fbpx

Maria Jehanne Wielopolska – twórczyni postaci „nowej kobiety”

Maria Jehanne Wielopolska - życie popsute prawdomównością
Portret Marii Jehanne Wielopolskiej, ok. 1905r. (Fot. Andrzej Szypowski/East News)

Maria Jehanne Wielopolska nigdy nie kłaniała się mężczyznom i po nich nie płakała. Nad Grobem Nieznanego Żołnierza zapytałaby pewnie: „A gdzie Grób Nieznanej Matki? Tej, która żołnierza wydała na świat i puściła na wojnę?”. Dzisiaj powiedzielibyśmy o niej feministka. Ale też hejterka. Pierwsza hejterka II RP.

Nie mężczyzna stworzył sobie swą pozycję absolutnej samczej wolności — dała mu ją kobieta. Dała mu ją: nieśmiertelna dobroć kobieca — nieśmiertelna jej wyrozumiałość — nieśmiertelnie w niej drzemiące pod każdą uczuciową powłoką: uczucie macierzyńskie, słodkie, przez palce patrzące”

(Cytat z powieści „Faunessy” Marii Jehanne Wielopolskiej, Wydawnictwo Księgarnia Literacka)

Rok 1939, niebo nad Europą coraz bardziej brunatne. Groźba międzynarodowego konfliktu wisi w powietrzu, ale w Warszawie gazety żyją inną awanturą. Literacką „wojną babińską na pióra”. Walczą: Kazimiera Iłłakowiczówna i Maria Jehanne Wielopolska. Pierwsza – wieloletnia sekretarka Józefa Piłsudskiego – wydaje o nim pośmiertne wspomnienie pt. „Ścieżka obok drogi”. Na odpowiedź tej drugiej, znanej w środowisku publicystki od lat miłującej Marszałka, nie trzeba długo czekać. Na 46 stronach specjalnie wydanej w tym celu broszurki Wielopolska wyśmiewa Iłłakowiczównę, odmawiając jej nie tylko prawa do pisania o Piłsudskim, ale wytykając konfabulację i chęć literackiego wybicia się na plecach nieboszczyka. „Panna Kazia z byka spadła” – podsumuje autorka broszurki. Ta bitwa trwać będzie kilka miesięcy, przerwie ją dopiero wybuch prawdziwej wojny.

Tylko jedna ze stron tego konfliktu – Kazimiera Iłłakowiczówna – jest dla nas rozpoznawalna. Co z drugą? Kto kojarzy jej nazwisko? Kto wie, że zanim wdała się w tę zajadłą polemikę w obronie mężczyzny, była kojarzona z literaturą wyprzedzającą swoje czasy, pisaną w duchu solidarności z innymi kobietami i w obronie ich prawa do decydowania o sobie? Że przeszła długą drogę od zaangażowanej pisarki do nieprzebierającej w słowach publicystki? Od obrończyni mniejszości żydowskiej po antysemitkę, od żarliwie wierzącej po antyklerykalną ateistkę, od otoczonej przyjaciółmi do przyjaznej tylko zwierzętom. Są co prawda pierwsze oznaki, że ta właśnie autorka powraca z literackiego wygnania, ale proces zapominania o niej zaszedł daleko i trudno przewidzieć, czy uda się go kiedykolwiek odwrócić. A przecież Maria Jehanne Wielopolska miała wszystko, żeby zapisać się wielkimi literami w historii literatury: pióro, ambicję i niezły talent do autopromocji.

