1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Po co nam tradycje bożonarodzeniowe? Co z nich czerpiemy? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Święta Bożego Narodzenia kojarzą nam się z tradycją i rodziną. To głęboko zapisane w nas archetypy. (fot. iStock)
Święta Bożego Narodzenia kojarzą nam się z tradycją i rodziną. To głęboko zapisane w nas archetypy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy marketing przywłaszczył sobie tradycję bożonarodzeniową? Co będzie z choinką, białym obrusem, opłatkiem? Budzą trudne wspomnienia? I tak warto obchodzić święta – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. Samotne w bloku, z nieznajomymi na jachcie czy z rodziną pod miastem – mogą być czasem niezwykłym. Musimy tylko poznać ich uniwersalną symbolikę.

Z dzieciństwa spędzonego w blokowisku we Wrocławiu pamiętam, że choinki świeciły w oknach u wszystkich sąsiadów: Karaimów, Ukraińców, rodzin pochodzenia żydowskiego, niemieckiego i litewskiego. W moim domu święta przynosiły spokój i radość, gości tak rzadkich jak zwierzaki mówiące ludzkim głosem. Pewnie dlatego kocham te święta.
Tradycja bywa dobra i zła, a świętowanie Bożego Narodzenia to na pewno dobra jej część. Poprzez swoją uniwersalną symbolikę ten czas dotyczy niezwykłego i wspólnego nam wszystkim wymiaru życia. Niezależnie od tego, co się wydarzy, niezależnie od tego, ile mamy lat i co myślimy, święta powtarzają się co roku. Podobnie pachną, niosą podobne smaki i wzruszenia. To daje nam namiastkę nieskończoności, odczucie uczestniczenia w czasie świętym, czyli w wieczności. To niezwykłe przeżycie. Ludzie skupieni na rozwoju duchowym doświadczają go świadomie. A ci, którym duchowość nie zaprząta głowy, po prostu wzruszają się, widząc te bombki, światełka, czerwoną czapkę Świętego Mikołaja i nos renifera Rudolfa.

Co nam daje kultywowanie świątecznej tradycji? Po co ten wysiłek, by o nią zadbać?
Powtarzalność i niezmienność zachowań, jakie pociąga za sobą dbałość o tradycję, zapewniają nam poczucie bezpieczeństwa. Święta stają się w tym naszym zwariowanym świecie czymś niezmiennym i pewnym. Wzmacniają to, co dziś bardzo cenne – poczucie więzi rodzinnych. Nasycają nas zarówno dobrym jedzeniem, jak też dobrą miłością i troską najbliższych. Bo oto oni – zaganiani i zmęczeni – dla nas się natrudzili i przygotowali prezenty. Czasem absurdalne, ale wykonali wysiłek. Dla nas ulepili pierogi, ugotowali barszcz, posprzątali. No i my też okazaliśmy im nasze przywiązanie, postępując podobnie. Ale bywa, że ta troska, te przygotowania zamieniają się w istną mordęgę. Goniąc za materialnym ideałem świąt, zapomina się, czym one są. Chcąc się pokazać, zrobić wrażenie, zmuszamy siebie i bliskich do wysiłku tak dużego, że kiedy wreszcie usiądziemy przy stole, brak nam sił, by świętować – zjeść chociaż jedną z tych 12 potraw, okazać bliskim miłość. Nie mówiąc już o tym, co najważniejsze, czyli o zadumie nad sensem duchowym tego czasu.

Tradycje bożonarodzeniowe, kultywowane z pokolenia na pokolenie, dają nam poczucie bezpieczeństwa. (Fot. iStock) Tradycje bożonarodzeniowe, kultywowane z pokolenia na pokolenie, dają nam poczucie bezpieczeństwa. (Fot. iStock)

Oj, masz chyba trudne gwiazdkowe wspomnienia?
Święta powinno się przygotowywać bardziej dla dzieci niż dla dorosłych. Dzięki temu dzieciaki nasiąkają dobrymi emocjami: zachwycają się światełkami, bombkami, smakami, zapachami, a kiedy dostają prezenty, są wniebowzięte. Czują się kochane, znajdują się w centrum uwagi. Są ładnie ubrane, uczesane, podziwiane, a więc ważne. I fajnie nasiąkać taką tradycją, która jest miłością, dobrem. Tym nasiąkać warto, bo potem się o tym pamięta i dąży do tego, aby przekazać swoim dzieciom i najbliższym ten dobry czas. Dzieci w nas, jeśli poczuły taką atmosferę świąt, kiedy dorosną, będą w święta pełne dobrych emocji i ochoty, by je okazać i przekazać – za sprawą kultywowania świąt – swoim dzieciom i swoim bliskim. Byle więcej takiej tradycji, takich świąt! Jeśli jednak jako dzieci byliśmy zmuszani, by brać udział w świątecznej mordędze, nie mamy takich odczuć. A ja jako chłopiec nieźle się zawsze wtedy umordowałem. Moja matka uważała bowiem, że przed świętami trzeba zrobić koniecznie wszystko, a więc m.in. wywiórkować podłogę.

Co to znaczy „wiórkować podłogę”?
Kiedyś drewniane podłogi nie były lakierowane czy olejowane, ale pastowane, a potem froterowane. W miarę upływu czasu zbierało się więc na drewnie wiele warstw pasty, co istotnie nie wyglądało najlepiej pod koniec roku. Trzeba więc było zedrzeć podłogę do żywego właśnie takimi stalowymi wiórkami, które kupowało się w sklepach metalowych. Czyściłem każdą deskę z osobna. Wywiórkowanie dużego pokoju to naprawdę była mrówcza praca.

Zadanie dla Kopciuszka! Ale też może jedno z pierwszych ćwiczeń uważności?
Na pewno można tak powiedzieć. Ale prawdą jest też, że kiedy dorastałem, proporcje świąt i codzienności były zaburzone, więcej było trudu niż radości, często nawet dla dzieci. W tamtych czasach jeden statek pomarańczy przypływał do Polski z Kuby, więc wszyscy staliśmy w kolejce, by je kupić. Kilogram tych owoców, pamiętam jak dziś, kosztował 85 złotych, czyli jedną dziesiątą pensji. Na szczęście dziś święta to czas frajdy dla dzieci. I dobrze, warto o to zadbać, by mogły nasycić się świętowaniem. Ale my też nie możemy być wykończeni, bo zabraknie nam cierpliwości, żeby okazać dzieciom miłość, nawet szczerze się uśmiechnąć. Trzeba ogarnąć dom, bo posprzątany nabiera rangi świątyni, ale też zachować umiar, żeby móc cieszyć się narodzinami tego naszego Boga-dziecka.

Choinkowy apel zwłaszcza do kobiet, bo to my napinamy się niemiłosiernie, że musi być „wiórkowanie”!?
Przygotowania do świąt to wielki sprawdzian dojrzałości dla każdego z nas (ale też dla całej rodziny), czy umiemy współpracować. W święta najważniejsza jest atmosfera. Trzeba o tym pamiętać, zwłaszcza w kuchni nie wolno się kłócić. Osoby uduchowione wiedzą, że jedzenie wchodzi w wibracje emocji, dlatego podczas gotowania powinna panować harmonijna atmosfera. To ważniejsze niż 12 dań. W klasztorach buddyjskich do pracy w kuchni oddelegowani są ludzie najwyżej duchowo rozwinięci. Byle kto nie może gotować dla innych, bo swoimi emocjami, niskimi wibracjami „zatrułby” jedzenie. W naszej tradycji też dbamy o pokój między domownikami, zwłaszcza przy przygotowaniu potraw wigilijnych, bo ta jest rodzajem komunii. Te dania spożywamy wspólnie przy jednym stole, w podniosłej atmosferze.

Możemy szanować nasze tradycje bożonarodzeniowe, jednak coraz częściej potrzebujemy zmiany i oderwania się od natłoku obowiązków. Dlatego wiele osób łączy święta z wyjazdem o odpoczynkiem. (fot. IStock) Możemy szanować nasze tradycje bożonarodzeniowe, jednak coraz częściej potrzebujemy zmiany i oderwania się od natłoku obowiązków. Dlatego wiele osób łączy święta z wyjazdem o odpoczynkiem. (fot. IStock)

Skoro tradycja jest tak ważna, to może nie jedźmy na narty w Alpy, usiądźmy przy wspólnym stole w domu w Łodzi czy Gdańsku?
Z dala od domu też można przeżyć coś cudownego. Tak się złożyło, że podczas którychś świąt Bożego Narodzenia znalazłem się w Wietnamie, i to w dodatku na statku wycieczkowym. Zwiedzaliśmy jeden z najsłynniejszych archipelagów. Niewielkie wyspy z wysokimi górami, wyglądające bajecznie i mistycznie. No i tam, na tym statku, było nas 12 osób z różnych krajów świata i razem zasiedliśmy do wigilii. Przygotowała ją obsługa statku. Trochę im się pomyliło z sylwestrem, ale było świątecznie, bo nastąpiło zbratanie przypadkowych ludzi z rozmaitych zakątków świata. Czar zadziałał, bo wszyscy zgromadzeni tam dorośli jako dzieci uczestniczyli w świętach, które dały im wiele radości, które rozgrzewały ich serca. Mieli wiele dobrych gwiazdkowych wspomnień, i to dobro tam nam oddali. To jedna z lepszych wigilii w moim życiu, bo nie kosztowała mnie żadnego wysiłku. Nie trzeba było sprzątać, pomagać w gotowaniu…

