fbpx

Joanna Chmielewska – życie pełne śmiechu, książek i miłości

Joanna Chmielewska
Joanna Chmielewska z nieodłącznym papierosem. W jednym z wywiadów mówiła o swoim nałogu: „Ja się zgadzam umrzeć mniej zdrowa. Coś człowiek musi robić niewłaściwego”. (Fot. Bartosz Siedlik/Forum)

Upiornie pracowita, ze skłonnością do wpadania w idiotyczne tarapaty, o których pisała z kapitalnym poczuciem humoru – kochały ją miliony czytelników.

Tylko najbliżsi wiedzieli, że skóra Chmielewskiej to kostium, który skroiła dla siebie Irena Barbara Kuhn. Pasował tak doskonale, że uwierzył w niego nawet urząd skarbowy. To mogło się przytrafić tylko jej – pierwszej damie polskiego kryminału.

Z tym urzędem to święta prawda. Kiedy Tadeusz Lewandowski, pełnomocnik pisarki, udał się do niego w celu złożenia zeznania podatkowego za szefową, okazało się, że Irena Barbara Kuhn nie funkcjonuje w żadnym wykazie. Po długich poszukiwaniach w spisie znaleziono za to Chmielewską, czyli literacki pseudonim bez osobowości prawnej. De facto nastąpiło więc przestępstwo skarbowe, polegające na podaniu nieprawdziwych danych, co zapewne z rozpędu zrobiła sama pisarka, od lat przedstawiająca się i funkcjonująca wszędzie jako Joanna Chmielewska.

– Tylko miłość pań urzędniczek do jej powieści sprawiła, że nie nastąpiły ogromne perturbacje. One to po cichu same wyczyściły, żeby pani Joanna nie miała kłopotu – wspomina Tadeusz Lewandowski, dziennikarz i krytyk literacki, który przez blisko 13 lat był pisarki „plenipotentem, jakby menedżerem i agentem literackim”. Tak podsumowała go w appendiksie do jego książki „Chmielewska dla zaawansowanych. Psychobiografia gadana”, napisanej na podstawie dziesiątek przegadanych wspólnie godzin. Książki, za którą nie przepadała.

– Sarkała, bo w jej przekonaniu zdjąłem z niej Joannę Chmielewską, ten kostium, który zbudowała i o którym zawsze opowiadała, że dla ludzi to ona ma twarz wesołą, sympatyczną i bezproblemową, bo „problemy, panie Tadeuszu, to ja mam dla siebie”. A kostium Chmielewskiej pozwalał jej funkcjonować w taki sposób, w jaki chciała. Ona się sobie w takim stroju podobała.

Architekt i maszyna

Zanim na scenę wkroczyła Joanna Chmielewska, przez 32 lata królowała na niej Irena Barbara Kuhn z domu Becker, urodzona w Warszawie, od dziecka uwielbiająca książki i rwąca się do pisania (pierwszą powieść próbowała wystukać na maszynie u ojca w banku już jako 11-latka). Umysł miała chłonny i ciekawska była potwornie, w liceum odkryła, że poza literaturą podoba się jej też architektura. Studiowała na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej (już jako mężatka i posiadaczka syna Jerzego, drugiego, Roberta, urodziła tuż po studiach), po czym w charakterze budowlańca, jak o sobie mówiła, a ściślej inżyniera architekta, pracowała m.in. przy budowie Domu Chłopa. Jednak do pisania nadal ją ciągnęło, pisywała do „Kultury i Życia” i „Kultury i Sztuki”, aż wreszcie popełniła solidny wstęp do „Klina”. Zachęcana przez przyjaciół zgodnie żądających, by wydała te zapiski, zadzwoniła w końcu do naczelnego „Przekroju”, słynnego Mariana Eilego. A ten po przeczytaniu już kilku stron nie tylko kazał pisać więcej, ale też sprezentował Irenie maszynę do pisania (dotąd pożyczała ją od ciotki) i polecił debiutantkę w Czytelniku, gdzie jej tego „Klina” wydali. Po wyjściu od szefa „Przekroju” Irena rozpłakała się na schodach – w „Autobiografii” wspominała rozmowę z nim jako najpiękniejsze wydarzenie dotychczasowej egzystencji. Eile pewnie nie przypuszczał, że właśnie stał się ojcem chrzestnym ponad 70 książek, które jego poniekąd protegowana napisze. I tak na scenę wkroczyła Joanna Chmielewska (imię z bierzmowania, nazwisko po ciotecznej prababce, by „mężowskiego po literaturze nie szargać”). I nie dała się zepchnąć z niej przez blisko następnych 50 lat.