Gipsowa trumienka

Z wiekiem jej życiorys zabarwiał się oryginalnie, przybywało jej nazwisk, tytułów i wrogów po piórze. Ale na początku było niepozornie, spokojnie. Przynajmniej z pozoru. Urodzona w rodzinie herbowej Maria Joanna Colonna-Walewska (sama mówiła, że urodziła się „na płaskim” – w stepie podolskim), najstarsza z trójki rodzeństwa, w domu uważana jest za anioła, ale kiedy nikt (z czyją opinią by się liczyła) nie patrzy, aniołem być przestaje. Nie oszczędza guwernantek, pokojowych, ogrodników. Zrywa niedojrzałe truskawki, wylewa zebraną śmietanę za okno. Nie chce się uczyć. Co innego lekcje religii, je traktuje niezwykle serio, jest tak rozmodlona, że zapowiada się na dewotkę. Aż do 13. roku życia, kiedy to w jej życiu następuje przełom. Unieruchomiona w gipsie z powodu ciężkiej choroby stawu Maria tonie w literaturze, oddając się jej bez reszty. Napisze, że „te pięć lat w trumience gipsowej (…) to były najsłoneczniejsze godziny mojego życia”. Zacznie posyłać swoje humoreski do „Przeglądu Lwowskiego”.

Maria patrzy śmiało, nawet buńczucznie w obiektyw aparatu. Modnie upięte ciemne włosy, bystre spojrzenie, elegancka sukienka. Zawsze będzie znana ze świetnego gustu, choć dość przeciętnej urody. Z czasem figura i twarz jej się zaokrąglą, pozostanie szaroniebieskie przenikliwe spojrzenie. Na razie jest rok 1903. „Anielica” ma 21 lat i dopiero co wyszła za mąż za kuzyna Konrada, hrabiego Wielopolskiego. Młodzi po ślubie mieszkają we Lwowie: on pracuje w Banku Hipotecznym, ona słucha wykładów z historii i literatury na Uniwersytecie Lwowskim. Wszystko to trwa krótko, a nawet bardzo krótko, bo świeżo upieczony mąż ulega paraliżowi i przewlekle chory przeprowadza się do matki do Krakowa. Umrze dopiero sześć lat później, zostawiając Marii tytuł hrabiowski i nazwisko. Żona nie będzie się nim opiekować, zamiast tego udziela się towarzysko i dużo pisze.

Na stos

Rok 1911. Maria Skłodowska-Curie otrzymuje Nagrodę Nobla, na świecie po raz pierwszy obchodzony jest Dzień Kobiet, dla upamiętnienia tych, które walczyły o równouprawnienie. W tym czasie trzy ważne dla polskiej literatury pisarki wydają książki. Wspomniana Kazimiera Iłłakowiczówna debiutuje zbiorem wierszy „Ikarowe loty”, Zofia Nałkowska publikuje przełomową „Narcyzę”, a hrabina Wielopolska wywołuje skandal „Panią El”. Prasa konserwatywna chce spalenia całego nakładu, krytyka literacka podchodzi do książki jak do jeża. No bo jak czytać powieść, w której autorka umieszcza w jednym szeregu Giordana Bruna, Chrystusa i frywolne Francuzki, zaś tytułowa bohaterka odrzuca oświadczyny bogatego mężczyzny, za towarzyszkę ma Zuluskę i woli spędzać czas w towarzystwie inteligentnych i oczytanych jak ona kobiet?

Dziś o Wielopolskiej powiedzielibyśmy: „feministka”. Jej „nowa kobieta” jest silna, dumna, wykształcona, wyzwolona i rozmawia z mężczyznami bez poczucia niższości. Zdradzona nie umiera, ale przekuwa klęskę w sukces, a zdradę – w sztukę. Z dzisiejszego punktu widzenia jest to co prawda proza egzaltowana i mocno irytująca w formie, ale sto lat temu książka była wydarzeniem. Tym bardziej że Wielopolska stanęła z jej powodu przed sądem za pornografię, bluźnierstwo i „tendencje komunistyczne”, a w Królestwie cały nakład „Pani El” został skonfiskowany.

