1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Zakopane Sebastiana Karpiela-Bułecki

Zakopane Sebastiana Karpiela-Bułecki

W jego ustach słowa: „tradycja”, „rodzina” czy „obyczaj”, nabierają prawdziwej wartości. Pełen pokory wierzy, że „wszystko jakoś przychodzi i samo się układa”. Od red bulla woli żentycę, bo ona dopiero stawia na nogi! Pomysłów na nazwę jego kapeli było wiele, Gazdozbiór czy Zakopane Sound System. Wreszcie Sebastian Bułecka wymyślił Zakopower. Właśnie pojawiła się nowa płyta „zakopiańskiej siły”. Dojrzalsza, mocniejsza i jeśli to w ogóle możliwe, bardziej energetyczna.

 

Pracownia architektoniczna

Historia rodzinna. To świeży pomysł, do którego dopiero się zabieram, ponieważ do tej pory w moim życiu zbyt dużo się działo. Mój bratanek Jasiek razem z kolegą otworzyli tę pracownię już wcześniej. Ja dołączyłem do nich jako wspólnik. Chcę tu wrócić do rysowania, ponieważ je kocham. Rysowanie tak mnie wciąga, że po prostu znikam, przestaję istnieć na wiele godzin, do późnej nocy. Uważam, że muzyka i architektura mają wiele wspólnych cech. To podobny proces twórczy. Chciałbym, żeby nasza praca przypominała muzykę Zakopowera, czyli stała się połączeniem tradycji z nowoczesnością, budownictwa góralskiego z nowymi technologiami. Jednak jestem otwarty również na inne koncepcje i nie chciałbym się ograniczać. W tej chwili kończę projekt domu kolegi Wojtka [Topy] z Zakopowera. Chciał, żeby był taki bardziej witkiewiczowski, ale udało mi się go przekonać do wielkich przeszkleń z widokiem na góry.

Ojcem zakopiańskiego stylu w architekturze jest bardzo mi bliski Stanisław Witkiewicz, honorowy obywatel miasta. Myślę, że jego duch cały czas tu krąży, ponieważ był silnie związany z Zakopanem. To miasto ma magiczne przyciąganie. Nie bez przyczyny wielcy ludzie wciąż tu przyjeżdżali. Stefan Żeromski, Władysław Orkan, Kazimierz Przerwa Tetmajer, Karol Szymanowski, Jan Kasprowicz – każdy z nich uległ tutejszemu czarowi.

Dom dziadków

U rodziców mamy w Kościelisku spędziłem całe dzieciństwo. Tu dorastałem, tu się wychowałem. U dziadków: Stefanii i Józefa Gąsieniców Sobczaków, mieszkałem do końca szkoły podstawowej. Miałem to szczęście, że w bliskiej okolicy domu mieszkała cała nasza rodzina, wszyscy wujkowie i ciotki (dziadek z babcią mieli sześcioro dzieci i dla każdego zostawili majątek). Każdy z nich miał troje dzieci, dorastałem więc z kuzynostwem. Ja sam mam trójkę rodzeństwa: starszego o 20 lat brata i dwie starsze siostry – jedną o 15 lat, a drugą o 3 lata. My, dzieciaki, żyliśmy w jednej wielkiej sielance. Byliśmy wolni jak ptaki. Dookoła góry, las i pola. Takie góralskie dzieci z Bullerbyn. Każde imieniny, urodziny i święta były wielkimi rodzinnymi spotkaniami. Wspominam to naprawdę z dużym sentymentem. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jakie to było szczęście. Zdarzały się też oczywiście kłótnie, jak w każdej normalnej rodzinie, ale nie miały wielkiego znaczenia.

Gospodarstwo było duże i całe życie kręciło się wokół niego, a dziadkowie byli bardzo pracowici. Szczerze mówiąc, nigdy nie widziałem babci w innej sytuacji niż w czasie wykonywania jakiejś pracy, wszystko jedno, czy było to obieranie ziemniaków, czy praca na polu. Babcia, jak to babcia, była złotą, poczciwą kobietą. Gdy mama na mnie krzyczała lub próbowała złoić mi skórę, babcia zawsze stawała za mną murem.

Na pewno nauczyłem się tu wielkiej pokory wobec życia. Dziadkowie byli również ludźmi niezwykle bogobojnymi, którzy zaszczepili we mnie wiarę w Boga. Zawdzięczam im też dobrą znajomość gwary góralskiej. Na wsi życie płynie inaczej, panuje spokój i nie ma pędu. Do dziś udało się tę atmosferę zachować. Mimo że zaczęto budować tu coraz więcej apartamentów, nie wiem tak naprawdę po co, to niewiele się zmieniło. Patrzę teraz przez okno i wciąż widzę góry, które kocham. To one dyktują warunki.

Szkoła budowlana

Chodziłem tu przez trzy lata. W tym czasie wcale a wcale nie byłem takim porządnym człowiekiem jak teraz. Nie byłem, krótko mówiąc, grzeczny. Od 16. roku życia zacząłem już poważnie muzykować. Miałem swoją kapelę. Nazywała się Kapela Sebastiana Karpiela Bułecki, ponieważ tu jest taki zwyczaj, że nazwa pochodzi od nazwiska premisty, czyli tego, który jest takim jakby liderem.

Muzyka tak totalnie mnie pochłonęła, że zacząłem zaniedbywać szkołę. Powroty o szóstej rano, pobudka o ósmej, spanie na lekcjach i wagary były dla mnie normą. W pewnym momencie postanowiłem odejść z tej szkoły, bo to nie miało po prostu sensu. Miałem już tak nagrabione, że nie było po co nadal tu tkwić, to tylko pogarszało sytuację.

Maturę zdałem już w liceum. Hulałem jednak nadal, niestety muzyka i granie narażają człowieka na różne pokusy, również te związane z alkoholem. Taki miałem okres w życiu i już. Potem mi to na szczęście przeszło. Wtedy jednak byłem tym wszystkim mocno zachłyśnięty, wydawało mi się, że lepiej być nie może, że wystarczy tylko, że będę grał.

Muzyka, podobnie jak stolarstwo artystyczne, jest naszą rodzinną tradycją. Ojciec mojego ojca grał na skrzypcach, mój brat na skrzypcach i dudach. Z budowaniem poszedłem po linii i trafiłem na architekturę, bardzo chciałem też muzykować. Grałem głównie na skrzypcach, dudach podhalańskich, tzw. kozie, oraz na pasterskich instrumentach typu piszczałki. Wszystko to zawdzięczam mojemu bratu, to on mnie tym zaraził.

Skład tamtej kapeli był taki sam jak teraz Zakopowera. Jesteśmy wszyscy. Wojtek Topa, lutnik, robi skrzypce na światowym poziomie (nasz rodzimy mistrz Konstanty Andrzej Kulka gra na jego instrumencie). Bartek Kudasik jest dyrektorem Ośrodka Kultury w Białym Dunajcu, a z wykształcenia etnologiem. Józek Chyc Scepon, najstarszy z zespołu, mógłby być moim ojcem, bo ma w tej chwili 56 lat. Nie czuje się jednak tej różnicy. To człowiek młody duchem. Jest u nas basistą, z wykształcenia technikiem budowlanym, ale swoje prace artystyczne traktuje raczej jako hobby. Z Bartkiem i Wojtkiem razem dojrzewaliśmy muzycznie, Józek pojawił się trochę później. Mówimy do niego wujek, mimo że nie jest z nami spokrewniony. Taki jest zwyczaj na Podhalu, że do starszych mężczyzn tak się właśnie zwraca. Do starszych kobiet stosuje się formę „wy” (wyście była, wyście widziała). W taki sposób okazuje się im szacunek.

