fbpx

Marlon Brando – gdyby nie film, zostałby przestępcą

Marlon Brando - dziki
Marlon Brando w filmie "Tramwaj zwany pożądaniem", reż. Elia Kazan, 1951. (Fot. Forum)

Z traumami dzieciństwa nie rozprawił się nigdy, przeciwnie, powracały do niego aż do śmierci pod różnymi postaciami: netręctw, lęków i obsesji, z których składało się całe dorosłe życie Marlona Brando.

Kochani rodzice – pisał jako 17-latek. – Jesteście najcierpliwszymi, najmilszymi rodzicami, jakich mógłby mieć chłopak. Będę szczęśliwy, jadąc do domu, rozmawiając i po prostu będąc z wami. […] Ucałowania dla wszystkich, Bud.

W wieku 70 lat Marlona Brando zaskoczy nieszczerość i naiwność jego chłopięcych listów. „Ojciec był pijakiem, pieprzonym barowym rozrabiaką. Matka też była pijaczką. Moje wspomnienia z dzieciństwa dotyczą jej aresztowania […]” – będzie opowiadał w zaimprowizowanym dialogu w „Ostatnim tangu w Paryżu”.

Wyziew wrogości

Miał tego rodzaju dzieciństwo, które skazuje człowieka albo na wybicie się ponad przeciętność, albo prowadzi do kryminału. Sam zresztą lubił mawiać, że gdyby nie film, zostałby przestępcą.

Urodzony w 1924 r. w małym miasteczku Omaha mógł liczyć na swoje dwie siostry i na oddanie ukochanych zwierząt. Rodzice? W domu, jak mówił, „rozchodził się przytłaczający, niewidzialny wyziew wrogości”. Ojciec pracujący jako komiwojażer z upodobaniem opowiadał o synu, że niczego nie potrafi. Walkę o względy matki, niespełnionej aktorki, Marlon „przegrał z butelką”. Zdarzało się, że szukał jej po mrocznych barach i wlókł za sobą do domu. Chłopiec jąkał się, cierpiał też na dysleksję. Ciekawe, że mimo odrzucenia i wewnętrznego buntu poszedł za aktorskimi marzeniami matki.

Nie od razu, długo nie wiedział, co ze sobą zrobić. Przez pewien czas chciał nawet zostać pastorem. Plan niepozbawiony sensu, bo przecież Marlon jako dzieciak sprowadzał do domu poranione zwierzęta albo pokrzywdzonych przez los ludzi. Próżne Hollywood ani ogromna popularność tego nie zmienią. Jako gwiazdor pierwszej wielkości Brando powołał niezależną spółkę Pennebaker Productions, produkującą m.in. dokumenty obnażające społeczne nierówności. Brał też czynny udział w akcjach UNICEF-u, udzielał wsparcia Czarnym Panterom [radykalna amerykańska organizacja walcząca o prawa czarnej mniejszości w USA – przyp. red.], mocno angażował się w sprawy Indian. W roku 1973 Oscara za rolę w „Ojcu chrzestnym” odebrała w zastępstwie aktora jego indiańska przyjaciółka. Zamiast sztampowego przemówienia wszyscy zaproszeni na oscarową galę goście wysłuchali kilku słów dotyczących sytuacji rdzennych mieszkańców kontynentu, różnej od westernowych obrazków, w których lubowało się Hollywood.

Jestem ustawiony

Pierwsze aktorskie doświadczenia młodziutkiego Brando to kółko teatralne w Shattuck, w Akademii Wojskowej, do której zapisali go – nie pytając oczywiście o zdanie – rodzice. Nazywał to miejsce „domem wariatów”. Chyba właśnie w wojsku stało się jasne, że potrafi przetrwać wśród rówieśników dzięki sztuczkom i doprawdy ułańskiej fantazji. Uwielbiał żarty w rodzaju tych, kiedy to wdrapał się na wojskową wieżę i ukradł serce dzwonu. Nienawidził autorytetów i potrafił nieźle się bawić, oszukując swoich przełożonych. Od dziecka posiadał dar mimikry i specyficzny, niemal drapieżny rodzaj zainteresowania ludźmi: „Zawsze chciałem wiedzieć o ludziach to, czego oni nie wiedzieli o sobie. Starałem się dowiedzieć wszystkiego o tkwiącym w nich potencjale miłości, nienawiści, strachu […]”.

