1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Gwyneth Paltrow - pozytywnie zakręcona

Gwyneth Paltrow - pozytywnie zakręcona

Gwyneth Paltrow od pewnego czasu zajmuje się z powodzeniem nie tylko aktorstwem ale również biznesem (Fot. BEW)
Gwyneth Paltrow od pewnego czasu zajmuje się z powodzeniem nie tylko aktorstwem ale również biznesem (Fot. BEW)
Aktorka, bizneswoman, matka, żona. Gwyneth Paltrow gra wiele ról. Choć aktorstwo nie jest już dla niej najważniejsze. Od 2016 roku większość czasu poświęca swojej firmie Goop, w kinowych czy telewizyjnych produkcjach pojawia się rzadko. Warto więc łapać okazje, takie jak netflixowa premiera serialu „Wybory Paytona Hobarta”, w którym zagrała matkę głównego bohatera.

Pod koniec sierpnia bogini amerykańskiego ogniska domowego znów zaatakowała Gwyneth Paltrow, która jest młodsza, bardziej utalentowana, a co najgorsze – odbiera klientów. Martha Stewart Living Omnimedia (MSLO), medialno-handlowe imperium, było kiedyś warte 2 mld dol., dziś osiąga wycenę rzędu 350 mln, tylko o jedną czwartą większą niż należąca do Gwyneth firma Goop.

Stewart publiczną kłótnię z Gwyneth Paltrow wszczęła już w 2014 roku, mówiąc dwumiesięcznikowi „Porter”: „Powinna siedzieć cicho. Gdyby wierzyła w swoje zdolności aktorskie, nie próbowałaby zostać Marthą Stewart. [...] To głupota. Też grałam w filmach, ale nie udaję, że jestem aktorką”. Innym razem stwierdziła: „Żeby uczyć innych stylu życia, trzeba najpierw samemu żyć” [zamiast pławić się w luksusach].

Innym razem, wyraźnie pijąc do Gwyneth Paltrow, stwierdziła z ironią, że życzy wszystkiego najlepszego paniom otwierającym lifestyle’owe biznesy, zarówno gwiazdom filmowym, jak i ciężko pracującym gospodyniom domowym, do których grona sama się zalicza. Trochę przesadziła, bo od końca lat 70. jest gospodynią telewizyjną, a nie domową. A kim jest jej tak skuteczna konkurentka w biznesie i w sercach Amerykanek? Gwyneth Paltrow to gwiazda, która umiała zbudować pozycję także poza Hollywood i z milionów kobiet uczynić swoje koleżanki – klientki.

Słodkiego, miłego życia

Złośliwości nestorki o tyle zaskakują, że pierwszoligowych celebrytów łączy pakt o nieagresji. Wobec narastającego wścibstwa i chamstwa brukowców, tudzież plotkarskich portali, próbują nie stwarzać dodatkowych pretekstów do krytyki.

Martha reaguje nerwowo, bo przespała internetową rewolucję. Wydawała tradycyjne pisma ilustrowane, produkowała programy telewizyjne, użyczała wizerunku artykułom gospodarstwa domowego. Gwyneth Paltrow startowała w sieci. Goop założyła 11 lat temu, początkowo jako blog, by „dzielić się wszystkim, co w życiu pozytywne”. Oferowała czytelniczkom iluzję, że mają w Beverly Hills koleżankę, która zdradza sekrety słodkiego, miłego życia.

Ujawniała, jakie piżamy najbardziej lubią jej dzieci, gdzie zrobić sobie akupunkturę, która restauracja serwuje najsmaczniejsze koktajle owocowe. Za prenumeratę nie trzeba było płacić, wystarczyło podać adres mejlowy. Nazwa to inicjały aktorki przedzielone podwójnym „o”, bo najbardziej dochodowe spółki technologiczne (Google, Yahoo!, Wanadoo) też szczyciły się dyftongiem, który łatwo wymówić, a sugeruje luz i relaks. Wprawdzie oznacza też breję, maź bądź papkę, lecz jedna z najpopularniejszych firm odzieżowych Gap to wszak słownikowo „luka”, „wyrwa” oraz „rozstęp”.

W 2011 roku blog stał się przedsiębiorstwem, a właścicielka poza dobrymi radami zaczęła sprzedawać „osobiście wybrane” akcesoria domowe, kosmetyki, biżuterię i ciuchy, m.in. Cynthii Rowley, Diane von Furstenberg, Martina Greenfielda. Żakiecik projektowany przez tego ostatniego kosztował 1325 dol., szlafrok von Furstenberg – 498, sygnet z literą „g” (jak Goop!) – 1298. Przeciętna fanka nie miała pieniędzy na takie gadżety, zatem Gwyneth Paltrow ruszyła z promocją nieco tańszych, a ponadto rozszerzyła ofertę praktycznie o wszystkie przedmioty, o jakich można zamarzyć.

Anonimowych sklepów lifestyle’owych jest wiele, jednak największy zysk przynoszą te, które nęcą magią nazwiska, uszlachetniają zwyczajny talerz czy kapeć mirażem high life’u i specjału dla wtajemniczonych. Stewart się wystraszyła, zaatakowała, ale trafił swój na swego. Gwyneth Paltrow jest bizneswoman równie twardą jak weteranka kuchennych rewolucji. Ignorując publiczne zaczepki, bezczelnie podkupiła dyrektor generalną MSLO Lisę Gersh. Dziś ma sklepy w Los Angeles, Nowym Jorku, Montrealu i Londynie. Produkuje kosmetyki, ciuchy, suplementy diety i meble własnej marki. Układa programy fitness. Publikuje książki i papierowy magazyn ilustrowany. Nadaje podcast, którego słucha 650 tys. osób. W zeszłym roku podwoiła dochody.

Kamera ją kocha

Siła Goop jest zarazem słabością, bo trudno naśladować styl życia celebryty, gdy się nim nie jest. Dla gwiazdy papier toaletowy po 110 dol. za paczkę może stanowić „najwyższą sublimację spersonalizowanego dobrostanu”, ale generalnie budzi kpiny. Co więcej, sławni i bogaci mają tendencję do ulegania dziwacznym, by nie rzec szarlatańskim trendom dietetycznym oraz zdrowotnym, zaś Gwyneth Paltrow, zgodnie z formułą szczerej rozmowy, bezkrytycznie zalecała klientkom wszystko, co jej się spodobało.

Na przykład ujędrniające, detoksykujące, regenerujące i poprawiające libido parowo-ziołowe irygacje. Czy po prostu „jajka” z nefrytu (66 dol.) oraz kwarcu (55 dol.), które pozwalały gimnastykować przeponę miednicową w celu szybszego osiągania orgazmu, przeczyszczenia kanałów energii qi, zbilansowania gospodarki hormonalnej, wyregulowania cyklów menstruacyjnych. Prokurator oskarżył firmę o kłamstwo reklamowe, musiała zapłacić grzywnę w wysokości 125 tys. dol., a w zeszłym roku zatrudniła naukowców, którzy weryfikują fascynacje szefowej, nim podzieli się ona entuzjazmem z resztą świata.

Warta 140 mln dol. dzięki rekordowym gażom i żyłce do interesów Gwyneth Paltrow ma film i sukces w genach. Jest córką uhonorowanej dwiema nagrodami Emmy i jedną Tony oraz nominowanej do Złotego Globu aktorki Blythe Danner („Inna kobieta” i „Alicja” Woody’ego Allena, „Książę przypływów”, „Ślicznotki”). Tata Bruce Paltrow reżyserował głównie seriale. Ojca chrzestnego Stevena Spielberga przedstawiać nie trzeba. A córka zagrała pierwszą rolę, mając dwa lata.

W czasie prestiżowego Williamstown Theatre Festivalu wbiegła na scenę, złapała mamę za spódnicę i zaczęła wygłaszać jej kwestie. Wszyscy oniemieli, bo była zbyt mała, aby mogła rozumieć, co mówi, tymczasem ona nawet się nie zająknęła. Półtorej dekady później zadebiutowała w telewizyjnym filmie „High”, wkrótce towarzyszyła Johnowi Travolcie na planie musicalu „Magia muzyki” i dostała angaż u chrzestnego („Hook”). Kreacja przeraźliwie młodej narzeczonej Jamesa Caana („Krew z krwi, kość z kości”) skłoniła recenzentkę „New York Timesa” Janet Maslin do refleksji: „Podobnie jak matka umie sprawić, że kamera ją kocha”.

W 1994 roku, kręcąc thriller „Siedem”, dzieliła z Bradem Pittem sypialnię nie tylko filmową, romans szybko przestał być tajemnicą, tabloidy oszalały. Zwłaszcza gdy paparazzi sfotografował opalającą się nago parę na plaży karaibskiego kurortu Saint-Barthélemy. Odbierając Złoty Glob za „12 małp”, Brad podziękował przede wszystkim swojemu „aniołowi, największej miłości życia”.

Oświadczył się u podnóża Andów grających Himalaje podczas zdjęć do „Siedmiu lat w Tybecie”. Gwyneth Paltrow zapewniała, że rzuci aktorstwo i będzie rodzić dzieci. Związek rozpadł się parę miesięcy później, dzięki czemu Brad nie musiał występować w żenującej komedyjce „Tylko w duecie” o turniejach karaoke, którą popełniła eksnajwiększa miłość jego życia pod artystycznym nadzorem taty kilka lat później.