 
Najważniejsze w Zakopowerze jest to, że rozumiemy się bez słów – mamy ten sam sposób postrzegania świata, to samo poczucie humoru. A humor mamy bardzo specyficzny. Czasem bywa czarny, momentami kąśliwy, lubimy sobie inteligentnie podokuczać, czyli dawać sobie tzw. pasy. Oczywiście nikt się na nikogo za to nie obraża. Foto: Łukasz Gawroński

Pracowaliśmy na Zakopower przez 15 lat wspólnego grania. To, że w ogóle doszło do tego projektu, jest też zasługą ludzi, których udało się nam spotkać na swojej drodze, np. Wojtka Waglewskiego, Mateusza Pospieszalskiego, Kayah, Bregovicia, Zbigniewa Namysłowskiego. Wszyscy oni dostrzegli w nas potencjał i namawiali do zrobienia czegoś swojego. Wielki wkład w naszą „karierę” ma zwłaszcza Mateusz Pospieszalski, ojciec chrzestny Zakopowera. To on skomponował większość piosenek na naszą pierwszą płytę i wyprodukował ją. Na nowym albumie też z nim pracujemy.

Pozostał dobrym duchem zespołu. Nasza nowa muzyka jest mocniejsza, ma ostrzejsze brzmienie. Gra z nami Nigel Kennedy, który pewnego dnia zadzwonił do nas i oświadczył, że jest wielkim fanem Zakopowera. Chciał koniecznie się z nami spotkać. Przyjechał do Zakopanego i zagraliśmy wspólną próbę. Wszystko się zazębiło. Od razu wpadłem na pomysł zaproszenia go do udziału w nagraniach do nowej płyty. Był wniebowzięty, pojechaliśmy więc do jego londyńskiego studia, gdzie nagrał elektryczne skrzypce do sześciu piosenek. Na poprzedniej płycie grali też różni sidemani, na nowej gra zwarty zespół, który w ciągu dwóch lat obrał jakiś kierunek. I wydaje mi się, że tę dojrzałość słychać.

Dom siostry

Mieszka w nim moja siostra z mężem i prowadzą pensjonat. Dom zbudował mój ojciec. Pomieszkiwałem tu, gdy byłem w szkole średniej, bo stąd miałem bliżej do szkoły. Obok domu stoi pracownia taty, który z wykształcenia jest technikiem budowlanym. Jego wielką pasją było i jest stolarstwo artystyczne. Wszystko, co znajduje się w tym domu, każdy mebel, zrobił własnoręcznie. Mój brat, również architekt, bardzo dobrze rzeźbi. Jak już wspominałem, stolarstwo to nasza druga obok muzyki rodzinna tradycja. Ojciec mojego ojca był cieślą i budował drewniane domy. Ja jestem architektem.

Wspaniała zakopiańska architektura jest wciąż bardzo żywa. Tak samo jak muzyka i kultura góralska, która żyje w nas bardzo mocno. Myślę, że oprócz Kaszub nie ma drugiej tak mocnej kultury w Polsce. Tu nadal można spotkać ludzi wychodzących z kościoła w tradycyjnych góralskich strojach. Nie chcą szpanować, ubierają się w ten sposób z naturalnej potrzeby. Muzyka góralska nie gra tylko w knajpach dla turystów, ale na każdym pogrzebie, na chrzcinach, na weselach. Towarzyszy życiu.

Górale nie ulegają wpływom. Zawsze byliśmy trochę z boku. Całe to dziadostwo świata do nas nie dochodziło. Mieliśmy kontakt jedynie ze Słowakami i Węgrami, ponieważ mamy do nich blisko. Z Zakopanego bliżej jest przecież do Budapesztu niż do Warszawy. Poza tym dookoła nas jest las. Zanim ktoś się tu przedarł, to zdążył się już tak wymęczyć po drodze, że czasem po prostu wolał wrócić, skąd przyszedł. Dawniej nie znaliśmy tu polskich przekleństw typu kurwa (przepraszam za wyrażenie). Gdy ktoś miał ochotę przekląć, to klął po węgiersku, bo tylko tak potrafił. Do dziś pamiętam, że gdy mój dziadek zaciął się w palec młotkiem, wykrzykiwał: „Basamteteremtete”, czy coś takiego.

Dolina Małej łąki

To moje magiczne miejsce. Ulubiona, piękna, barwna dolina. Przychodzę tu, gdy mam wszystkiego dość, bo często mnie coś dołuje. Może to taka cecha muzykanta? Jestem bardzo podatny na bodźce. Może jestem nadwrażliwy i dlatego łapię takie smutki? Lekarstwem na to bywa czas. I spokój. Nie ma innej rady. A mój spokój to często pozory, a wewnątrz mnie jedna wielka erupcja. Do spokoju chyba trzeba dojrzeć. Może warto dostać parę razy po głowie? Zastanowię się nad tym bardziej, gdy skończę 80 lat.

W Dolinie Małej łąki jest stara leśniczówka, w której leśniczym był kiedyś mój pradziadek, przydomek „Dziaduś”. Znam go tylko z opowieści wujków. Był muzykantem, barwną podhalańską postacią. „Dziadusiowi” udało się tu nieraz coś ustrzelić. Nie jestem pewien, czy był to legalny odstrzał, czy zwykłe kłusownictwo, ale wujek opowiadał mi, że „Dziaduś” czasami przynosił z lasu do domu dziadków coś do zjedzenia. Teraz leśniczówka jest własnością Tatrzańskiego Parku Narodowego z nowym leśniczym z przydziału, który pilnuje całej doliny.

Sopa

Spędziłem tu mnóstwo czasu. To knajpa mojego kolegi, świetnego basisty Jaśka Zatorskiego. Jedna z pierwszych prywatnych knajp w Zakopanem. Był rok 1995, przy wejściu do Sopy ustawiały się wtedy długie kolejki. Jasiek potrafił tworzyć tu świetny klimat, może dzięki temu, że sam muzykował? Wieczorami schodzili się tu wszyscy muzykanci. Garnęli się do tego miejsca, wiedząc, że nikt ich stąd nie wyrzuci i mogą siedzieć do białego rana. Grać i śpiewać do woli, bo Jasiek ma taki sam przelot jak oni. Był taki czas, że przychodziłem tu dosłownie codziennie. Wszystko rozpoczynało się o 19, a potem, jeśli mieliśmy na to ochotę, odbywały się tzw. jamy. Wydawało mi się to wtedy największym szczęściem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Gdy problem leży w psychice. Psychosomatyka a odchudzanie

Są dwa rodzaje głodu: jeden bierze się z ciała, drugi z głowy – mówi Justyna Domanowska-Kaczmarek, psycholożka zajmująca się problematyką żywieniową. (Fot. iStock)
Są dwa rodzaje głodu: jeden bierze się z ciała, drugi z głowy – mówi Justyna Domanowska-Kaczmarek, psycholożka zajmująca się problematyką żywieniową. (Fot. iStock)
Chcesz stracić na wadze? Zapomnij o dietach cud i wyczerpujących głodówkach. Zacznij myśleć.

W dzisiejszym świecie ogarniętym obsesją perfekcjonizmu i kultem ciała problem odchudzania dotyczy prawie każdego, począwszy od dojrzewających nastolatków, a kończąc na poważnych biznesmenach. Gazety, internet i telewizja są pełne porad, zwierzeń, cudownych diet i zdjęć typu „przed i po”. Jak w tym wszystkim zachować zdrowy rozsądek?

