fbpx

Oliver Sacks i historia o mężczyźnie, który pomylił swoją żonę z kapeluszem

OLIVER SACKS
Oliver Sacks angielski neurolog, od 1960 mieszkał w Stanach Zjednoczonych, autor wielu książek popularnonaukowych, profesor neurologii na Uniwersytecie Columbia. (Fot. Forum)

Nie wszyscy od razu kojarzą jego nazwisko, ale wystarczy przypomnieć jego najsłynniejszą książkę „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”, a wszystko staje się jasne. Miał zaledwie 12 lat, kiedy jeden z jego nauczycieli zawyrokował, że chłopak zajdzie daleko, jeśli tylko nie posunie się za daleko. W swoim dorosłym życiu miewał okresy i sytuacje, kiedy przekraczał cienką granicę ekstremum.

Rozpędzony na swoim żelaznym rumaku, crossowym Nortonie Atlasie, przemierza najpierw okołolondyńskie, a potem kalifornijskie bezdroża. Mówią, że jeździ, jakby był nieśmiertelny. Jego dzienniki z okresu „motocyklowego” czyta się jak najlepszą książkę przygodową. Można by pomyśleć, że pisał je żądny adrenaliny motocyklowy zakapior. Sacks jest już wtedy po oksfordzkich studiach medycznych i odbywa staż w Mount Zion, prestiżowym szpitalu w San Francisco. Wiedzie podwójne życie – w dzień jest uprzejmym i błyskotliwym doktorem w białym fartuchu, w nocy zaś i weekendy przemienia się w odzianego w skóry motocyklistę. Gna wtedy autostradami albo wspina się serpentynami na szczyty gór, nie przeraża go pokonanie półtora tysiąca kilometrów za jednym zamachem. Nocuje pod gołym niebem albo na parkingach dla dużych ciężarówek. W chwilach wolnych od jazdy i szpitala podnosi z przysiadu 250-kilowe ciężary, dzięki czemu zyskuje przydomek „Doktor Przysiad”. Jeśli podróżuje, to „porządnie”, jak mu zresztą poradził profesor poznany podczas pobytu w Górach Skalistych – poznając geograficzne niuanse odwiedzanych miejsc, przyglądając się ludziom w kontekście historycznym i kulturowym. Setki zapisywanych podczas tych wojaży stron świadczą o wrodzonej wrażliwości Sacksa, który widzi więcej niż inni. A poza tym umie słuchać – niezależnie od tego, czy jego rozmówcą jest kierowca ciężarówki z wytatuowanym na przedramieniu pytonem, utytułowany profesor uniwersytecki, czy pacjent, który podczas mówienia konwulsyjnie wyrzuca z siebie wulgaryzmy.

Okruchy w próbówce

Chodząca perfekcja? Wcale nie. Początki nie były łatwe. Praca badawcza, którą podejmował jeszcze w rodzimej Anglii, nie przynosiła satysfakcjonujących efektów. Także pierwszy projekt neurochemiczny w nowojorskim Albert Einstein College of Medicine zakończył się spektakularną klapą. Sacks wspominał, jak to po dziesięciu miesiącach wytężonej pracy badawczej udało mu się unicestwić wszystkie notatki, zniszczyć niepowtarzalne próbki i zostawić na stole laboratoryjnym oraz w urządzeniu do odwirowywania próbek okruchy hamburgera. Od przełożonych słyszy, że „stanowi zagrożenie dla laboratorium”. „Sacks, ty lepiej idź i zajmij się pacjentami, wtedy szkody będą mniejsze!”.

Kolejne rozczarowanie dla matki Olivera – „tej” Muriel Elsie Landau, jednej z pierwszych kobiet chirurgów na Wyspach Brytyjskich. Choć i tak nic nie było w stanie przebić największego zawodu, jaki sprawił jej syn. Oliver ma 18 lat i pierwsze seksualne doświadczenia jeszcze przed sobą, kiedy przyznaje, że podobają mu się chłopcy. Od – zwykle otwartej i wspierającej – matki słyszy: „Żałuję, że cię urodziłam”. Nigdy już nie podejmą tego tematu.