Niepokorny uczeń zostaje w końcu wydalony ze szkoły wojskowej. Wiosną 1943 roku wyrusza do Nowego Jorku, na miejscu jest już jego siostra. Zatrzyma się u niej i zacznie uczyć się aktorstwa.

W studium dramatycznym nowojorskiej The New School Brando poznał przyszłą mentorkę. Stella Adler przywiozła z Rosji metodę Stanisławskiego, proponowała „granie wnętrzem” zamiast odtwarzania ról. Ale nie tylko dlatego Nowy Jork stał się dla Brando wyzwaniem. Wreszcie był wolny, mógł poznawać kobiety, najczęściej starsze, w typie matki, chodzić po klubach, kochać się wszędzie i wstawać późnym popołudniem.

„Drogi Pop – tak zaczyna swój list do ojca 23-letni Marlon Brando. – Jestem ustawiony. 4 października rozpocząłem próby do nowej sztuki pt. „Tramwaj zwany pożądaniem”. Dostaję 550 dolarów tygodniowo. Reżyserem jest Elia Kazan […]”.

Dalej pisze o tym, że potrzebuje pieniędzy, bo to ojcu powierzył kontrolę nad swoimi wpływami. Ani słowa o braku wiary w siebie. Po latach siostra aktora Tiddy miała wspominać, że Marlon nie dowierzał, że odnosi sukces. W dodatku ich matka postanowiła na czas separacji z mężem zamieszkać z dziećmi w Nowym Jorku. Wróciło widmo poplątanej rodzinnej relacji. Po wyjeździe matki, w czasie trasy teatralnej, kiedy obwożą po kraju „Tramwaj…”, Marlon przeżywa załamanie nerwowe. Wtedy po raz pierwszy korzysta z pomocy psychoanalityka. Chudnie, nie może spać, co noc sprowadza do łóżka inną dziewczynę. Wszystko na nic. Odtąd depresje i lęki miały stać się jego zmorą.

Polowanie na Brando

Za to jego kariera rozkwita. Pierwsze pojawienie się Brando w kinie to rola sparaliżowanego porucznika w „Pokłosiu wojny” z 1950 roku. Później miały przyjść m.in. filmowa adaptacja „Tramwaju…” i „Dziki”, który poruszył uśpiony w młodzieży anarchistyczny ogień. Młodzi byli wpatrzeni w Brando odzianego w dżinsy i skórę, ucieleśnienie buntownika. Już wtedy zdawał sobie sprawę z tego, że – jak sam z goryczą powiedział – „Jesteś kochany lub nienawidzony z powodu mitu, który raz obdarzony przez ciebie życiem, żyje wiecznie […]”.

Przylgnął do niego cieszący się szaloną popularnością „Dziki”, a wcześniej brutal Kowalski z „Tramwaju…”, o którym mówił, że był jego przeciwieństwem. Zdecydowanie odżegnywał się od agresji. Truman Capote i Elia Kazan mieli potwierdzać jego zjawiskową łagodność, z którą on sam lubił się utożsamiać, ale wiadomo też o jego mrożących krew w żyłach napadach wściekłości. Wydane w 2008 roku wspomnienia sekretarki Brando Alice Marchak wypełniają puste miejsca, o których istnieniu długo nie było wiadomo.

To Marchak przekonywała swego szefa do zagrania w „Ojcu chrzestnym”, podczas gdy aktor nie chciał o tym słyszeć. Dopiero na wiadomość, że Laurence Olivier stara się o rolę, poprosił o czarną pastę do butów. Wysmarował sobie nią włosy, zaczesał je do tyłu i już był gotowy na przesłuchanie.

I to Marchak wyciągała go niezliczoną ilość razy z finansowego dołka. Brando, jak niewielu w branży, umiał zadbać o swoje interesy z wytwórnią, ale nie lubił pracować. Raz pozwolił sobie nawet na dziewięcioletnią przerwę od grania. I kiedy zaoferował kiedyś swojej sekretarce milion dolarów za przespanie się z nim (przez wiele lat bezskutecznie próbował ją uwieść), ta raczyła zauważyć, że nie dysponuje taką sumą.