Jestem silniejsza, niż sądziłam

Magazyn „People” pisał już wtedy, że ma twarz, która automatycznie winduje wyniki sprzedaży pism ilustrowanych, i zaliczył ją do grona 25 najbardziej intrygujących kobiet świata. Opinię tę najwyraźniej podzielał Ben Affleck, który towarzysząc Gwyneth Paltrow przy promocji „Przypadkowej dziewczyny”, tak się zapamiętał, że całował ją przez trzy minuty bez odrywania ust. Ona zaś, niesiona na skrzydłach uczucia, zagrała rolę, która do dziś sprawia, że wiele jej wybaczamy, nawet nefrytowe jajka.

„Jako Viola de Lesseps w »Zakochanym Szekspirze« rozświetla ekran radością życia. Pijana poezją i miłością kreuje czystą magię – pisał cyniczny zazwyczaj krytyk „Rolling Stone” Peter Travers. – Sprawia, że erudycja zrobiła się seksowna, za co osobiście dziękuję. A ponieważ nie wszystko, co dobre, dobrze się kończy, pokazuje całą skalę emocji, od szczęścia do rozpaczy”.

Inni krytycy wtórowali: „Najbardziej urzeka Paltrow, której wreszcie dano pole do popisu w filmie równie błyskotliwym jak ona”. A „New York Times” kadził: „Pierwsza gwiazdorska rola aktorki zapiera dech w piersiach. Szczerze wierzymy, że taka postać naprawdę istniała i stała się natchnieniem najwspanialszych dzieł zachodniej literatury”. Film przyniósł producentom zawrotną jak na tematykę i gatunek sumę 289 mln dol.

Gwyneth Paltrow dostała Oscara, Złoty Glob i Nagrodę Stowarzyszenia Aktorów Filmowych (SAG). Cieszyła się taką sympatią, że płacząc przy odbieraniu statuetki Akademii w sukni Ralpha Laurena, niechcący przywróciła modę na róż. Nagrany przez nią singiel z piosenką Smokeya Robinsona „Cruisin’” wszedł na szczyty światowych list przebojów, sięgając w Australii trzeciego miejsca, kawałek „Bette Davis Eyes” – drugiego.

Lubiła przygody nie tylko miłosne i zawodowe. Z woreczkiem ryżu, paczką zapałek, szwajcarskim scyzorykiem, wędką i hamakiem zamieszkała na bezludnej wyspie, by opisać swoje przeżycia dla „Marie Claire”. „Jestem silniejsza i odważniejsza, niż sądziłam” – konstatowała bez fałszywej skromności.

Niestety, choć rok po „Zakochanym Szekspirze” zagrała w niezłym thrillerze „Utalentowany pan Ripley”, wkrótce odczuła na własnej skórze „oscarową klątwę”, w myśl której łatwiej zdobyć szczyt, niż się na nim utrzymać. Brała role ambitne („Sylvia”) i lekkie („Szkoła stewardes”), a choć bywała świetna i nawet w głupawym „Płytkim facecie” potrafiła stworzyć postać złożoną i wzruszającą, filmy nieodmiennie okazywały się niewypałami. Skomplikowało się ponadto życie prywatne gwiazdy. Afflecka zastąpił Chris Martin, wokalista brytyjskiego zespołu Coldplay. Poznali się na koncercie w Nowym Jorku, pobrali, gdy zaszła w ciążę, zamieszkali w Londynie. Pięć miesięcy później na świat przyszła ich córka Apple.

Świadoma dezintegracja

Niecodzienne imię wymyślił tata, a mama broniła decyzji w programie Oprah Winfrey: „Jabłka są słodkie, zdrowe i już w Biblii symbolizowały mądrość”. Zresztą na tle innych celebrytów rodzice wykazali daleko idący umiar. Co znaczy Jabłko wobec małej Wiktorii Kafki, córki Tommy’ego Lee Jonesa, czy Siedmiu Syriuszów, syna Erykah Badu?

Gwyneth Paltrow wychowała się w niezwykle stabilnej jak na środowisko filmowe, szczęśliwej rodzinie i w swoim związku starała się ten model powtórzyć. Bez reszty poświęciła się opiece nad niemowlakiem. „Jeszcze nigdy nie byłam tak zakochana – mówiła o macierzyństwie. – To uczucie nieporównywalne z żadnym innym, choć podszyte trwogą, bo dziecko jest nadzwyczaj bezbronne i delikatne, a poza tym wiesz, że kiedyś odejdzie, rozpocznie własne życie”.

Dwa lata po Apple urodziła syna. Dostał imię Moses, bo Chris śpiewał w przeboju o tym tytule, że poślubił najpiękniejszą kobietę świata, która otworzyła go emocjonalnie tak, jak przywódca Żydów – Morze Czerwone. Aktorka miała jeszcze mniej czasu na karierę, zwłaszcza że przeżyła ostre załamanie.

Gwyneth Paltrow przyznała się do problemów dopiero pięć lat później w wywiadzie dla „Good Housekeeping”: „Żyłam jak zombi. Nie potrafiłam wykrzesać z siebie żadnych pozytywnych emocji. Nie rozumiałam, dlaczego nie odczuwam podobnego uniesienia jak po urodzeniu Apple. Uznałam, że jestem wyrodną matką i potworem”. Sekret zdradziła, jak mówi, by uświadomić innym kobietom, że w ich reakcjach nie ma nic złego, a przygnębienie i czarne myśli mijają.

Chris nie pomógł, bo koncertował, związek powoli stawał się fikcją. Ostatecznie małżonkowie przeprowadzili serię poważnych rozmów w ramach tzw. świadomej dezintegracji (conscious uncoupling). Polega ona na tym, że zamiast tradycyjnie wygarnąć sobie pretensje i utwierdzić się w przekonaniu, że to my mamy rację, a partner jest wredny, wspólnie analizujemy przyczyny wygaśnięcia uczuć i próbujemy zrozumieć racje drugiej strony. Pogodzona z niemożnością pogodzenia się para wzięła rozwód w 2015 roku.

Aktorka miała już wtedy nowego przyjaciela, producenta Brada Falchuka, którego spotkała, występując gościnnie w serialu „Glee” i zdobywając przy okazji pierwszą nagrodę Emmy. Cichy ślub odbył się dopiero po czterech latach, we wrześniu 2018 roku. Gwyneth Paltrow odzyskała już status czołowej hollywoodzkiej gwiazdy za sprawą trzech kasowych hitów z serii „Iron Man” oraz innych osadzonych w uniwersum Marvela adaptacji komiksów („Avengers”, „Spider-Man”). Przy czym rolę Pepper Potts trudno uznać za komiksową. Krytycy porównywali chemię między Paltrow a Robertem Downeyem Jr. do ekranowych flirtów tak legendarnych par, jak Humphrey Bogart i Lauren Bacall czy Spencer Tracy i Katharine Hepburn.

Gwyneth Paltrow włącza się w wiele akcji charytatywnych. (Fot. BEW) Gwyneth Paltrow włącza się w wiele akcji charytatywnych. (Fot. BEW)

Najpiękniejsza kobieta świata

O ile wszyscy zgadzają się, że Gwyneth Paltrow jest wybitną aktorką, o tyle jej pozafilmowe przedsięwzięcia nieustannie budzą kontrowersje. 15 lat temu gruchnęła plotka, że Martin ją bije, bo przyszła na nowojorską premierę filmu „Legenda telewizji” z posiniaczonymi plecami. Dopiero kilka dni później wyjaśniło się, że jest zwolenniczką stawiania baniek. Bynajmniej nie na przeziębienie, a w celu udrożniania wspomnianych kanałów qi. Kanały, idąc za przykładem Gwyneth Paltrow, czyszczą również Jennifer Aniston, Lena Dunham, Victoria Beckham i olimpijczyk Michael Phelps.

Lekarze w Stanach alarmują, że propagowana przez nią „alternatywna medycyna” ma tyle wspólnego z bezprzymiotnikową, co alchemia z chemią, i w najlepszym wypadku kończy się stratą pieniędzy. Ale z drugiej strony – to chyba lepiej, że dzisiejsi fani naśladują sławy, stawiając sobie bańki czy medytując, niż biorąc narkotyki jak w dekadach słusznie minionych. Z kolei Paltrow pierwsza zorientowała się, że na odwiecznej potrzebie papugowania idoli, którą wykorzystywały wcześniej m.in. firmy odzieżowe, kosmetyczne i sportowe, da się zbudować własny biznes.

Ma wierne grono klientek, których nie rusza krytyka. Przeciwnie – jak stwierdziła w wywiadzie dla „New York Timesa” – „hejterzy tylko wzmacniają przywiązanie do marki”. A dziennikarze, którzy przychodzą na wywiad z zamiarem zdemaskowania ściemy, przekonują się, że aktorka sprzedaje model życia, któremu naprawdę hołduje. Mało tego, odpowiadając na pytania, sącząc whisky i dbając o szklankę gościa, potrafi jednocześnie ugotować pyszny obiad.

Bezinteresownie pomaga dzieciom z ubogich rodzin, działając na rzecz organizacji Save the Children i Robin Hood Foundation. Popularyzuje masowe szczepienia przeciw zapaleniu płuc, które zabija rocznie 1,6 miliona maluchów poniżej piątego roku życia – więcej niż AIDS, malaria i odra razem wzięte.