Królowa demoludów

Trzeba przyznać, że Irena Kuhn kostium Joanny Chmielewskiej skroiła doskonale. Jako autorka i zarazem najczęściej narratorka „ironicznych kryminałów”, jak określano jej powieści, roztrzepana pani architekt i pisarka wplątująca się w przedziwne afery, podbiła serca czytelników, a zwłaszcza czytelniczek, niemal natychmiast. Dwa lata po debiucie w 1964 roku wydała „Wszyscy jesteśmy podejrzani”, kryminał z pracowni architektonicznej, w której ówcześnie pracowała, później „Krokodyla z kraju Karoliny”, a w 1970 roku porzuciła architekturę i zajęła się tylko pisaniem. Powieści kryminalne, dla młodzieży, poradniki z przymrużeniem oka – jej książki przetłumaczono na dziesięć języków (m.in. bułgarski, estoński, litewski, słowacki, łotewski) i wydano w 14 milionach egzemplarzy.

– Więcej sprzedał tylko Stanisław Lem – śmieje się Tadeusz Lewandowski, który odkrył Chmielewską dla Rosji. Dzięki jego kontaktom za naszą wschodnią granicą zapanował prawdziwy szał na pisarkę. W latach 90. była tam uznawana za najpoczytniejszą autorkę zagraniczną, a rosyjscy czytelnicy kupili osiem milionów egzemplarzy jej powieści. Jak mówiła w wywiadzie dla portalu Ruslink.pl: „W Rosji czułam się jak Święty Bartłomiej, którego z miłości rozszarpali na drobne kawałki. Takie miałam pewne obawy, czy ja z tego wyjdę z życiem”.

– Gdy ją poznałem, była już starszą panią i nie lubiła podróżować, ale zapewniłem, że do Moskwy warto, bo czekają ją tam rzeczy niezwykłe. I już na peronie czekało na nas pięć telewizji, a do hotelu z widokiem na Kreml wiozły nas trzy samochody. Sześciu ludzi dzień w dzień było oddelegowanych do jej poruczeń, a mer Moskwy wydał na cześć pani Joanny kolację w restauracji na Rublowce, w której kieliszek wódki kosztował więcej, niż przeciętny Rosjanin zarabiał przez miesiąc. To było szaleństwo – wspomina Lewandowski.

Kiedy podpisywała książki w najsłynniejszej moskiewskiej księgarni na Twerskiej, kolejka przed budynkiem przez bite dwie godziny ciągnęła się na blisko kilometr.

Rosjanie kochali ją miłością chyba jeszcze większą niż Polacy. Kiedyś w domu pisarki zjawił się grafik komputerowy z syberyjskiego Tiumenia, który przejechał cztery tysiące kilometrów tylko po to, by obdarować ulubioną autorkę swoimi obrazami. Źródeł tego uwielbienia Tadeusz Lewandowski upatruje w zastrzyku totalnego optymizmu, jaki książki Chmielewskiej oferowały czytelnikom. A właściwie czytelniczkom, bo jednak to głównie kobiety zaczytywały się w jej powieściach.

– Jej książki były lustrem, w którym kobiety mogły zobaczyć swój świat w wersji optymistycznej. Przekaz był taki: „Może mnie facet zostawić, dziecko może mieć lufy i anginę, mogę mieć szefa idiotę, ale zawsze sobie poradzę”. Życie może się walić człowiekowi na łeb, ale i to można brać na wesoło i z tego wyjść. Chmielewska dawała pokrzepienie i otuchę, które były niesłychanie potrzebne i ważne dla kobiet, zwłaszcza w trudnych latach 60. i 70.

Jaka śmieszna tragedia

Czytelnicy kochali ją za dystans, który miała do wszystkiego. Nawet własnej próby samobójczej po niespodziewanym odejściu męża (zostawił ją, jak pisała, „z wtorku na środę”, i chciała wsadzić głowę w piecyk kuchenny. Ale ją to rozśmieszyło, a że dodatkowo zasmrodziła mieszkanie, paląc uprzednio papiery, żeby nie dostały się w niepowołane ręce, cały samobójczy nastrój szlag trafił). Opisać tragedię tak, żeby zrywać boki ze śmiechu? Tylko ona to umiała. O tym, jak wiele pereł w jej książkach miało początek w wydarzeniach z prawdziwego życia, wiedzą uważni czytelnicy „Autobiografii”, w której siedmiu tomach opisała swoje nieprawdopodobne perypetie.

– Ona nie kłamała, jej się naprawdę większość tego wszystkiego przydarzyła – przekonuje Tadeusz Lewandowski i przyznaje, że do jednej przygody sam się przyczynił, zostawiając w hotelu w Moskwie paszport pisarki, co odkryli już w pociągu zmierzającym do polskiej granicy. – Ja osłabłem na chwilę, a ona się rozpromieniła, potem popatrzyła na mnie z politowaniem i powiedziała: „I co się pan tak przejmuje? Mnie się takie rzeczy ciągle przytrafiają. Zaraz sobie poradzimy”.