Alice, zatrudniając się u cudownego dziecka amerykańskiego kina, nie mogła przewidzieć, że przyjdzie czas, kiedy to ona ze swoich pieniędzy będzie opłacać Brando czynsz, a on będzie jeździł jej samochodem. Zawdzięczał jej zresztą nie tylko pomoc w kierowaniu karierą, wsparcie finansowe, ale i życie. Uratowała go w trakcie krwotoku wewnętrznego po jednym z bulimicznych ataków.

Potrafił kupić całą kwartę lodów, tłumacząc w sklepie, że „to dla dzieci”. W samochodzie pochłaniał swój skromny deser, zajadając smutki, jak to miał w zwyczaju jeszcze jako chłopiec. Zaraz potem prowokował wymioty. Przez lata choroba się nasilała. Zwracanie jedzenia stało się rytuałem odgradzającym aktora od świata. Na zdjęcia Brando w samej bieliźnie polowały brukowce ciekawe jego sensacyjnej nadwagi.

Nienasycenie

Z tą samą żarłocznością pożądał kobiet. One padały do jego stóp, on zdobywał je w tym samym kompulsywnym odruchu, w jakim dopadał w nocy lodówki. Mówił: „Jestem szalony. I uzależniony od seksu”. Uwielbiał uwodzić mężatki, ale i poniżać ich mężów, dzwonić do nich w środku nocy z wiadomością, że żona jest u niego w łóżku.

W swojej autobiografii z jednej strony mówił o setkach kochanek: „Z żadną nie spędziłem więcej niż kilka minut”, z drugiej – przyznawał, że bał się porzucenia i stąd żonglował wieloma związkami. Była to jego „uczuciowa polisa ubezpieczeniowa”. Jeśli jedna go rzuci, ma jeszcze trzy albo cztery w zanadrzu. Mógł sobie pozwolić na taką arytmetykę. Fanki napadały go na ulicy, włamywały mu się do mieszkania albo jak pewna samozwańcza „artystka rozboju” traciły zupełnie głowę. Dziewczyna po serii głuchych telefonów wyznała, że opracowała plan porwania Brando i zjedzenia go z miłości. Zaciekawiony zaprosił ją do siebie, zgwałcił dziewczynę, a na koniec wysłał ją do psychiatry i do wszystkich diabłów.

Miłość? Podobno najszczęśliwsze chwile przeżył na Tahiti, które odkrył w trakcie kręcenia „Buntu na Bounty” w roku 1962. Tam ćwiczył się w medytacji i odkrywał uroki życia w naturze. Kochał przebywać wśród ludzi, którzy nie mieli pojęcia o jego sławie. Brando kupił na własność archipelag wysp Tetiaroa, był tam naprawdę szczęśliwy. W czasie realizacji „Buntu…” poznał Taritę Teriipię, którą poślubił. Miał już wtedy za sobą dwa inne małżeństwa. Z Anną Kashfi i Movitą Castanedą, wiele razy zostawał też ojcem. Ostateczna liczba dzieci Brando, wliczając w to potomstwo nieślubne, np. z gosposią, jest trudna do ustalenia – prawdopodobnie było ich 13. Przy każdym ze ślubów aktora chodziło o nieplanowaną ciążę. Wiadomo jednak, że małżeństwa nic nie zmieniły w jego nawykach. Gdy w sypialni ubierała się jedna dziewczyna, druga już wysiadała z taksówki. W autobiografii Brando szczerze opisuje swoje seksualne podboje i brawurowe przygody, nie krył swoich przygód z mężczyznami.

Także Alice Marchak wspomina go jako nieuleczalnego seksoholika. Przez lata trzymała język za zębami. Dopiero po śmierci aktora zdecydowała się wydać wspomnienia. Marchak chroniła swego pracodawcę na wszelkie sposoby, nie była jednak w stanie naprawić tego, z czym nie poradził sobie sztab psychoanalityków. Potrafiła za to zachować się lojalnie. Można to powiedzieć o niewielu osobach z bezpośredniego otoczenia Brando.

