1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Po co nam tradycje bożonarodzeniowe? Co z nich czerpiemy? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Święta Bożego Narodzenia kojarzą nam się z tradycją i rodziną. To głęboko zapisane w nas archetypy. (fot. iStock)
Święta Bożego Narodzenia kojarzą nam się z tradycją i rodziną. To głęboko zapisane w nas archetypy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy marketing przywłaszczył sobie tradycję bożonarodzeniową? Co będzie z choinką, białym obrusem, opłatkiem? Budzą trudne wspomnienia? I tak warto obchodzić święta – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. Samotne w bloku, z nieznajomymi na jachcie czy z rodziną pod miastem – mogą być czasem niezwykłym. Musimy tylko poznać ich uniwersalną symbolikę.

Z dzieciństwa spędzonego w blokowisku we Wrocławiu pamiętam, że choinki świeciły w oknach u wszystkich sąsiadów: Karaimów, Ukraińców, rodzin pochodzenia żydowskiego, niemieckiego i litewskiego. W moim domu święta przynosiły spokój i radość, gości tak rzadkich jak zwierzaki mówiące ludzkim głosem. Pewnie dlatego kocham te święta.
Tradycja bywa dobra i zła, a świętowanie Bożego Narodzenia to na pewno dobra jej część. Poprzez swoją uniwersalną symbolikę ten czas dotyczy niezwykłego i wspólnego nam wszystkim wymiaru życia. Niezależnie od tego, co się wydarzy, niezależnie od tego, ile mamy lat i co myślimy, święta powtarzają się co roku. Podobnie pachną, niosą podobne smaki i wzruszenia. To daje nam namiastkę nieskończoności, odczucie uczestniczenia w czasie świętym, czyli w wieczności. To niezwykłe przeżycie. Ludzie skupieni na rozwoju duchowym doświadczają go świadomie. A ci, którym duchowość nie zaprząta głowy, po prostu wzruszają się, widząc te bombki, światełka, czerwoną czapkę Świętego Mikołaja i nos renifera Rudolfa.

Co nam daje kultywowanie świątecznej tradycji? Po co ten wysiłek, by o nią zadbać?
Powtarzalność i niezmienność zachowań, jakie pociąga za sobą dbałość o tradycję, zapewniają nam poczucie bezpieczeństwa. Święta stają się w tym naszym zwariowanym świecie czymś niezmiennym i pewnym. Wzmacniają to, co dziś bardzo cenne – poczucie więzi rodzinnych. Nasycają nas zarówno dobrym jedzeniem, jak też dobrą miłością i troską najbliższych. Bo oto oni – zaganiani i zmęczeni – dla nas się natrudzili i przygotowali prezenty. Czasem absurdalne, ale wykonali wysiłek. Dla nas ulepili pierogi, ugotowali barszcz, posprzątali. No i my też okazaliśmy im nasze przywiązanie, postępując podobnie. Ale bywa, że ta troska, te przygotowania zamieniają się w istną mordęgę. Goniąc za materialnym ideałem świąt, zapomina się, czym one są. Chcąc się pokazać, zrobić wrażenie, zmuszamy siebie i bliskich do wysiłku tak dużego, że kiedy wreszcie usiądziemy przy stole, brak nam sił, by świętować – zjeść chociaż jedną z tych 12 potraw, okazać bliskim miłość. Nie mówiąc już o tym, co najważniejsze, czyli o zadumie nad sensem duchowym tego czasu.

Tradycje bożonarodzeniowe, kultywowane z pokolenia na pokolenie, dają nam poczucie bezpieczeństwa. (Fot. iStock) Tradycje bożonarodzeniowe, kultywowane z pokolenia na pokolenie, dają nam poczucie bezpieczeństwa. (Fot. iStock)

Oj, masz chyba trudne gwiazdkowe wspomnienia?
Święta powinno się przygotowywać bardziej dla dzieci niż dla dorosłych. Dzięki temu dzieciaki nasiąkają dobrymi emocjami: zachwycają się światełkami, bombkami, smakami, zapachami, a kiedy dostają prezenty, są wniebowzięte. Czują się kochane, znajdują się w centrum uwagi. Są ładnie ubrane, uczesane, podziwiane, a więc ważne. I fajnie nasiąkać taką tradycją, która jest miłością, dobrem. Tym nasiąkać warto, bo potem się o tym pamięta i dąży do tego, aby przekazać swoim dzieciom i najbliższym ten dobry czas. Dzieci w nas, jeśli poczuły taką atmosferę świąt, kiedy dorosną, będą w święta pełne dobrych emocji i ochoty, by je okazać i przekazać – za sprawą kultywowania świąt – swoim dzieciom i swoim bliskim. Byle więcej takiej tradycji, takich świąt! Jeśli jednak jako dzieci byliśmy zmuszani, by brać udział w świątecznej mordędze, nie mamy takich odczuć. A ja jako chłopiec nieźle się zawsze wtedy umordowałem. Moja matka uważała bowiem, że przed świętami trzeba zrobić koniecznie wszystko, a więc m.in. wywiórkować podłogę.

Co to znaczy „wiórkować podłogę”?
Kiedyś drewniane podłogi nie były lakierowane czy olejowane, ale pastowane, a potem froterowane. W miarę upływu czasu zbierało się więc na drewnie wiele warstw pasty, co istotnie nie wyglądało najlepiej pod koniec roku. Trzeba więc było zedrzeć podłogę do żywego właśnie takimi stalowymi wiórkami, które kupowało się w sklepach metalowych. Czyściłem każdą deskę z osobna. Wywiórkowanie dużego pokoju to naprawdę była mrówcza praca.

Zadanie dla Kopciuszka! Ale też może jedno z pierwszych ćwiczeń uważności?
Na pewno można tak powiedzieć. Ale prawdą jest też, że kiedy dorastałem, proporcje świąt i codzienności były zaburzone, więcej było trudu niż radości, często nawet dla dzieci. W tamtych czasach jeden statek pomarańczy przypływał do Polski z Kuby, więc wszyscy staliśmy w kolejce, by je kupić. Kilogram tych owoców, pamiętam jak dziś, kosztował 85 złotych, czyli jedną dziesiątą pensji. Na szczęście dziś święta to czas frajdy dla dzieci. I dobrze, warto o to zadbać, by mogły nasycić się świętowaniem. Ale my też nie możemy być wykończeni, bo zabraknie nam cierpliwości, żeby okazać dzieciom miłość, nawet szczerze się uśmiechnąć. Trzeba ogarnąć dom, bo posprzątany nabiera rangi świątyni, ale też zachować umiar, żeby móc cieszyć się narodzinami tego naszego Boga-dziecka.