Nie liczyć na cud

Żeby zmienić złe nawyki, trzeba zacząć od pogłębienia swojej świadomości żywieniowej. Pomóc w tym może profesjonalista, ale nic nie dzieje się za dotknięciem magicznej różdżki. – Cudowne kuracje typu „5 kg w 2 tygodnie” czy drakońskie głodówki to strata czasu – mówi dietetyk Małgorzata Krukowska. – Zdecydowanie odradzam także popularne u nas diety wysokotłuszczowe, których odmianą jest tzw. dieta optymalna. Ich prekursor Robert Atkins umarł na miażdżycę. To powinna być wystarczająca przestroga.

Restrykcyjna dieta może być niebezpieczne dla zdrowia. Organizm nie tylko nie dostaje wystarczającej ilości kalorii, ale również substancji odżywczych. Aby była skuteczna, musi być tak przygotowana, żeby można było stosować ją przez całe życie. Należy też wziąć pod uwagę przyzwyczajenia, preferencje, tryb życia i przede wszystkim skalę problemu pacjenta.

Patrzeć głębiej

Przepis na szczupłą sylwetkę nie wydaje się aż tak skomplikowany. Ale jest. Dlaczego? – Trafia do mnie wielu dietowych recydywistów, liczących, że tym razem się uda. Zwykle jednak okazuje się, że problem leży głębiej, w ich psychice – tłumaczy Krukowska.

Często jedzenie staje się czymś więcej niż dostarczeniem pożywienia, np. sposobem na przeżywanie emocji, odreagowanie nieprzyjemnych, stresujących sytuacji. Niektórzy lubią się też nim nagradzać: za zdany egzamin, awans albo... trzy tygodnie ścisłej diety. Może też być formą okazywania miłości. Gdy jesteśmy jej spragnieni, dostarczamy ją sobie sami, dopieszczając się ulubionymi smakołykami. Bywa, że objadaniem zabijamy nudę, traktujemy jako główne źródło przyjemności, szczególnie jeśli otyłość odbiera nam chęć do prowadzenia życia towarzyskiego.

Jeśli tak się dzieje, musimy sobie uświadomić, że w tym przypadku nie chodzi o brzuch, tylko o głowę. I to właśnie od niej powinniśmy zacząć.

Potrzeba równowagi

Są dwa rodzaje głodu: jeden bierze się z ciała, drugi z głowy – mówi Justyna Domanowska-Kaczmarek, psycholożka zajmująca się problematyką żywieniową, w rozmowie z Sebastianem Krawczykiem.

Od czego zaczyna pani sesję terapeutyczną?
Od diagnozy, czym jedzenie lub nadwaga są w życiu danej osoby. Później wspólnie staramy się zobaczyć, jak to będzie wyglądać po zmianie i identyfikujemy cel pracy. Wiadomo, że główny to: „chcę schudnąć, bo jestem gruba”. Chodzi o to, żeby nazwać te pośrednie, odpowiedzieć na pytanie: „dlaczego chcę być chudsza”.

Z jakimi problemami styka się pani najczęściej?
Trudno to generalizować, bo każdy jest inny. Przeważnie sęk tkwi w tym, że ludzie, którzy do mnie przychodzą, nie słuchają swojego ciała, czują się oddzieleni od niego, traktują jak wroga. Pracujemy nad tym, żeby zaczęli odpowiednio interpretować płynące z niego sygnały, różnicować, kiedy są naprawdę głodni, a kiedy syci.

Wydaje się, że nie ma nic prostszego...
Są dwa rodzaje głodu: fizjologiczny – organizm sygnalizuje, że brakuje mu energii, i „niecielesny”, który jest swoistym przekazem, że w naszym życiu dzieje się coś złego, płynie nie z ciała, lecz z głowy. Miałam 50-letnią pacjentkę, która przez 15 lat wciąż się odchudzała, bez powodzenia. Gdy poprosiłam, żeby poszukała, czego jest w życiu „głodna”, odpowiedziała, że najbardziej akceptacji własnej matki. To właśnie od niej stale słyszy, jaka jest gruba. Przez to zrodził się w niej bunt. Efektem terapii było rozdzielenie tego, czego sama potrzebowała – od presji matki. Na tym polega moja praca: dotrzeć do źródła, a później dokonać takiej zmiany, żeby jedzenie pełniło tylko funkcję odżywczą. Ludzie z nadwagą lubią z siebie zdejmować odpowiedzialność: zrzucać winę na geny, metabolizm, tryb życia. Dietetyk niczego nie zabrania, nie zleca. Ma uświadomić konsekwencje i dać wybór. Tu nie chodzi o to, by ktoś mówił, że nie może czegoś zjeść, bo pani dietetyk mu zabroniła. On ma wejść w dialog z samym sobą i umówić się na pewien kompromis.

Uczy pani swoich pacjentów dyscypliny?
Nie, nigdy! To są najczęściej osoby już bardzo zdyscyplinowane, dużo od siebie wymagające. Zbyt dużo. Trafiają do mnie kobiety, które mówią: „Jak to jest, że świetnie sobie radzę w domu, pracy, z dziećmi, a z jedzeniem nie mogę?”. Ponieważ nie można być we wszystkim perfekcyjnym, jedzenie staje się dla nich wentylem bezpieczeństwa. Często za objadaniem kryje się potrzeba odpuszczenia sobie.

Jak wyjść z takiego impasu?
Koncepcja silnej woli zakłada, że część, która chce się odchudzić, terroryzuje tę, która lubi jeść. W końcu jedna słabnie, bo na dłuższą metę nie da się tak żyć, i do głosu dochodzi druga. I tak na zmianę. Zażegnanie wewnętrznego konfliktu powinno polegać na dialogu i integracji. Czasami można pozwolić sobie i na czekoladę, i na piwo, i na wino, i... być szczupłym. Trzeba tylko umieć znaleźć równowagę.

  1. Styl Życia

Big Mind – jakie korzyści przynosi praktyka zen?

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Całe nasze życie to pełne koło, choć zwykle funkcjonujemy, jakbyśmy byli tylko połówką - mawia amerykański mistrz zen, roshi Genpo Merzel, twórca procesu Big Mind.

Często zadajemy sobie pytania: Kim jesteśmy? O co w tym życiu naprawdę chodzi? Czy moje życie w ogóle ma sens?...

Metoda Big Mind pomaga odpowiedzieć na takie pytania. Daje klucz do poznania głębi nas samych. Uczy, jak zintegrować rozwój osobisty z duchowym. Wydobywa na światło dzienne to, co znajduje się w cieniu osobowości, co jest z różnych względów niedostępne i tkwi wyparte poza naszą świadomość. Jest drogą do bogatszego doświadczania życia, siebie, swoich relacji i całego świata. Do lepszego zrozumienia i akceptacji własnego „ja”.

Usuń blokadę

Aby wyjaśnić główną ideę procesu Big Mind i wprowadzić w nią uczestników warsztatów, mój nauczyciel roshi Genpo Merzel posługuje się pewną analogią: Jesteś rodzicem, nadajesz imiona swoim dzieciom, ale niektóre z tych imion są bardzo brzydkie, np. gniew, pożądanie, zazdrość, złość, lęk… Więc lokujesz te dzieci w piwnicy, zamykasz na klucz, mając nadzieję, że nigdy z niej nie wyjdą. Z kolei uwielbiasz dzieci, które mają takie imiona, jak szczęście, miłość, radość, zadowolenie... Więc tylko tym dzieciom dajesz prawo do istnienia. Ale jeśli pewnego dnia drzwi piwnicy znienacka otworzą się i wyskoczy z niej gniew lub zazdrość, to jesteś tym bardzo nieprzyjemnie zaskoczony i potem z jeszcze większą determinacją spychasz je do podziemi.