Uczestniczyłam w kilku wigiliach jako dodatkowy gość. W domu zawsze miałam choinkę choćby tylko dla siebie. Jednak samotne święta nie są łatwe, nawet gdy mamy serce pełne ciepłych wspomnień.
To prawda, ale i tak warto świętować prawdziwie, i to z ludźmi, bo tych można spotkać choćby na pasterce. Pamiętam pasterkę na Gubałówce w Zakopanem. To była piękna, mroźna, śnieżna i jasna, bo księżycowa, noc. I jak ci górale zaśpiewali, jak to się po górach poniosło. To było fantastyczne przeżycie. Uniwersalne, ponadreligijne. Także dlatego, że te symbole, jakie ożywają w Boże Narodzenie, są uniwersalne, żadna religia ich nie zawłaszczyła, bo nie można zawłaszczyć Boga. Te symbole, które tam się pojawiają, pochodzą z czasów przedchrześcijańskich i mają charakter ponadreligijny. Drzewo jest symbolem życia. Światło symbolizuje i Boga, i oświecony umysł. To czas mnóstwa świateł, nikt ich wtedy nie oszczędza, nie żałuje. Rozświetlone ulice, domy. Straszne ilości prądu zużywamy, bo musi być jasno, noc musi być rozświetlona, bo tak metaforycznie walczymy z ciemnością. Dobro walczy ze złem. Życie ze śmiercią. Wiedza z niewiedzą itd. Bardzo wiele można znaleźć znaczeń. Jeszcze przecież cisza.

„Cicha noc, święta noc […]”.
Właśnie, też ma uniwersalne znacznie. Bóg jest ciszą w tradycji chrześcijańskiej. Cisza jest symbolem oświecenia w buddyzmie i w innych tradycjach duchowych. Mamy jeszcze jeden symbol – dziecko, które się rodzi. Jest święte, bo pochodzi od Boga, od natury. Symbole tych świąt są ich siłą.

Potrzebujemy ich, by przypomnieć sobie o sprawach najważniejszych, odnieść je do siebie. Co jest we mnie światłem, co jest we mnie ciemnością? Ile istnieje we mnie ciszy? Czy ja ciszę znam? Czy może się jej panicznie boję? A to niewinne dziecko: ile we mnie niewinnej prawdziwej natury, z którą przyszłam na świat? Co ja z nią zrobiłam? W sensie psychologicznym i duchowym święta mają dla nas znaczenie, jeśli sami sobie się przyjrzymy poprzez te świąteczne symbole.

Tradycja jest ważna, a tu marketing nas z niej okrada, wykorzystując jej symbolikę, by zarobić!
Nie bez powodu wokół pełno reklam tradycyjnej wódki, tradycyjnych ciast itd. To dowodzi, że w odczuciu ludzi to, co tradycyjne, jest lepsze niż współczesne. Nie chcemy żywności wytwarzanej przemysłowo, bo się przekonaliśmy, że nam nie służy. Podobnie z innymi przestrzeniami życia, w których okazało się, że idąc za postępem, zgubiliśmy coś ważnego. Ale nie wszystko, co tradycyjne, wydaje się dobre. Tradycyjne wędliny tak, ale tradycyjne wychowanie dzieci, oparte na przemocy, na pewno nie. Polska nie podpisała ważnego traktatu o przeciwdziałaniu przemocy, bo uznano, że pozostaje niezgodny z tradycją. Ceniąc tradycję, cenić trzeba też postęp i skrupulatnie wybierać z tego, co dawne – jak z koszyka – to, co warto kultywować i przekazać kolejnym pokoleniom. Na pewno tym dobrem jest Gwiazdka…

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor Warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Filmy świąteczne - jak działają na emocje?

Filmy świąteczne kojarzą nam się głównie z „Kevin sam w domu”, „Kevin sam w Nowym Jorku”. Tymczasem Amerykanie wracają częściej do dawnych produkcji z lat 40. Jednym z takich świątecznych filmów jest „Cud na 34. ulicy” (Miracle on 34th Street) z 1947 r. (fot. BEW)
Filmy świąteczne kojarzą nam się głównie z „Kevin sam w domu”, „Kevin sam w Nowym Jorku”. Tymczasem Amerykanie wracają częściej do dawnych produkcji z lat 40. Jednym z takich świątecznych filmów jest „Cud na 34. ulicy” (Miracle on 34th Street) z 1947 r. (fot. BEW)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kino familijne, filmy świąteczne, kultowe komedie skłaniają do powrotu do bezpiecznej bazy i pozwalają pielęgnować pozytywne emocje. Na czym polega ich działanie na naszą psychikę, opowiada Martyna Harland, psycholog SWPS.

Dlaczego lubimy oglądać filmy o świętach? Co nam one dają – poprawiają nastrój, przenoszą w bezpieczny świat, zdejmują z nas maskę poważniaków? Takie filmy świąteczne oglądamy często na zasadzie kreskówek. Przenosimy się w inną, nieco bajkową rzeczywistość. Możemy przez chwilę żyć inaczej i patrzeć na świat z różnych perspektyw. Wyskakiwanie z własnej skóry jest przyjemne. Kto by nie chciał raz na jakiś czas przenieść się w wymiar, w którym wszystko jest możliwe i dobre? Prezenty, spotkania z bliskimi, pyszne jedzenie.

Filmy familijne, filmy świąteczne przypominają też o tym, żeby zatrzymać się na chwilę i skupić na bliskich, na rodzinie. Człowiek jest istotą społeczną. Tymczasem prognozy straszą – według GUS w 2035 roku liczba rodzin co najmniej czteroosobowych zmniejszy się o 25 proc., przybędzie za to ludzi samotnych. Czy zatem rodzina, jaką znamy z seriali familijnych, to już przeżytek? Co może ją zastąpić? Świąteczne kino familijne odwołuje się do tej tęsknoty za tradycyjną rodziną.

Profesor Janusz Czapiński powiedział kiedyś, że Polacy wykazują się jednym z największych w Europie wskaźników familizmu. Jednak nie wszystkim rodzinne święta kojarzą się z przyjemnością. Poza tym stres związany ze świętami bierze się z wielu czynników. Boże Narodzenie jest pod koniec roku. Ten moment skłania do zrobienia podsumowania. Często bilans okazuje się ujemny, więc samo to wprowadza nas w negatywny nastrój.

Filmy o Świętym Mikołaju traktujemy zazwyczaj trochę pobłażliwie – nie kojarzą się z kinem wysokich lotów. Z drugiej strony, co roku do nich powracamy. Na czym polega ich fenomen? Oglądając je, wracamy do bezpiecznej bazy i dzieciństwa, które często kojarzy nam się pozytywnie. Działa to trochę na zasadzie rytuału, a to wytwarza w człowieku poczucie komfortu. Ich brak oznaczałby zburzenie tego poczucia przewidywalności świata. Rytuały jednoczą wspólnotę, a to szczególnie istotne w czasach, gdy żyjemy w większości jako odrębne jednostki.

Z punktu widzenia psychologa nie liczy się wartość estetyczna filmu. Chodzi przede wszystkim o poruszanie naszych emocji.

„Listy do M” zapisały się już na dobre na polskiej liście filmów świątecznych (fot. materiały prasowe Kino Świat) „Listy do M” zapisały się już na dobre na polskiej liście filmów świątecznych (fot. materiały prasowe Kino Świat)

W ramówce telewizyjnej pojawiają się obowiązkowe tytuły – święta bez Kevina dla niektórych z nas nie byłyby już prawdziwymi świętami. Na czym polega moc tego filmu? Ten fenomen przyciąga co roku przed ekrany telewizyjne ponad 3,2 mln widzów! W Polsce po raz pierwszy film „Kevin sam w domu” wyemitowano 25 grudnia 1992 roku. Gdy zniknął ze świątecznej ramówki, widzowie zarzucili stacji telewizyjnej, że „zabija święta”. Obok ubierania choinki i śpiewania kolęd film o Kevinie stał się częścią świątecznej tradycji. Tego rodzaju kino oglądamy najczęściej razem z rodziną. I to jest klucz.

Są też prawdziwe perełki świąteczne – jak bijące co roku w Stanach rekordy oglądalności „To wspaniałe życie” z 1946 roku w reżyserii Franka Capry. Ten film to swoista pochwała życia i radości z małych rzeczy. Z jakimi pozytywnymi emocjami pozwala nam się spotkać? Najważniejsza jest nadzieja. Święta i filmy świąteczne dają nam nadzieję na lepsze jutro. To pozytywne wyczekiwanie, że ma zdarzyć się coś miłego. Nadzieja należy do emocji złożonych, które łączą w sobie afekt pozytywny i negatywny, i oba pojawiają się w konkretnej sytuacji – gdy nasze położenie nie jest takie, jak byśmy chcieli. Jednak dominuje w niej oczekiwanie na korzystne zmiany czy lepsze jutro. Nadzieja to taka pożyczka, którą udziela nam szczęście. Pozwala przezwyciężyć strach i napędza do działania. Pomaga zachować równowagę w sytuacjach bardzo trudnych.