Siedem minut

Od dziecka nauczył się wyczuwać swoich przeciwników i uprzedzać ich o krok. Wyjątkiem był Truman Capote ze swoją subtelną aurą złośliwości. W 1957 r. przeprowadzał z Brando wywiad, akurat trwały zdjęcia do filmu „Sayonara” w Japonii. W reportażu, za który aktor się obraził, Capote przedstawia go jako mamroczącego i zaabsorbowanego sobą obżartucha. Do zabałaganionego pokoju hotelowego pokojówki miały donosić kolejne prezenty i szarlotkę z lodami. Gwiazdor sam zadawał sobie pytania, po czym udzielał na nie odpowiedzi, a co jakiś czas odpływał w odmęty wspomnień. W pewnym momencie miał ponoć powiedzieć z przejęciem: „Moja matka. Rozpadła się jak naczynie z porcelany”, a innym razem ryknąć śmiechem, zapytany o filmowy scenariusz.

Przyciągał odmieńców, bo sam był jednym z nich. Przez jego mieszkanie przewijali się doszli i niedoszli „przyjaciele”, najczęściej typy potrzebujące pomocy i wsparcia. Potrafili okradać go na jego oczach, a on na to nie reagował, apatyczny, okresowo znużony swoją magnetyczną siłą, z jaką przyciągał ludzi, kobiety i dobrobyt. O sobie mówił, że do wszystkiego zapala się przez siedem minut. Nie dłużej.

Po latach miał stwierdzić, że filmy były najmniej istotnym aspektem jego życia, a sława stała się jego zmorą. Twierdził, że gdyby studio dawało mu te same pieniądze, zamiatałby dla nich podłogi.

Od czasu szkoły wojskowej niewiele się zmienił, jeśli chodziło o nienawiść do autorytetów i ograniczanie wolności. Na planie stosował sztuczki, na przykład pierwsze dziewięć dubli bełkotał na modłę reżysera, a ostatni grał po swojemu, co ostatecznie wchodziło do filmu. Bywał piekielnie złośliwy. Kiedyś jego agent Jay Kantor po wielu próbach przekonania Brando do udziału w filmie „Viva Zapata!” ucieszył się, że ten dla świętego spokoju podpisał kontrakt. Dopiero po dotarciu do agencji Kantor przekonał się, że aktor użył atramentu, który znikł!

Brando był mistrzem takich nauczek dla tych, których uważał za strasznych bufonów i nudziarzy. Jednak był też zdolny do poważniejszych żartów – aktów zemsty, o jakie nie posądzali go ludzie, którzy zapominali, jak genialnym i przebiegłym był aktorem, również w życiu.

Niemoc

Ostatnie lata spędził zaszyty w domu. Zdążył jeszcze przypieczętować swój los rodzinną tragedią. O Cheyenne, córce z jego trzeciego małżeństwa z Taritą, wiadomo, że jej własny opis: „najpiękniejsza, najinteligentniejsza i najbogatsza dziewczyna na Tahiti”, nie odbiegał od prawdy. Dziewczyna narzekała na bardzo rzadkie kontakty z ojcem, który swojej tahitańskiej rodzinie długo wzbraniał przyjeżdżać do niego do Stanów. Chciał, żeby pozostali dziewiczy na swojej wyspie. Mrzonki. Cheyenne pragnęła czegoś zupełnie innego, używała życia, pracowała jako modelka, dopóki poważny wypadek nie uciął jej marzeń o karierze. Trzeba też dodać, że lubiła narkotyki, była nadwrażliwa, wybuchowa i wielokrotnie leczyła się psychiatrycznie, zdiagnozowano u niej schizofrenię. Wreszcie trafiła do domu Marlona Brando, w ciąży, z ukochanym u boku. W ferworze rodzinnej awantury ginie ojciec jej dziecka. Broń wypaliła w rękach przyrodniego brata Cheyenne Christiana. Podobno pistolet wystrzelił przypadkowo, tak czy inaczej doszło do tragedii ciągnącej za sobą kolejną. Christian trafił do więzienia, Cheyenne w wieku 25 lat, wiosną 1995 roku – po wielu próbach – udaje się dopiąć swego, wiesza się, nikt nie zdoła już jej odratować.

W autobiografii wydanej na rok przed śmiercią córki Brando pisze: „Dzieje mojego życia są poszukiwaniem miłości”. Sam umrze udręczony wieloma chorobami dekadę później. „Jaki jest inny powód, żeby żyć? – miał retorycznie spytać w rozmowie z Capote’em. – To był mój główny problem. Niezdolność do kochania kogokolwiek”.

Korzystałam m.in. z autobiografii „Piosenki, których nauczyła mnie matka” i artykułu Alice Marchak „Brando Offered Me…”.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.