Inny przykład: Wyobraź sobie, że jesteś szefem wielkiej firmy, ale tak naprawdę nie wiesz, kogo zatrudniasz, kim są twoi pracownicy. Może nawet wiesz, na jakich są stanowiskach, ale nie znasz ich kompetencji i zakresu obowiązków. Nie wiesz, co robią. Więc jak możesz nimi racjonalnie zarządzać? I kiedy pewnego dnia firma się rozpada, twoje zdumienie jest ogromne, jesteś zaskoczony, pytasz siebie: „Jak mogło do tego dojść?!”. Potem często musisz poddać się jakiejś terapii, żeby znaleźć odpowiedź.

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. A poznając siebie, poznajemy też innych. Gdy sami przestajemy być obcy dla siebie, inni przestają być obcy dla nas.

Dzięki tej metodzie dowolnie zmieniamy naszą perspektywę, tak jakbyśmy zmieniali biegi w samochodzie. „Zablokowany na którymś biegu staje się bezużyteczny. Aby ci służył, musisz usunąć blokadę” – rozwija tę metaforę roshi Genpo w swojej książce „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce”. To właśnie cel procesu Bing Mind.

Wywołaj głosy

Podczas warsztatu proszę uczestników spotkania o wywołanie w sobie jakiegoś aspektu, czyli głosu, np. Kontrolera. Wszyscy robią delikatny ruch ciałem, żeby nie tylko umysł, ale i ono poczuło tę zmianę, i utożsamiają się z danym głosem, mówiąc w pierwszej osobie: „Ok, jestem Kontrolerem”. Następnie pytam: „Opowiedz mi o sobie, jaki masz cel, jakie zadanie?”. „Moim zadaniem jest kontrolowanie” – słyszę w odpowiedzi. „Co chciałbyś kontrolować?” – pytam dalej. Z sali padają różne odpowiedzi, np.: „Ja, Kontroler, kontroluję myśli, uczucia, ludzi, lęki, pragnienia, absolutnie wszystko...”. Drążę głębiej: „Jakie myśli, czyje?”. „A co np. z jej/jego emocjami? Dlaczego to robisz?”. „Bo emocje jej nie służą i nie powinno się ich ujawniać” – odpowiada ktoś z sali. „W jakich sytuacjach coś ci się wymyka spod kontroli? Co wtedy się dzieje?” – kontynuuję. Taki dialog trwa jakiś czas. Następnie proszę, byśmy porozmawiali z innym głosem, np. z Pragnieniem. Wszyscy znów robią delikatny ruch ciałem i zaczynamy dialog z Pragnieniem.

I tak przechodzimy od aspektu do aspektu, od głosu do głosu. Najpierw wywołujemy tzw. głosy dualne, rozróżniające rzeczywistość, w której zawsze są „ja” i „ty”, „ja” i świat: Kontrolera, Obrońcy, Sceptyka, Złości, Pożądania, Ofiary, Poszukującego Umysłu...

Potem przychodzi czas na głosy niedualne, transcendentne: Umysł Nieposzukujący, Czysty Umysł, Głos Jedności, Głos Mądrości, a następnie głosy absolutne: Wielki Umysł, Wielkie Serce.

Na końcu spotkania wywołujemy Mistrza lub Zintegrowanego, Swobodnie Funkcjonującego Człowieka, który jest głosem obejmującym te dwie zasadnicze perspektywy: dualną i niedualną. To on jest szefem tej wielkiej korporacji, popularnie zwanej osobą. On jest obecny w każdym z nas i tylko czeka, żeby móc wreszcie zacząć swobodnie funkcjonować.

Kiedy na przykład siadam do medytacji, to przywołuję głos Umysłu Nieposzukującego, który donikąd nie zmierza, niczego nie planuje, akceptuje, to, co jest: cisza, spokój... – wtedy po prostu jestem.

Jeśli gram na scenie i zapomnę tekstu, to zdarza mi się, że wzywam głos Pamięci. To bardzo prosty proces, ale wymaga czasu, by się z nim oswoić i stosować go na co dzień.

Bardziej świadomi

Musimy pamiętać, że nie ma głosu niepotrzebnego, każdy pełni jakąś określoną funkcję, jest po to, żeby nam służyć. A tylko wywołując go, dowiemy się, jak działa. Równie ważne jest to, by się przekonać osobiście, że wszystkie te aspekty są w nas i nikt nam ich nie narzuca z zewnątrz. Gdy je poznamy, zmienimy się, staniemy ludźmi bardziej świadomymi i odpowiedzialnymi – nie tylko za siebie, lecz także za innych. A jeśli my się zmieniamy, to zmieni się też wszystko wokół nas. Kiedyś zapytano Buddę: kim jest. Odpowiedział, że pytanie jest źle postawione, że należało zapytać: nie kim, a czym jest. Człowiek nie jest martwy, cały czas się zmienia, staje się tym, co się w danej chwili w nim pojawia.

No, chyba, że ktoś bardzo boi się odpowiedzialności i woli wypierać ją, trzymając w piwnicy pod kluczem. Bo z różnych powodów tłumimy niektóre z naszych aspektów, nie przyznajemy się do nich, krytykujemy je, nie dopuszczamy do głosu i nie chcemy mieć z nimi żadnego kontaktu. Ale z takimi również da się porozmawiać, choćby po to, żeby dowiedzieć się, dlaczego są wypierane i jaką rolę w nas pełnią.

Stosując metodę Big Mind, obserwuję jej wielką skuteczność u wielu ludzi. Nie jest ona związana z żadnym wyznaniem. Może ją praktykować każdy, bez względu na to, czy jest Chrześcijaninem, Żydem, Muzułmaninem, czy ateistą. I przejść przez ten głęboki proces – pod warunkiem, że naprawdę tego chce i będzie aktywnie w nim uczestniczyć.

Na początku polecałabym udział w warsztatach i praktykowanie pod okiem trenera. Pomocna będzie również książka roshiego Genpo Merzela „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce” i dołączone do niej płyty DVD z oryginalnymi sesjami prowadzonymi przez twórcę metody (w języku angielskim).

Zostań swoim Mistrzem

Warto otworzyć się na Big Mind i spróbować dotrzeć do istoty samego siebie, sięgnąć po to, co już w nas jest. Wtedy zmieni się nasze funkcjonowanie, działanie, zmieni się nasze życie. Wszystkiego zaczniesz doświadczać bardziej świadomie. Nie musisz już tkwić w tym samym miejscu i kręcić się w kółko – możesz to radykalnie zmienić. Zobaczyć, że nie jesteś tylko rozgadaną głową czy niszczącymi, rozedrganymi emocjami, nie jesteś tylko ograniczonym „ja”, że masz też w sobie ciszę, spokój i przepastną przestrzeń Wielkiego Umysłu i Wielkiego Serca.

Proces Big Mind opracował mistrz zen, roshi Genpo Merzel. Metoda łączy dwie podstawowe szkoły rozwoju – dwie drogi, które wydawały się dotychczas zupełnie rozbieżne: zachodnią szkołę terapii (Voice Dialog) i psychologii oraz wschodnią szkołę medytacji i wglądu w prawdziwą naturę człowieka. Ma więc dwa korzenie: Wschód i Zachód. W świadomości roshiego Genpo proces ten rodził się latami, a wykrystalizował ok. 2000 roku. Jego twórca chciał, żeby każdy – tak jak on – mógł przebudzić swój umysł i uświadomić sobie, kim naprawdę jest. Nazwa Big Mind, czyli Wielki Umysł, to ukłon roshiego Genpo złożony ojcu Benowi Merzelowi (stąd inicjały) oraz wyraz szacunku dla swojego nauczyciela roshiego Taizana Maezumiego i syna Tai (Tai znaczy po japońsku „wielki”). Zanim roshi Merzel został buddyjskim mnichem, był mistrzem pływackim, ratownikiem i instruktorem pływackim, a także nauczycielem w szkole dla niepełnosprawnych. W 1980 roku został spadkobiercą Dharmy w linii przekazu roshi Taizana Maezumiego. Prowadzi SLC Center, gdzie łączy praktykę zen z procesem Big Mind.