Choinkowy apel zwłaszcza do kobiet, bo to my napinamy się niemiłosiernie, że musi być „wiórkowanie”!?
Przygotowania do świąt to wielki sprawdzian dojrzałości dla każdego z nas (ale też dla całej rodziny), czy umiemy współpracować. W święta najważniejsza jest atmosfera. Trzeba o tym pamiętać, zwłaszcza w kuchni nie wolno się kłócić. Osoby uduchowione wiedzą, że jedzenie wchodzi w wibracje emocji, dlatego podczas gotowania powinna panować harmonijna atmosfera. To ważniejsze niż 12 dań. W klasztorach buddyjskich do pracy w kuchni oddelegowani są ludzie najwyżej duchowo rozwinięci. Byle kto nie może gotować dla innych, bo swoimi emocjami, niskimi wibracjami „zatrułby” jedzenie. W naszej tradycji też dbamy o pokój między domownikami, zwłaszcza przy przygotowaniu potraw wigilijnych, bo ta jest rodzajem komunii. Te dania spożywamy wspólnie przy jednym stole, w podniosłej atmosferze.

Możemy szanować nasze tradycje bożonarodzeniowe, jednak coraz częściej potrzebujemy zmiany i oderwania się od natłoku obowiązków. Dlatego wiele osób łączy święta z wyjazdem o odpoczynkiem. (fot. IStock) Możemy szanować nasze tradycje bożonarodzeniowe, jednak coraz częściej potrzebujemy zmiany i oderwania się od natłoku obowiązków. Dlatego wiele osób łączy święta z wyjazdem o odpoczynkiem. (fot. IStock)

Skoro tradycja jest tak ważna, to może nie jedźmy na narty w Alpy, usiądźmy przy wspólnym stole w domu w Łodzi czy Gdańsku?
Z dala od domu też można przeżyć coś cudownego. Tak się złożyło, że podczas którychś świąt Bożego Narodzenia znalazłem się w Wietnamie, i to w dodatku na statku wycieczkowym. Zwiedzaliśmy jeden z najsłynniejszych archipelagów. Niewielkie wyspy z wysokimi górami, wyglądające bajecznie i mistycznie. No i tam, na tym statku, było nas 12 osób z różnych krajów świata i razem zasiedliśmy do wigilii. Przygotowała ją obsługa statku. Trochę im się pomyliło z sylwestrem, ale było świątecznie, bo nastąpiło zbratanie przypadkowych ludzi z rozmaitych zakątków świata. Czar zadziałał, bo wszyscy zgromadzeni tam dorośli jako dzieci uczestniczyli w świętach, które dały im wiele radości, które rozgrzewały ich serca. Mieli wiele dobrych gwiazdkowych wspomnień, i to dobro tam nam oddali. To jedna z lepszych wigilii w moim życiu, bo nie kosztowała mnie żadnego wysiłku. Nie trzeba było sprzątać, pomagać w gotowaniu…

Uczestniczyłam w kilku wigiliach jako dodatkowy gość. W domu zawsze miałam choinkę choćby tylko dla siebie. Jednak samotne święta nie są łatwe, nawet gdy mamy serce pełne ciepłych wspomnień.
To prawda, ale i tak warto świętować prawdziwie, i to z ludźmi, bo tych można spotkać choćby na pasterce. Pamiętam pasterkę na Gubałówce w Zakopanem. To była piękna, mroźna, śnieżna i jasna, bo księżycowa, noc. I jak ci górale zaśpiewali, jak to się po górach poniosło. To było fantastyczne przeżycie. Uniwersalne, ponadreligijne. Także dlatego, że te symbole, jakie ożywają w Boże Narodzenie, są uniwersalne, żadna religia ich nie zawłaszczyła, bo nie można zawłaszczyć Boga. Te symbole, które tam się pojawiają, pochodzą z czasów przedchrześcijańskich i mają charakter ponadreligijny. Drzewo jest symbolem życia. Światło symbolizuje i Boga, i oświecony umysł. To czas mnóstwa świateł, nikt ich wtedy nie oszczędza, nie żałuje. Rozświetlone ulice, domy. Straszne ilości prądu zużywamy, bo musi być jasno, noc musi być rozświetlona, bo tak metaforycznie walczymy z ciemnością. Dobro walczy ze złem. Życie ze śmiercią. Wiedza z niewiedzą itd. Bardzo wiele można znaleźć znaczeń. Jeszcze przecież cisza.

„Cicha noc, święta noc […]”.
Właśnie, też ma uniwersalne znacznie. Bóg jest ciszą w tradycji chrześcijańskiej. Cisza jest symbolem oświecenia w buddyzmie i w innych tradycjach duchowych. Mamy jeszcze jeden symbol – dziecko, które się rodzi. Jest święte, bo pochodzi od Boga, od natury. Symbole tych świąt są ich siłą.

Potrzebujemy ich, by przypomnieć sobie o sprawach najważniejszych, odnieść je do siebie. Co jest we mnie światłem, co jest we mnie ciemnością? Ile istnieje we mnie ciszy? Czy ja ciszę znam? Czy może się jej panicznie boję? A to niewinne dziecko: ile we mnie niewinnej prawdziwej natury, z którą przyszłam na świat? Co ja z nią zrobiłam? W sensie psychologicznym i duchowym święta mają dla nas znaczenie, jeśli sami sobie się przyjrzymy poprzez te świąteczne symbole.