Gorąco kibicowała Barackowi Obamie, zorganizowała mu w swojej leżącej między Bel Air a Beverly Hills posiadłości zbiórkę pieniędzy na kampanię wyborczą demokratów, gdy gwiazda prezydenta mocno przybladła. Nawet ultraliberalni sąsiedzi aktorki nie byli zachwyceni wizytą. Narzekali, że policja zakłóca spokój dzielnicy. Ona jednak pozostała nieugięta. Teraz wspiera pierwszego geja ubiegającego się o prezydencką nominację Pete’a Buttigiega.

Sześć lat temu magazyn „People” uznał ją za najpiękniejszą kobietę świata, co niejako rehabilitowało nadszarpnięty poczynaniami Goopa wizerunek, bo w dzisiejszych czasach uroda nie wystarcza, żeby być piękną. Trzeba jeszcze – jak ujął to naczelny pisma – „świetnie radzić sobie jako żona i matka, umiejętnie łączyć pracę z obowiązkami rodzinnymi, zdrowo się odżywiać i wyglądać”.

Już w roku 1998 podczas wywiadu z Davidem Lettermanem Gwyneth Paltrow sygnalizowała, że Harvey Weinstein napastuje młode aktorki. Spytana, czy dostała angaż w zamian za uległość, odparła: „Absolutnie nie!”. 19 lat później jako jedna z pierwszych udzieliła konkretnych informacji dziennikarzom „New York Timesa”, którzy doprowadzili do upadku producenta i powstania ruchu #MeToo.

„Chciał, żebym zrobiła mu masaż – wspominała. – Byłam jeszcze dzieckiem, przerażenie dosłownie wmurowało mnie w podłogę”. O incydencie opowiedziała Pittowi, a ten poszedł do Weinsteina i ostrzegł, że następnym razem dostanie po mordzie.

Gwyneth Paltrow naraża się na ataki żądnych krwi tabloidów, bo jest sobą. Mówi to, co myśli, zamiast powtarzać formułki opracowane przez PR-owców. Choć niewątpliwie ma lekkiego świra na punkcie zdrowia, higieny i dobrostanu, w zasadzie można uznać, że to świr pozytywny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Powstała strona dla osób w kryzysie samobójczym i ich bliskich

„Życie warte jest rozmowy” www.zwjr.pl to platforma internetowa, na której pomoc znajdą nie tylko osoby w kryzysie, ale także ci, którzy chcą takim osobom pomóc. (Fot. FB @PolskieTowarzystwoSuicydologiczne)
„Życie warte jest rozmowy” www.zwjr.pl to platforma internetowa, na której pomoc znajdą nie tylko osoby w kryzysie, ale także ci, którzy chcą takim osobom pomóc. (Fot. FB @PolskieTowarzystwoSuicydologiczne)
Polskie Towarzystwo Suicydologiczne stworzyło platformę internetową, która niesie pomoc dla osób borykających się z myślami samobójczymi, mającymi za sobą próby samobójcze lub tych, którzy stracili kogoś w wyniku samobójstwa. Pomoc jest anonimowa i bezpłatna.

W Polsce codziennie 15 osób odbiera sobie życie, a 225 próbuje to zrobić. Każdego roku dwa razy więcej osób ginie w wyniku samobójstw, niż w wyniku wypadków samochodowych. Każde samobójstwo i każda próba wpływa na 20 osób z najbliższego otoczenia. Nasz kraj od lat mierzy się z kryzysem psychiatrii dzieci i młodzieży. Niewystarczająca ilość specjalistów, ograniczony dostęp do profesjonalnej pomocy oraz wzrastająca liczba zachorowań na depresję powodują coraz trudniejszą sytuację. Statystyki dobitnie pokazują, że nadszedł czas złamać społeczne tabu wokół problemu samobójstwa oraz podnieść świadomość społeczną w tym temacie, bo tylko w ten sposób możemy pomóc.

W odpowiedzi na to Polskie Towarzystw Suicydologiczne, przy wsparciu finansowym PZU SA, stworzyło pierwszą w Polsce i Europie platformę internetową, gdzie pomoc znajdą nie tylko osoby w kryzysie, ale także ci, którzy chcą takim osobom pomóc. W serwisie „Życie warte jest rozmowy” www.zwjr.pl pomoc i wsparcie otrzymają wszyscy, którzy chcą wesprzeć dziecko oraz nastolatka w trudnej sytuacji. Projekt został stworzony z myślą o osobach, które borykają się z myślami samobójczymi, mają za sobą próby samobójcze lub straciły kogoś w wyniku samobójstwa.

Na stronie można znaleźć wszelkie informacje o tym, na czym polega pomoc, jak jej udzielić oraz gdzie jej szukać (np. poprzez wyszukiwarkę miejsc z bezpłatną pomocą). Można również bezpłatnie i anonimowo skonsultować swój problem ze specjalistą. Ponadto zakładka „Strefa wiedzy” to garść rzetelnych informacji dla tych, którzy chcą zrozumieć problematykę zachowań samobójczych oraz interesują się suicydologią - znajdują się tam ciekawe artykuły polskich oraz zagranicznych naukowców, poradniki, podstawowe definicje i aktualne statystyki. Dodatkowo można posłuchać rozmów z ekspertami, którzy tematyką zachowań samobójczych zajmują się od lat. W zakładce „Przywróceni życiu” znajdują się historie osób, które przeżyły próbę samobójczą i poradziły sobie z kryzysem. Z kolei sekcja „Mity na temat samobójstw” obala najczęstsze mylne opinie w tym temacie.

Nad jakością treści merytorycznych czuwa Interdyscyplinarny Zespół Profilaktyki Zachowań Samobójczych, którego członkami są najlepsi specjaliści z całej Polski. Platformę „Życie warte jest rozmowy” tworzą specjaliści, artyści i osoby, które pokonały kryzys. Pomysłodawczynią i koordynatorką platformy edukacyjno-pomocowej „Życie warte jest rozmowy” jest dr Halszka Witkowska, suicydolog.

  1. Psychologia

Jestem DDA

Syndrom DDA to zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. (Fot. iStock)
Syndrom DDA to zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. (Fot. iStock)
Prowokowałam awantury, bałam się zgody, zobojętniałam na własne dziecko. Po prostu wstrętna baba, przy której inni czuli się nieszczęśliwi – mówi 35-letnia Ania, kosmetyczka, mężatka, matka dwójki dzieci.

O swoim dzieciństwie opowiadam już spokojnie, jak o filmie fabularnym, którego główna bohaterka wychowała się w rodzinie alkoholików. Która przez długie lata nie miała pojęcia, że doświadczenia z lat młodości zabrała w dorosłość jak plecak, kiedy jako 19-latka wyjeżdżała z Kielc do Warszawy na studia. Myślała, że wystarczy opuścić dom rodzinny, usamodzielnić się, żeby wziąć życie w swoje ręce. Myliła się. To było za mało.

Od rodziców bagaż na drogę

Pili oboje, i ojciec, i matka – razem, dużo, często, nieraz do utraty przytomności. Ojciec, budowlaniec, kontynuował tradycje alkoholowe swojego ojca. Matka, dekoratorka, zalewała żal po niespełnionych marzeniach o karierze wielkiej malarki. Kiedy przyszłam na świat, a dwa lata później mój brat, przestała pracować i zajęła się domem oraz napełnianiem kieliszków – z każdym rokiem coraz większą ilością trunków.

Ambicje o wyższym wykształceniu i byciu „kimś” przelewali na mnie – brat miał taryfę ulgową, do dziś nie wiem dlaczego. Zamęczali mnie wymaganiami, stale kontrolowali. Z jednej strony miałam być najlepszą uczennicą, z drugiej – nie stwarzali warunków do nauki. Mieszkaliśmy w jednym pokoju z kuchnią. W domu stale pijaństwo – albo pili sami, albo ze znajomymi „od kieliszka”. Potem często się awanturowali, dochodziło też do rękoczynów. Każdą wolną chwilę spędzałam u przyjaciół lub na kółkach zainteresowań, które na szczęście akceptowali. Nie chciało się wracać, ale narzucili dyscyplinę czasową i najpóźniej o dwudziestej miałam być w domu. Starałam się nie łamać tych nakazów, bo nawet za drobne przewinienia dostawałam lanie smyczą psa. Moja złość na rodziców rzutowała na relacje z bratem, bo to ja miałam dopilnować, by na przykład odrobił lekcje – jeśli tego nie zrobił, gromy padały na mnie, nie na niego.

Ale najgorsze były ich zniknięcia na całe noce. Wychodzili bardzo późnym wieczorem, bez słowa. Nie wiedziałam dokąd, co się z nimi dzieje, kiedy wrócą czy w ogóle wrócą. To zdarzało się już, kiedy miałam 10 lat. Okropnie się wtedy bałam, że coś im się stanie. Zostawałam przecież z młodszym bratem, czułam się za niego odpowiedzialna. Wracali nad ranem, zazwyczaj kompletnie pijani. Płakałam, krzyczałam, prosiłam, żeby mówili, jak mają zamiar zostawić nas samych, ale oni uważali, że nie muszą informować dzieci o swoich planach. Nienawidziłam ich, ale i kochałam.