Takie kino pomaga nam pielęgnować emocje pozytywne. A one często sprzyjają realizacji zadań na wyższym poziomie, czym przyczyniają się do osiągania sukcesów. Z kolei sukcesy wyzwalają kolejne pozytywne emocje.

Psycholog pozytywna Barbara Fredrickson, zajmująca się badaniami nad szczęściem, wyliczyła idealną proporcję emocji pozytywnych do negatywnych w naszym życiu. Powinna ona wynosić 3:1. Mniejsza o to, w jakim stopniu trzymać się tej złotej zasady. Istotne jest, że stosunek ten nie wynosi 3:0. Warto zatem pielęgnować emocje pozytywne, nie unikając tego, co negatywne.

„To wspaniałe życie”( It's a Wonderful Life) to komediodramat z 1946 r (reż. Frank Capra). Bazą dla filmu była krótka historia „The Greatest Gift”, którą napisał Philip Van Doren Stern. (fot. BEW) „To wspaniałe życie”( It's a Wonderful Life) to komediodramat z 1946 r (reż. Frank Capra). Bazą dla filmu była krótka historia „The Greatest Gift”, którą napisał Philip Van Doren Stern. (fot. BEW)

Na czym dokładnie polega działanie tego typu filmów na naszą psychikę? Czy możemy na przykład wykorzystać terapeutyczną moc filmów do poprawy nastroju, gdy mamy doła? W kinie i literaturze to zjawisko nazywa się „mental transportation”, czyli przeniesienie do rzeczywistości filmowej, identyfikacja z bohaterem i jego światem przedstawionym w filmie.

Czy filmy lekkie, łatwe i przyjemne mogą rozwijać naszą inteligencję emocjonalną? Takie filmy mogą nam chwilowo poprawić nastrój. To emocje proste, którymi niejako zarażamy się z ekranu, w nie do końca świadomy sposób, na zasadzie rezonansu emocjonalnego. Zatem komedia wywołuje śmiech. Większość popularnych filmów to właśnie feel good movies, czyli filmy, które podnoszą poziom serotoniny. Oglądamy i czujemy się lepiej.

Problem w tym, że to efekt krótkotrwały. Dlatego jeżeli chodzi o długofalową pracę nad inteligencją emocjonalną, lepsze jest kino psychologiczne, wywołujące emocje złożone, jak wstyd czy poczucie winy. Zatem te, które są mieszanką emocji pozytywnych i negatywnych.

A jaką listę pozytywnych „doładowywaczy” na święta poleciłby psycholog? Każdy ma swoją żelazną listę, do której wraca. Mnie święta kojarzą się z Luisem de Funesèm. Śmiech jest terapią, którą każdy może sobie przepisać sam. W psychologii nazwano to gelontologią. Śmiech dotlenia, relaksuje, usuwa stres i redukuje ból. Polecam.

ŚWIĄTECZNA TOP LISTA:

  1. „Cud na 34. ulicy” (Miracle on 34th Street), występują: Maureen O’Hara, John Payne, reż. George Seaton, USA 1947
  2. „Kevin sam w domu”, występują: Macaulay Culkin, Joe Pesci, reż. Chris Columbus, USA 1990
  3. „Kevin sam w Nowym Jorku”, występują: Macaulay Culkin, Joe Pesci, reż. Chris Columbus, USA 1992
  4. „Holiday”, występują: Cameron Diaz, Jude Law, reż. Nancy Meyers,USA 2006
  5. „Listy do M. 2”, występują: Tomasz Karolak, Agnieszka Dygant, Polska 2015
  6. „To wspaniałe życie" ("It's a Wonderful Life"), występują: James Stewart, Donna Reed, reż. Frak Capra, USA 1946
  7. Kochajmy się od święta”, występują: Alan Arkin, Diane Keaton, reż. Jessie Nelson, USA 2015
Filmy z lat 40. można obejrzeć m.in. na takich platformach jak CDA, vodplay.pl.

Martyna Harland: psycholog, absolwentka Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich na Uniwersytecie SWPS, a także Warszawskiej Akademii Filmowej. Prowadzi badania nad filmoterapią - wpływem filmów na rozwój, samoświadomości oraz lepsze rozumienie emocji.

  1. Retro

Krystyna Skarbek – zbuntowana arystokratka i agentka służb specjalnych

Krystyna Skarbek - ur. 1 maja 1908 w Warszawie, zm. 15 czerwca 1952 w Londynie. Polska agentka brytyjskiej tajnej służby Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE), wywiadowca Secret Intelligence Service (SIS). (Fot. Forum)
Krystyna Skarbek - ur. 1 maja 1908 w Warszawie, zm. 15 czerwca 1952 w Londynie. Polska agentka brytyjskiej tajnej służby Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE), wywiadowca Secret Intelligence Service (SIS). (Fot. Forum)
W 1930 roku prawie zdobyła koronę Miss Polonia. Przegrała o włos – krótki, bo w młodości ścinała się na chłopczycę. Później Krystyna Skarbek o włos uniknęła śmierci z rąk gestapo, gdy jako szpieg tajnej armii Churchilla organizowała dywersję na terenach okupowanych przez III Rzeszę. Zginęła siedem lat po wojnie z ręki kochanka. Podobno miała „fatalny dar wzbudzania miłości”.

Nie broniła się, choć przetrwania uczyli ją najlepsi. Umiała ściąć człowieka drutem ukrytym w sznurowadle, który odpowiednio użyty działa jak piłka Gigliego (do przecinania kości w chirurgii). Była prymuską na zajęciach z uderzeń kończących się zmiażdżeniem jabłka Adama, a poprzedzonych kopniakiem w kolano. Tym razem te umiejętności zdały się na nic. Nóż wszedł w pierś tak głęboko, że ludzie, którzy obezwładnili napastnika, nie zauważyli zbrodni. Myśleli, że zemdlała. Leżała na wiktoriańskich kafelkach przed drzwiami do pokoju, który wynajmowała w tanim londyńskim hotelu, założonym przez Polskie Towarzystwo Pomocy. Portier z kucharką oparli ją o ścianę w pozycji siedzącej, a zarządca cucił wodą. Woda wylała jej się z ust, coś było nie tak. Dopiero przybyły chwilę później kierownik hotelu wymacał trzonek noża, wyjął go odruchowo i upuścił. Kochanek-zabójca nie uciekał, a później nie prosił o złagodzenie wyroku. Skazany na karę śmierci, w ostatnich słowach przed powieszeniem wyznał: „Zabić to ostatecznie posiąść”.

Gwiazdeczka

Wspomniany rok 1930. Wicemiss z krótkimi włosami, do tego prawie nieumalowana, za to obdarzona sporym temperamentem (co z pewnością spodobało się przewodniczącej wyłącznie żeńskiego jury Zofii Nałkowskiej). Krystyna miała wtedy niecałe 22 lata i coś więcej niż niezaprzeczalną urodę.

Była „córeczką tatusia”, co akurat niekoniecznie jej się przysłużyło. Jej wywodzący się ze znakomitego rodu ojciec Jerzy Skarbek miał reputację uwodziciela, choć byli i tacy, co mieli go za chama i bufona. Tonął w długach, gdy ożenił się z córką żydowskiego bankiera,  świeżo ochrzczoną Stefanią Goldfeder. Cała Warszawa plotkowała, że Jerzy poślubił pieniądze, a Stefania szlacheckie nazwisko. W tym związku najpierw urodził się Andrzej, za którym Jerzy nie przepadał (twierdził, że syn „kurczowo trzyma się maminej spódnicy”), a osiem lat później – Krystyna. Nazywał ją Vesperale – Gwiazdeczką (od łacińskiej nazwy Wenus, gwiazdy wieczornej). Gwiazdeczka jeszcze nie nauczyła się chodzić, a już dzieliła z tatą pasję do koni. Sadzał niemowlę na kuca i uczył jeździć po męsku – okrakiem. Kiedy Krysia podrośnie, na każdym kroku będzie się starała zaimponować ojcu, np. dosiadając narowistego ogiera. Nauczyła się posługiwać nożem myśliwskim i strzelbą.

Jest rok 1921. Polska podpisała właśnie traktat pokojowy z Rosją i Ukrainą, a rodzice Krysi wysyłają ją na Kresy do cenionej szkoły klasztornej z internatem. Wyleci z niej za podpalenie sutanny księdza odprawiającego codzienną poranną mszę (użyła trzymanej w ręku świecy). Nie do końca rozumiała tę decyzję, przecież pomogła też gasić, a wielebny śmiał się z tego razem z nią. Wróci do rodziców, ale już nigdy nie będzie tak samo. Ojciec, który zaczął chorować na gruźlicę, regularnie jeździ do sanatoriów. W czasie jednego z takich wyjazdów zwiąże się z inną kobietą i porzuci rodzinę. Krystyna nie zamierza się nad sobą użalać. Znajduje pracę w biurze salonu Fiata, a wśród jego najlepszych klientów – kandydata na męża.

