bardzo dużo obowiązków za chorych. I strasznie się przy tym wyczerpują. Bo nie ma komu przejąć ich obowiązków. Do tego nie pozwalają sobie na żadne chwile zwątpienia, złości czy niezadowolenia. Bo one muszą dawać radę. W ogóle nie ma w naszej kulturze przyzwolenia na „nie daję rady”. Kiedy ktoś mówi: „Mam już wszystkiego dosyć”, to zaraz ktoś mu odpowiada: „Aż tak ci źle?! Zobacz, jak inni mają”. Jak tak można?".

A nie masz wrażenia, że częściej dopada nas wypalenie, bo zagubiliśmy nasze naturalne rytmy? Nie mam na myśli już nawet rytmu pór roku, ale choćby rytm dzienny, tygodniowy czy miesięczny. Ilu z nas pracuje nocami, zamiast spać? Albo w weekendy, zamiast odpoczywać?
No ja na przykład w weekendy mam warsztaty, ale dbam o to, by „odebrać sobie” dwa dni w środku tygodnia. Kiedyś rzeczywiście żyło się prościej, wolniej i bardziej cyklicznie. Na przykład w piątki nigdy nie jadło się mięsa, był więc od niego odpoczynek. A dziś często zapominamy, że to już piątek. Przecież dopiero co był poniedziałek. Nie na darmo przed świętami zwykle były posty. Pewne rzeczy, których nie lubię robić, bo są „kościółkowe”, miały i mają głęboki sens, bo są rodzajem zdrowego przygotowania do kolejnego etapu. Oczywiście to już wcześniej było w pogaństwie, chrześcijaństwo tylko dodało swoją nakładkę i na przykład był przednówek, a teraz jest Wielki Post.

Ja nie mogę i nie chcę zrezygnować z moich weekendowych warsztatów albo z wieczornego spotkania online, ale staram się przynajmniej pilnować, by robić sobie przerwy, nie spieszyć się lub potem sobie to „odrabiać”. Ale wiesz, co mnie najbardziej wypala? Prośby typu: „Pani Kasiu, pani nas podeprze na duchu”. Ja podpieram, nawet ochoczo, tylko kto potem podeprze mnie? Bo kiedy człowiek zbiera w sobie energię, serdeczność i życzliwość po to, by się nimi podzielić, to poziom tego wszystkiego u niego drastycznie spada. I trzeba się zregenerować. Nie dziwię się już temu, że siedzę parę godzin i nic mi się nie chce, i nawet się o to nie obwiniam. Bo to jest naturalny skutek tego, że się nadużyłam.

Nie można ciągle tylko dawać i dawać siebie innym lub światu.
Trzeba też coś z tego świata i od innych brać. Kobiety jednak o tym często zapominają, zwłaszcza w związkach. Dostosowują się do tego, czego chce ich partner. Bo kobiety są empatyczne, czyli wyczulone na cudze stany emocjonalne, nastroje, potrzeby. Zobacz, jak fajnie jest być z kobietą. Najprostszy przykład – dzwoni przyjaciółka i pyta: „Czy mogę zająć ci teraz chwilę? Odpowiadam: „Ale bardzo szybciutko, bo zaraz mam drugi telefon”. I ona się nie obraża, tylko się streszcza. Mój chłop dzwoni. „Nie mogę teraz” – mówię. „Znowu nie możesz? To kiedy będziesz w końcu mogła?”. Żadna kobieta by się tak nie zachowała. A mężczyźni tak mają, i już. Dlatego kiedy wchodzą do związku ze swoimi potrzebami, a czasem i oczekiwaniami, kobiety po prostu na to odpowiadają, reagują – albo żeby się nie obraził, albo żeby nie zrobiło mu się przykro, albo żeby dobrze o niej pomyślał. I już kupa energii idzie na to, by łagodzić konflikt, do którego jeszcze nawet nie doszło.