Nigdy nie próbowałam uciekać z domu. Innego przecież nie miałam. Także świadomości, że to, co się w nim dzieje, jest złe, patologiczne. Po prostu taki był i już. Mówiłam sobie: Nie użalaj się nad sobą. Są tacy, którzy mają od ciebie jeszcze gorzej. W szkole jesteś lubiana, masz przyjaciół, fajną paczkę... Po maturze wyjedziesz i zaczniesz nowe życie.

Życie na wolności

Dostałam się na Politechnikę Warszawską. Spełniłam marzenie ojca, który sam chciał być inżynierem. Wkrótce jednak przekonałam się, że studia techniczne wcale mnie nie interesują. Po roku je przerwałam. Pierwszy raz powiedziałam rodzicom „nie”. Poszłam na zaoczne ekonomiczne i do pracy, żeby uniezależnić się finansowo. Wreszcie zacznę żyć tak, jak chcę – obiecałam sobie.

Zakochałam się. Piotr był fizycznie bardzo podobny do mojego ojca – przystojny brunet. Pierwszy okres – euforia, wolność, szczęście. Zamieszkaliśmy razem w jego kawalerce. Pierwsze światełko ostrzegawcze zapaliło się we mnie, kiedy zauważyłam, że za często pojawia się u nas alkohol, imprezy siedem razy w tygodniu: w domu, w pubie, u znajomych. Ja podczas wieczoru wypijałam jedno piwo, Piotr się upijał. Zrobił się zaborczy i chorobliwie zazdrosny. Kontrolował mnie, koleżanki nazywał ostatnimi idiotkami. Kłóciliśmy się. Żyłam na jego wyspie, on wybierał znajomych... Oto wyrwałam się od rodziców, by wpaść z deszczu pod rynnę. Piotr był uzależniony nie tylko od alkoholu, lecz i od narkotyków. Odeszłam. Ale straciłam na niego pięć lat.

Skąd we mnie tyle złości?

Poznałam Adama. Był 16 lat ode mnie starszy, rozwiedziony, miał 15-letnią córkę. Ja skończyłam wtedy 25 lat. Rok później urodziła się nasza córeczka Marysia. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Pobraliśmy się.

Sielanka trwała jakieś dwa lata. Potem zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego. Popadałam w stany takiego napięcia, że nie potrafiłam normalnie funkcjonować. Wszczynałam awantury o głupi talerzyk w zlewie, prowokowałam kłótnie. Wpadałam w furię, tupałam, rzucałam różnymi przedmiotami... Ale nigdy nie płakałam. Adam był ostoją wyrozumiałości, cierpliwości, spokoju. To jeszcze bardziej mnie nakręcało. Wiedziałam, że stopień agresji był nieadekwatny do przyczyny, która ją wywołała, ale nie potrafiłam powstrzymać wybuchu. W końcu popadłam w głęboką depresję – totalny dół, żyłam jak senna mara, nie z nimi, lecz obok nich. Nawet córeczką przestałam się zajmować. I dopiero to wyrwało mnie z totalnego odrętwienia. Przestraszyłam się: „Skoro moje dziecko już mnie nie obchodzi, to musi być ze mną coś nie tak”. Zwierzyłam się przyjaciółce, powiedziała: „Aniu, może terapia?”

.

Poszukiwanie igły w stogu siana

Nie wiedziałam, na czym tak naprawdę polega psychoterapia. Myślałam, że opowiem o swoich problemach, terapeuta przepisze mi lekarstwo, ja je zażyję i będę szczęśliwa. Ale to nie takie proste.

Umówiłam się z terapeutą na cykl 10 godzinnych sesji w indywidualnej terapii poznawczo-behawioralnej. Sama zdecydowałam, że tyle musi wystarczyć. Nie wystarczyło. Ale nie chciałam kontynuować, bo nie miałam wiary, że te rozmowy mogą mi pomóc, mało się w nie angażowałam – bo nie byłam wtedy wewnętrznie gotowa na terapię. Po tych sesjach czułam się tak, jakby mi ktoś strasznie zamieszał w głowie, coś we mnie poruszył, ale nie wiedziałam co i dlaczego. Zostawiłam sprawę w zawieszeniu... do czasu.

Wkrótce potem zaczęły dopadać mnie straszne lęki, szczególnie strach przed dźwiękiem samolotów. A pracowałam wówczas w obsłudze naziemnej lotniska. Kiedy samolot startował, zdawało mi się, że wszystko wali mi się na głowę, zachowywałam się irracjonalnie – uciekałam, chowałam po kątach. Podobnie reagowałam na jazdę samochodem. Potrafiłam nagle kopać w drzwi auta i krzyczeć do męża, by się natychmiast zatrzymał i mnie wypuścił. Nie mogłam tak żyć. Znów trafiłam do gabinetu terapeuty.

Wybrał dla mnie indywidualną terapię małżeńską. To mnie zaskoczyło: „Przecież to ja mam lęki, nie mój mąż”. Na co usłyszałam: „Funkcjonuje pani w związku, dlatego dobrze by było, gdyby razem weszli państwo w terapię. Proszę zapytać męża”. Adam od razu się zgodził: „skoro to może ci pomóc...”. Podczas sesji skupialiśmy się głównie na sytuacjach, w których dopadały mnie lęki oraz na konfliktach, jakie wybuchały w związku. Po raz pierwszy tak otwarcie rozmawialiśmy z Adamem o emocjach, tak głęboko analizowaliśmy zdarzenia, w których dochodziło do nieporozumień. Terapia bardzo dobrze wpłynęła na nasze relacje, a dźwięki już mnie nie przygniatały. Ale nadal czułam, że coś głęboko we mnie siedzi i nie daje spokoju. Nie mogliśmy jednak kontynuować terapii, bo byłam w zaawansowanej ciąży i trudno mi było dojeżdżać na spotkania. Przerwaliśmy po roku. Okazało się, że to coś znalazło sobie inne ujście.

Pojawiły się dokuczliwe bóle – wątroby, kręgosłupa, mięśni twarzy. Badania gastrologiczne nic nie wykazały, neurolog przepisał mi tabletki, po których wprost odjeżdżałam. Dopiero pewien lekarz medycyny tradycyjnej i chińskiej, który podczas szczegółowego wywiadu lekarskiego jako pierwszy wydobył ze mnie informację, że moi rodzice byli alkoholikami (wcześniej się wstydziłam i to zatajałam), powiedział: „Przyczyny pani dolegliwości są natury emocjonalnej. Sugeruję terapię DDA, bo ma pani nierozpracowane sprawy z przeszłości”. I wreszcie trafiłam tam, gdzie powinnam od razu – do terapeuty, który zajmuje się syndromem Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA).

Echa dzieciństwa

Od początku nawiązałam z terapeutą bardzo dobry kontakt. Jak się później okazało – jeden z najcenniejszych w życiu. Otworzyłam się przed nim całkowicie. Miałam 33 lata, dwójkę cudownych dzieci, wspaniałego męża i pragnęłam być równie wspaniałą matką i żoną. Chciałam wreszcie wyszarpnąć z siebie to „coś”, co huśta moimi emocjami i nastrojami. Byłam bardzo zmotywowana. Z wiarą i pozytywnym nastawieniem podeszłam do terapii DDA. Trwała rok.

Terapeuta sięgał do mojego dzieciństwa bardzo powoli, stopniowo. Padały pytania typu: „ Jak pani mama reagowała w takiej sytuacji? Co pani wtedy czuła?”. Scenom retrospekcyjnym towarzyszyły wielkie emocje – gniew, żal, złość na rodziców wylewałam razem ze łzami. Pisałam też do nich listy, nie po to, by je wysyłać, lecz odczytać terapeucie na kolejnych sesjach – to było jedno z moich zadań domowych. Wyobrażałam sobie na przykład, że jestem małą dziewczynką, chodzę do szkoły, coś złego dzieje się w domu i w liście miałam wyrazić wszystkie uczucia, jakie żywiłam wtedy do rodziców, co sobie o nich myślałam, jak się czułam, kiedy na przykład była noc, a oni nie wracali do domu. To było bardzo trudne i bolesne.

Wspólnie omawialiśmy każde zachowanie rodziców w danej sytuacji: co robili, dlaczego to było złe, jaki wpływ wywarło na moją psychikę... – miałam dokładnie rozpracowany, przeanalizowany każdy etap, każdy aspekt. Nie patrzyłam na rodziców z perspektywy siebie jako dziecka, tylko siebie jako żony i matki. Moi rodzice skrzywdzili mnie w taki a taki sposób, a teraz ja powielam ich wzorzec i krzywdzę swoich najbliższych. Terapeuta uświadomił mi, że ponowne zmierzenie się z problemami z dzieciństwa jest bolesne, ale konieczne, bo tylko wtedy zrozumiem swoje obecne zachowania, rozpoznam reakcje, które wzięłam z rodzinnego domu, przejęłam od rodziców. Na przykład: tak jak oni na mnie krzyczeli, tak teraz ja bywam agresywna w stosunku do męża. Po prostu wstrętna baba, przy której inni czują się nieszczęśliwi. W okresie dorastania zgromadziłam w sobie ogrom żalu i dopóki go nie wypuszczę, dopóty będzie we mnie siedział i jątrzył. I od czasu do czasu uchodził małymi kanałami w postaci napięć, krzyków, lęków czy bólów. Opisując traumatyczne przeżycia, nazywając je, wypowiadając, analizując ze specjalistą, wylewałam z siebie tę złość niczym jakieś toksyny.