W Polsce spadkobierczynią roshiego Genpo była Małgorzata Jiho Braunek (sensei, szefowa Polskiej Sanghi Kanzeon w Warszawie), która powadziła wykłady, spotkania indywidualne i grupowe warsztaty „Big Mind/Wielkie Serce, Wielki Umysł”.

  1. Psychologia

„Domyśl się, czego mi trzeba!” – żądania i pretensje zatruwają związek

Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „Domyśl się, czego mi trzeba!”, „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!”. Ciągle szukamy kogoś, kto spełni nasze życzenia. To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych – twierdził Marshall Rosenberg, twórca Porozumienia bez Przemocy.

„Dlaczego nigdy mi tego nie mówiłaś?!” „Cały czas ci to powtarzam!” Tomek Bagiński, trener, coach stosujący Porozumienie bez Przemocy w mediacjach dla par, te dwa zdania nazywa absolutną klasyką. – On mówi i ona mówi. Dwa monologi, które nie mogą stać się dialogiem, bo oni nie słyszą siebie nawzajem, chcą się z czymś przebić, ale nie wiedzą jak, więc ja tłumaczę to wszystko na język uczuć i potrzeb – opowiada Tomek. – I wspieram, to znaczy pytam: „Co usłyszałaś?”; „Co powiedziała twoja partnerka?”. Pomału zaczynają siebie słuchać, uczą się tego. Na przykład kobieta mówi: „chcę, żeby on zmienił pracę!”. Ale pod tym kryją się potrzeby kontaktu i wspólnoty; aby mężczyzna spędzał więcej czasu w domu, żeby byli bliżej siebie.

Ola i Tomek Bagińscy metodę Porozumienia bez Przemocy poznali trzy lata temu. Ola stworzyła właśnie Fundację Świadomego Rozwoju, która propaguje działania oparte na tej metodzie. Są razem od 13 lat, mają dwoje dzieci – 6-letniego Kacpra i 4,5-letnią Martę. Nowa droga odmieniła ich życie rodzinne.

Potrzebuję czułości. A ty?

W swoich książkach i na wykładach Marshall Rosenberg zwracał uwagę na dziwną rzecz: prawie każdy z nas jest przekonany, że jeśli ktoś nas kocha, to na pewno wie, czego potrzebujemy. Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „domyśl się, czego mi trzeba!”. „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!” To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych.

Miłość i intymność są podstawowymi potrzebami. Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności.

W książce „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy” Rosenberg dzielił się własnymi doświadczeniami: „Jako mężczyzna byłem tak samo mało świadomy własnych potrzeb jak moja partnerka, ponieważ nie miałem w ogóle pojęcia, jakie mam potrzeby. Jeśli nie były one spełnione, to czekałem, aż moja partnerka zatroszczy się o mnie. A jeśli tego nie robiła, to miała poczucie, że robi coś źle. Ja się wycofywałem, a ona pytała: »Marshall, o co chodzi?«. Odpowiadałem: »O nic«. Nie wytrzymywała tego długo i otrzymywałem to, co chciałem. To bardzo proste, ale ma wysoką cenę. Pomału, ale konsekwentnie człowiek staje się uczuciowym analfabetą, emocjonalnym idiotą. Nie uczy się mówić: »Mam właśnie wielką potrzebę kontaktu i czułości. A ty?«. Oczekiwałem od kobiety, aby znała moje potrzeby lepiej niż ja sam! To ona powinna dbać o zaspokojenie moich potrzeb. Kiedy tego nie robiła, byłem wściekły. Zawsze miałem wokół siebie kochane kobiety, które wiedziały, czego potrzebuję, i dawały mi to. I im lepsze w tym były, tym bardziej niezdolny, ograniczony i bezrozumny byłem ja”.

Usiądźmy z przyjaciółmi

Ola i Tomek naukę porozumiewania się bez przemocy porównują do gry na pianinie: najpierw ćwiczysz gamę, ręce są mało elastyczne. Ale z czasem z tych gam zaczyna układać się kawałek muzyki, potem dłuższy, aż w końcu płynie melodia.

– Najpierw uczyliśmy się być ze sobą w kontakcie, utrzymać stan otwarcia i przepływu, współobecności – mówi Ola. – To wcale nie jest łatwe, gdy pojawia się różnica zdań, a przede wszystkim silne emocje, złość, pretensje. Sztuka polega na tym, aby z jednej strony być przy sobie, czyli być świadomym, o co mi chodzi, co czuję i czego potrzebuję, a jednocześnie być w kontakcie z bliską osobą: „Czego on potrzebuje?”. Dotrzeć do tego, że moje i twoje jest tak samo ważne.

– „No tak, ale jeśli zgłoszę jej swoją potrzebę, to co o mnie pomyśli. Przecież mężczyzna ma sobie radzić bez gadania. Otwierając się, wystawiam się na strzał”. Tak często myślą mężczyźni – mówi Tomek.
– „Chcę się z nim czymś podzielić. Ale on nie słucha, od razu radzi, zrób tak i tak. A ja nie potrzebuję rady. Chcę powiedzieć, co jest dla mnie ważne w tej chwili”. Tak na ogół reagują kobiety – mówi Ola. – Nie mogę cię usłyszeć, bo sama chcę być usłyszana. Jeśli cię wysłucham, to będzie znaczyć, że się z tobą zgadzam. A wtedy uznasz, że masz rację, i nie wysłuchasz mnie! Te obawy są źródłem nieporozumień, napięć, urazów i pretensji. Czujemy się bezradni, więc się zamykamy, i w końcu chcemy się rozwodzić.

Twierdzą, że w związkach potrzebujemy raz na jakiś czas usiąść i porozmawiać, co się z nami dzieje, a jeśli się nie słyszymy, to poprosić o pomoc przyjaciół, bo dobrze, jak ktoś popatrzy z zewnątrz. Oni na szczęście mają przyjaciół zaznajomionych z Porozumieniem bez Przemocy, więc korzystają z mediacji.

Opowiadają o takiej sytuacji: jakiś czas temu byli razem na kilkudniowym warsztacie dla kobiet i mężczyzn. Wieczorem ktoś z uczestników obchodził imieniny, było wino, świętowanie, luźna atmosfera. Dystans między ludźmi zdecydowanie się zmniejszył. – Zobaczyłam, jak kobiety dotykają pleców Tomka – opowiada Ola. – Opanowały mnie silne emocje, bunt, sprzeciw i ból. Ale on nie reagował, pozwalał się dotykać. Wróciliśmy do domu, próbowaliśmy rozmawiać. Trzy godziny trudnej, ciężkiej rozmowy! Bez efektów. Monologowaliśmy, nie mogliśmy się usłyszeć. W końcu doszłam do wniosku, że nie możemy być razem, bo skoro ja nie chcę go zmieniać, a nie mogę zaakceptować jego zachowania, to znaczy, że nie mogę być w tym związku. Poszliśmy na mediacje.

– Wreszcie mogliśmy usłyszeć siebie nawzajem – opowiada Tomek. – Mówiłem Oli, że jest dla mnie ważna i poszukamy rozwiązań, które dadzą jej poczucie bezpieczeństwa. Znaleźliśmy takie rozwiązanie: następnym razem, gdy coś podobnego się wydarzy, a ona poczuje się zagrożona, miała powiedzieć nazwę naszej ulubionej kawiarni, wtedy ja zareaguję. Nic takiego od czasu tej mediacji się nie zdarzyło, jednak ja stałem się bardziej uważny.