No właśnie, czasem tylko odpowiadamy. Odbijamy piłeczkę. A te piłeczki się nie kończą, lecą w naszym kierunku z regularnością tych wypuszczanych przez maszynę na kortach tenisowych.
I jeszcze się rozglądamy, by zobaczyć, czy jakiejś nie przegapiłyśmy. Ja się już nauczyłam i czasem nie reaguję w ogóle. Wtedy on się wkurza: „Czy ty mnie w ogóle słyszysz?”. „No tak, słyszę” – odpowiadam spokojnie. I nic nie robię. Oszczędzam swoją cenną energię.

Tak sobie myślę, że teraz, podczas pandemii, wszyscy trochę staliśmy się terapeutami – siebie i innych. Podnosimy na duchu, łagodzimy konflikty, wysłuchujemy. Nie da się tego robić bez regeneracji. Jak zatem ty, jako terapeutka, się regenerujesz?
No to już mówiłam: dzielę sobie czas na kawałki, które są tylko dla mnie. To jest niezwykle ważne, by świadomie i z całkowitym przyzwoleniem powiedzieć sobie: „A od tej chwili już mnie nikt nie obchodzi”. I wtedy sobie sprawdzam, na co mam ochotę. Na przykład poprzesuwałam różne rzeczy po to, by rano móc poczytać w łóżku, nie spieszyć się i mieć dobry początek dnia.

Czyli mówisz: wyłączaj się na świat...
Daj sobie prawo mieć swoje godziny. I bardzo pilnuj, by własnego, osobistego czasu nie oddawać ludziom jamochłonom. A jeśli już musisz, bo masz tego jamochłona blisko, to przynajmniej pilnuj widełek czasowych. „No dobrze, to zadzwoń potem” – mówi mój osobisty jamochłon. „Oddzwonię, kiedy będę mogła” – odpowiadam mu spokojnie. Jeśli ktoś jest bardzo namolny, to polecam nawet skłamać. Powiedzieć, że jesteś umówiona, że masz za pięć minut spotkanie albo telefon. Albo po prostu rzucić: „Przepraszam, ale muszę kończyć. Przykro mi, nie mam już czasu”. I pamiętajmy: nie musimy się z niczego tłumaczyć.

Dokładają nam kolejne obowiązki w pracy – co odpowiadać?
Można zapytać: „Która z tych spraw jest najważniejsza? Bo jeśli zależy ci na tej rzeczy najbardziej, to nią się zajmę. A że chcę ją dobrze zrobić, nie będę już mogła się zająć resztą”. Albo kiedy szef co chwila wydłuża ci listę rzeczy do załatwienia, spytaj: „Oczywiście, zaraz się tym zajmę, powiedz mi tylko, z której rzeczy mam zrezygnować. Bo chcę się skupić na tym, co jest najlepsze dla firmy”.

A jak wyjaśnić to dziecku, które ciągle domaga się naszej uwagi?
Z dziećmi jest taka prosta tajemnica, niektórzy ją znają, a inni odnoszą się do niej z wielką niechęcią. Otóż trzeba poświęcić im w ciągu dnia pewną porcję uwagi całkowicie, ale w taki sposób, żeby się z nimi bawić. Wtedy człowiek się nie męczy, a dziecko jest zachwycone. Można w coś zagrać, poganiać się, pobawić w chowanego lub zapasy, pogiglać się nawzajem. Ale jeśli rodzice mają dla dzieci głównie polecenia, to wiszą nad tymi dziećmi, a jednocześnie nad sobą, żeby ich z tych poleceń rozliczyć, a w domu jest ciągłe napięcie. Ja tak miałam z mamą na okrągło, za to z tatą się wygłupialiśmy. Tajemnica, o której mówiłam na początku, polega na tym, że jeśli poświęcimy dziecku taki pełen zabawy czas, to ono potem nas już nie będzie potrzebować. Nie będzie tego „mamo, mamo, mamo”, bo dziecko będzie naszą obecnością „nakarmione”. Niestety, bardzo dużo dorosłych nie umie się bawić, nie umie puścić wolno swojego wewnętrznego dziecka.