Pauline

Upatrzyła sobie dyrektora fabryki firanek. Ma 22 lata, gdy bierze z nim ślub. Kilka miesięcy później jest już rozwódką z comiesięczną rentą wypłacaną przez jej eks. Ewidentnie do siebie nie pasowali. Jej zdaniem mąż był „opętany pracą” i nie dbał o przyjemności, jego zdaniem ona nie nadawała się na elegancką gospodynię domową, która zabawia gości – także dlatego, że w domu w ogóle rzadko bywała.

Wybór kolejnego męża był już bardziej… może nie przemyślany, ale z pewnością bardziej dopasowany do jej wizji życia jako ciągu ekscytujących wydarzeń. Jerzego Giżyckiego, podróżnika i dyplomatę, poznała w Zakopanem, gdzie odpoczywał po dłuższym powrocie z Afryki. Opisał ją jako „nieustraszoną”, bo na ciężkich drewnianych nartach jeździła lepiej niż większość mężczyzn. Krótko po ślubie, pod koniec 1938 roku, wyjechała z nim do Kenii, gdzie objął stanowisko starszego dyplomaty przy nowo utworzonym polskim konsulacie. Gdy wybuchła wojna, podróżowali akurat przez Afrykę samochodem, a że MSZ nie przysłało wskazówek, jak się w tej sytuacji zachować, postanowili, że wracają do Europy na własną rękę. Jerzy chciał się zaciągnąć do polskiej formacji zbrojnej we Francji, ale z powodu wieku (był o 20 lat starszy od Krystyny) i złego stanu zdrowia nie przyjęto go. Już w drodze do Europy podczas kilkutygodniowego rejsu strasznie się kłócili. Na miejscu podjęli decyzję o rozstaniu.

I tu zaczyna się właściwa opowieść o pięknej Polce, agentce brytyjskiego wywiadu. Jeszcze u boku męża Krystyna przez jakiś czas pracowała jako dziennikarka. Dlatego po powrocie z Afryki, znowu wolna, znowu bez konkretnych planów, skontaktowała się z redaktorem „Manchester Guardian”, który – jak się okazało – był współpracownikiem brytyjskiego wywiadu. To on skierował ją do szefa siatki wywiadowczej przy brytyjskim MSZ. Skarbek miała plan szmuglowania z Węgier do Polski ludzi oraz informacji wywiadowczych. Przez góry, na nartach (wcześniej w Zakopanem dla zabawy bawiła się w przemyt papierosów). Trafiła w idealnym momencie – premier Winston Churchill powołał Kierownictwo Operacji Specjalnych (SOE), tajną organizację, której celem było werbowanie cywili mówiących w obcych językach i przeszkolenie ich do dywersji na ziemiach okupowanych przez nazistów.

Grupę wybranych osób, w tym Krystynę, szkolono w sabotażu. Ułaskawiony z 20-letniej odsiadki kasiarz uczył ją, jak otworzyć każdy europejski zamek. Dowiedziała się, jak zmienić wygląd w pół minuty (wata w usta, popiół z papierosa na twarz podkreśli zmarszczki i worki po oczami). Dowiedziała się, jak rozpoznawać, że jest śledzona, i jak przetrwać tortury. Niech wytrzyma 48 godzin, żeby wywiad zdążył ostrzec lub ewakuować tych, których szpieg może „sypnąć”. Pomoże liczenie lub literowanie alfabetu – żeby nie skupiać się na bólu. Pomoże też wiedza, że po długotrwałym odczuwaniu bólu człowiek doświadcza dziwnej przyjemności, a w efekcie ekstazy. Strach może nawet zmienić się w zauroczenie. Ważne wtedy, by ten stan ukryć przed oprawcami, bo przerwą i pozwolą ciału powrócić do pierwotnej wrażliwości. Gdy była już gotowa do walki, przyjęła tożsamość Christine Granville, pseudonim „Pauline”.

Akt łaski

Jej pierwsza misja: ma przedostać się do Budapesztu i zorganizować przerzut tajnych informacji do Generalnej Guberni. Opracowała trasę przez słowackie Tatry. Zima była tak ostra, że „ptaki przymarzały do drzew”, ale Polka zadanie wykonała mimo strat w ludziach. W Budapeszcie Krystyna funkcjonowała pod przykrywką francuskiej korespondentki zatrudnionej w firmie podlegającej brytyjskiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych. W pierwszych miesiącach wojny Węgry, ciągle wolne, roiły się od zagranicznych dziennikarzy, którzy stąd obserwowali przebieg działań wojennych, więc Krystyna łatwo wtopiła się w to towarzystwo. W relacjach świadków, agentów, z którymi się kontaktowała, była szczęśliwa. Paradoksalnie wojna uwolniła ją od nudy i monotonii, od przewidywalnej przyszłości. Kolejne kursy przez zieloną granicę – mimo pościgów i ucieczek, zupełnie jak z filmów akcji – kończyły się dobrze. Wracała poobijana, pokaleczona, wyziębiona, ale wracała, mimo że na polskich stacjach kolejowych wisiały plakaty z jej podobizną i informacją o nagrodzie: „Za żywą lub martwą”.

Wpadła w Budapeszcie. Właśnie wróciła z kolejnej trasy, wyczerpana i zagrypiona.

Pod koniec stycznia 1941 roku o czwartej rano budzi ją walenie w drzwi. Przesłuchiwana przez rezydujące w Budapeszcie gestapo zagryza język i plując krwią, wmawia Niemcom, że choruje na gruźlicę. Była bezczelna. Gdy pokazano jej fałszywy dokument, którym posługiwała się w Polsce, odparła, że dziewczyna na zdjęciu nie może być nią, ponieważ tamta jest znacznie ładniejsza. Chorobliwa bladość, kaszel po niedoleczonej grypie plus krew w ślinie sprawiły, że wezwany lekarz najpierw zarządził prześwietlenie, a później zalecił zwolnienie jej ze względów humanitarnych. Wypuszczono ją, co paradoksalnie wzbudziło nieufność własnego wywiadu. Przecież gestapo nie wypuszcza. Całkiem możliwe, że dała się Niemcom zwerbować i została podwójnym agentem. Jej przeżycia w tym okresie są dość zagmatwane. Sama zmieniała ich wersje, co miało ją chronić przed przypadkowym rozpoznaniem. Nie do końca wiadomo, jak na przykład było z próbą uwolnienia matki z getta. Podobno tak: Krystyna zaczepia na ulicy niemieckiego oficera, proponując mu wprost łapówkę za wydostanie z getta starszej pani Skarbek. Oficer prowadzi piękną nieznajomą z walizką z pieniędzmi do swojego mieszkania, żąda seksu. W zamian obiecuje, że pomoże. Obietnicy nigdy nie dotrzyma. Matka Krystyny nie przeżyje getta.

Krótko przed inwazją na Normandię agentka Christine wraca do czynnej służby wywiadowczej Jego Królewskiej Mości. Zrzucona na tyły wroga Skarbek miała wspierać aliancką grupę dywersyjną. Wylądowała w momencie, gdy aresztowano jej szefa. Tak jak stała, poszła na niemiecki posterunek. Bez broni. Wóz albo przewóz. Tym razem pomogła obietnica ogromnej łapówki i sprytny blef. Krystyna przedstawiła się jako żona aresztowanego, a przy tym siostrzenica marszałka Montgomery’ego, i przekonała strażników, że tylko akt łaski wobec więźnia pomoże im ocalić skórę, gdy za miesiąc alianci dotrą w to miejsce.

Za tę akcję tuż po wojnie premier Wielkiej Brytanii nagrodzi ją Orderem Imperium Brytyjskiego. Z jego ręki agentka otrzyma też nagrodę pieniężną – sto funtów. To tyle, bo obywatelstwa jej odmówiono (ponoć w obawie przed możliwością zwerbowania przez komunistów). Do Polski wrócić, oczywiście, nie może, po raz kolejny musi sobie radzić sama. Z trudem udaje jej się uzyskać zgodę na pracę na Wyspach. Pracujew sklepie, w kawiarni, gdzie się da.

Ordery do fartuszka

Próbowała zaczepić się jako stewardesa w liniach lotniczych. Nie pomogła protekcja wiceprezesa, którego znała z czasów Bitwy o Anglię. Miała o osiem lat za dużo jak na standardy linii pasażerskich. Udało się w żegludze. Jej pierwszy przydział, czteropokładowy transatlantyk „Ruahine”, zabierał ponad 300 pasażerów, których obsługiwała 200-osobowa załoga. Armator szczycił się, że zatrudnia byłych żołnierzy, umieścił ten atut w prospekcie reklamowym. Weterani mieli frontowymi opowieściami umilać podróż pasażerom klasy wyższej. Do podstawowych obowiązków Krystyny należało jednak sprzątanie kajut drugiej klasy. Robiła to w jasnobłękitnym kostiumie z kloszową spódnicą, w białym fartuszku i czepku. Do tego stroju, zgodnie z regulaminem obowiązującym personel, przypięła odznaczenia otrzymane na wojnie.