Przegrana rozprawa tylko zachęca autorkę do pracy, literacko jest coraz płodniejsza. I coraz zuchwalsza. Wkrótce uderza jeszcze mocniej, wydając zbiór nowelek „Faunessy. Powieść dzisiejsza”, z całą defiladą kobiet – od mniszek po kurtyzany. Pisze m.in., że „nie ma kobiet oddających się, są tylko gwałcone”, a małżeństwo jest psychiczną i fizyczną niewolą. Mocne słowa jak na osobę, która żoną była de facto rok. „Faunessy” też odbierane są niejednoznacznie. Zwłaszcza przez męskich krytyków, ale kąśliwą recenzję popełnia również początkująca wówczas Maria Dąbrowska, za co po latach, na wspólnej kawie w lodziarni, przeprosi Wielopolską. Z kolei Zofia Nałkowska napisze w swoich dziennikach o twórczości Wielopolskiej z tego okresu: „Bałam się jej talentu, ale ustępowałam jej pierwszeństwa”.

I kolejna książka – „Kryjaki”, czyli historia ostatniego oddziału walczącego w powstaniu styczniowym – gdzie dekadenckie postaci kobiet i mężczyzn ustępują wreszcie bohaterom z krwi i kości. W dodatku Maria, która tym razem nie ma zamiaru czytać niekorzystnych recenzji, stara się o rekomendację, która zamknie usta krytykom. Walczy o słowo wstępu u samego Stefana Żeromskiego. Trzeba przyznać, że ma smykałkę do autopromocji, którą doceniłby dziś niejeden specjalista od PR. Zasypywanie mistrza żarliwymi prośbami przynosi zamierzony skutek, Żeromski pisze pochlebną opinię. Na tym ich kontakt się jednak nie kończy. Wielopolska w jednym z listów do niego wyzna o sobie skromnie: „Mam dużo z impulsywności małpy, ale strasznie mało z chytrości lisa (…). Nie zna mnie pan – starej weredyczki, która popsuła sobie życie prawdomównością”. „Kryjaki” ukazują się w połowie 1913 roku i od razu uzyskują bardzo dobre recenzje. A zaraz potem wybucha I wojna światowa i Maria na własnej skórze przekonuje się, co to znaczy mieć broń, uciekać przed wrogiem i zostać internowaną.

Z ognia i siarki

Dostaje zgodę na noszenie browninga, pisze świetne reportaże wojenne, a po drodze zostaje kierowniczką (a w rzeczywistości pielęgniarką, kucharką i jedynym zarządcą) w prowizorycznie zorganizowanym szpitalu w Złoczowie. W sierpniu 1914 roku przeżywa chrzest bojowy – sama pielęgnuje kilkudziesięciu rannych żołnierzy. Prowadzi w fabryce szwalnię bielizny dla wojska, pomaga legionistom. Być może to właśnie wtedy rodzi się jej uwielbienie dla Piłsudskiego.

Pamiętacie, że jeszcze niedawno pisała o niewoli, jaką jest związek małżeński? Jesienią 1915 roku Wielopolska zostaje internowana razem z niejakim Jerzym Strzemię-Janowskim, młodszym od niej o pięć lat miłośnikiem koni i kobiet. 2 grudnia 1916 roku biorą ślub. Jak napisze potem dowcipnie Strzemię-Janowski we wspomnieniach – z nudów. Po internowaniu oboje zamieszkują w majątku Jerzego w Strutynie. Maria niby zrzeka się tytułu hrabiowskiego po pierwszym mężu, ale nadal czasem go używa. O Jerzym mówi, że jest „cały z ognia i siarki”, a „wokabularz ma ubogi, choć kwiecisty”. I może faktycznie byłoby im nudno, gdyby nie wichry historii.

W marcu 1919 roku trwa polsko-ukraińska wojna o Galicję, a Maria trafia do więzienia w złoczowskim zamku Sobieskich. Upokarzające i hańbiące doświadczenie. Przebywa w celi wraz z 17 innymi kobietami, nie wiedząc, co się z nią stanie. Oskarża się ją o dystrybucję rymowanego paszkwilu „Ukraina” autorstwa niejakiego Ludwika Wolskiego. Gdy prowadzona na przesłuchanie widzi salę, w której skatowano m.in. autora wspomnianego wiersza – krew na podłodze, fragmenty ciała na ścianach – nie może dojść do siebie. Dostaje zapalenia opon mózgowych, jest sądzona zaocznie. Ostatecznie uniewinniona, przez wiele lat będzie musiała jednak bronić swojego dobrego imienia, jako że pojawia się nieprawdziwa plotka, że to sama Wielopolska wskazała Ukraińcom Wolskiego jako autora paszkwilu. Więzienne koszmary i hańbiące pomówienie długo będą ją prześladować, a ona sama z obrończyni mniejszości narodowych stanie się przeciwniczką ich asymilacji, wreszcie gorliwą antysemitką.