Czy powiedziałabyś, że jedną z oznak tego, że dopada nas wypalenie, jest to, że nie mamy już z życia przyjemności, zabawy?
Absolutnie tak. Jeżeli czujesz w życiu głównie przymus i niechęć, czyli te wszystkie „powinnam”, „muszę”, to jest to jedna z tych oznak. Bo oczywiście trochę obowiązków warto mieć i umieć je wypełniać, ale poza tym… bawmy się i dawajmy się innym bawić. A wtedy nigdy się nie wypalimy.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Kuchnia

Lody w 5 minut – jak przygotować ekspresowe lody w domu?

Fot. materiały Wydawnictwa Zawierciadło
Fot. materiały Wydawnictwa Zawierciadło
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Codziennie możecie się rozkoszować innym smakiem. Pod warunkiem, że Wasza zamrażarka ugina się od woreczków z zamrożonymi owocami. Oto przepisy na ekspresowe lody według Jolanty Naklickiej-Kleser.

Malina z wanilią

Składniki:

  • 1 szklanka mrożonych malin
  • ziarenka wydrążone z 1 laski wanilii
  • 1 banan

Sposób przygotowania: Wszystkie składniki wrzuć do blendera i miksuj pulsacyjnie, aż powstanie gładka masa. Od razu podawaj.

Fot. materiały Wydawnictwa ZawierciadłoFot. materiały Wydawnictwa Zawierciadło

Szaleństwo owoców leśnych

Składniki:

  • 1 szklanka mrożonych jagód
  • 1 szklanka mrożonych jeżyn
  • 1/2 szklanki jogurtu naturalnego
  • syrop z agawy do smaku

Sposób przygotowania: Wszystkie składniki wrzuć do blendera i miksuj pulsacyjnie, aż powstanie gładka masa. Od razu podawaj.

Fot. materiały Wydawnictwa ZawierciadłoFot. materiały Wydawnictwa Zawierciadło

Mango z kokosem

Składniki:

  • 1 mrożone mango pokrojone na kawałki
  • 1 szklanka śmietanki kokosowej

Sposób przygotowania: Wszystkie składniki wrzuć do blendera i miksuj puslsacyjnie, aż powstanie gładka masa. Od razu podawaj.

Fot. materiały Wydawnictwa ZawierciadłoFot. materiały Wydawnictwa Zawierciadło

Ananas z imbirem

Składniki:

  • 1/2 mrożonego ananasa pokrojonego w kostkę
  • 1/2 cm startego korzenia imbiru
  • 1/2 szklanki soku z gruszki

Sposób przygotowania: Wszystkie składniki wrzuć do blendera i miksuj pulsacyjnie, aż powstanie gładka masa. Od razu podawaj.

Fot. materiały Wydawnictwa ZawierciadłoFot. materiały Wydawnictwa Zawierciadło

Cynamonowy jabłecznik

Składniki:

  • 3 obrane, pokrojone w kostkę i zamrożone jabłka
  • kilka listków mięty
  • cynamon do smaku

Sposób przygotowania: Wszystkie składniki wrzuć do blendera i miksuj pulsacyjnie, aż powstanie gładka masa. Od razu podawaj.

Fot. materiały Wydawnictwa ZawierciadłoFot. materiały Wydawnictwa Zawierciadło

Marakuja górą

Składniki:

  • 1/2 zamrożonego i pokrojonego w kostkę ananasa
  • 2 marakuje
  • 1 szklanka jogurtu naturalnego
  • syrop klonowy lub miód do smaku

Sposób przygotowania: Wszystkie składniki wrzuć do blendera i miksuj pulsacyjnie, aż powstanie gładka masa. Od razu podawaj.

Fot. materiały Wydawnictwa ZawierciadłoFot. materiały Wydawnictwa Zawierciadło

Śliwka z jabłkiem

Składniki:

  • 1 obrane i pokrojone jabłko
  • 1 szklanka mrożonych śliwek
  • szczypta cynamonu do smaku
  • miód do smaku

Sposób przygotowania: Wszystkie składniki wrzuć do blendera i miksuj pulsacyjnie, aż powstanie gładka masa. Od razu podawaj.