Tradycja jest ważna, a tu marketing nas z niej okrada, wykorzystując jej symbolikę, by zarobić!
Nie bez powodu wokół pełno reklam tradycyjnej wódki, tradycyjnych ciast itd. To dowodzi, że w odczuciu ludzi to, co tradycyjne, jest lepsze niż współczesne. Nie chcemy żywności wytwarzanej przemysłowo, bo się przekonaliśmy, że nam nie służy. Podobnie z innymi przestrzeniami życia, w których okazało się, że idąc za postępem, zgubiliśmy coś ważnego. Ale nie wszystko, co tradycyjne, wydaje się dobre. Tradycyjne wędliny tak, ale tradycyjne wychowanie dzieci, oparte na przemocy, na pewno nie. Polska nie podpisała ważnego traktatu o przeciwdziałaniu przemocy, bo uznano, że pozostaje niezgodny z tradycją. Ceniąc tradycję, cenić trzeba też postęp i skrupulatnie wybierać z tego, co dawne – jak z koszyka – to, co warto kultywować i przekazać kolejnym pokoleniom. Na pewno tym dobrem jest Gwiazdka…

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor Warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Filmy świąteczne - jak działają na emocje?

Filmy świąteczne kojarzą nam się głównie z „Kevin sam w domu”, „Kevin sam w Nowym Jorku”. Tymczasem Amerykanie wracają częściej do dawnych produkcji z lat 40. Jednym z takich świątecznych filmów jest „Cud na 34. ulicy” (Miracle on 34th Street) z 1947 r. (fot. BEW)
Filmy świąteczne kojarzą nam się głównie z „Kevin sam w domu”, „Kevin sam w Nowym Jorku”. Tymczasem Amerykanie wracają częściej do dawnych produkcji z lat 40. Jednym z takich świątecznych filmów jest „Cud na 34. ulicy” (Miracle on 34th Street) z 1947 r. (fot. BEW)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kino familijne, filmy świąteczne, kultowe komedie skłaniają do powrotu do bezpiecznej bazy i pozwalają pielęgnować pozytywne emocje. Na czym polega ich działanie na naszą psychikę, opowiada Martyna Harland, psycholog SWPS.

Dlaczego lubimy oglądać filmy o świętach? Co nam one dają – poprawiają nastrój, przenoszą w bezpieczny świat, zdejmują z nas maskę poważniaków? Takie filmy świąteczne oglądamy często na zasadzie kreskówek. Przenosimy się w inną, nieco bajkową rzeczywistość. Możemy przez chwilę żyć inaczej i patrzeć na świat z różnych perspektyw. Wyskakiwanie z własnej skóry jest przyjemne. Kto by nie chciał raz na jakiś czas przenieść się w wymiar, w którym wszystko jest możliwe i dobre? Prezenty, spotkania z bliskimi, pyszne jedzenie.

Filmy familijne, filmy świąteczne przypominają też o tym, żeby zatrzymać się na chwilę i skupić na bliskich, na rodzinie. Człowiek jest istotą społeczną. Tymczasem prognozy straszą – według GUS w 2035 roku liczba rodzin co najmniej czteroosobowych zmniejszy się o 25 proc., przybędzie za to ludzi samotnych. Czy zatem rodzina, jaką znamy z seriali familijnych, to już przeżytek? Co może ją zastąpić? Świąteczne kino familijne odwołuje się do tej tęsknoty za tradycyjną rodziną.

Profesor Janusz Czapiński powiedział kiedyś, że Polacy wykazują się jednym z największych w Europie wskaźników familizmu. Jednak nie wszystkim rodzinne święta kojarzą się z przyjemnością. Poza tym stres związany ze świętami bierze się z wielu czynników. Boże Narodzenie jest pod koniec roku. Ten moment skłania do zrobienia podsumowania. Często bilans okazuje się ujemny, więc samo to wprowadza nas w negatywny nastrój.

Filmy o Świętym Mikołaju traktujemy zazwyczaj trochę pobłażliwie – nie kojarzą się z kinem wysokich lotów. Z drugiej strony, co roku do nich powracamy. Na czym polega ich fenomen? Oglądając je, wracamy do bezpiecznej bazy i dzieciństwa, które często kojarzy nam się pozytywnie. Działa to trochę na zasadzie rytuału, a to wytwarza w człowieku poczucie komfortu. Ich brak oznaczałby zburzenie tego poczucia przewidywalności świata. Rytuały jednoczą wspólnotę, a to szczególnie istotne w czasach, gdy żyjemy w większości jako odrębne jednostki.

Z punktu widzenia psychologa nie liczy się wartość estetyczna filmu. Chodzi przede wszystkim o poruszanie naszych emocji.

„Listy do M” zapisały się już na dobre na polskiej liście filmów świątecznych (fot. materiały prasowe Kino Świat) „Listy do M” zapisały się już na dobre na polskiej liście filmów świątecznych (fot. materiały prasowe Kino Świat)

W ramówce telewizyjnej pojawiają się obowiązkowe tytuły – święta bez Kevina dla niektórych z nas nie byłyby już prawdziwymi świętami. Na czym polega moc tego filmu? Ten fenomen przyciąga co roku przed ekrany telewizyjne ponad 3,2 mln widzów! W Polsce po raz pierwszy film „Kevin sam w domu” wyemitowano 25 grudnia 1992 roku. Gdy zniknął ze świątecznej ramówki, widzowie zarzucili stacji telewizyjnej, że „zabija święta”. Obok ubierania choinki i śpiewania kolęd film o Kevinie stał się częścią świątecznej tradycji. Tego rodzaju kino oglądamy najczęściej razem z rodziną. I to jest klucz.

Są też prawdziwe perełki świąteczne – jak bijące co roku w Stanach rekordy oglądalności „To wspaniałe życie” z 1946 roku w reżyserii Franka Capry. Ten film to swoista pochwała życia i radości z małych rzeczy. Z jakimi pozytywnymi emocjami pozwala nam się spotkać? Najważniejsza jest nadzieja. Święta i filmy świąteczne dają nam nadzieję na lepsze jutro. To pozytywne wyczekiwanie, że ma zdarzyć się coś miłego. Nadzieja należy do emocji złożonych, które łączą w sobie afekt pozytywny i negatywny, i oba pojawiają się w konkretnej sytuacji – gdy nasze położenie nie jest takie, jak byśmy chcieli. Jednak dominuje w niej oczekiwanie na korzystne zmiany czy lepsze jutro. Nadzieja to taka pożyczka, którą udziela nam szczęście. Pozwala przezwyciężyć strach i napędza do działania. Pomaga zachować równowagę w sytuacjach bardzo trudnych.