Uświadomiłam sobie nareszcie, że to, co przeżyłam w dzieciństwie, było dla mnie koszmarem. Zaczęłam sobie jako dziecku współczuć. Zrozumiałam, że nie umiałam przyjąć troski, serdeczności od mojego męża, bo nie byłam przyzwyczajona do tego, że ktoś się o mnie troszczy. Nie potrafiłam tego docenić. Wręcz przeciwnie, wykorzystywałam często jako pretekst do wszczynania kłótni, bo moi rodzice pewne sprawy tak właśnie rozwiązywali. Prowokowałam awantury, żeby mieć je już za sobą, ponieważ w domu odczuwałam wielką ulgę, kiedy było już po kłótni. Dla mnie to stanowiło normę. Zgodne życie przez dłuższy czas budziło we mnie obawę, że to nie może być prawdą, że coś się czai i lada moment i tak wybuchnie.

Innym narzędziem terapeutycznym do poskromienia swojej złości, na przykład na dzieci, okazała się metoda 4 kroków: 1 – zakomunikowanie, 2 – podkreślenie, 3 – postanowienie, 4 – wykonanie. Jeśli dziecko np. skacze po kanapie, a ja tego nie akceptuję, to: 1 – komunikuję spokojnym głosem, że mi się to nie podoba, 2 – podkreślam to, unosząc głos, żeby dziecko wiedziało, że mówię poważnie – ale robię to bardzo świadomie, bez emocji, 3 – mówię, że jeśli dalej będzie skakać, to ja zrobię to i to... coś dla niego przykrego, np. schowam mu na cały dzień jego ulubiony samochodzik, 4 – wykonuję karę.

Pierwsze moje próby były średnio udane – albo nie dochodziłam do 4. kroku, albo któryś przeskakiwałam. Ale w końcu nauczyłam się i przekonałam, że to skutkuje, a przy tym osiągam cel bez uciekania się do agresji. Tę metodę można stosować nie tylko w relacjach z dziećmi, także z partnerem, a nawet panią w sklepie, jeśli jest nieuprzejma.

Ta metoda nauczyła mnie też dostrzegać swoje granice, czego wcześniej nie potrafiłam i pozwalałam, by je inni nagminnie deptali. Pamiętam, jak kiedyś koleżanka, obserwując mnie na spacerze z dziećmi, powiedziała: „Ja nie daję swoim dzieciakom tak bardzo jak ty wchodzić sobie na głowę. A ja dawałam, reagowałam zawsze zbyt późno i już ze złością.

Doszłam do celu

Terapię DDA skończyłam rok temu. Co zmieniła w moim życiu? Przede wszystkim pozbyłam się bólów i napięć, opanowałam agresję. Bo wyrzuciłam z siebie ogromne pokłady złości, które od dzieciństwa się we mnie odkładały. Po terapii jestem o wiele bardziej stabilna emocjonalnie, radośniejsza, mam więcej pewności i wiary w siebie. Potrafię świadomie kierować emocjami. Rozgraniczyłam dwa światy: życie „tam i wtedy” od „tu i teraz”. Wreszcie czuję, że sama kieruję swoim życiem. Nic mnie już nie gniecie.

A jeśli się zdarzy, że upiory powrócą, to posiadam narzędzia terapeutyczne, by je przepędzić. Wiem na przykład, że w momentach napięcia mogę sięgnąć po relaksujące oddychanie: płytki wdech i powolny, długi wydech. Żeby wypuścić złość – napisać list do osoby, która mnie zezłościła. Co jest cenne: kiedy poniosą mnie emocje i niesłusznie nakrzyczę np. na męża, to teraz go przeproszę i powiem: „Wiesz, jeszcze tak mi się zdarza. Wybacz”. To zupełnie zmienia sytuację.

Terapię postrzegam jako cudowne narzędzie, ale nie cudowny środek na życiowe dolegliwości. Bo przecież nie przestanę być dzieckiem alkoholików. Moi rodzice pili i nic tego nie zmieni. Nie zresetuję mózgu tak jak dysku. Ale mogę mieć władzę nad swoimi zachowaniami, wpływać na swoje życie i jego kształt. Czuję się kobietą spełnioną i szczęśliwą. Mam wspaniałą rodzinę, świetny kontakt z dziećmi i mężem. Niedawno założyłam własny gabinet kosmetyczny. A rodzice? Nadal piją.

Czym jest syndrom DDA?

Marzenna Kucińska psychoterapeutka.

To zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. Uniemożliwiają też rozwój postaw i reakcji bardziej adekwatnych do rzeczywistych zdarzeń. Terapia DDA ma na celu zmianę tych cech. Składa się z trzech etapów:

Pierwszy polega na opowiedzeniu swojej historii – jest trudny, gdyż wiele osób z DDA wyniosło z domu przekaz, że nie należy rozmawiać z osobami spoza rodziny o tym, co się dzieje w domu. Niektórzy nikomu wcześniej nie opowiadali o swoim życiu – dla nich samo przywoływanie wspomnień z dzieciństwa może być wystarczające do uruchomienia procesów zmian osobistych. Kiedy zaczynamy ujawniać komuś swoją opowieść, ważne są nie tyle fakty, co sposób, w jaki jako dzieci ich doświadczaliśmy. Te przeżycia zostały zapisane w umysłach w postaci obrazów czy przekonań i nadal ożywają, wpływając na emocje i zachowania. Kiedy je odkrywamy, zaczynamy lepiej rozumieć siebie oraz swoje wybory.

Drugi etap terapii to odreagowywanie szczególnie bolesnych doświadczeń i ich rekonstrukcja. To niezbędne, by przeszłość przestała boleć. Wtedy pojawia się zwykle bardzo dużo trudnych emocji: lęk, smutek, bezradność, cierpienie, a ich wyrazem są często łzy. W terapii to przejaw zdrowienia, oczyszczania się i gojenia starych, nadal krwawiących ran, dzięki czemu pacjenci uczą się rozpoznawać swoje emocje, potrzeby i zaspokajać je. A kiedy przeszłość przestaje budzić silne emocje, przychodzi czas na etap trzeci – odbudowywanie, a czasem nawiązywanie, zdrowych relacji z innymi.

Na początku terapii trudno czasem powiedzieć, jak wiele etapów trzeba z terapeutą przejść, żeby dokonane zmiany stały się naturalnym procesem rozwoju. Jest wiele osób z DDA, które rozpoczynają terapię dopiero w stanie ostrego kryzysu, wtedy, gdy ich dotychczasowe strategie przestają działać – dla nich główną zmianą będzie uporządkowanie życia i spraw aktualnych.

Inni mają wszystko dobrze poukładane i świetnie sobie radzą z zadaniami, ale nie potrafią tego w sferze emocji – wymykają się im spod kontroli. Dla tych osób najważniejsze jest nauczenie się, jak obchodzić się z napięciami i czerpać siły z emocji. Jeszcze inni radzą sobie we wszystkich obszarach życia, poza budowaniem kontaktów, gdyż mają wiele lęków i ostrożności w relacjach społecznych. Na terapii poznają tego przyczyny i otwierają się na innych i samych siebie.

  1. Kultura

Sandra Drzymalska o roli w filmie "Ostatni komers", pierwszej polskiej produkcji o generacji Z

"Ostatni komers" to historia o wszystkim co pierwsze, a co za tym idzie - najintensywniejsze: pierwszy joint, pierwszy seks, pierwsze zakochanie i złamane serce. W obsadzie zobaczymy świetnych aktorów młodego pokolenia: Sandrę Drzymalską (na zdjęciu), Mikołaja Matczaka, Nel Kaczmarek, Zofię Świątkiewicz i Jakuba Wróblewskiego. (Fot. Jakub Socha)
Do kin trafił właśnie “Ostatni Komers” Dawida Nickela, pierwszy polski film o miłości w pokoleniu Z. Jest to historia o wszystkim co pierwsze, a co za tym idzie - najintensywniejsze: pierwszy joint, pierwszy seks, pierwsze zakochanie i złamane serce – mówi producentka Marta Habior. Z okazji premiery filmu rozmawiamy z aktorką Sandrą Drzymalską, odtwórczynią jednej z głównych ról.

Jak przygotowywałaś się do roli? Czy obserwowałaś młodszych kolegów i koleżanki, a może nawiązałaś do własnych doświadczeń z czasów szkolnych?
Na pewno był to dla mnie emocjonalny powrót do przeszłości, ale też muszę przyznać, że obecność młodszych kolegów na planie, bardzo mi pomogła przy pracy nad rolą Moniki.

Co sprawiło, że zdecydowałaś się zagrać w tym filmie?
Szczerze? Dawid Nickel (reżyser filmu - przyp. red.). Uczestniczyłam w tym projekcie od samego początku. Już na etapie tworzenia sceny z „Ostatniego Komersu” w Szkole Wajdy Dawid wybrał mnie do tej postaci. Ja mu bardzo ufam i uwielbiam jego wrażliwość, poza tym przyjaźnimy się.