Fot. materiały Wydawnictwa ZawierciadłoFot. materiały Wydawnictwa Zawierciadło

Więcej przepisów na lody, zimne desery i smoothie znajdziecie w książce "Lodovo, czyli domowe, zdrowe lody, zimne desery i smoothie" Jolanty Naklickiej-Kleser, Wydawnictwo Zwierciadło.

  1. Kultura

"Supernova" – wzruszająca eksplozja czułości

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Supernova" (Fot. materiały prasowe)
Szykujcie chusteczki. Laureat Oscara Colin Firth i nominowany do Oscara Stanley Tucci w jednym z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających duetów ostatnich lat złamią wasze serca na pół. „Supernova” w kinach już od 25 czerwca.

Stanley Tucci, przebojowy włoch z Nowego Jorku i angielski dżentelmen światowego kina Colin Firth, blisko dwadzieścia lat czekali, by znów pojawić się razem na dużym ekranie. Było warto, bo jak przekonują krytycy, w filmie „Supernova”, historii dojrzałej miłości, która zostaje wystawiona na najtrudniejszą próbę, ten fenomenalny duet aktorski doprowadzi do łez nawet największych twardzieli. – To opowieść o prawdziwej potędze miłości – zachwycał się Max Geo z magazynu Observer. – Piękny, czuły, złamie wasze serca na pół – napisał Devon Ivie z Vulture, a wtórowali im m.in. Jessica Kiang z Sight and Sound („Supernova” to wzruszająca eksplozja czułości) oraz Peter Bradshaw z The Guardian (Colin Firth i Stanley Tucci absolutnie błyszczą!).

Kadr z filmu 'Supernova' (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Supernova" (Fot. materiały prasowe)

Rozpoczynając pracę nad filmem, Harry Macqueen, reżyser i scenarzysta filmu „Supernova”, nie miał pojęcia jak wiele czeka go niespodzianek. Gdy zaprosił do projektu Stanleya Tucciego, nie tylko nie musiał go namawiać do tej roli, ale szybko usłyszał od niego propozycję nazwiska drugiego aktora, z którym ten chciałby zagrać w duecie. – I tak twórcy utkwili z laureatem Oscara w obsadzie? – żartował w wywiadzie ze Stanleyem Tuccim i Colinem Firthem gospodarz programu satyrycznego „The Late Show with Stephen Colbert”. – Dokładnie tak! – jednogłośnie potwierdzili aktorzy, którzy przyjaźnią się od lat i od dawna szukali scenariusza, który pozwoli im zabłysnąć w duecie.

Kadr z filmu 'Supernova' (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Supernova" (Fot. materiały prasowe)

Zdjęcia do filmu zrealizowano w zachwycającym angielskim parku narodowym Lake District, który już wielokrotnie gościł na dużym ekranie. Zrealizowano tam zdjęcia do ponad stu pięćdziesięciu filmów, w tym takich produkcji jak: „Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy”, „Królewna Śnieżka i Łowca”, czy serial „Wiedźmin”. W filmie „Supernova” zielone trasy Lake District, którymi Sam (Colin Firth) i Tusker (Stanley Tucci) podróżują w rytmie „Heroes” Davida Bowiego, przepięknie uchwycił dwukrotnie nominowany do Oscara operator Dick Pope.

„Supernova” – o filmie

Sam i Tusker są razem od ponad 20 lat i kochają się bezgranicznie. Kiedy okazuje się, że niedługo mogą zostać rozdzieleni przez chorobę Tuskera, wyruszają w długą podróż i cieszą się z każdej spędzonej wspólnie chwili. Z każdym kolejnym dniem odkrywają jednak, że podchodzą zupełnie inaczej do tego, co jeszcze przed nimi, a ich związek zostaje wystawiony na najtrudniejszą próbę.

„Supernova” od 25 czerwca w kinach.