A wracając do badań i medycyny – trudno o silniejsze rodzinne tradycje niż te w domu Sacksów. Ojciec Olivera jeszcze w wieku 94 lat będzie wynajmował na cały dzień taksówkę i odwiedzał swoich pacjentów w ich domach. Jest jeszcze trzech braci, dwóch z nich to także lekarze. Minęły czasy, kiedy Oliver marzył o karierze chemika i biologa morskiego. Ciągle jednak jest szansa, że zostanie niezłym doktorem.

Najpierw jednak musi się uporać z nałogiem. Sięgnął po narkotyki, szukając rekompensaty po druzgoczącej porażce miłosnej, którą przeżył w wieku 29 lat.

Pewnego wieczoru znajomy podsuwa mu „specjalnego” jointa. Doznania są tak „intensywnie rozkoszne, niemal orgazmiczne”, że Sacks przez kolejne cztery lata regularnie sięga po amfetaminę i silniejszą metamfetaminę. Potrafi jednego wieczoru połknąć 20 tabletek. „Dawki stale rosły, puls i ciśnienie krwi leciały na poziomy letalne. Był to stan ciągłego nienasycenia, nigdy nie miałem dość” – przyznawał. W sylwestra 1965 roku nadchodzi przełom. Sacks uzmysławia sobie, że potrzebuje pomocy z zewnątrz. Podejrzewa, że jego nałóg związany jest z gnębiącymi go problemami psychicznymi (niezaakceptowana seksualność). Namówiony przez przyjaciółkę trafia do psychoanalityka doktora Seymoura Birda, który podejmuje się jego leczenia pod jednym warunkiem – pacjent musi całkowicie odstawić środki odurzające. Zmagania z nałogiem trwają jeszcze jakiś czas – do momentu, kiedy Sacks skieruje całą swoją uwagę ku pacjentom.

W 1966 roku, kiedy ma 33 lata, jego przyjaciele obawiają się, że z powodu narkotyków nie przeżyje on najbliższych dwóch lat. Ale dzięki pracy i seansom u dr. Birda z amfetaminą rozstanie się na zawsze, a wolny od nałogu przeżyje kolejnych 50 wiosen.

Żywe Statuy

„Gdzie jak gdzie, ale już w szpitalu dla przewlekle chorych nie znajdziesz niczego interesującego” – ostrzegali go koledzy po fachu. Tymczasem Sacks zafascynowany ludzkim mózgiem, organem „najbardziej niewiarygodnym w całym wszechświecie”, spędza na oddziale kliniki w Beth Abraham po 18 godzin na dobę, żeby być bliżej pacjentów chorych na śpiączkowe zapalenie mózgu. W 1969 roku prowadzi tam badania nad działaniem L-dopy (prekursora dopaminy), wtedy jeszcze eksperymentalnego leku. Pacjenci od 30, 40 lat pogrążeni w stanie otępienia i swego rodzaju transie (mówiono o nich „żywe statuy”) pod wpływem podanego przez Sacksa leku doznają nagłych „przebudzeń” nie tylko cielesnych, ale też intelektualnych i emocjonalnych.