W trakcie pierwszego rejsu do Nowej Zelandii pozna swojego przyszłego zabójcę– Dennisa Muldowneya. On też pracuje jako steward. Ma wobec niego dług wdzięczności,to on wziął „nową” w obronę, gdy podpadła współpracownikom. Była cudzoziemką na statku, którym – jak głosiły plotki – uciekinierzy z Polski za pieniądze brytyjskich podatników ekskluzywnie „wozili się” po świecie, a do tego gwiazdorzyła. Faktycznie, historie, które opowiadała pasażerom, czyniły z niej główną atrakcję rejsu. Dennis pływał już drugi rok, pozował na wygę i nie opuszczał Krystyny na krok. Uczył ją noszenia kilku tac z herbatą jednocześnie, błyskawicznego słania łóżek, często też, po odbębnieniu swoich obowiązków, pomagał jej w szorowaniu toalet. Był prostym, bezpośrednim chłopakiem, który rzucił szkołę w wieku 14 lat. Ona, zbuntowana arystokratka, czuła się przy nim swobodnie i bezpiecznie, zwierzała mu się, płakała w rękaw. Próbowała go nawet wprowadzić w swoje emigracyjne towarzystwo. Bez sukcesu. Uważali go za prostaczka i kpili z niego. Zauważyli też, że jest w niej „wściekle zakochany”, że chodzi za nią krok w krok. W pewnym momencie Krystyna ma tego dość, stara się przerwać ten dziwny układ. Na oczach Muldowneya całuje się z innymi. W końcu mówi mu, że zamierza związać się z przyjacielem z dzieciństwa i na stałe wyjechać z Anglii. To wtedy Dennis po raz ostatni zaczaił się przed jej drzwiami.

Och, James, nie ściemniaj

Wokół jej życia narosły legendy. Jedna łączy ją z Ianem Flemingiem, twórcą przygód Jamesa Bonda. Poszlak jest sporo. Fleming, były oficer wywiadu marynarki wojennej, wysoki, jasnowłosy i niebieskooki przedstawiciel klasy wyższej, był zdecydowanie w typie Krystyny. A ona doskonale pasowała do ideału kobiety Fleminga – trzydziestokilkuletniej Żydówki, „towarzyszki, która nie potrzebuje edukacji w sztuce miłości”. Takiej, jak późniejsza Vesper Lynd, dziewczyna Bonda, pojawiająca się w pierwszej powieści Fleminga „Casino Royale”. Jest zatem bondowska Vesper i jest Vesperiale (Krystyna w opowieściach lubiła wracać do tego, jak w dzieciństwie nazywał ją tata). A w książce, gdy Bond pyta Vesper o imię, dodaje: „Czy mogę je pożyczyć?”.

Istnieje też teoria o romansie z Ianem Flemingiem, który za swoją odprawę po zwolnieniu ze służby wywiadowczej kupił na Jamajce willę Goldeneye (tam pisał swoje książki o Bondzie), rozpoczętym właśnie na pokładzie statku, gdzie Krystyna pracowała jako stewardesa. Fleming podróżował wtedy po świecie częściowo dla przyjemności, a częściowo zawodowo – jako dziennikarz.

Mogło być też mniej romantycznie. Ian i Krystyna poznają się na lunchu przy Charlotte Street dwa lata po zakończeniu wojny. Kontaktują się, owszem, ale tylko w sprawie pracy. Fleming jako dziennikarz pisze o byłej agentce, która coraz bardziej go fascynuje. Być może nawet staje się pierwowzorem samego Jamesa Bonda? Wiadomo na pewno, że się znali i że Krystyna wywarła na Flemingu duże wrażenie.

Jej przygody z pewnością starczyłyby mu na całą książkę. I to niekoniecznie śmiertelnie poważną. Czy zdążyła opowiedzieć Ianowi o zakochanym w niej na zabój asie polskiego wywiadu, który tak źle zniósł odrzucenie, że w jej mieszkaniu wyjął pistolet i zagroził, że postrzeli się w jądra? Ręka mu drgnęła i przestrzelił stopę. Gdy ją wyleczył, rzucił się z mostu. Rzeka była na wpół zamarznięta, więc tylko złamał drugą nogę.

Podobno kilku mężczyzn swego czasu w niej mocno zakochanych zawiązało klub. Zobowiązali się, że nie dopuszczą do publikacji co bardziej intymnych i wstydliwych epizodów z jej życia. W akcie zgonu Skarbek wydrukowanym na egzemplarzu Urzędu Stanu Cywilnego Royal Borough w Kensington zapisano: „Christine Granville, zawód: była żona, lat 37”. Z tej pierwszej wzmianki nie byłaby pewnie zadowolona, ale może chociaż z drugiej? W momencie śmierci miała przecież 44 lata.

  1. Retro

Doris Lessing – małżeństwa bez miłości, liczne romanse i Nagroda Nobla

Doris Lessing - angielska pisarka, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (2007). (Fot. Forum/Anita Schiffer-Fuchs)
Doris Lessing - angielska pisarka, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (2007). (Fot. Forum/Anita Schiffer-Fuchs)
W młodości pisarka Doris Lessing  zarzekała się, że nie wyjdzie za mąż i nie będzie mieć dzieci. „Nie będę taka, nie będę” – powtarzała w mściwym zapamiętaniu, patrząc na małżeństwo własnych rodziców. Nie dotrzymała słowa. A może w pewnym sensie dotrzymała?

„Małżeństwo z troski”. Ojciec i matka poznali się w trakcie pierwszej wojny światowej w londyńskim szpitalu, gdzie panna Emily Maude pracowała jako pielęgniarka. Oboje zdruzgotani – ją załamała utrata ukochanego na froncie, on musiał pogodzić się z drewnianym kikutem w miejscu amputowanej nogi. Po wojnie Alfred Cook Tayler miał cierpieć na nerwicę frontową i z czasem stał się niespełnionym uczuciowo marzycielem. Jego żona – wcześniej dowcipna i energiczna – wraz z założeniem rodziny miała przemienić się w zimną, sentymentalną i hołubiącą atrybuty klasy średniej gospodynię. Po ich wyjeździe do Persji (Alfred skusi się na posadę w tamtejszym banku) 22 października 1919 roku w Kermanszah rodzi się Doris May Tayler, a dwa i pół roku później – syn Harry.

Musisz je kochać

Sposób, w jaki matka próbuje przechytrzyć małą Doris, żeby wzbudzić jej miłość do brata, określi ich niełatwe relacje. „To twoje dziecko, musisz je kochać”, powie, pochylając się z noworodkiem nad córką.

Dziewczynka wie, że to kłamstwo, wybieg „mający oszukać zazdrość” i wyraźnie czuje, że to Harry’ego darzy się bezwarunkową miłością. I choć sama pokocha brata, nie wyleczy się z nienawiści do matki („Przez lata nieustannie ją oskarżałam – najpierw gorąco, potem zimno i twardo”). Przy ojcu czuje się bezpieczniej, ale tak naprawdę największą miłością jej dzieciństwa stanie się kot przybłęda, z którym nie rozstanie się aż do wyjazdu rodziny do Afryki w roku 1924 (tym razem państwo Tayler liczą na szybkie wzbogacenie się na prowadzeniu farmy w brytyjskiej kolonii). Odtąd śmierć każdego kota, którego przygarnie Doris, będzie wpędzać ją w rozpacz nieporównywalną z niczym. Nawet z żałobą po rodzicach.

Własny pokój

Życie na farmie w Rodezji Południowej (obecnie Zimbabwe) będzie wyzwaniem dla obojga rodziców (zwłaszcza dla ojca inwalidy), ale dla dzieci busz okaże się azylem, do którego Doris będzie pędzić raz ze strzelbą, innym razem boso, głucha na ostrzeżenia matki przed wężami. Od wczesnych lat umie m.in. prowadzić wóz, polować, szyć i gotować. Wołają na nią „Tygrysek”, od postaci z „Kubusia Puchatka” Milne’a.

Cztery lata w prowadzonej przez katolickie zakonnice szkole z internatem, gdzie w klasie na ścianach wiszą obrazy „feerii tortur i krwi”, a bibliotekę zapełniają książki o szatanie, to wieczność dla stęsknionego za domem dorastającego Tygryska. Z gimnazjum, do którego potem trafi, wyłga się w wieku 13 lat zapaleniem spojówek. To będzie koniec jej szkolnej edukacji i początek walki z matką, która nie ustaje w wysiłkach wychowania „porządnej, dobrze ułożonej córki”. W dzieciństwie obowiązywał harmonogram posiłków i wypróżnień, teraz matka chce przejąć kontrolę nad jej dojrzewającym ciałem (od ubioru, przez miesiączki, skończywszy na jedzeniu). Jedynym sposobem na otrzymanie matczynej czułości jest choroba, co uczy Doris manipulacji. Robi wszystko, byle zaszyć się w łóżku z książką.

Już niebawem jednak odnajdzie swoją przestrzeń, Woolfowski „własny pokój” i zacznie drukować pierwsze opowiadania w czasopismach. W wieku 14 lat rozpoczyna pracę jako opiekunka do dziecka, a chwilę później wyrwie się z domu na dobre. W jednej z rodzin, dla których pracuje, przejdzie coś w rodzaju inicjacji, bo gospodarz podsunie jej książki o polityce i socjologii, a jego dwudziestoparoletni szwagier zacznie ją niewprawnie pieścić, budząc w niej erotyczne tęsknoty i niedosyt. Odkryje, że jest łakoma zarówno życia erotycznego, jak i intelektualnego. W jednym i drugim przypadku wykaże z czasem samodzielność i odwagę, a swoimi lekturami już teraz wkracza na drogę intelektualistki samouka.