Artykuł archiwalny. Aleksandra Bagińska, psycholożka, z pomocą Tomasza, nadal prowadzi Fundację Świadomego Rozwoju. Tomasz Bagiński propaguje metodę Kręgów Naprawczych. W Fundacji prowadzi zajęcia oparte na PbP – w szczególności dotyczące konfliktów czy sytuacji mediacyjnych.

  1. Styl Życia

Kompulsywne zbieractwo. Niezwykła opowieść o najsłynniejszych syllogomanach w historii

Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Niczego nie wyrzucą. Żyją i umierają w stertach swoich skarbów. Syllogomaniacy.

21 marca 1947 roku o godzinie 8:53 na posterunek policji w Nowym Jorku zadzwonił niejaki Charles Smith, donosząc, że w budynku przy ulicy Fifth Avenue w Harlemie znajduje się ciało mężczyzny w stanie zaawansowanego rozkładu. Funkcjonariusze pojawili się we wskazanym miejscu o 10 rano i otoczyli dom kordonem, by nie dopuścić zbyt blisko gromadzących się już gapiów. Wyważono zabezpieczone kratą drzwi, prowadzące do piwnic. Dalszą drogę zagradzało zwarte rumowisko cuchnących odpadów wylewających się z wnętrza. Policja nowojorska stanęła twarzą w twarz z jednym z najbardziej dramatycznych i tragicznych przypadków syllogomanii, czyli zbieractwa kompulsywnego. Kilkupiętrowy budynek wypełniony szczelnie, po ostatnią kondygnację, makulaturą, śmieciami, odpadkami był własnością braci Homera i Langleya Collyerów, należących do jednego z najznamienitszych nowojorskich rodów.

Zamożni odludkowie

Dotknięci kompulsywnym zbieractwem gromadzą wszystko – stare gazety i pojemniczki po jogurcie. W ich mieszkaniach nie znajdziesz skrawka wolnej przestrzeni. Syllogomania atakuje więcej osób niż bylibyśmy skłonni podejrzewać. Jedyne do tej pory badania epidemiologiczne przeprowadzono w amerykańskim stanie Massachussets wykazały, że syndromem zbieractwa dotkniętych okazało się 26 na 1000 mieszkańców.

Jednym z nich jest Olga – profesor literatury, emerytowana nauczycielka akademicka z Bostonu. Kiedy przestała panować nad sytuacją i zadzwoniła po pomoc, drzwi do jej apartamentu nie sposób już było otworzyć. Blokowało je ponad sto ogromnych plastikowych worków wypełnionych notatkami, materiałami do wykładów z ostatnich 10 lat. Sterty ubrań, większość jeszcze z metką, po 10 sztuk takich samych – różniły się tylko kolorami. Mnóstwo butelek, spakowanych w torby i pudła. Starych listów, słoików, plastikowych toreb po zakupach, zepsutych zegarków... Rzeczy pokrywały podłogę grubą, ponadmetrową warstwą. W sypialni sięgały sufitu. Od kilku lat nie używała łóżka, bo nie można było się do niego dostać. Sypiała więc w kuchennym kąciku – jedynym wolnym jeszcze miejscu w jej mieszkaniu. Wiedziała, że nie sposób tak żyć, ale nie potrafiła niczego wyrzucić. Jej pasja gromadzenia nie wynikała ani z biedy, ani traumatycznych przeżyć młodości. Podobnie jak legendarne już zbieractwo braci Collyerów.

Homerowi i Langleyowi nigdy niczego nie brakowało. Obaj odebrali znakomite wykształcenie. Starszy, Homer, był prawnikiem. Młodszy ukończył studia na kierunkach mechanika stosowana oraz chemia, ale nie podjął pracy w zawodzie. Oddawał się swojej pasji muzycznej, wygrał nawet kilka prestiżowych konkursów pianistycznych. Bracia byli nieśmiali, uprzejmi i bardzo kulturalni. Ubierali się zwykle z wyszukaną, XIX-wieczną elegancją i przypominali dżentelmenów z epoki wiktoriańskiej. Nie mieli bliskich przyjaciół. Nie znano też nikogo, kto by kiedykolwiek przekroczył drzwi ich domu. „Zamożni odludkowie, ot co” – kwitowali sprawę sąsiedzi.

W 1933 roku Homer przeszedł udar, po którym stracił wzrok i został częściowo sparaliżowany. Langley porzucił koncertowanie i oddał się opiece nad bratem. Przekonał go, że jego oczy powinny być stale zamknięte, by mogły odpocząć, i że dla pokonania ślepoty trzeba jeść 100 pomarańczy dziennie. Po ojcu bracia odziedziczyli ogromną bibliotekę ksiąg medycznych, Langley zadecydował więc, że sam zajmie się rehabilitacją Homera.

Skarby śmietników

„Tajemniczy faceci z Harlemu” budzili niezdrową ciekawość i stali się tematem najbardziej niezwykłych opowieści. Wierzono, że ich dom kryje nieprzebrane skarby, a bracia sypiają na materacach wypchanych pieniędzmi. Ludzie usiłowali za wszelką cenę zajrzeć do środka, a okoliczne dzieci zabawiały się wybijaniem okien kamieniami. Langley nie wstawiał nowych szyb, a tylko zabijał kolejne otwory deskami i tekturą. W ten sposób izolacja braci pogłębiała się. Przestali płacić rachunki i podatki. Odłączono im gaz i elektryczność. Choć mieli spore oszczędności i nie cierpieli biedy, Langley całymi nocami przeszukiwał ulice miasta, wyciągając ze śmietników żywność i najprzeróżniejsze „skarby”, które gromadził w swojej posiadłości.

Typowe objawy syllogomanii obejmują nie tylko zbieranie wszystkich możliwych śmieci, ale również obsesyjne robienie zapasów. Niektórzy chorzy kupują niewiarygodne wręcz ilości dóbr wszelakich, w tym tony żywności. Zasoby ich spiżarek pozwoliłyby wykarmić kilka rodzin przez wiele lat. Zbieracz wykupuje na wyprzedaży „wyjątkowe okazje” – rzadko jednak zadowala się pojedynczą sztuką jakiegoś produktu, bierze od razu 30 czy 40. Nigdy niczego nie używa. Trzyma swoje skarby „na przyszłość”. Ma kłopoty z wyrzuceniem czegokolwiek, bo przecież zawsze kiedyś komuś do czegoś może się przydać. A nie daj Boże do śmieci trafi coś niezwykłego... Zbieractwo bywa też ściśle wyspecjalizowane. Jedni gromadzą zapasy jedzenia, inni otaczają się na przykład stadem zwierząt.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie dotknięci syllogomanią mają trudności z podejmowaniem decyzji i realizacją zamierzeń. Choroba może towarzyszyć zespołowi Diogenesa, czyli zaburzeniu osobowości, polegającym na skrajnym zaniedbywaniu higieny osobistej i stanu sanitarnego w mieszkaniu. Także unikaniu kontaktów z najbliższymi i towarzystwa innych ludzi. Ofiara zespołu Diogenesa przypomina niekiedy zaniedbanego, bezdomnego nędzarza, choć jej status materialny może być całkiem wysoki.

Pułapki na włamywaczy

Kiedy oficerowie policji wyważyli drzwi domu Collyerów, gromadzone latami śmieci dosłownie wylały się na ulicę. Wejście do środka było niemożliwe. Po kilku godzinach, za pomocą drabiny straży pożarnej, udało się sforsować jedno z okien. Funkcjonariusze z ogromnym trudem poruszali się w labiryncie wąskich korytarzy pomiędzy zwałami odpadków. W jednym z pokojów natknęli się na ciało siwego mężczyzny, który został zidentyfikowany jako Homer Collyer. Lekarz sądowy stwierdził, że śmierć nastąpiła około 10 godzin wcześniej – najprawdopodobniej na skutek odwodnienia i ogólnego wyniszczenia organizmu. Nikt nie miał pojęcia, gdzie był i co robił jego brat. Podejrzewano, że wyruszył na kolejną wyprawę zbieraczy. Nie było jasne, jakim sposobem wydostał się z domu, zważywszy kompletnie zawalony korytarz prowadzący do wyjścia.