Z jakimi wyzwaniami musiałaś się zmierzyć na planie?
Na pewno gra z niezawodowym aktorem to pewnego rodzaju wyzwanie dla aktorki, ale jeśli chodzi o mnie to nie pierwszy raz miałam przyjemność pracować z naturszczykiem. Muszę przyznać, że uwielbiam tego typu wyzwania. Trzeba być bardziej uważnym i skoncentrowanym na partnerze oraz emocje muszą być jak najprawdziwsze. Dla mnie to wyzwanie, ale też wielka frajada.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Podczas Festiwalu Filmowego w Gdyni otrzymałaś wyróżnienie m.in. za rolę w „Ostatnim Komersie”. Jak zareagowałaś na tę nagrodę?
Och! Byłam szczęśliwa i niezwykle zaskoczona! To była nagroda pozaregulaminowa, specjalna w konkursie mikrobudżetów, także dla mnie było to jedno z największych wyróżnień.

Twoja bohaterka znajduje się w ciekawej relacji między bratem a chłopakiem, których łączy także pewna więź. Jak się w tym odnajduje?
Ona nie jest od początku świadoma, co się dzieje między chłopakami. Dopiero później zaczyna dostrzegać pewne detale tej relacji. Na pewno nie jest jej łatwo, bo traci ważną osobę w swoim nastoletnim życiu, a w tym okresie wszystkie emocje są znacznie bardziej intensywne..

Jak wspominasz swój okres dojrzewania, kiedy byłaś w tym wieku, co bohaterowie filmu? Czy zmagałaś się z podobnymi problemami? Czy pomogło Ci to na planie?
Dzięki temu filmowi powróciłam emocjonalnie do czasów mojego dorastania. Dla mnie emocje są najważniejsze podczas tworzenia postaci i tak też było w tym przypadku.

Czy gdyby była taka możliwość, chciałabyś wrócić do swoich czasów szkolnych? Jak je wspominasz?
Wspominam je bardzo dobrze. Kojarzą mi się z dużą wolnością i beztroską. Ale jednak prywatnie jestem osobą, która żyje tu i teraz i za bardzo nie rozpamiętuje przeszłości. Na szczęście mam taki zawód, który umożliwia mi emocjonalne przemieszczanie się w czasie.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Jak wygląda miłość w pokoleniu Z, które sportretowane jest w filmie?
Miłość to miłość, myślę, że nie jest zależna od pokolenia. To bardzo silne uczucie.

Co sądzisz o pokoleniu Z? Czy według Ciebie ludzie, którzy większość czasu spędzają w sieci, na Instagramie i TikToku, będą potrafili w przyszłości odnaleźć się w realnym życiu?
Jestem bardzo daleka od generalizowania. Na pewno Ci ludzie są bardziej świadomi i świetnie odnajdują się w realnym życiu. Chcą walczyć o siebie i swoją przyszłość i ja im na maksa kibicuje. W dzisiejszym świecie jest im jednak znacznie trudniej. Cudownie byłoby, gdyby w Polsce mieli na przykład lepszy dostęp do edukacji seksualnej, bo to ważna, integralna część naszego życia.

Komu szczególnie poleciłabyś obejrzenie „Ostatniego Komersu”? Współczesnym nastolatkom, a może ich rodzicom?
Wszystkim! To kino dla każdego. Młodzi ludzie mogą odnaleźć w tych bohaterach siebie, a rodzice mogą powrócić do pierwszych fascynacji drugim człowiekiem.

O filmie „Ostatni Komers”

„Ostatni Komers” oparty na motywach fragmentów powieści „Ma być czysto” Anny Cieplak to pełnometrażowy debiut fabularny Dawida Nickela, zarazem współautora scenariusza do filmu. Twórcy, jako cel postawili sobie opowiedzieć o kawałku świata młodych ludzi bez moralizowania i oceniania.

Akcja filmu rozgrywa się w ostatnim tygodniu szkoły w gimnazjum w małym polskim miasteczku. W oczekiwaniu na imprezę grupa uczniów spędza czas na miejskim basenie. W ciągu kilku dni zasmakują zauroczeń, odrzucenia i pierwszych zawiedzionych nadziei. Zapis ich doświadczeń jest zwieńczeniem okresu gimnazjalnego i portretem współczesnej młodzieży poszukującej tożsamości, przynależności i więzi.

Film ma już na swoim koncie nagrodę nagrodę Jury Młodych oraz nagrodę dla najlepszego filmu w Konkursie Filmów Mikrobudżetowych 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Widzowie i krytycy przyjęli go entuzjastycznie - Już dawno nikt w polskim kinie z taką lekkością nie opowiadał o nastolatkach, w żaden sposób nie próbując ich oceniać czy stawiać się w roli mentora. Kapitalny debiut - pisał Krzysztof Połaski. - Tsunami świeżości i wolności bez retuszu, prawdziwie, bez nadęcia - podkreśla Karolina Korwin Piotrowska. - To znakomity debiutancki strzał i chyba jedno z najciekawszych spojrzeń na pokolenie współczesnych
nastolatków – dodaje Tomasz Raczek.

„Ostatni komers” w kinach od 18 czerwca.

  1. Seks

Dobra w łóżku znaczy dobra dla siebie – jak zaopiekować się sobą w seksie?

W seksie konieczna jest cierpliwość: w uczeniu się siebie i partnera, w poznawaniu swojego tempa oraz sygnałów wysyłanych nam przez ciało. (Fot. iStock)
W seksie konieczna jest cierpliwość: w uczeniu się siebie i partnera, w poznawaniu swojego tempa oraz sygnałów wysyłanych nam przez ciało. (Fot. iStock)
Akceptacja rozpoczyna się od ciała, zarówno stref intymnych, jak i wszystkich innych, bo istotami seksualnymi jesteśmy w całości. W każdym wydaniu jest ono piękne i godne troski oraz uwagi, bez względu na mniej lub bardziej wyimaginowane niedoskonałości – twierdzi seksuolożka Roberta Rossi. W swojej najnowszej książce „Dochodzę” radzi kobietom, jak zaopiekować się sobą w seksie.

Jak podkreślają seksuolodzy, życie seksualne nie powinno być nigdy źródłem wstydu, a chęć realizacji własnych pragnień w tej sferze to nasze prawo, niezależnie od płci i wieku. Aby przeżywać je pięknie i w pełni, potrzebujemy jednak nie tylko odpowiedniego partnera, ale także, jeśli nie przede wszystkim, zbliżenia się do samej siebie. Konieczne są poznanie własnych upodobań i indywidualnych cech oraz umiejętność proszenia o to, co sprawia nam przyjemność, ale także o pomoc, jeśli z czymś sobie nie radzimy. Jak być dobrą dla siebie w seksie? Oto kilka wskazówek.

Najpierw ty

„Seks pełen radości, zaciekawienia i spokoju to przepiękna rzecz” – pisze Roberta Rossi, włoska seksuolożka i przewodnicząca Włoskiej Federacji Seksuologicznej, autorka wydanej niedawno książki „Dochodzę. Odkryj, co sprawia ci przyjemność” (wyd. Znak). I choć oryginalny tytuł „Vengo prima io” (dosłownie: „Pierwsza dochodzę ja”) mógłby sugerować skupienie na sobie, wręcz pewien seksualny egocentryzm, to – jak tłumaczy Rossi – nie jest on wcale wyrazem najwyższej dbałości, jaką możemy okazać sobie samej w łóżku. Wyrażenie zastosowane na okładce ma w języku włoskim jeszcze jedno znaczenie: bycia priorytetowym, istotnym. Nie tyle więc „ja pierwsza dochodzę”, co „dla siebie samej najbardziej liczę się ja”. Czyli bycie ważną dla samej siebie, zajęcie się sobą, zwłaszcza poprzez lepsze poznanie i zrozumienie. Jak przypomina Rossi, dobry seks ma miejsce wtedy, gdy jesteśmy pogodne, otwarte i rozluźnione, a więc, mówiąc krótko: czujemy się komfortowo. Do tego potrzebna jest wiedza i wynikająca z niej samoświadomość.

Myślę, czuję, akceptuję

Zacząć należy od własnego ciała – jego wyglądu, potrzeb, ale także budowy, która przed wieloma z nas nadal kryje sporo tajemnic. Rossi zachęca do prostego doświadczenia. „Weźcie lusterko, usiądźcie wygodnie, zdejmijcie majtki i poobserwujcie się. (...) Dlaczego tracić na to czas? Ponieważ poznanie tego obszaru pomaga nam o nim myśleć, pamiętać, że ma on swoje wymagania, nie tylko seksualne, i że powinnyśmy o niego dbać, tak jak dbamy o inne części ciała. Poświęćcie więc trochę czasu i dokładnie się obejrzyjcie, skoncentrujcie się na waszych reakcjach i odczuciach”.

W szerszym ujęciu akceptacja dotyczy kolejnych aspektów: myśli, odczuć, pragnień. Podobnie jak jedni ludzie lubią lody waniliowe, a inni wolą czekoladowe, tak i w seksie nasze preferencje, marzenia, fantazje, ulubione pozycje i scenariusze mogą znacząco się od siebie różnić. Nie musimy lubić tego, co lubi koleżanka, ani chcieć robić tego tak, jak pokazano w głośnym filmie czy książce. Co więcej, upodobania te mogą zmieniać się na przestrzeni czasu – to też warto sobie uświadomić i zaakceptować. „Wyobraźcie sobie przyjemność seksualną jako pojemnik zawierający w swoim wnętrzu różne aspekty waszego życia – pisze Rossi. – To, kim jesteście, środowisko, w którym wyrosłyście, informacje, które uzyskałyście na temat przyjemności seksualnej i ogólnie seksualności, wasze doświadczenia, wasz osobisty próg przyjemności i bólu, wasz stan zdrowia i jeszcze wiele innych elementów. Wszystkie te czynniki wiążą się ze sobą i determinują sposób, w jaki każdy z nas doświadcza przyjemności seksualnej”.