W ’37 roku w Salisbury [dawna nazwa stolicy Harare – przyp. red.] dostaje posadę maszynistki. Tymczasem w tutejszym klubie Doris poznaje rozkosze „ostrej podniecającej muzyki”, pitego na potęgę alkoholu i tańca. Efektem nowych znajomości będzie związek z dziesięć lat starszym urzędnikiem Frankiem Wisdomem, którego 19-latka przedstawi swoim zdumionym rodzicom. Mężczyzna jest już zaręczony z dziewczyną z Wielkiej Brytanii. W dodatku nie jest zakochany w Doris ani ona w nim, chociaż osoba mająca tak wiele uzależnień jak ona mogła sobie łatwo coś takiego wmówić. Według niej opanowała ją „fundamentalna bezwzględność kobieca”, z jaką odbiła mężczyznę innej. Niedługo potem zawarli „pozbawiony uroku ślub”.

Skuto mi ręce i nogi

Z początku wydawać by się mogło, że nie są źle dobrani – zarówno pod względem seksualnym, jak i sympatii lewackich. To w Salisbury Doris dołącza do lewicującej grupy, która zaspokaja jej głód koleżeństwa, a także ma podobne odczucia w podzielonym rasistowskim społeczeństwie. Doris dość wcześnie zadaje sobie pytanie, jak to jest, że 100 tys. białych zamieniło w niewolników pół miliona czarnych. Ostatecznie przejdzie na komunizm po słynnej bitwie stalingradzkiej, wbijając się w rytm zebrań, goszczenia u siebie „towarzyszy” i rozprowadzania „Guardiana”. Po latach, wspominając okres aktywności komunistycznej (z przekonaniem działała w latach 1942–44, formalnie wypisała się z partii w 1951 roku), z niesmakiem odsłoni niemal religijny zapał i głupotę swoją – towarzyszki Tygrysek – i reszty jej kolegów usprawiedliwiających ZSRR, „dzielnego sojusznika” w wojnie.

Na razie zachodzi w ciążę. Oboje małżonkowie zgadzają się, że powinna ją usunąć. Po trzech próbach znalezienia bezpiecznego gabinetu lekarz odmówi jej zabiegu, twierdząc, że jest za późno. Mimo to Doris wróci do domu zadowolona. W ’39 przychodzi na świat John, który okaże się nadpobudliwy i niechętny przytulaniu. Zacznie się czas wewnętrznej walki: „Nie ma większej nudy niż ta, jaką czuje inteligentna kobieta zmuszona do spędzenia całego dnia z malutkim dzieckiem”. Ale tak naprawdę dopiero w roku ’43, z urodzeniem „ślicznej, stworzonej do przytulania” córki Jean, w Doris coś pęka. Kiedy Frank chce poszukać dla nich własnego domu, młoda matka czuje, że „skuto jej ręce i nogi kajdanami”. Potem dochodzi wyczerpanie i podejrzenie anemii. Nie upija się jak kiedyś („ani razu nie przyszło mi do głowy, by odstawić alkohol czy rzucić palenie, miałam do tego prawo”), a mimo to kilka razy mdleje. Jest rozdarta. Stara się „być dobrą matką dla obojga dzieci”, ale jej czułość do córki podszyta jest poczuciem winy. To przypomina o nienawiści maskowanej uprzejmością w jej relacjach z własną matką i powtarzany niegdyś refren: „Nie będę taka, nie będę!”. Coraz częściej mówi i w domu, i ze znajomymi o tym, że powinna odejść. Z jednej strony marzy o nowym, wolnym od rasowych uprzedzeń świecie dla swoich dzieci, z drugiej – przyznaje: „[...] Nosiłam przeznaczenie, które – gdybym została – może kiedyś usidliłoby dzieci, tak jak usidliło mnie”. Frank się wścieka. Zachowuje się jak wariat, wynajmuje nawet detektywa, który za nią chodzi. Mówiło się o romansie Doris z sierżantem RAF-u.

W końcu zostawi dzieci – jak twierdzi – z mnóstwem kochających je w domu osób. Są tacy, którzy po tym kroku mieszają ją z błotem. Ale niektóre kobiety zazdroszczą jej odwagi. Ona sama swoje poczucie winy na przemian wypiera albo się z nim utożsamia.

Małżeństwo polityczne

Frank żeni się po raz drugi – z koleżanką z pracy. W tym czasie Doris poświęca czas towarzyszom partyjnym, co przypłaca brakiem snu i złym odżywianiem. Kiedy dopada ją choroba i musi zostać w łóżku (co kiedyś było przecież warunkiem matczynej czułości), opiekę nad nią roztacza lider ich grupy, budzący lęk „150-procentowy komunista” Gottfried Lessing. Nie kocha tego „zimnego milczącego” mężczyzny, zresztą z wzajemnością, bo on z kolei nie może zapomnieć kobiety, z którą musiał się pożegnać, wyjeżdżając z Anglii. A jednak stają się sobie z Doris bliscy i jego częste odwiedziny kończą się ślubem. Jest to, jak twierdzi ona, małżeństwo „polityczne”, zawarte w celu ochrony Lessinga jako Niemca przed powrotem do obozu internowanych. „Po wojnie weźmiemy rozwód”, mówią sobie od początku. I słusznie, bo seks w wydaniu Gottfrieda jest smutny. Niezwykły świat wyobraźni Doris świeżo upieczony małżonek kwituje cytatem z Lenina: „Głupota życia na wsi”, a o jej pisaniu mawia, że to burżuazyjny przeżytek. W międzyczasie ona zakochuje się jeszcze dwa razy, ale w ciążę zachodzi z Gottfriedem. Pragnienie dziecka tłumaczy obawami, że wkrótce będzie już na to za późno (ma 27 lat), zewem matki natury i wreszcie tym, że zwyczajnie marzy, żeby spróbować raz jeszcze.

Można by uznać, że to wtedy dojrzała do rodzicielstwa, chociaż ambiwalencja na stałe była wpisana w jej macierzyństwo. Kiedy krótko po radosnej nowinie jedzie do Kapsztadu i przeżywa gorący romans z pewnym artystą, nachodzi ją pewna myśl: „Jak głupio być znowu w ciąży, skoro nie muszę”. Romans z trzaskającym jej akty malarzem (którego stała dziewczyna również spodziewa się dziecka) okazuje się powiewem świeżego powietrza po pełnym zahamowań Lessingu. Doris ma obsesję na punkcie seksu, jeśli nie czerpie z niego satysfakcji („Kiedy tylko pojawiało się uziemienie w postaci mężczyzny, z którym seks był udany, natychmiast opowiadałam się za moralnością i monogamią – co wynikało z zaspokojonego apetytu”).

Na przekór oskarżeniom matki i racjonalnym pytaniom ojca: „Zostawiłaś dwójkę dzieci, po co ci jeszcze jedno?”, zakochuje się w swoim trzecim potomku – Peterze. Nie przypuszcza, że już niedługo zacznie się okres aranżowanych pikników, na których będzie spotykać się jej nowa rodzina z dwójką porzuconych dzieci, Frankiem i jego nową żoną. Atmosfera jest koszmarna. Krótko po tym Doris przejdzie zabieg podwiązania jajowodów. Uzna, że to jedna z najlepszych podjętych przez nią życiowych decyzji.

Alfred i Emily

W roku 1949 definitywnie wyjeżdża do Anglii, zabierając ze sobą małego Petera i świeżo napisany debiut „Trawa śpiewa”. Londyn zaskoczy ją powojenną nędzą i chłodem nieogrzewanych mieszkań. Dopiero po dziewięciu latach od przyjazdu zarabiać będzie na pisaniu tyle co średnio opłacany robotnik. Gottfried do niej dołączy, rozwiodą się zgodnie z planem i choć mają wspólnie wychowywać syna, on nie znajdzie odpowiedniej pracy i wyjedzie do NRD. Próbuje ją tam zaciągnąć, ale Doris czuje się oszukana. Zwłaszcza kiedy ich łączność się urwie, bo Gottfried będzie miał zakaz kontaktów z Zachodem. Doris wyjedzie do Berlina, żeby się o tym przekonać, i będzie to ostatni raz, kiedy zobaczy Gottfrieda. Przy pierwszym akcie nieposłuszeństwa partia pozbędzie się go w „wypadku” w Ugandzie.

Nie znajdzie potem w żadnym z kochanków zastępczego ojca dla Petera. Obojętność w tym względzie okaże się bolesna zwłaszcza ze strony miłości jej życia – poranionego przez wojnę lekarza. Zwiąże się z nim po trzydziestce. Nie zdradzi nigdy jego tożsamości, ujawni jedynie, że był Czechem i komunistą, którego liczna rodzina zginęła w obozach koncentracyjnych, podczas gdy grono jego przyjaciół komunistów powieszono z przykazu Stalina. Odejście tego mężczyzny po czterech latach miłości, która dla niej będzie mieć wymiar małżeństwa, okaże się ciosem. Od tej pory nie podda się bezkrytycznie żadnemu z romansów, chociaż w jej życiu będą jeszcze mężczyźni, np. młodszy od niej amerykański pisarz Clancy Sigal. Najważniejsi pozostaną dla Doris syn i pisanie, a rozkwitowi jej talentu towarzyszyć będzie literacka płodność, której mogłoby jej pozazdrościć wielu wolnych od obowiązków rodzinnych kolegów. Odżegna się od feminizmu, kiedy pewne feministki będą próbowały ją zawłaszczyć po sukcesie „Złotego notesu” w 1962 roku. Z drugiej strony – jej otwarte mówienie o kobiecej agresji i wrogości spotka się z zarzutami bycia niekobiecą. „Najwyraźniej to, co wiele kobiet myśli, czuje i czego doświadcza, okazuje się zaskoczeniem” – odpowie.