Takie kino pomaga nam pielęgnować emocje pozytywne. A one często sprzyjają realizacji zadań na wyższym poziomie, czym przyczyniają się do osiągania sukcesów. Z kolei sukcesy wyzwalają kolejne pozytywne emocje.

Psycholog pozytywna Barbara Fredrickson, zajmująca się badaniami nad szczęściem, wyliczyła idealną proporcję emocji pozytywnych do negatywnych w naszym życiu. Powinna ona wynosić 3:1. Mniejsza o to, w jakim stopniu trzymać się tej złotej zasady. Istotne jest, że stosunek ten nie wynosi 3:0. Warto zatem pielęgnować emocje pozytywne, nie unikając tego, co negatywne.

„To wspaniałe życie”( It's a Wonderful Life) to komediodramat z 1946 r (reż. Frank Capra). Bazą dla filmu była krótka historia „The Greatest Gift”, którą napisał Philip Van Doren Stern. (fot. BEW) „To wspaniałe życie”( It's a Wonderful Life) to komediodramat z 1946 r (reż. Frank Capra). Bazą dla filmu była krótka historia „The Greatest Gift”, którą napisał Philip Van Doren Stern. (fot. BEW)

Na czym dokładnie polega działanie tego typu filmów na naszą psychikę? Czy możemy na przykład wykorzystać terapeutyczną moc filmów do poprawy nastroju, gdy mamy doła? W kinie i literaturze to zjawisko nazywa się „mental transportation”, czyli przeniesienie do rzeczywistości filmowej, identyfikacja z bohaterem i jego światem przedstawionym w filmie.

Czy filmy lekkie, łatwe i przyjemne mogą rozwijać naszą inteligencję emocjonalną? Takie filmy mogą nam chwilowo poprawić nastrój. To emocje proste, którymi niejako zarażamy się z ekranu, w nie do końca świadomy sposób, na zasadzie rezonansu emocjonalnego. Zatem komedia wywołuje śmiech. Większość popularnych filmów to właśnie feel good movies, czyli filmy, które podnoszą poziom serotoniny. Oglądamy i czujemy się lepiej.

Problem w tym, że to efekt krótkotrwały. Dlatego jeżeli chodzi o długofalową pracę nad inteligencją emocjonalną, lepsze jest kino psychologiczne, wywołujące emocje złożone, jak wstyd czy poczucie winy. Zatem te, które są mieszanką emocji pozytywnych i negatywnych.

A jaką listę pozytywnych „doładowywaczy” na święta poleciłby psycholog? Każdy ma swoją żelazną listę, do której wraca. Mnie święta kojarzą się z Luisem de Funesèm. Śmiech jest terapią, którą każdy może sobie przepisać sam. W psychologii nazwano to gelontologią. Śmiech dotlenia, relaksuje, usuwa stres i redukuje ból. Polecam.

ŚWIĄTECZNA TOP LISTA:

  1. „Cud na 34. ulicy” (Miracle on 34th Street), występują: Maureen O’Hara, John Payne, reż. George Seaton, USA 1947
  2. „Kevin sam w domu”, występują: Macaulay Culkin, Joe Pesci, reż. Chris Columbus, USA 1990
  3. „Kevin sam w Nowym Jorku”, występują: Macaulay Culkin, Joe Pesci, reż. Chris Columbus, USA 1992
  4. „Holiday”, występują: Cameron Diaz, Jude Law, reż. Nancy Meyers,USA 2006
  5. „Listy do M. 2”, występują: Tomasz Karolak, Agnieszka Dygant, Polska 2015
  6. „To wspaniałe życie" ("It's a Wonderful Life"), występują: James Stewart, Donna Reed, reż. Frak Capra, USA 1946
  7. Kochajmy się od święta”, występują: Alan Arkin, Diane Keaton, reż. Jessie Nelson, USA 2015
Filmy z lat 40. można obejrzeć m.in. na takich platformach jak CDA, vodplay.pl.

Martyna Harland: psycholog, absolwentka Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich na Uniwersytecie SWPS, a także Warszawskiej Akademii Filmowej. Prowadzi badania nad filmoterapią - wpływem filmów na rozwój, samoświadomości oraz lepsze rozumienie emocji.

  1. Psychologia

Uruchom zmianę! 10 kroków

Jeśli często przychodzi ci do głowy, że zaczniesz żyć inaczej, ale najpierw uporasz się z tym projektem, twoje dzieci wyprowadzą się z domu lub schudniesz 15 kilogramów, to powiedz sobie: stop! Życie dzieje się tu i teraz. (Fot. iStock)
Jeśli często przychodzi ci do głowy, że zaczniesz żyć inaczej, ale najpierw uporasz się z tym projektem, twoje dzieci wyprowadzą się z domu lub schudniesz 15 kilogramów, to powiedz sobie: stop! Życie dzieje się tu i teraz. (Fot. iStock)
Stagnacja? Nuda? Katastrofa! Pora z tym skończyć!

Wstajesz rano i myślisz: „byle dotrwać do wieczora”? Jeśli często przychodzi ci do głowy, że zaczniesz żyć inaczej, ale najpierw uporasz się z tym projektem, twoje dzieci wyprowadzą się z domu lub schudniesz 15 kilogramów, to powiedz sobie: stop! Życie dzieje się tu i teraz. Nie odkładaj go na później! Zaakceptuj to, co dobre, a resztę zacznij zmieniać. Krok po kroku.

1. Pierwsza rzecz, to ogląd obecnej sytuacji. Musisz przyjrzeć się sobie i wyrazić zgodę na miejsce, w którym jesteś. Bez tego ani rusz. Weź kartkę i narysuj drogę swojego życia. Zaznacz na niej kluczowe momenty, które wydarzyły się do tej pory. Wypisz też ważne osoby. Zwróć uwagę na punkt, w którym obecnie się znajdujesz. Co cię otacza, z kim jesteś blisko, a z kim masz słabszy kontakt.

2. Nazwij istotne obszary swojego życia, np: praca, mąż, żona, dziecko, przyjaźń, rozwój, ciało. Określ poziom satysfakcji w każdym z nich w skali od 1 do 10. Następnie wybierz ten, którym chcesz się zająć na początek.