I poradzili. Zadzwonili na komisariat, którego numer pisarka miała w komórce, tam dali im dyżurny do MSZ-etu i o czwartej rano na dworcu w Brześciu czekał na nich nienagannie ubrany polski konsul, który wyrobił Chmielewskiej tymczasowy paszport (zdjęcie skserowali z rosyjskiej gazety), a autorkę i jej plenipotenta transportem dyplomatycznym odesłał do Polski.

– To „zaraz sobie poradzimy” było dla niej charakterystyczne. Uważała, że mężczyznom tylko wydaje się, że są silni, a silne są kobiety, one są szyjami, które kręcą męskimi głowami. Ale ona sama, Irena Kuhn, wydawała mi się wrażliwsza od Joanny Chmielewskiej, zwłaszcza na brak akceptacji i odrzucenie ze strony mężczyzn. O mężu, który był jej pierwszą wielką miłością i który zostawił ją po 11 latach, często wspominała. Chyba pozostał najważniejszym mężczyzną jej życia – opowiada Lewandowski.

Namiętności literatki

Żywiołowa, szczera niemal do bólu, choć zawsze z zachowaniem elementarnej kindersztuby (no, prawie zawsze, zdarzało się jej chlapnąć w wywiadach rzeczy, które jej pełnomocnik z pośpiechem komentował jako „nie do druku”) wyraźnie najlepiej czuła się w świecie kobiet. Ukochane przyjaciółki opisywała stale – za ich zgodą oczywiście. „Obsmarowywała” też rodzinę, z którą była wyjątkowo mocno związana. Tak opowiadała w jednym z telewizyjnych wywiadów: – Moja ciotka z wielkim oburzeniem powiedziała do mnie: „Wszystkich obszczekujesz, a nas to nie!”. Urażona! Doskonale, wobec tego napisałam „Boczne drogi”, trochę zaniepokojona, co będzie. Na co moja ciotka powiedziała: „Phi, tak nas łagodnie potraktowałaś…”. No więc napisałam ciąg dalszy, „Studnie przodków”. Szczęśliwie ich bohaterka wtedy znajdowała się w Kanadzie, więc z dala czynnie nie zdołała mnie zabić…

Do mężczyzn po odejściu męża podchodziła ostrożnie. W jej życiu było jeszcze trzech partnerów (wszystkich sportretowała w książkach), ale wydaje się, że prawdziwych namiętności wolała szukać już gdzie indziej. Konkretnie na wyścigach i w kasynie. Na Służewcu pod koniec lat 80. zgarnęła raz nawet główną wygraną – 274 tys. zł (wtedy honorarium za spotkanie autorskie wynosiło 1 tys. zł), ale przestała grać, gdy odkryła służewieckie kanty (które opisała w „Wyścigach” i „Florencji, córce diabła”). Kasyna uwielbiała do końca. Grała w ruletkę i bardzo lubiła jednorękich bandytów. Nazywała grę na nich „flotacją miedzi” ze względu na miedziane żetony, a o samych automatach do gry mówiła, że to „diabelskie maszyny”.

Jednak jej największą miłością było pisarstwo. W wywiadzie dla „Sztandaru Młodych” w 1997 roku wyznała: – Poza głębokim przekonaniem, że powinnam dostać Nagrodę Nobla za rozweselanie społeczeństwa, innych ambicji nie mam. Jak zaczną się śmiać, przestaną się bić!

Tadeusz Lewandowski: – Bardzo lubiłem patrzeć, jak pisała. Była zatopiona w tekście, uśmiechała się do swoich bohaterów, przeżywała ich przygody. Jest taka anegdota o Balzaku, który przyszedł zaryczany do restauracji w hotelu. Restaurator stawia przed nim kieliszek i pyta: „Honoriusz, co się stało?”. A on na to: „Ojciec Goriot umarł!”. Z Chmielewską było podobnie, ona ze swoimi bohaterami żyła.

I tak jak oni dla wiernych czytelników Joanna Chmielewska nigdy nie umarła. Odejście pisarki w 2013 roku najlepiej podsumowała na forum Onetu.pl internautka o nicku „też Joanna”: „Jej książki – podpora w chwilach smutku i doskonałe lekarstwo na wszystko. Cała bibliografia na półkach zaczytana, pozaginane rogi, okładki podklejane wielokrotnie. Znana na pamięć, nieważne, w którym momencie otwarta książka, BEZCENNA. Towarzyszy mi całe świadome życie i towarzyszyć będzie zawsze. Pani Joanno – Pani będzie zawsze żyła w swoich książkach”.

  • Polecane