Z matką nie naprawi relacji, nawet kiedy ta zostanie wdową. Jej przyjazd do Londynu po śmierci męża tylko przypomni dawne próby kontrolowania córki. Pisarka odmówi, kiedy matka będzie chciała z nią zamieszkać, a jej śmierć w 1957 roku wpędzi Doris w stan „zmrożonego smutku”. Z czasem na nowo nawiąże kontakt ze swoimi porzuconymi dziećmi i choć przekona się, że wysyłane im listy i książki były wstrzymywane przez Franka, swoją relację z Johnem określi jako przyjacielską.

Umiera w roku 2013, przeżywszy swoich dwóch synów. Stało się to sześć lat po przyznanej jej Nagrodzie Nobla i cztery lata po wydaniu ostatniej powieści „Alfred i Emily” – o rodzicach, których losu tak bardzo nie chciała powtórzyć.

Korzystałam m.in. z książek: Doris Lessing „Pod skórą” i „Spacer w cieniu”, J.M. Coetzee „Dziwniejsze brzegi. Eseje literackie 1986–1999”, a także ze strony www.dorislessing.org.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z dzieckiem o jego chorobie – pytamy psycholożkę kliniczną Martę Rusek

Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Choć mali pacjenci przechodzą choroby nowotworowe inaczej niż dorośli i częściej od nich zdrowieją, to dla rodziców, którzy poznają diagnozę jako pierwsi, jest ona szokiem. Jak rozmawiać o tym z dzieckiem? Ile mu powiedzieć? Gdzie szukać wsparcia, żeby mieć siłę na opiekę? Wyjaśnia Marta Rusek, psycholożka kliniczna współpracująca z Fundacją Onkologiczną Alivia.

Co roku w Polsce aż 1300 rodziców małych i nastoletnich pacjentów słyszy diagnozę „nowotwór”. A kto mówi o chorobie dziecku? Czy to zawsze rola rodzica?
To zależy od wieku pacjenta. Jeśli rozmawiamy o dziecku do wieku wczesnoszkolnego, to lekarz informuje na początku tylko rodziców. Nastolatek najczęściej zapraszany jest do gabinetu razem z dorosłymi. Rozmowa odbywa się w ich obecności, czasem z udziałem psychologa.

Czy są jakieś zasady prowadzenia takich rozmów?
Oczywiście. W onkologii dziecięcej obowiązuje kilka żelaznych zasad. Po pierwsze, pacjenta prowadzi tylko jeden lekarz, do którego pacjent z czasem bardzo się przywiązuje, i wzajemnie. Nie narażamy dziecka na zmiany lekarza. I to ten lekarz przekazuje informacje o diagnozie. Po drugie, zawsze zakładamy, że chorobę wyleczymy i z takim nastawieniem wszyscy na oddziale onkologicznym pracujemy. Po trzecie, nie wyprzedzamy psychologicznych potrzeb pacjenta.

Co to znaczy?
Kiedy towarzyszyłam lekarzom w rozmowach z pacjentami, staraliśmy się, by informowanie o diagnozie, o rokowaniach czy sposobie leczenia nie było pełnym napięcia monologiem. Raczej nastawialiśmy się na dialog, w którym stosowaliśmy metodę dopytywania.

Na czym polega dopytywanie?
Na tym, żeby nie wyprzedzać pacjenta w rozmowie. Razem z lekarzem staraliśmy się, żeby dziecku nie powiedzieć za dużo. Ono i tak najczęściej domyśla się, co się dzieje; dzieci dużo wiedzą, chociaż bywa, że nikt im oficjalnie nic nie mówi. Często jednak trzeba ten obraz skorygować. Kiedy tuż po rozpoczęciu leczenia pytaliśmy: „Czy chcesz wiedzieć, dlaczego jesteś w szpitalu?”, dzieci początkowo odpowiadały: „Nie chcę nic wiedzieć”. To jest normalne, ale potem się zmienia. Gdy dziecko oswaja się ze szpitalem, z lekarzami, z personelem, z psychologiem, po jakimś czasie samo wraca do tego pytania i chce wiedzieć, na co choruje, jak się je leczy, co oznaczają medyczne słowa. Samo pokazuje, że jest już gotowe na rozmowę.

Dla każdego rodzica zdiagnozowanie choroby nowotworowej u dziecka to szok. Jak rodzice powinni wesprzeć siebie w tej sytuacji?
Po takiej informacji dotychczasowe życie w jednej chwili przestaje istnieć. Rodzic czuje ból, wściekłość, samotność. Ma poczucie, że nikt, kto nie doświadczył choroby dziecka, nie jest w stanie go zrozumieć. Bywa, że na tym etapie ludzie odsuwają się od znajomych i przyjaciół, bo relacje z nimi są w tym momencie zbyt bolesne. Najczęściej zbliżają się do grupy rodziców szpitalnych. Wsparcie ze strony dorosłych, którzy przechodzą to samo, to dobry początek.

Jak prosić tych innych dorosłych o wsparcie?
Najlepsza jest aktywna postawa polegająca na informowaniu, co jest mi teraz potrzebne. Najczęściej wcale nie chodzi o wielkie sprawy, ale o ugotowanie obiadu, przywiezienie czegoś z domu, pomoc w zakupach albo porozmawianie, pobycie. Chodzi jednak o to, żeby tymi wspierającymi osobami byli dorośli, przy których można się na przykład rozpłakać. Przy dziecku rodzic nie powinien płakać, chociaż czasem trudno powstrzymać łzy. Lepiej wyjaśnić, że płacze, ponieważ np. tęskni za domem. Wtedy te łzy stają się dla dziecka zrozumiałe, a jednocześnie pokazujemy mu, że w taki sposób można poradzić sobie z trudnymi uczuciami.

A nie powinien tu wkroczyć psycholog albo fundacja wspierająca rodziców dzieci chorych?
Nie, nikt nie powinien „wkraczać”, tylko raczej być w pobliżu i w gotowości udzielenia do pomocy i wsparcia. Tak się dzieje ze szpitalnym psychologiem lub psychologiem pracującym w fundacji – jest dostępny w razie potrzeby.

I na czym polega jego pomoc?
Najważniejsze jest uświadamianie, że chorowanie to proces, warto to nieustannie powtarzać. To, że w chwili diagnozy rodzic czuje wściekłość, rozżalenie, samotność, bezradność, zaprzecza lub za wszelką cenę szuka winnego, jest normalne. Trzeba wiedzieć, że ma się prawo do odczuwania czasem bardzo silnych emocji. To dla rodziców niezwykle ważne. Dowiadują się, że nie popadli w szaleństwo, ich emocje są naturalne i miną. Człowiek umie się przystosować do nowej sytuacji, do chorowania i leczenia także.

Czy bardziej choroby boją się dzieci, czy ich rodzice?
Nie demonizujmy tego, jak dzieci odbierają chorobę. Już to powiedziałam, ale powtórzę: choroba to jest proces. Inaczej reaguje się na początku, inaczej po miesiącu chorowania, gdy już się wie, że da się z tym żyć. Szczególnie młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Podczas hospitalizacji często bawią się właśnie w szpital, w pacjentów i personel medyczny. Bo dzieci chcą się bawić w to, co ich otacza. Wcielają się w lekarzy i mogą w ten sposób choć na chwilę wyjść z roli pacjenta. Zawsze mnie zadziwiało, jak dużo dzieci wiedzą, jakimi są świetnymi obserwatorami, a nawet ekspertami. Używają żargonu medycznego, zachowują procedury, na przykład wkładając rękawiczki przed zrobieniem zastrzyku lalce. Powtarzają to, co mówi im lekarz, i to jego tonem, znają nazwy leków, dawkowanie, wiedzą, jakie wyniki są w normie, a jakie nie, i bawią się w to. Gdy dziecko inicjuje zabawę w szpital, wiem, że mogę je dopytać, co by chciało wiedzieć.

A jak jest ze starszymi? Nastolatek nie pokaże w zabawie, że jest gotowy do poważnej rozmowy.
Przede wszystkim, by móc rozmawiać z nastolatkiem, trzeba wypracować sobie jego zaufanie. Nie chcemy żadnej „poważnej rozmowy”. Nie sadzamy nastolatka, nie robimy mądrych min. Przede wszystkim temat choroby, która opanowała ciało, bywa często trudny i zawstydzający. Działamy delikatnie, wręcz niezauważalnie odpowiadamy na pytania, do których pacjent dorósł. Ponadto nastolatki mają dostęp do Internetu, zazwyczaj same dowiadują się bardzo wiele o swojej chorobie. Nie potrzebują informacji, a zwykłej rozmowy. Wyjaśnienia różnych wątpliwości, wysłuchania tego, co ich niepokoi.