Policjanci wyważyli jeszcze kilka okien na ostatniej kondygnacji i rozpoczęli odgruzowywanie posesji. Wyciągnięto stamtąd setki żyrandoli, kompletny szkielet wozu konnego, kozły do piłowania drewna, ramy materacy z uszkodzonymi sprężynami, wózki dziecięce, stołki, zepsute rowery, pudła z pocztówkami świątecznymi, kilka tysięcy książek i niezliczone ilości gazet. Wyniesiono z domu pięć pianin, mahoniowy kominek z ogromnym pękniętym lustrem, zielony zabawkowy autobus, skrzynkę pełną kółek z żabkami do wieszania zasłon, starą lodówkę i pudło połamanych zabawek. Labirynt tuneli wyryty w śmieciowisku Collyerów był naszpikowany licznymi pułapkami i przemyślnymi zapadniami, które miały ustrzec przed włamywaczami. 27 marca, po tygodniu sprzątania, natknięto się na skrzynkę po cygarach, a w niej cztery rewolwery, karabiny kalibru 22 i 30, bagnety, trzy szable, dubeltówkę i skrzyneczkę rozmaitej amunicji. Ogółem z 12 pokoi domu Collyerów wydobyto ponad 120 ton odpadków, śmieci i odchodów, 11 pianin i tyle części do samochodu, że można by z nich złożyć kompletnego Forda T.

To mój dom!

Zorganizowane akcje sprzątania podejmowane od czasu do czasu przez najbliższych, instytucje opieki czy służby miejskie na wiele się nie zdają. Wyczyszczona do cna posiadłość w ciągu kilku miesięcy znów obrasta w rozmaite dobra. Wystarczy pół roku, by sytuacja powróciła do poprzedniego stanu. Wszelkie próby pomocy w sprzątaniu są zresztą zwykle torpedowane przez zbieracza już w zarodku. Gazety? „Proszę ich nie wyrzucać. Mam zamiar w najbliższym czasie przejrzeć wszystkie i zachować tylko najważniejsze dla mnie wycinki”. Chory potrafi wytłumaczyć przydatność każdej rzeczy. Wszystko jest potrzebne i nie wolno uzbieranego zmarnować.

Bałagan? „No, mnie on nie przeszkadza, nie rozumiem więc, czemu by miał przeszkadzać tobie. W końcu to mój dom, a nie twój, nieprawdaż?” – słyszą niejednokrotnie dorosłe dzieci usiłujące zaprowadzić ład w mieszkaniu rodziców. Z powodu nałogowego zbieractwa cierpią nie tyle sami „kolekcjonerzy”, co członkowie ich rodzin. „Ojciec załatwiał się do nocnika, bo zbiory matki uniemożliwiały wejście do łazienki” – skarżyła się Angela na forum dla krewnych osób uzależnionych.

Podobnie było w przypadku Collyerów. Syllogomania dotyka często osoby bardzo inteligentne i wrażliwe, a to dlatego, że – jak próbują tłumaczyć psychologowie – widzą one więcej niż inni powiązań między rzeczami i to każe im bardziej je doceniać. Co charakterystyczne, nałogowi zbieracze kategoryzują swoje skarby wedle mocno niekonwencjonalnych kryteriów. Ot, na przykład rachunek za prąd szybciej wyląduje na stercie różnych kartek niż w szufladzie z innymi rachunkami.

Choć nie potrafimy jeszcze wyjaśnić mechanizmu narodzin tej obsesji, obserwacja braci Collyerów pozwala wierzyć, że źródło problemu przynajmniej częściowo tkwi w genach. Jeśli jedno z rodzeństwa odczuwa chorobliwą potrzebę kolekcjonowania, prawdopodobieństwo, że przymus ten dotknie również brata czy siostrę wynosi ok. 27 proc. U bliźniąt jednojajowych, które wyposażone są w ten sam garnitur genetyczny –ryzyko choroby rośnie dwukrotnie.

Leczenie osób dotkniętych syllogomanią jest trudne przede wszystkim dlatego, że sami chorzy nie wyrażają chęci podejmowania prób walki z tym problemem. Najczęściej stosuje się psychoterapię wspomaganą podawaniem antydepresantów, na przykład fluwoksaminy.

Zamknięcie królestwa

1 kwietnia odbył się pogrzeb Homera Collyera. Jego brat wciąż był nieobecny i stało się jasne, że najprawdopodobniej nie żyje. Jego ciało znaleziono tydzień później – o ironio! – w tym samym pokoju, w którym umarł Homer. Zginął przygnieciony przez stertę ciężkich przedmiotów. Medycy sądowi ustalili, że śmierć Langleya nastąpiła około miesiąca wcześniej niż zgon brata, którym się opiekował.

  1. Psychologia

Introwertyzm – jak sobie z nim radzić w codziennych sytuacjach?

Jak sobie radzić z introwertyzmem? - Poniżej kilka praktycznych porad. (fot. iStock)
Jak sobie radzić z introwertyzmem? - Poniżej kilka praktycznych porad. (fot. iStock)
Introwertyzm nie jest gorszy ani lepszy od ekstrawertyzmu. Jednak właściwa introwertykom rezerwa przysparza trudności w pracy wymagającej kontaktu z nowymi osobami i publicznych wystąpień. Jak sobie z tym poradzić, podpowiada coach Małgorzata Kniaź.

Akceptacja różnorodności

Jestem kosmetyczką, pracuję w dużym salonie. Nasz zespół to same kobiety, które mają między sobą specyficzne relacje. Opowiadają ze szczegółami, czasem intymnymi, o swoim życiu – partnerach, dzieciach, o tym, jak spędzają święta, urlopy i o co pokłóciły się z matką. Ja tak nie potrafię, a nawet razi mnie takie wywnętrzanie się. Wydaje mi się to nie na miejscu i jakieś powierzchowne. Czuję, że nie pasuję do grupy, że dystansuję się i nie jestem lubiana. Obawiam się, że w jakimś innym salonie mogę spotkać się z podobną sytuacją, a wiem, że trudno mi się będzie zmienić. - Ilona, 37 lat

Małgorzata Kniaź: Już w szkole powinniśmy uczyć się o różnicach osobowościowych i temperamentalnych – to zaoszczędziłoby nam sporo frustracji w dorosłym życiu. Niestety, świadomość odmienności jest niska. Doradziłabym ci, żebyś otwarcie powiedziała o tym, jaka jesteś i jak reagujesz na atmosferę w pracy. Możesz ująć to w taki sposób: „Jeśli macie ochotę, mówcie o swoich doświadczeniach i przeżyciach, ale zrozumcie, że ja mam ograniczoną potrzebę takiego uzewnętrzniania się. Od czasu do czasu coś o sobie powiem, ale nie będę opowiadać o swoim życiu tak dużo jak wy”. Często bywa tak, że kiedy coś ważnego sobie wyjaśnimy, budzi się w nas akceptacja dla odmienności. A introwertyk wśród ekstrawertyków oznacza więcej przestrzeni dla tych drugich. Poza tym ekstrawertyk zwykle nie jest zainteresowany tak bardzo drugą osobą i zadawaniem pogłębiających pytań. Twoja postawa wcale nie musi przeszkadzać koleżankom. Pytanie, czy ty jesteś w stanie je zaakceptować. Jeśli wyjaśnienie wprost nie zadziała i jeśli rozmowy koleżanek cię drażnią, radziłabym poszukać innej pracy, bo rachunek prawdopodobieństwa mówi, że w innym salonie wcale nie musi być tak samo. Może warto spróbować?