W 1925 roku wydaje „Gontowszczyznę. Wspomnienia z rebelii ukraińskiej w Małopolsce Wschodniej”. W aneksie znajdą się zdjęcia z ekshumacji więźniów. Wyłamane palce, zniszczone twarze, ślady razów na ciele. Po raz pierwszy to nie pełen emfazy tekst, tylko chłodne sprawozdanie z wydarzeń, zbiór udokumentowanych faktów. Ta broszura zawiera także oświadczenia współwięźniarek, które bronią dobrego imienia Marii.

Zwierzęta na niekorzyść dzieci

Po wyjściu z więzienia Maria i Jerzy porzucają Galicję na rzecz Wielkopolski. Przenoszą się ostatecznie do majątku nazwanego buńczucznie Dominium Sierosław pod Poznaniem. To ma być ich miejsce na ziemi. Maria zamawia nawet nową papeterię do domu z napisem po francusku: „Tak ma być, tak mi się podoba”. O Sierosławiu mówi „kraina paradoksu” i tak przez chwilę jest przedstawiana – Lady Paradox. Jerzy zajmuje się końmi, Maria pisze.

Magdalena Samozwaniec napisze o niej w swojej „Marii i Magdalenie”: „Ciekawym faktem jest, jak wiele kobiet, z gatunku tych nieprzeciętnych, pasjonowało się zwierzętami na niekorzyść dzieci, których przeważnie nie miewały”. W domu Wielopolskiej jest istne zoo: konie, psy – w tym dwie buldożki – koty, makak, papugi, świnki morskie, sarna, która uwielbia wylegiwać się na kanapie, lis. Nawet jastrzębica uratowana z rąk wypychacza. Z tej miłości do zwierząt w 1927 roku rodzi się nietypowa książka. Wspólnie z Zofią Nałkowską wydają zbiór opowiadań poświęcony zwierzętom „Księga o przyjaciołach”. Tylko że już rok później większość zwierząt z Sierosławia trafia do zoo, a Wielopolska z buldożką Gabi, kotem i papugą przenoszą się do Warszawy. Na jaw wychodzi romans Jerzego. Maria nie ma złudzeń – kochanka jest młodsza od niej o dziesięć lat. Małżeństwo, podobnie jak raj w Sierosławiu, przestaje istnieć.

Ciocia z wąsami

Życzliwi donoszą, że Maria jest w depresji, nadużywa kokainy (stąd przydomek „Niuchanna”). W końcu osamotniona i chora w 1931 roku trafia do kliniki przy Koszykowej. Osiem miesięcy później wychodzi, ale od tej pory cierpi na bezsenność, problemy z błędnikiem. Jerzy co prawda zagląda czasem do jej mieszkania (gdy będzie potem umierał na raka, Maria pospieszy go pielęgnować, dumna, że w malignie nie poznaje swojej drugiej żony, tylko ją), ale koniec małżeństwa to też kres pewnego etapu kariery Wielopolskiej. Jej ostatnie dzieła nie mają dobrej prasy, więc zniechęcona zaczyna w felietonach krytykować… krytykę. Rodzi się publicystka. Odtąd jej ostre pióro i przekraczające granice dobrego smaku polemiki będzie można regularnie śledzić w prasie.