3. Połóż się wygodnie, zamknij oczy i wyobraź sobie, że w danym obszarze uzyskałeś 10. Co teraz czujesz? Jak to widzisz? Postaraj się, by wizja była jak najbardziej konkretna. Skup się na niej przez kilka minut. Gdy otworzysz oczy, weź kartkę. Namaluj lub opisz tę scenę. Teraz wiesz, czego się trzymać.

4. Pamiętaj, że każda zmiana zaburza dotychczasowy układ. Przygotuj się na to, że twoja metamorfoza (np. to, że staniesz się bardziej pewny siebie lub zaczniesz regularnie uprawiać sport) może wywołać niepokój u innych. Dlatego mów otwarcie o swoich planach i potrzebach. Poproś o wsparcie bliskich. Jeśli zmiana wpływa także na nich, poświęć czas na wypracowanie rozwiązań odpowiadających wam wszystkim.

5. Zastanów się nad coachingiem. To efektywna metoda wprowadzania zmian, zarówno w obszarze zawodowym, jak i osobistym. Znajdź ludzi, którzy mogą cię wesprzeć – np. mają podobne doświadczenia lub udało im się dokonać tego, co chcesz osiągnąć.

6. Zmiany, nawet te na lepsze, nierozerwalnie wiążą się ze stresem. Nie bez powodu na liście najbardziej stresujących wydarzeń znajduje się tak radosne wydarzenie jak ślub. Każda zmiana to podróż w nieznane. A to wywołuje lęk. Łatwiej jest sobie z nim poradzić, gdy się go nazwie. Jeśli stany lękowe towarzyszą ci zbyt często, pomyśl o skorzystaniu z pomocy psychoterapeuty.

7. Nie zawsze jesteśmy gotowi na nowe. Sprawdź to tak: Wyobraź sobie, że dziś rano otworzyłeś butelkę mleka, z której nieoczekiwanie wyskoczył dżin. Poprosiłeś go o to, co chcesz, ale on postawił warunek: dostaniesz to, o co prosisz, już jutro rano. I co, czy jesteś na to gotowy?

8. Nie trzymaj się planu zbyt kurczowo. Czasem warto być elastycznym. Życie to nie tylko wypełnianie harmonogramu. Otwieraj się na to, co zdarza się niespodziewanie. Inaczej po drodze możesz zgubić radość.

9. Pracuj z afirmacjami. Wymyśl zdanie, które ci pomoże (powinno mieć pozytywny przekaz), np. „śmiało dążę do celu” albo „realizuję moje marzenia”. Powtarzaj je sobie kilkakrotnie rano i wieczorem, zapisz i powieś w widocznym miejscu.

10. Stwórz plastyczną wizję przyszłości. Wykorzystaj do tego metodę kolażu. Wyklej, narysuj, dopisz hasła. Wystarczy odrobina fantazji. Do zabawy zaproś najbliższych.

  1. Psychologia

Czy psychopaci rządzą światem?

Skąd biorą się psychopaci? Dlaczego tak nas fascynują? I po jakich cechach możemy ich rozpoznać? (fot. iStock)
Skąd biorą się psychopaci? Dlaczego tak nas fascynują? I po jakich cechach możemy ich rozpoznać? (fot. iStock)
Hannibal Lecter, James Bond, twój szef. Charyzma, patologiczny egocentryzm, urok osobisty, brak poczucia lęku. To cechy, dzięki którym udaje się psychopatom wpasować w społeczeństwo. Jednak nie każdy z nich – jak twierdzi Jon Ronson, autor książki „Czy jesteś psychopatą?” – staje się patologicznym zabójcą. Ale każdy potrafi zdemolować czyjeś życie.

Ilu minut potrzebujesz na zdiagnozowanie psychopaty?
Myślę, że w ciągu godziny bym się zorientował, że mam do czynienia z takim przypadkiem.

Rozumiem, że za pomocą testu Hare’a (Skala Obserwacyjna Skłonności Psychopatycznych) zweryfikowałeś listę przyjaciół?
Kiedy moja obsesja na punkcie psychopatów sięgnęła zenitu, diagnozowałem każdego i wszędzie widziałem psychopatów, pod nóż poszli też znajomi...

I?
Wyobrażasz sobie, że mógłbym przyjaźnić się z psychopatą?

Skąd się biorą psychopaci?
Ludzie, którzy zajmują się tym tematem, jak na przykład Robert Hare, odpowiedzieliby, że rodzisz się psychopatą. Bo kiedy dziecko ma dziesięć lub 11 lat, to wtedy psychopatyczne skłonności dochodzą do głosu. I myślę, że w jakiejś części jest to prawda. Wiesz, że w Stanach organizuje się wyjazdy wakacyjne dla psychopatów?

Co za pomysł! I co dzieci tam robią? Dręczą zwierzęta?
Nie, manipulują sobą nawzajem, jak to w życiu – chłopcy dziewczynami, dziewczyny chłopcami. A wracając do twojego pytania, to ja mam drobny problem z definicją Hare’a. Bo urodzenie urodzeniem, ale najczęściej jest tak, że większość psychopatów ma za sobą straszne dzieciństwo, najczęściej pełne przemocy z zaburzonymi rodzicami. A ponieważ diagnozuje się ich na podstawie testu, to psychiatrzy kliniczni stawiają krzyżyk w boksie i tylko to się liczy, nie obchodzi ich jakieś tam marne dzieciństwo pacjenta. Więc mnie osobiście strasznie żal tych ludzi, którzy pewnie byli miłymi dzieciakami, ale pełne okrutnej przemocy dzieciństwo zmieniło ich i ich życie na zawsze. Moim zdaniem te testy są w jakimś sensie odarte z humanizmu.

Czyli nie uważasz testu Hare’a za wiarygodny?
Nie, to dobry test, ale problemem są tacy ludzie jak ja, czyli ci, którzy mogą mylnie go interpretować, bo nie mają doświadczenia medycznego. I także naprawdę silne jednostki, którym łatwo jest manipulować. No i to, co powiedziałem – ten test nie pyta: Dlaczego psychopata staje się psychopatą?