Sensacyjnymi wynikami badań Sacks chce się podzielić ze światem medycznym, ale dopadają go wątpliwości, w jakiej formie to zrobić. Nie traktuje pacjentów jak numerów statystycznych i dlatego nie chce też napisać kolejnego suchego traktatu z dziedziny neurologii. „Wiedziałem, […] że mam do zakomunikowania coś ważnego – wspomina – ale tutaj natrafiałem na bardzo istotną trudność: jak pozostać wiernym swoim doświadczeniom, a zarazem nie naruszać reguł medycznej publikowalności oraz akceptacji kolegów”. Wyniki prezentuje w formie listu do redakcji brytyjskiego „The Lancet”. Pisze z naukową precyzją, ale to przecież ludzkie historie – życiorysy pacjentów fascynują go najbardziej. Chciałby połączyć pozornie dwie przeciwstawne rzeczy: solidną pracę neurologiczną z ciekawą formą narracyjną. Chciałby, żeby jego prace dotarły do jak największej grupy czytelników, żeby czytało się je jak powieść.

Inspirując się pracami sowieckiego neuropsychologa Aleksandra Łurii, zapisuje pierwsze historie kliniczne. Nie wzbudzą one zainteresowania w wydawnictwie Faber & Faber, jednak kiedy Sacks uzupełni je o kolejne opowieści i wyda trzy lata później w brytyjskim Duckworth, publikacja spotka się z niezwykłym oddźwiękiem. W 1973 roku powstanie pierwszy film dokumentalny (Yorkshire Television) o pacjentach po śpiączkowym zapaleniu mózgu z oddziału dr. Sacksa. W 1974 roku otrzyma za „Przebudzenia” najstarszą brytyjską nagrodę literacką Hawthornden Prize, przyznawaną w kategorii literatury imaginacyjnej. Londyński National Theatre wystawi sztukę Harolda Pintera inspirowaną „Przebudzeniami”, a potem balet z muzyką Tobiasa Pickera. W roku 1987 opisane historie doczekają się adaptacji scenicznej w Chicago, a w 1990 tej najsłynniejszej, kinowej – nominowanego do Oscara filmu w reżyserii Penny Marshall z Robertem De Niro i Robinem Williamsem w rolach głównych (ten ostatni zagrał Sacksa).

Choroba ma człowieka

W latach 60. ubiegłego wieku neurologia i psychiatria nadal traktowane są jak dziedziny, które niewiele mają ze sobą wspólnego. Ale Sacks patrzy holistycznie. Pacjent jest dla niego przede wszystkim człowiekiem – ze swoimi lękami, pragnieniami, emocjami. Poznaje go całościowo, prześledza jego życie, analizuje problemy nie tylko czysto medyczne. Naukowy obiektywizm łączy z empatią i bliskością z chorym, atencją i niezwykłym szacunkiem. Pacjent (z niektórymi utrzymuje bliski kontakt przez lata) jest dla niego kimś, kto ma swoją niepowtarzalną, fascynującą, choć czasami tragiczną historię do opowiedzenia. „Nie pytaj, jaką chorobę ma dany człowiek – zapytaj raczej, jakiego człowieka ma dana choroba”, mawia Sacks za Williamem Oslerem.

Kiedy jest na konferencji poświęconej syndromowi Tourette’a, 92 specjalistów analizuje medyczne wyniki badań turetyków – zapisy EKG, pomiary aktywności układu nerwowego, mózgu i wiele innych. Sacks wstaje i mówi: „To dziwne. Przesiedziałem tutaj cały weekend i nie usłyszałem ani jednego zdania na temat tego, jak to jest być turetykiem”.

Z takim myśleniem odkrywa inną stronę neurologii. I opisuje ją w swoich książkach, używając zrozumiałego, ale sięgającego literackiego kunsztu języka. Swoich czytelników wprowadza w zupełnie niezwykłą rzeczywistość, w której pewien mężczyzna pomimo niezawodnego wzroku nie rozpoznaje przedmiotów, w wyniku czego myli kapelusz ze swoją żoną, ale za to jest genialnym muzykiem, inny w niespotykany sposób „dowcipnie tikuje i tikuje, dowcipkując”, a jeszcze ktoś jest wybitnym antropologiem, mimo, a może dzięki swemu autyzmowi.