Komunikat JA

Kolejnym niezwykle ważnym elementem troski o siebie samą w seksie jest dbałość o komunikację z partnerem, której podstawą nie jest wcale chemia i nadawanie na tych samych falach, ale szczera i otwarta rozmowa. Jak podkreśla włoska badaczka, to przede wszystkim my same, nie kochanek, jesteśmy odpowiedzialne za naszą przyjemność! Zanim jednak będziemy mogły zakomunikować partnerowi, co i jak najbardziej lubimy, musimy się tego dowiedzieć w praktyce, zebrać jak najwięcej informacji na temat funkcjonowania własnego ciała. Partner powinien być towarzyszem naszej wyprawy, a przepływ informacji jest tu elementem kluczowym. „Ważne, by między wami, niezależnie od typu łączącej was relacji, było zaufanie, zażyłość i możliwość komunikowania bez poddawania się ocenie” – przekonuje Rossi. „Najlepszą drogą jest postępowanie w sposób bezpośredni i konkretny: towarzyszcie partnerowi za pomocą waszych rąk, ruchów ciała, słów. W tym rodzaju komunikacji może wam bardzo pomóc technika »komunikat JA«, która polega na mówieniu o sobie, o waszych potrzebach i waszych wymaganiach, bez skupiania się na błędach drugiej osoby. Kiedy partner robi coś, co wam się podoba, co jest dla was skuteczne, mówcie o tym jasno: łatwiej będzie jemu czy jej przyjąć do wiadomości wasze wymagania, jeśli zakomunikujecie je w sposób pozytywny, niż gdybyście miały wykazać jego braki w sposób obwiniający”.

Daj sobie czas

Mówi się, że największym darem, który można dać drugiemu człowiekowi, jest czas. Nie inaczej sprawy mają się z dbaniem o siebie samą. W seksie konieczna jest cierpliwość: w uczeniu się siebie i partnera, w poznawaniu swojego tempa i rozpoznawaniu sygnałów wysyłanych nam przez ciało. Przydaje się ona także wtedy, kiedy naszym problemem jest na przykład potrzeba kontroli – ważna kwestia dla tych kobiet, które napotykają trudności z doświadczaniem orgazmu. „Edukacja i doświadczenia życiowe mogą rozwinąć w nas potrzebę kontroli wszystkiego, co się dzieje, łącznie z doświadczeniem seksualnym” – tłumaczy Roberta Rossi. To oddala od przyjemności i sprawia, że skupiamy się na czymś innym.

Aby poczuć przyjemność, trzeba dać się ponieść emocjom, zaufać sobie i osobie, z którą jesteśmy; czasem potrzeba na to więcej czasu, niż byśmy sobie życzyły, karmione zewsząd opowieściami o spontanicznym seksie, który wydarza się sam z siebie, bez żadnego wysiłku, a z maksymalnym wynikiem. Nie zmienia to jednak fundamentalnego faktu: zawsze mamy prawo odmówić wszelkich praktyk seksualnych, które nam nie odpowiadają, a koncepcja konsensualności, czyli świadomej zgody na każdą z nich, jest absolutnie podstawowa w tej sferze ludzkiego życia. Nie istnieje coś takiego jak obowiązek małżeński czy domniemanie zgody, a oboje partnerzy muszą być całkowicie pewni, że są zainteresowani seksem, zanim jeszcze się on rozpocznie. Jeśli już się rozpoczął, można go przerwać i w dowolnym momencie powiedzieć „nie” – i musi to zostać uszanowane.

Każda z nas ma też prawo wypróbowywać nowe praktyki, jednak jeśli nie ma na to ochoty, to nie powinna czuć się winna, niedojrzała, nieciekawa, nieodważna czy mało otwarta. W tej sferze naprawdę nie musimy, a wręcz nie powinnyśmy niczego robić pod presją ani dla kogoś innego.

Proś o pomoc

Ważnym, a ciągle jeszcze zbyt rzadko podkreślanym elementem dbania o własną sferę seksualną jest gotowość do sięgnięcia po profesjonalną pomoc, kiedy uznamy, że napotkanych trudności nie jesteśmy w stanie pokonać samodzielnie. Każdy człowiek ma inny temperament i potrzeby seksualne; mogą one także podlegać zmianom na przestrzeni czasu. Okresy mniejszego zainteresowania seksem, a nawet całkowitego braku pożądania i poszukiwania przyjemności, stanowią naturalną część życia i są ściśle powiązane z tym, co dzieje się w innych jego sferach. „Jeśli jesteś zestresowana, zaniepokojona albo tylko bardzo zaangażowana w inne sprawy, może ci się zdarzyć, że przez jakiś czas masz mniejszą ochotę na seks albo nie masz jej wcale. Zaczyna się mówić o zaburzeniu pożądania, gdy jego brak przedłuża się nieprzerwanie powyżej sześciu miesięcy” – tłumaczy autorka „Dochodzę”.

Oczywiście brak pożądania u jednego z partnerów to nie jedyny problem w sferze seksualnej, z którym możemy się borykać. Wszelkie wątpliwości czy podejrzenia zaburzeń warto zawsze omówić z seksuologiem, który pomoże w rozwiązaniu kłopotów zarówno na płaszczyźnie fizycznej, jak i psychicznej.

Choć konsultacja seksuologiczna budzi u wielu osób wewnętrzny opór, to warto wiedzieć, że stanowi ona najlepsze wyjście – pomoże zidentyfikować źródło trudności i wdrożyć odpowiednią formę leczenia.

Patrz całościowo

Oceniając swoje życie seksualne i swój dobrostan w tej dziedzinie, warto przyjąć też odpowiednią perspektywę. Każdorazowa przyjemność, orgazm, poczucie niezwykłego spełnienia to tylko niektóre z elementów składających się na seksualną satysfakcję. „W odróżnieniu od rozkoszy seksualnej – związanej z aktywnością seksualną – ogólna satysfakcja seksualna jest w istocie subiektywną oceną własnego życia seksualnego, niezależnie od konkretnych doznań odczuwanych podczas seksualnej aktywności – tłumaczy Roberta Rossi. – Wraz z sytuacją ściśle seksualną bierzemy również pod uwagę kontekst, który jej towarzyszył. Krótko mówiąc, satysfakcja odnosi się bardziej do ogólnego poczucia spełnienia związanego ze spotkaniem niż do samego konkretnego osiągnięcia orgazmu”.

Inne są nasze oczekiwania wobec spotkania okazjonalnego, a inne wobec seksu z partnerem, z którym tworzymy związek z długim stażem. Warto wziąć to pod uwagę i pamiętać, że troska o siebie w seksie oznacza również zdystansowanie się do sposobu, w jaki przedstawia się go w naszej kulturze. Dotarcie na szczyt za każdym razem, gdy uprawiamy seks, nie jest wcale konieczne, a szczęśliwe i spełnione życie seksualne nie musi zakładać niezapomnianego orgazmu, fajerwerków i motyli w brzuchu zawsze wtedy, gdy następuje zbliżenie z partnerem czy ma miejsce zachowanie autoerotyczne. Dużo ważniejsze jest to, czy w ogólnej perspektywie jest nam dobrze – zarówno z partnerem, jak i ze sobą samą i swoim ciałem. Tego bowiem, jak mało czego innego, jesteśmy naprawdę warte.

  1. Psychologia

Zazdrość i wolność w związku – co tracimy próbując zawłaszczyć partnera?

Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Wiele osób, wiążąc się z kimś na stałe, ucina kontakty towarzyskie, zwykle z przyjaciółmi przeciwnej płci, często pod wpływem partnera... i odbywa się to powoli, prawie niezauważalnie. Partner nie daje drugiej połówce przestrzeni w związku, a ta połówka pozwala na to lub nie... Jak powstaje proces zawłaszczania i kiedy możemy mieć powody do niepokoju? – wyjaśnia psycholożka Dorota Krzywicka.

Biada tym, którzy po znalezieniu partnera odcinają go od jego znajomych i przyjaciół! Ten błąd popełniają ludzie którzy:

1. Żywią bezsensowne przekonanie, że od momentu zostania parą wystarczy im ich własne towarzystwo. Nie wystarczy. Czujemy się kompletni gdy pełnimy równolegle kilka ról: partnera, przyjaciela, znajomego, rodzica lub dziecka (dla własnych rodziców) itd. Oczywiście w różnych okresach czasu i sytuacjach w każdą z nich jesteśmy zaangażowani mniej lub bardziej, ale dobrze gdy nie ograniczamy się do jednej. Zamknięcie w jednej roli jest frustrujące o czym świetnie wiedzą wszyscy, którzy z jakichś powodów muszą w niej tkwić - albo pracować 14 godzin na dobę albo siedzieć tylko w domu i pilnować dzieci (oraz garów, pralki i odkurzacza), ale cierpią też ci, którzy tylko „balują” ze znajomymi – bycie non-stop imprezowiczem też po jakimś czasie przestaje wystarczać do szczęścia.