Twoja książka to dowód na to, że psychopaci są wszędzie. Skąd ta fascynacja?
Pewien psychiatra powiedział mi kiedyś, że psychopaci rządzą światem. „Co ty mówisz?” – pomyślałem. Oni rządzą, a cała reszta, czyli my, jesteśmy ich ofiarami? Ci wszyscy szefowie koncernów, głowy państw, przywódcy religijni? Musiałem się tego dowiedzieć, musiałem to sprawdzić.

Jako dziennikarz?
Nie, jako zwykły człowiek. Bo to chyba najbardziej powalająca rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszałem. Pomyślałem sobie: „Przecież nie mówi tego do mnie jakiś wariat czy zwolennik teorii spiskowych, tylko psycholog po Harvardzie!”. I to był główny powód. Poza tym ciągle prześladowała mnie myśl, czy to rzeczywiście prawda, że ci ludzie, którzy żyją wśród nas, wyglądają i zachowują się jak my, są inni? Czy są jaszczurami w ludzkiej postaci? Chciałem dotrzeć do prawdy i nurtowała mnie ich tajemnica. Okazało się to bardzo skomplikowane. Rozmawiałem m.in. z dowódcą szwadronów śmierci na Haiti czy prezesem korporacji, który masowo zwalniał pracowników. Część z nich wykazywała jakieś ludzkie cechy, część żadnych. Wszyscy oni byli psychopatami zajmującymi wysoką pozycję w teście profesora Hare’a i rzeczywiście różnili się od ogółu – wiem, bo ich spotkałem.

Czym? Jakie to cechy?
Charyzma, bezwzględność, nieustraszoność, przesadne poczucie własnej wartości, brak empatii, brak realistycznych celów, potrzeba ciągłej stymulacji i wiele innych. Ale kolejna prawda w mojej książce to ta, że ludzie są skompilowani – jesteśmy źli, dobrzy, mądrzy, głupi, mili, okropni, utalentowani. Więc trudno to ocenić.

Dlaczego tak fascynują nas psychopaci?
Bo to tajemnica, a wszyscy lubimy je odkrywać. Największe tajemnice kryją się w zakamarkach społeczeństwa. Poza tym ci ludzie, których spotkałem, mieli niezwykłą charyzmę, byli błyskotliwi, mili, potrafili zaczarować.

Któryś z twoich rozmówców cię przeraził?
Emmanuel „Toto” Constant, przywódca szwadronów śmierci na Haiti. Wydawał się niebezpieczny i rzeczywiście zaburzony, klasyczny przypadek. Powiedział do mnie: „Chciałbym, żeby ludzie mnie lubili, wtedy mogę nimi manipulować”. Naprawdę nie mogłem uwierzyć, że ośmielił się to powiedzieć.

Dwie z moich wielu szefowych były psychopatkami, bawiło je dręczenie i zwalnianie ludzi. Ja zwolniłam się z pracy. Można inaczej obronić się przed psychopatą korporacyjnym?
Zwolnienie się to najlepsze rozwiązanie, ale kiedy wiesz, że pracujesz z psychopatą, to już dużo, bo zdajesz sobie sprawę, że nie możesz brać wszystkiego personalnie, wiesz, że ktoś tobą manipuluje, nie postępuje racjonalnie, jest okrutny dla samego bycia okrutnym. Kiedy rozumiesz, z kim masz do czynienia, będzie ci łatwiej przebywać w otoczeniu psychopaty. Możesz wtedy bezpieczniej przeczekać jakiś czas. Ale ja radziłbym szybkie znalezienie innej pracy.

Którego psychopatę chciałbyś spotkać? Hitlera, Stalina, Mansona?
Tak, ich zdecydowanie. Ale robiłem wywiad z kobietą z grupy Mansona i to była strasznie nudna rozmowa. Tak już jest czasami z psychopatami, że spotykają się tylko dlatego, że trafił im się ktoś, kto wysłucha ich filozofii, nie mają zamiaru spełniać oczekiwań słuchacza i odpowiadać na pytania, które zadaje.

Miała wyrzuty sumienia po tym, co zrobiła?
Nie, dalej wierzyła w to, w co wierzył Manson, była jego wyznawczynią.

„Psychopata może płakać, kiedy umiera jego pies, a ty myślisz, że to nie na miejscu, bo wiesz, że nie płacze, kiedy umiera jego córka” – to cytat z twojej książki. Spotykam coraz więcej ludzi, którzy kochają psy, mają ich kilka, a nie potrafią zbudować więzi emocjonalnej ze swoimi dziećmi czy rodzicami.
Rzeczywiście psychopaci najczęściej mają psy. To dlatego, że one zapewniają bezwarunkową miłość. A psychopaci potrzebują bezwarunkowej miłości. Córki takiej nie zapewniają.Synowie tym bardziej. Myślę, że ta psia miłość przemawia do wybujałego poczucia własnej wartości. Kiedy myślisz, że jesteś wspaniały, to obraża cię, kiedy ktoś myśli inaczej. A psy zawsze uważają, że jego pan czy pani są najwspanialsi.

Nie koty.
Koty są jak psychopaci. Pewnie dlatego raczej nie spotkasz kota w ich mieszkaniach. To tak jakby psychopata mieszkał z psychopatą.

Piszesz o wzrastającej liczbie zaburzeń psychicznych u dorosłych i dzieci. Statystyki są alarmujące.
Coraz więcej ludzi jest diagnozowanych, liczba różnego rodzaju zaburzeń psychicznych drastycznie wzrasta. Kiedy podręcznik DSM 1 (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders – klasyfikacja zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego) został wydany po raz pierwszy, był małą broszurą. DSM 2 była odrobinę grubsza, a po latach DSM 5 ma już 886 stron i opisuje 374 zaburzenia psychiczne. Ludzie kupowali tę książkę, uwielbiali ją i zupełnie bezkrytycznie diagnozowali się: „Mam ADHD! Bulimię! Schizofrenię!”.

Ty też?
Oczywiście, zdiagnozowałem u siebie chyba z 12 zaburzeń psychicznych. Ale teraz, kiedy ukazała się piąta edycja, nie ma już tej fali optymizmu. Ludzie (w tym ja) zadają sobie coraz więcej pytań: Czy to w porządku, że każdemu można przypiąć jakąś etykietkę choroby, czy można diagnozować dzieci i przez to stygmatyzować? To nie jest proste.