Sacks podgląda świat chorych („podróżników po niezwykłych krainach”) jak przez dziurkę od klucza, zadziwia się nim, ale go nie ocenia, nie stygmatyzuje. Bogactwo talentów i ułomności, które opisuje, zmusza jednak do zadania sobie pytania o istotę bycia człowiekiem, o możliwości i ograniczenia ludzkiego umysłu, o siłę pamięci. „Bracia potrafią powiedzieć, jaka była pogoda i co się zdarzyło w każdym dniu ich życia – jakimkolwiek dniu, od chwili kiedy skończyli cztery lata. […] Podaj im jakąś datę, przez moment będą obracać oczami, potem wzrok im znieruchomieje […] i powiedzą ci, jaka była tego dnia pogoda, co słyszeli wtedy na temat wydarzeń na świecie i co się działo w ich własnym życiu”.

Ale ponad wszystko Sacks jest praktykiem. Żeby dobrze poznać zespół Tourette’a, odwiedza wspólnotę mennonitów w kanadyjskim miasteczku La Crete, a chcąc badać chorych na achromatopsję (ślepotę na kolory), leci na malutki atol Pingelap, gdzie ta choroba pojawia się najczęściej. Na mikronezyjskim Guam ląduje, żeby spotkać się z tubylcami chorymi na „stwardnienie zanikowe boczne – parkinsonizm/zespół otępienny”, dziedziczną chorobę podobną do śpiączkowego zapalenia mózgu. Opiekuje się pacjentami w Beth Abraham i w Bronx Psychiatric Center, jako jedyny neurolog odwiedza domy prowadzone przez małe siostry ubogich. Wierzy, że opis przypadków chorobowych ma fundamentalne znaczenie w postępowaniu z pacjentem. Jego gabinet i mieszkanie zapełniają się dziesiątkami notatników z historiami klinicznymi (sporządzał ich około tysiąca rocznie), ale też kasetami wideo – nagrywa sesje z pacjentami, żeby potem wnikliwie, klatka po klatce, studiować je w domu. Zapiski prowadzi wszędzie, nie tylko w szpitalu. Notuje na menu restauracyjnym, na kawałkach papieru, kopertach, pisze szybko, pasjami poprawia i doprecyzowuje teksty. Urzeczywistniają się słowa ciotki Carmel, która już w 1969 roku po przejrzeniu zapisków do „Migreny” wykrzyknęła: „Wow, z ciebie jest już prawdziwy pisarz!”. Wszyscy inni widzieli w tej książce jedynie monografię na temat migreny, a nie literaturę.

Niektóre z jego publikacji są bardziej osobiste. Sacks opisuje w nich schorzenia, które dotknęły jego samego. W „Stanąć na nogi” podzielił się swymi odczuciami po wypadku w Norwegii, kiedy zaatakował go rozsierdzony byk, a zmasakrowana noga wydawała mu się nie jego. „Oko umysłu” powstało, kiedy w prawym oku Sacksa pojawił się złośliwy czerniak i spowodował utratę prawej strony pola widzenia. Miał wtedy 72 lata. I tak naprawdę to osobiste doświadczanie prozopagnozji (niemożność rozpoznawania twarzy), choroby, na którą w lekkim stopniu cierpiał, miało wpływ na powstanie „Mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”. Najbardziej osobistą książkę opublikuje cztery miesiące przed śmiercią. Autobiografię „Stale w ruchu”.