Zawsze wierna sanacji i Marszałkowi Wielopolska atakuje Kościół oraz dziennikarzy endeckich. „Ponury narodowiec Hubert Rostworowski” – rzuci o jednym z nich. Jeszcze brutalniejsze boje toczy z endeckim pisarzem Adolfem Nowaczyńskim, dawnym przyjacielem jej zmarłego męża Konrada, który nazwie ją Babą Jagą i Josephine Baker polskiej publicystyki. Ich wielopoziomowe polemiki, w dużej mierze poświęcone obrażaniu siebie nawzajem, wielokrotnie kończą się w sądzie. Tego hejtu jest co niemiara. Hejterką jest Maria, hejterami są ci, którzy dokuczają jej, kiedy tylko jest okazja: „Donna Marja Colonna y Jechanna y Walewska y Wielopolska, która wraz z poglądami zmienia nazwisko” – pisze „Merkuryusz Polski Ordynaryjny”.

„Stoczyła się w dziennikarstwo” – pisze Nałkowska. Maria Dąbrowska ubolewa, że „ten oryginalny talent, ozdobiony rzadką u nas kulturą literacką, tak się rozmienił na niesmaczne dziwactwa i wyskoki »ozonowej« publicystyki politycznej”. Wielopolską parodiują w słynnej szopce Pikadora, przylega do niej obraz cioci z wąsami, uwieczniony na karykaturze Zdzisława Czermańskiego. Julian Tuwim po latach, w rozmowie z Jerzym Waldorffem, zapyta z nostalgią: „Gdzie owe miłe czasy przed wojną, kiedy Adolf Nowaczyński mógł wymyślać mi od gudłajów, a ja go publicznie nazwałem starym endekiem i plotkę jeszcze puszczałem, że sypia z margrabiną Wielopolską?”.

Już niewiele

A potem jest jeszcze gorzej. Wielopolska zaczyna się fascynować faszyzmem we Włoszech, chciałaby zaimportować do Polski tamtejszy cywilny salut. Wyznaje antypacyfizm, wierzy w potrzebę zbrojeń. Nadal jest wpatrzona w Piłsudskiego, w warszawskim mieszkaniu gości wita tabliczka, że w jej – Wielopolskiej – obecności Marszałka się nie krytykuje. Mało kto traktuje ją poważnie. To ten moment, kiedy swoje wspomnienie o Piłsudskim publikuje Iłłakowiczówna. Maria atakuje bez pardonu.

Mimo chmur zbierających się nad Polską prasa wiosną i latem 1939 roku żyje wątkiem sporu obu pań. Krytyczka Zofia Roszkówna nazywa go walką między kobietą bluszcz a herod-babą. Ta zajadła bitwa przywołuje na myśl dzisiejszy poziom debaty politycznej w Internecie. Maria już nie tyle zyskuje nowych wrogów po piórze, co traci starych przyjaciół, w tym szanującego ją Antoniego Słonimskiego. Sama o to zadbała, wydając „Silnych, zwartych, gotowych, ale i… czujnych. Rzecz o wczorajszych dywersantach”. To atak właśnie na Słonimskiego, a także na Tuwima, Broniewskiego, Józefa Wittlina, z racji ich pacyfistycznej postawy. Próbka? Wielopolska komentuje uwagę Słonimskiego, że pod przykrywką ćwiczeń fizycznych odbywają się szkolenia wojskowe w całej Europie, pisząc: „A cóż myślał p. Słonimski? Że wysportujemy naszą młodzież, aby skamandryckie pederasty miały używanie?”. To ostatni krok w przepaść niełaski i zapomnienia, który sprawi, że aż do czasów nam współczesnych o Wielopolskiej nie będzie się mówić albo wcale, albo jako o pośledniej pisarce z ciekawym życiorysem.

Co dalej? Już niewiele. Wybuch drugiej wojny światowej zastanie Marię samotną i schorowaną w jej warszawskim mieszkaniu na Brzozowej. Znika w roku 1940. Tym samym spełnia się jej nietypowe marzenie – o śmierci niejawnej, bez grobu i nekrologu. Nie wiadomo, czy w drodze do ZSRR, czy w obozie koncentracyjnym.

  • Polecane