Czy to znaczy, że świat będzie pełen psychopatów?
To się zmienia. Oczywiście, psychopaci istnieją, choroba afektywna dwubiegunowa istnieje, ale etykietowanie ludzi i faszerowanie ich lekami osiągnęło już punkt kulminacyjny. W Stanach mnóstwo dzieciaków latami przyjmuje leki, bo w taki czy inny sposób zostały zdiagnozowane – ADHD, asperger, autyzm, fobia, nerwica. Właściwie rzadko spotyka się dzieci bez jakiegoś zaburzenia i dlatego coraz częściej pojawiają się głosy: pozwólmy dzieciom być dziećmi, dzieciństwo ma swoje prawa, a my im je zabieramy.

We Francji nie leczy się ADHD lekami, tylko sprawdza się otoczenie i sytuację społeczną, w jakich dziecko żyje.
To bardzo interesujące. I dużo bardziej pozytywne działanie. Wierzę, oczywiście, że są ludzie z ADHD, którym leki pomogły, nie chcę być ekstremalny. Ale jeśli rodzice dziecka, które zachowuje się niegrzecznie, są wzywani do szkoły i delikatnie im się sugeruje, żeby ich pociecha zaczęła brać prozac, to już spore nadużycie.

Zdaje się, że psychopatia jest w modzie. Właśnie wyszła książka „Mądrość psychopatów” Kevina Duttona. Istnieje coś takiego jak mądrość psychopatów?
Jadłem obiad z Kevinem, zanim napisałem swoją książkę. To ceniony psycholog, ale nie wiem, czy podoba mi się pomysł, żeby uczyć się czegoś od psychopatów. Niby czego? Jak manipulować ludźmi? Jak być bezwzględnym?

No, to akurat cechy przydatne w dzisiejszym świecie...
Tak, tylko pytanie, co to za świat. Ja nie chcę w takim żyć. Nie chcę mieć w swoim otoczeniu psychopatów, manipulacja nie jest mi do niczego potrzebna, nawet jeśli spotykają mnie porażki, to chcę, żeby tak zostało. A przekonania Kevina dotyczące psychopatów? No cóż, nie mówię, że są złe, ale na pewno nie dla mnie.

Wielu ludzi znajduje się na granicy normalności i szaleństwa.
I to jest OK. Nie można ludzi stygmatyzować. Na końcu mojej książki mówię, że bardzo często obsesja jest naszym błogosławieństwem, bo zmusza nas do robienia interesujących rzeczy. I to jest mój happy end.

Kiedy zaczynałeś pisać swoją książkę, miałeś stany lękowe. Po tych wszystkich spotkaniach z psychopatami one się pogłębiły?
Niektóre ciągle są, kilka zniknęło. Ale psychopaci nie mają z nimi nic wspólnego. Kiedy gdzieś wyjeżdżałem i dzwoniłem do żony, a ona nie odbierała, byłem pewny, że nie żyje. To było bardzo silne uczucie, kompletnie obezwładniające. Poddałem się hipnozie u Paula McKenny (brytyjski hipnotyzer, ma swoje programy w telewizji) i pomogło. Ale większość moich stanów lękowych, na które cierpiałem wiele lat, minęła sama z siebie.

Z wiekiem zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze: wszystkie straszne rzeczy, o których myślałem, że się wydarzą – najczęściej się nie wydarzały. Kiedy natomiast rzeczywiście coś strasznego się zdarzy – i twój lęk staje się rzeczywistością – jakoś sobie z tym radzisz.

Oswajasz lęk.
Opowiem ci historię. To miała być tajemnica, ale co tam. Mój syn tak jak ja cierpi na stany lękowe. Spędzaliśmy weekend w Martha’s Vineyard kilka tygodni temu. Po kolacji ja grzecznie do łóżka, a on ze znajomą na jakieś party. Wpół do pierwszej dzwoni w totalnym szoku. Kiedy po zabawie pojechali do domu dziewczyny, odkryli tam... zwłoki jej matki.

Takie rzeczy to tylko w filmie.
Wiesz, mój syn ma dopiero 16 lat i stany lękowe, więc dla niego to musiał być totalny szok. Następnego dnia mówię do niego: „Zobacz, wydarzyła się straszliwa rzecz i dałeś sobie radę. Zadzwoniłeś po policję, pomogłeś Kate. Dotknąłeś tego i w jakimś sensie cię to oczyściło”. Więc ja tę historię oceniam pozytywnie. Siedzimy sobie tutaj, ja mam 47 lat i z tą wiedzą, którą zdobyłem przez lata, wiem, że lęk zmniejsza się z wiekiem. Zresztą w jakimś sensie postrzegam lęk jako chorobę niedojrzałości, braku wiedzy o tym, jak funkcjonuje świat.

Widziałeś film „Upadek” z Michaelem Douglasem? Myślisz, że on jest psychopatą?
Dobre pytanie. Tak, widziałem i pamiętam scenę rozmowy z nazistą, który mówi: „Jesteśmy tacy sami”. A Michael na to: „Nie, nie jesteśmy”. Więc chyba nie był, raczej miał depresję i stany lękowe, a psychopaci nigdy ich nie mają.

Musiałbyś mu zrobić test.
Nie, lęk to dowód na to, że nie jest się psychopatą. Dlatego ja też nim nie jestem.

Wywiad z archiwalnego numeru Zwierciadła.

Jon Ronson: walijski dziennikarz i dokumentalista, prezenter radiowy, autor książki „Człowiek, który gapił się na kozy” (na jej podstawie powstał scenariusz filmu pod tym samym tytułem braci Cohenów z George’em Clooneyem w roli głównej). W swojej książce „Czy jesteś psychopatą?” sprawdza, czy rzeczywiście psychopaci rządzą światem.

  1. Moda i uroda

Najsłynniejsze obrączki ślubne świata. Jak znaleźć ich odpowiedniki?

Z białego złota? Różowego? Bogato zdobione brylantami albo takie z grawerem? Idealne obrączki to te, które najlepiej podkreślą osobowość. Co więcej, wcale nie muszą być minimalistyczne! Ślubna klasyka interpretowana jest dzisiaj znacznie swobodniej, dodatkowo nieoczywisty design wybierają już nie tylko celebryci. Poszukujesz wyjątkowej biżuterii w swoim stylu? Poznaj więc najsłynniejsze obrączki świata i dowiedz się, jak znaleźć ich odpowiedniki!