Wracaj, zostało ci wybaczone

Po raz pierwszy tak wyczerpująco, z rozbrajającą szczerością opisuje swoje namiętności, życie uczuciowe. Mela poznał w 1961 roku na siłowni, spodobał mu się od pierwszego wejrzenia. Marynarz, atletycznie zbudowany, mlecznobiała skóra. Spotykali się przez rok – jeździli na motocyklach, kempingowali i pływali. Dla Olivera było w tym erotyczne napięcie. Tyle że Mel nie jest homoseksualistą. Gdy odchodzi do dziewczyny, Sacks głęboko to przeżywa – wtedy właśnie sięga po narkotyki. To jego drugi zawód miłosny po Richardzie Seligu, poecie, w którym zakochał się, mając 20 lat. Zdaje sobie sprawę, że być może nigdy nie doświadczy prawdziwego uczucia. Faktycznie, miewa jeszcze przygodnych kochanków, ale potem przez 35 lat nie będzie w ogóle uprawiał seksu. Tak naprawdę w związek, na który czekał całe życie, wejdzie dopiero, przekroczywszy osiemdziesiątkę. Jego partnerem jest Bill Hayes, pisarz. Sacks postrzegał tę miłość jako błogosławieństwo losu: „To wielki i nieoczekiwany dar dla osoby w moim wieku, która przez większość życia trzymała się na dystans”.

Wróćmy jednak do roku 1951, tego, w którym usłyszał od matki gorzkie: „Żałuję, że cię urodziłam”. Z ukochanego syna, nazywanego w dzieciństwie „szczeniaczkiem” i „mądralą”, stał się „jednym z tych”. Pełna odrazy reakcja, zgodna zresztą z atmosferą Londynu lat 50., gdzie za czyny homoseksualne groziła chemiczna kastracja, a za przyznanie się do odmiennych preferencji wykluczenie ze środowiska, uświadomiła mu wtedy, że dorzucił brzemię do tego, co matka przeżywała w związku z chorobą najmłodszego dziecka Michaela. „Jednego syna zabrała jej schizofrenia, drugiego odbiera homoseksualizm” – napisze w autobiografii Oliver.

Całe życie prześladowała go też inna sprawa. Poczucie winy, że haniebnie opuścił ojczyznę. Wyjechał z Anglii, mając 27 lat, po części, żeby uniknąć poboru odroczonego na czas studiów medycznych (planował odbycie jej ekwiwalentu w Królewskich Kanadyjskich Siłach Lotniczych, ale nigdy do tego nie doszło), a po części dlatego, żeby mieć więcej możliwości zawodowych. Nawet po 30 latach spędzonych w Ameryce usprawiedliwiał się, że to tylko przedłużający się wyjazd. Poczuł się rozgrzeszony dopiero przez koronowaną głowę. Swoje spotkanie w Buckingham w 2008 roku z okazji urodzin królowej Elżbiety II, kiedy otrzymał tytuł Komandora Orderu Imperium Brytyjskiego, opisał tak: „Miałem niezłego stracha, że zrobię coś rażąco nie tak, na przykład zasłabnę albo pierdnę, ale na szczęście wszystko poszło dobrze. W trakcie ceremonii zaimponowała mi postawa królowej: do chwili, gdy mnie wywołano, stała już wyprostowana od ponad dwóch godzin. Rozmawiała ze mną krótko, ale bardzo przyjaźnie […]. Czułem, jakby ona – a wraz z nią cała Anglia – mówiła: Wykonałeś pożyteczną, zaszczytną pracę. Wracaj do domu. Wszystko wybaczone”.

Do ostatnich dni swego życia robi to, co zawsze kochał – kończy artykuły, na które czekają redakcje, pisze listy do przyjaciół, słucha muzyki, pływa, zjada ulubione kanapki z wędzonym łososiem. Na domowej stronie internetowej Olivera Sacksa w dniu jego śmierci pojawi się wpis: „Jego ostatnie myśli pełne są wdzięczności za dobrze przeżyte życie i za przywilej pracowania z pacjentami […]”. Umiera 30 sierpnia 2015 roku w swoim domu na Manhattanie w wieku 82 lat. Ma swoją gwiazdę – nazwaną „Oliversacks”, asteroidę 84928.

Autorka korzystała z autobiografii Olivera Sacksa „Stale w ruchu” (wyd. Zysk i S-ka 2015) oraz jego wcześniejszych publikacji książkowych.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  • Polecane