Czego boją się najbardziej?
Dzieci boją się bólu, jak my wszyscy. Jednak współczesna medycyna na szczęście nie skazuje pacjenta na cierpienie. Wytyczne są jednoznaczne: lekarz ma oszczędzać pacjentowi bólu i ograniczać dyskomfort w każdy dostępny sposób, i lekarze się tego trzymają. Mamy skuteczne środki przeciwbólowe. W onkologii dziecięcej ból traktuje się serio i jest on leczony. Dzieci boją się też zmian, jakie niesie ze sobą choroba onkologiczna – utraty włosów, zniekształcenia po operacji, protez. Boją się tego, co jest nieznane.

A co zrobić, gdy w moim otoczeniu ktoś ma dziecko chorujące na nowotwór?
Być przy tej rodzinie. Nie bać się cierpienia i choroby. A jeśli nie wiemy, jak wspierać – warto po prostu dopytać rodziców: „Jak mogę pomóc?”, „Ugotować coś, posprzątać, zawieźć?”. Rodzic jest tak pochłonięty leczeniem chorego dziecka, że często nie ma czasu zająć się drugim, zdrowym dzieckiem czy domowymi zwierzętami. Warto proponować, że się odbierze ze szkoły zdrowe rodzeństwo, weźmie je na weekend, przenocuje, pomoże w opiece nad psem.

Zdrowe rodzeństwo w obliczu takiej sytuacji schodzi zupełnie na drugi plan…
Niestety, to prawda. Leczenie zajmuje rodzicom tyle czasu i energii, że często nie mają już rezerw na poświęcanie czasu zdrowym dzieciom, tymczasem one potrzebują uwagi, miłości i normalności. Straciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale też z rodzeństwem, bo dzieciom zdrowym nie wolno wchodzić do szpitala. Warto zadbać o to, żeby rodzeństwo miało kontakt, żeby do siebie na przykład dzwoniło. Mamy na szczęście do dyspozycji całą technologię.

Czy należy dokładnie wyjaśniać, co dzieję się z chorą siostrą czy bratem?
To znów zależy od wieku i od tego, ile rodzeństwo chce wiedzieć, ale generalnie warto przygotować je na ewentualne zmiany w wyglądzie pacjenta, bo przecież leczenie choroby nowotworowej odbija się na fizyczności. I oczywiście nie chodzi nam tu o przekazanie suchych informacji, tylko o rozmowę, co dzieje się z chorym. Chodzi o to, żeby zdrowe dziecko nie było zaskoczone brakiem włosów czy otyłością wywołaną zastosowaniem sterydów. Albo amputacją, bo przecież i to się zdarza w leczeniu chorób nowotworowych.

To bardzo trudne zadania dla rodzica.
Tak, i tutaj też potrzebne jest wsparcie. Dlatego warto być w stałym kontakcie z psychologiem, który przygotuje rodzica na taką rozmowę, powie, jak ją delikatnie przeprowadzić, a nawet przećwiczy.

Zatem może jednak psycholog powinien takie rozmowy przeprowadzać z rodzeństwem?
Moim zdaniem to jednak rola rodzica, z którym dziecko jest związane i czuje się bezpieczne. Taka próba wprowadzenia obcej, nieznanej osoby, żeby przeprowadziła rozmowę, może być jeszcze bardziej stresująca dla dziecka. Lepiej jest, gdy psycholog przygotowuje rodzica, ale to rodzic rozmawia ze swoim dzieckiem. Taka kolej rzeczy jest naturalna.

Myślę, że bardzo łatwo jest obciążyć zdrowe dziecko chorobą rodzeństwa.
Dlatego tak ważne jest, żeby rodzic szukał wsparcia tylko u innych dorosłych. Nie należy przy zdrowym dziecku płakać, dzielić się swoimi emocjami, szczególnie lękiem, bo dziecko zawsze chce chronić rodziców. A nawet prawie dorosłe, nastoletnie zdrowe dziecko nie może być pocieszycielem dorosłych.

Ale czasem nie ma nikogo innego…
Rodzice często mają takie wrażenie, ale przecież zawsze są wokół nas inni dorośli: lekarz, pielęgniarka, psycholog, znajomi czy chociażby rodzice innych chorych dzieci. Bywa jednak, że rodzicom jest trudno prosić o pomoc, albo nie widzą, że otoczenie jest gotowe ich wesprzeć. Warto by bliscy, przyjaciele takiej rodziny przyjęli aktywną postawę i tak jak już wcześniej wspomniałam – pytali. Czasem ta pomoc może polegać na tym, że choć na chwilę zastąpi się takiego rodzica w szpitalu i będzie on mógł chociażby wyjść na spacer czy do fryzjera.

Chyba nie miałabym odwagi zapytać rodzica, który ma tak chore dziecko, czy chce iść do fryzjera. Nie umiem sobie wyobrazić, że sama miałabym na to ochotę. Myślę też, że społeczeństwo narzuca obraz cierpiącego udręczonego.
Ten fryzjer to może bardziej metafora i pytanie, czy rodzic w trakcie chorowania dziecka ma prawo zająć się też swoimi potrzebami. Widziałam, jak rodzice dawali z siebie wszystko. A przecież leczenie trwa miesiącami, czasem nawet latami. Do opieki potrzeba mnóstwo sił. Niewyspany, udręczony, samotny, przeciążony rodzic nie będzie dobrym wsparciem. Dlatego tak ważne jest, by inni dorośli pomagali rodzicom w odzyskiwaniu, choć na chwilę, poczucia równowagi, pomagali w regeneracji. A co do fryzjera – pamiętam, jak jedna z fundacji zorganizowała wizytę właśnie fryzjera na oddziale – ileż było śmiechu i radości, gdy rodzice mogli wreszcie zająć się sobą.

Zbieram się z pytaniem na temat opieki paliatywnej. Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci, o tym, że nie wyzdrowieją?
Pamiętajmy, że onkologia dziecięca ma inną dynamikę. Dzieci zdrowieją znacznie częściej niż dorośli. Bardzo skutecznie leczymy choroby nowotworowe u dzieci. Ale bywa niestety, że choroba okazuje się silniejsza niż medycyna. I tu obowiązują te same zasady: nic na siłę. Nigdy nie atakujmy pacjenta tym tematem.

Mam poczucie, że rozmawianie o śmierci to nie są mądre monologi, bo to nie czas na nasze, dorosłe przemyślenia czy przekonania np. religijne. To czas na to, by usłyszeć, co myśli o tym dziecko, z jakimi pytaniami się mierzy. Pamiętam pacjenta, który zapytał: „czy w niebie jest McDonald?”, bo usłyszał, że w niebie jest wszystko, co najlepsze, a po śmierci idzie się do nieba. Ale najczęściej to są bardzo nieśmiałe i ulotne momenty, gdy pacjent zastanawia się, jak to jest z tą śmiercią. Chociaż bywały także sytuacje, gdy pacjent, najczęściej nastolatek, zadawał pytanie: „czy ja umrę?”. I tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale dla mnie takie pytanie pacjenta jest zawsze punktem wyjścia do rozmowy, co stoi za takim pytaniem, jakie myśli, jakie fantazje, jakie uczucia. Często w rozmawianiu o śmierci nie tyle chodzi o konkretną odpowiedź, ale o stworzenie bezpiecznej atmosfery, by dziecko mogło podzielić się z drugim dorosłym swoimi niepokojami, lękami, refleksjami. Chociaż czasem młody człowiek chce po prostu wiedzieć, jakie są jego rokowania, bo myśli o tym, by móc się z kimś pożegnać, może pogodzić, a może coś komuś ważnego powiedzieć. Tylko w rozmowie z pacjentem możemy poznać, jaki motyw stoi za jego pytaniem.

A czy dzieci boją się śmierci?
Boją się i martwią. Czasem zastanawiają się, co się stanie z ich rzeczami, jak rodzice to zniosą, co będzie po śmierci. Pamiętam dziewczynkę, która w zabawie opowiadała mi, jak sobie wyobraża, co będzie po śmierci. Wyzdrowiała i ma się dobrze, ale widać, że myśl o śmierci może się pojawić.

Nie wiem, który rodzic by to udźwignął…
Dlatego w szpitalu pracują psychologowie. Dzieci potrzebują bezpiecznej przestrzeni – z dorosłym, który nie zabroni poruszania tego tematu, nie wystraszy się ani nie rozpłacze na dźwięk słów „boję się, że umrę”. Chcę podkreślić, że nowotwory są uleczalne i że wbrew aktualnie bardzo złym opiniom na temat służby zdrowia, dziecięcy onkolodzy to w większości kompetentni, empatyczni ludzie, którzy wiążą się bardzo mocno ze swoimi pacjentami i walczą o nich tak samo jak rodzice.

Fundacja Alivia jest Organizacją Pożytku Publicznego, która pomaga chorym na raka m.in. w finansowaniu nierefundowanych terapii i konsultacji. Więcej na temat przekazania 1% podatku na rzecz fundacji na www.alivia.org.pl.

Marta Rusek, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka, psychoonkolożka. Przez wiele lat pracowała jako psycholog na oddziale onkologii dziecięcej. Współzałożycielka Warszawskiego Centrum Psychoonkologii, www.psychoterapia-mokotow.pl.