2. Uważają, że całe szczęście zaczerpną z jedynej, ukochanej osoby. Nie zaczerpną, bo nikt nie jest w stanie być jedynym źródłem szczęścia. Zadowolenie z życia bierze się z różnych sytuacji, bo ona np. nie zagra z nim w piłkę, a on nie pogada o nowych trendach w modzie, ją nie interesuje dyskusja o wyższości motoru Suzuki nad Hondą, on zaśnie oglądając komedię romantyczną, ona najlepiej relaksuje się w SPA, on na siłowni – lista różnych drobnych przyjemności, których każde z pary potrzebuje, a których spełnienia nie sposób oczekiwać od partnera jest nieskończona i jedno jest pewne – potrzebni są nam do towarzystwa inni ludzie, bo jeden człowiek (nawet najfajniejszy) nie udźwignie takiego obciążenia.

3. Żyją w lęku, że ktoś ukradnie im skarb. Tutaj potencjalnymi złodziejami są znajomi nie tej samej płci co „skarb”. Ten lęk miewa różne źródła. Wywołują go np.

- przykre doświadczenia z przeszłości - zaczyna działać zasada: „Kto raz się sparzył, ten na zimne dmucha” – głupie, bo przecież w kuchni parzymy się nie jeden raz, a mimo to gotujemy dalej.

- tkwiący w głowie stereotyp „Przyjaźń między osobnikami różnej płci jest niemożliwa, zawsze ma podtekst seksualny” – absurdalne, nie wszyscy jesteśmy nadpobudliwi seksualnie, nie wszystkim „tylko jedno w głowie”. Podejrzanym o zbytnie „rozseksualnienie” otoczenia jest raczej ten kto żywi takie przekonanie, a nie ci, których on się obawia (zgodnie z zasadą „Każdy sądzi według siebie”…).

- niska samoocena – ktoś, kto wątpi w swoją wartość czuje się zawsze zagrożony, bo przecież inni są lepsi, mądrzejsi, piękniejsi itd., więc partner tylko wtedy zostanie przy „wybrakowanym egzemplarzu”, gdy nie będzie widział „pełnowartościowych”. W tej sytuacji najlepiej byłoby trzymać partnera w piwnicy, bo uniemożliwienie mu kontaktu z przyjaciółmi odmiennej płci nic nie da, świat jest pełen osobników płci odmiennej.

- niska lub błędna ocena partnera – pogląd, że nasza druga połowa to wymagający nieustannego dozoru „pies na baby” albo „niestała trzpiotka” rzeczywiście popycha do czujnego sprawdzania z kim, gdzie i po co się spotyka, ale zamiast tracić energię na kontrolę jego kontaktów chyba sensowniej zużyć ją na zastanowienie się po co MY się z nim spotykamy?

Pozytywy posiadania przyjaciół przez naszego partnera

O tym, że dzięki nim nie musimy grać z nim w piłkę albo chodzić na romantyczne filmy, czyli uszczęśliwiać w każdej minucie życia już było i chyba każdy zgodzi się, że to bezcenne. Poza tym znajomi dają nam odsapnąć - nie musimy po raz dziesiąty słuchać tej samej historii, do której partner uwielbia wracać, są inne uszy, które nas odciążą, inni pośmieją się z jego ukochanego dowcipu, który nas już tylko denerwuje. Kolejny plus - partner z pogaduszek ze znajomymi wraca do nas zadowolony, bo miał przed kim błyszczeć, roztaczać pawi ogon – my ten ogon znamy na wylot, wiemy gdzie przetarty, gdzie podmalowany farbkami, więc wyszedłby na głupca próbując nas nim olśnić. Chwała znajomym, że od czasu do czasu są widownią w tym teatrze jednego aktora – większość ludzi lubi sobie czasem „poaktorzyć”, a jak to zrobić w związku, w którym partnerzy znają się jak łyse konie? Kolejna korzyść to fakt, że posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną.

I jeszcze jeden plus – w każdym związku, nawet najfajniejszym, czasem coś zgrzyta. Reakcje na zgrzyt: albo kłótnia czyli mówimy za dużo, albo foch czyli w ogóle nie mówimy, albo chcemy pogadać, ale nie z „wrednym” partnerem (bo nie chodzi o rozwiązanie problemu tylko o wyżalenie się komuś, ponarzekanie - jak to zrobimy to nam ulży). Do kogo pójść? Jeśli partner pójdzie na „wyżalanki” do własnych rodziców to jest ogromne ryzyko, że jemu i nam na drugi dzień złość przejdzie, wszystko między nami wróci do normy… ale teściowie będą pamiętać „krzywdy” wyrządzone ich ukochanemu dziecku. Trudno się potem dziwić, że zaczną na nas krzywo patrzeć (co skutkuje tym, że my na nich z czasem będziemy patrzeć tak samo). Jeśli pójdzie do naszych rodziców może być jeszcze gorzej, bo krytykując ich dziecko krytykuje ich, wykazuje producentowi wady produktu. To już jest gol samobójczy. Tylko przyjaciele wysłuchają, pocieszą i nie będą robić afery czyli jest ulga bez przykrych konsekwencji. Warto mieć taką „grupę wsparcia”.

Największym jednak pozytywem jest to, że dzięki ludziom otaczającym nas i naszego partnera rozwijamy się i wzbogacamy związek. Szczególne przydatnymi w rozwoju osobami są właśnie te, które najczęściej kasujemy z życia partnera/partnerki – przedstawiciele płci przeciwnej, a im atrakcyjniejsi (zewnętrznie lub wewnętrznie) tym lepiej! Oni są jak szczupak w stawie pełnym karpi. Karpie czując zagrożenie szybciej rosną, podwajają muskulaturę, stają się rybą z prawdziwego zdarzenia, a nie gnuśnieją w bezruchu, stając się skarlałą i obrośniętą tłuszczem byle jaką rybką. Potencjalny „drapieżnik” wśród znajomych nie ma budzić panicznego lęku tylko motywować do starań. Świadomość, że musimy dbać o naszą atrakcyjność, bo nasz partner otoczony jest innymi ludźmi, popycha nas do dbałości o ciało i duszę. Nie pozwala „spocząć na laurach”, uznać że zostanie oficjalną parą zakończyło etap wkładania wysiłku w podobanie się wybrankowi/ wybrance. Bez tego wysiłku stajemy się z czasem do bólu przewidywalni więc nudni, bezbarwni, nijacy, wtapiamy się w tło, zamiast zawsze być dla ukochanej osoby barwnym akcentem skupiającym uwagę i wywołującym pozytywne emocje.

Wszyscy wiemy, że konkurencja jest zdrowa w gospodarce – tak samo jest zdrowa w związku. Widząc zadbane koleżanki partnera mądra kobieta nie traci czasu na zazdrość, tylko wykorzystuje go na zadbanie o siebie. Mądry mężczyzna nie obrzydza swojej kobiecie wysportowanych kolegów mówiąc o nich z pogardą „mięśniaki”, tylko bierze się za siebie. Słuchając toczącej się wartko rozmowy partnera z przyjaciółkami kobieta nie obgryza z wściekłości paznokci tylko zapamiętuje co warto poczytać, co obejrzeć, poszerza SWOJE horyzonty, a nie próbuje zawęzić ich partnerowi (mężczyznę obowiązuje ta sama zasada). Dobrze, że są „szczupaki”! Dzięki nim chce nam się dbać o siebie, a tym samym o związek.

Dla tych, którym przykład stawu z rybami nie przemawia do wyobraźni, przykład drogowy - „konkurencja” w postaci odmiennej płci jest jak wyboisty, chropawy brzeg szosy celowo w ten sposób zrobiony, by obudzić kierowcę, któremu przysnęło się za kółkiem i za chwilę wypadnie z trasy. „Konkurencja” budzi zasypiających w związku, więc cieszmy się, że jest!

Kiedy warto odciąć przyjaciół/ przyjaciółki?

Nigdy. Jeśli widzimy, że przyjaciele/ przyjaciółki stają się dla naszego partnera ważniejsi niż my, to nic nam nie da odizolowanie go od nich. Bo problem nie tkwi w nich tylko w naszym związku. Braku dobrej więzi nie uleczymy zamykając się przed światem. Co z tego, że partner nigdzie nie wyjdzie sam, z nikim się nie spotka, tylko z nami będzie chodził na spacer, do kina, a najlepiej, żeby siedział w domu i nigdzie nie wychodził, bo przecież wszędzie czai się „wróg”? Stanie się przez to milszy, cieplejszy, rozmowniejszy, czulszy, bardziej zainteresowany naszą osobą? Nie, i on i my staniemy się sobie jeszcze bardziej obcy, bo zgorzkniejemy, zanudzimy się, wszystkie nasze wady tylko rozkwitną a nie znikną, problemy zwiększą się a nie zmniejszą. Jeśli między partnerami wszystko gra to nikt się między nich nie wciśnie, nawet, gdy otacza ich tłum. Warto więc dokładać starań, by zawsze grało.

A gdyby jakiś „szczupak” zaczął nachalnie podskubywać naszego partnera to nie czynimy wyrzutów „podskubywanemu” ani nie uciekamy przed drapieżnikiem tylko dajemy mu delikatnie do zrozumienia: „Odpłyń na rozsądną odległość, jestem tu i też mam zęby”.