Ślub zbliża się wielkimi krokami?

Czas najwyższy przemyśleć temat biżuterii. Tę kwestię dobrze jest dograć do końca, zanim pozostałe przygotowania ruszą pełną parą. Tuż przed ślubem jest się non stop w biegu i naprawdę trudno odwiedzić salon jubilerski. Szczególnie jeśli marzą się obrączki personalizowane na zamówienie, trzeba wziąć pod uwagę, że ich wykonanie również trwa dłużej.

Biżuterię ślubną najlepiej jest wybierać bez pośpiechu, więc rezerwacja czasu specjalnie na przymierzanie, to dobry pomysł. Różne grubości, typ profilowania oraz kolor złota? Najważniejsze, aby obrączki pasowały idealnie rozmiarem, a także stylem. Planujesz nosić biżuterię ślubną i zaręczynową na jednym palcu? Sprawdź więc koniecznie, jak różne modele prezentują się w duecie z zaręczynowym pierścionkiem.

Obrączki ślubne, czyli najważniejszy symbol małżeństwa

Tradycja wymiany obrączek między małżonkami ma korzenie chrześcijańskie, sięgając czasów średniowiecza. Co prawda na przestrzeni wieków sposób ich noszenia oraz design zmieniały się wielokrotnie, jednak od zawsze miały one przypominać o zawartym związku oraz symbolizować trwałe uczucie. Dziś biżuteria ślubna jest pamiątką o ogromnej wartości sentymentalnej, a przy okazji dodatkiem do codziennych stylizacji.

Co więcej, ciekawych obrączek jest obecnie tak wiele, że wybór tych wyjątkowych może być niekiedy sporym dylematem. Obok gładkich, minimalistycznych modeli znajdziesz te nowoczesne, czyli:

  • tworzone z białego, różowego lub wielokolorowego złota,
  • zdobione brylantami albo grawerem,
  • znacznie węższe lub szersze niż te klasyczne,
  • wyprofilowane w nietypowy sposób.

Ty również zastanawiasz się, jak spośród wielu projektów jubilerskich wybrać te najpiękniejsze? Koniecznie czytaj dalej!

Fot. materiał partneraFot. materiał partnera

Symbol małżeństwa na czerwonym dywanie

Jakie obrączki robią furorę na królewskim dworze lub wśród gwiazd show-biznesu? Poniżej znajdziesz garść ślubnych inspiracji prosto z czerwonego dywanu!

Wprost z królewskiego dworu

Biżuteria, którą wręczają sobie w dniu ślubu członkowie rodziny królewskiej, jest wyjątkowa. Powstaje z walijskiego złota.

Czy wiesz, że...

  1. ...jest ono prawdopodobnie najrzadszym, a przez to najdroższym złotem na świecie? Szacuje się, że jego wartość przewyższa około 30-krotnie cenę innych stopów.
  2. ...dzięki obecności miedzi w walijskich złożach ma naturalnie różowe zabarwienie?
  3. ...tradycja wręczania sobie różowej biżuterii ślubnej sięga na królewskim dworze 1923 roku? Właśnie wtedy po raz pierwszy takie obrączki wymienili między sobą Elizabeth Bowes-Lyon i George VI.

Walijskie złoto prezentuje się wyjątkowo efektownie – nie bez przyczyny od prawie 100 lat uważa się je za kruszec królewskich czy książęcych małżeństw. Jednak gdyby tak... zainspirować się królewską biżuterią? Wiele ciekawych projektów ślubnych z różowego złota znajdziesz obecnie w jubilerskich manufakturach, takich jak ACLARI. Tego typu obrączki są naprawdę uniwersalne! Genialnie zgraja się z diamentowym pierścionkiem zaręczynowym, a także większością ozdób z biżuteryjnej szkatułki.

Wybory gwiazd show-biznesu

Platynowa, wysadzana różnokolorowymi diamentami obrączka Katy Perry nie może pozostać niezauważona! Zwróć uwagę na biżuterię Nicole Kidman – szeroka, zdobiona w całości przezroczystymi brylantami zdecydowanie wpada w oko! Wasze obrączki ślubne również nie muszą być klasyczne ani nawet... identyczne! Coraz więcej par decyduje się wybrać różne modele albo odmienną personalizację. Często biżuteria Pana Młodego pozostaje wtedy gładka, a dla Panny Młodej ma zakuwany jeden lub kilka diamentów. Taka ozdoba fantastycznie prezentuje się solo, a jeszcze lepiej w duecie z zaręczynowym pierścionkiem z brylantem!

Fot. materiał partneraFot. materiał partnera

Pierścionek na bogato!

Czy wiesz, że Joe DiMaggio oświadczył się ikonie Hollywood Marilyn Monroe spontanicznie, w dodatku… bez pierścionka? Za to w dniu ślubu wręczył Ukochanej platynową obrączkę wysadzaną 36 diamentami! Dziś obrączkowe pierścionki zaręczynowe z wieloma brylantami to jeden z biżuteryjnych trendów nie tylko na czerwonym dywanie.

Nosisz właśnie taki pierścionek? Dobierz do niego minimalistyczną biżuterię ślubną bez dodatkowych zdobień, a zobaczysz, że efekt Cię zachwyci! Przy okazji koniecznie sprawdź też białe złoto palladowe. Taki stop świetnie imituje platynę pod każdym względem. Jest naturalnie wytrzymały oraz ma mocny, trwały połysk!

Znajdź swoją inspirację w ACLARI

To tylko kilka inspiracji. Sposobów, aby za pomocą ślubnej oraz zaręczynowej biżuterii podkreślić swój styl, jest znacznie więcej! Lubisz bawić się modą? Przy okazji ślubu zaszalej z designem! Najpiękniejsze obrączki ślubne z żółtego, białego i różowego złota – minimalistyczne oraz zdobione diamentami albo grawerem – zamówisz w ACLARI. Oprócz tego znajdziesz tutaj także diamentowe pierścionki zaręczynowe, kolczyki, łańcuszki czy zawieszki – sprawdź!