Introwertyzm a spełnianie marzeń

Na studiach marzyłam, że zostanę pisarką. Ostatecznie trafiłam do szkoły jako nauczycielka języka polskiego i ku własnemu zaskoczeniu polubiłam tę pracę. Uczniowie też mnie lubią, choć bardzo się bałam, że jako introwertyczka nie będę umiała złapać z nimi dobrego kontaktu. Od kilku lat wracają do mnie stare marzenia, odnalazłam w szufladzie rzeczy, które pisałam przed laty. Na bazie tego stworzyłam moją pierwszą powieść. Opinie bliskich, spośród których są również ludzie z branży wydawniczej, są dobre, a czasem wręcz entuzjastyczne. Natomiast ogarnia mnie paraliżujący strach przed pokazaniem tego, co napisałam, obcym ludziom. Jak go przezwyciężyć? Lubię swoją pracę, ale chciałabym też spełnić marzenia. - Aldona, 42 lata

M.K.: Wygląda na to, że boisz się pokazać światu swoje wnętrze, odsłonić się. Każdy ma do tego prawo. Jeśli naprawdę chcesz zawalczyć o swoje marzenia, a jednocześnie zachować swoją prywatność, dobrym rozwiązaniem może być wydanie publikacji pod pseudonimem. Nie będziesz pierwsza, wielu pisarzy tak postępuje, nawet ci doświadczeni.

Domyślam się też, że jako introwertyczka możesz odczuwać lęk przed „zderzeniem się z machiną” wydawniczą, pokazaniem twórczości obcemu redaktorowi, negocjowaniem umowy czy warunków twojego udziału w promocji książki, gdy ta już się ukaże. Zatem pomyśl może o znalezieniu agenta? Nie musi od razu to być profesjonalista, wystarczy poprosić kogoś znajomego o pomoc. „Ujawniłaś się” już przed najbliższymi, więc może wybierzesz kogoś z ich grona? Nie tylko w przypadku introwertyków sprawdza się zasada, że nie wszystko trzeba robić samemu!

Trudne zebrania w pracy

Pracuję jako analityk danych i jestem chwalony za swoją pracę przez przełożonych. Problemem dla mnie jest udział w zebraniach zespołu, podczas których przedstawiamy swoje raporty. Wydaje mi się, że wszyscy są bardzo pewni siebie i w ogóle się nie stresują. Wygląda nawet na to, że rywalizacja sprawia im przyjemność. Dla mnie te prezentacje to horror. Mimo że to moi koledzy z pracy, jestem wśród nich outsiderem, co sprawia, że jeszcze gorzej się czuję. - Łukasz, 27 lat

M.K.: To okropne, jeśli zebranie w pracy zamienia się w serię popisów. Jak możesz zadbać o swój komfort w tej sytuacji? Na przykład poprosić szefa o wcześniejsze indywidualne spotkanie, podczas którego pokażesz swój raport, albo o agendę zebrania, w której będzie napisana kolejność prezentacji oraz określony jej czas. Jako introwertyk prawdopodobnie nie lubisz improwizować, więc „wywołany” do odpowiedzi nie czujesz się komfortowo, ale znajomość agendy i porządku prezentacji podczas zebrania doda ci pewności siebie.

Jeśli brakuje ci wsparcia szefa i życzliwości zespołu podczas wypowiadania się na zebraniach, dobrze byłoby, żebyś zmierzył się ze swoim lękiem. Spróbuj, czy pomoże ci wyobrażanie sobie, że podczas prezentacji jesteś sam albo że publiczność znajduje się za grubą szybą. Chodzi o to, żebyś skoncentrował się wyłącznie na merytorycznej stronie wypowiedzi. Najlepiej zacząć od ćwiczeń w życzliwym środowisku, z bliskimi albo z przyjaciółmi pełniącymi rolę widowni. Jeśli poczujesz tremę, nie panikuj ¬ skup się na ciele. Gdzie czujesz napięcie? Czy to uścisk w klatce piersiowej, ścisk żołądka, a może drżą ci ręce? Tak ciało reaguje na niebezpieczeństwo. Skup się na oddychaniu: weź pięć powolnych głębokich oddechów. W ten sposób przekonasz mózg, że nie ma powodów do obaw. Jeśli podobna reakcja przydarzy ci się w pracy, będziesz umiał ją rozpoznać i odpowiednio zareagować.

Introwertyzm i wystąpienia publiczne

Właśnie dostałam ciekawą propozycję zawodową, która bardzo mnie stresuje. Od zawsze byłam introwertyczką i między innymi dlatego zostałam bibliotekarką. Do tej pory faktycznie mogłam pracować w spokoju, ale nasza biblioteka dostała dofinansowanie na promocję czytelnictwa i kierownik zaproponował mi organizowanie spotkań z ciekawymi ludźmi, w większości pisarzami. Z jego perspektywy to dla mnie nagroda – dla mnie oznacza też dodatkowe pieniądze, których potrzebuję. Problem polega na tym, że bardzo boję się wystąpień publicznych. Czy jest jakaś metoda na przezwyciężenie tego lęku? - Maja, 32 lata

M.K.: Zacznijmy od tego, że twój problem wcale nie musi wynikać z introwertyzmu, czyli z typu twojej osobowości. Warto mieć świadomość, że zarówno introwertycy, jak i ekstrawertycy przeżywają niepokój związany z wystąpieniami publicznymi. Jego źródłem mogą być dawne traumy, kompleksy, brak pewności siebie, brak przygotowania i wiele innych. Wynika on najczęściej z wysokiego poziomu lęku. Można jednak przyjąć, że introwertycy gorzej radzą sobie z publicznymi wystąpieniami niż ekstrawertycy.

Domyślam się, że dotychczas w pracy obcowałaś raczej z książkami niż z ludźmi. W opinii szefa złożył ci prawdopodobnie ciekawą propozycję, ale czy tobie ta zmiana odpowiada? Bo może wcale nie. Warto spróbować, żeby się o tym przekonać. Myślę, że jako introwertyczce będzie ci łatwiej poprowadzić spotkanie, jeśli wcześniej poznasz gościa. Gdy nawiążesz z nim bliższą relację i oswoisz siebie w kontakcie z nim, podczas spotkania będziesz się mniej obawiała jego zachowania czy reakcji. Introwertycy wolą być przygotowani, dlatego warto wcześniej dokładnie ustalić szczegóły dotyczące spotkania. Im lepsze przygotowanie, tym większa pewność siebie – to dotyczy każdego wystąpienia publicznego. Spisz dokładnie, co chcesz powiedzieć i przećwicz występ przed lustrem czy rodziną. Ważne, żeby scenariusz rozmowy był zgodny z twoimi przekonaniami. Jeśli będziesz wierzyć w to, co mówisz, będziesz też bardziej odporna na reakcje publiczności, kiedy ktoś na przykład zakaszle albo wyjdzie, bo mu zadzwoni telefon. Nie odbierzesz tego osobiście.

Zastanów się, czego konkretnie się boisz – oceny, krytyki, tego, że nie nawiążesz kontaktu z ludźmi? Lepiej, żebyś wcześniej zmierzyła się z tym wewnętrznie. Wreszcie pomyśl nad poproszeniem o pomoc bardziej doświadczonej osoby, kogoś w rodzaju mentora. Nie każdy nadaje się do tego, żeby go od razu wrzucać na głęboką wodę.

Małgorzata Kniaź: ekspert w dziedzinie przywództwa i zarządzania, certyfikowana trenerka biznesu, mentorka i coach

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się