fbpx

Chcemy wiedzieć

Chcemy wiedzieć
Corbis

Zamiast rzetelnej wiedzy przekaz ksenofobii – tak niestety zazwyczaj wygląda w rzeczywistości polskiej szkoły edukacja seksualna. Co o lekcjach wychowania do życia w rodzinie sądzą uczniowie, mówi nam Aleksandra Józefowska, pedagożka pracująca w Grupie Edukatorów Seksualnych „Ponton”.

– Jak wygląda edukacja seksualna w Polsce? Mamy powody do zadowolenia?

– Wprost przeciwnie, są powody do bicia na alarm. Pracuję z Pontonem już sześć lat. Przez cały ten czas kontaktujemy się z młodzieżą. To pokazuje nam, czego młodzi ludzie nie wiedzą, a co chcieliby wiedzieć, jakie są ich problemy i oczekiwania. Czasem myślę, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, zbulwersować, ale potem mija rok i kolejny raz jestem zaskakiwana. Ostatni taki szok przeżyłam, pisząc raport poświęcony edukacji seksualnej w Polsce.

– Co tak panią zszokowało?

– Chłopak napisał do nas mejla. Nie było tam nawet żadnego pytania, tylko prośba, żeby jego list podać do publicznej wiadomości, do mediów. W jego szkole na Podkarpaciu na lekcji wychowania do życia w rodzinie poruszano temat chorób przenoszonych drogą płciową. Pani, która prowadziła lekcję, kompletnie pominęła wątek zabezpieczenia, jakim jest prezerwatywa. Chłopak zwrócił uwagę, że prezerwatywy dają możliwość takiego zabezpieczenia, za co został wyrzucony z klasy. Na tej samej lekcji pani twierdziła, że homoseksualizm to patologia, którą należy leczyć. W tej szkole naruszono standardy Światowej Organizacji Zdrowia, nie mówiąc o zdrowym rozsądku. Kiedy piszemy do Ministerstwa Edukacji Narodowej w podobnych sprawach, a piszemy często, odpowiada się nam, że wszystko jest w porządku, że lekcje są prowadzone zgodnie z podstawą programową, czyli że przekazywana jest rzetelna wiedza. Żeby się przekonać, jak jest naprawdę, postanowiliśmy zbierać od młodzieży mejle z opisami lekcji wychowania do życia w rodzinie.

– Jaki obraz lekcji się z nich wyłania?

– Dostaliśmy ponad 600 mejli. Przeczytałam wszystkie i przyznam, że lektura była wstrząsająca. Przekonałam się, że to, co my od lat uważamy za tak zwaną wiedzę podwórkową, młodzież dostaje w szkole za państwowe pieniądze. Spodziewałam się stereotypów, takich na przykład, że prezerwatywy mają pory, przez które przechodzą wirusy, plemniki, bo słyszałam to nieraz. I oczywiście te stereotypy były. Ale to, co młodzi ludzie słyszeli na lekcjach wychowania do życia w rodzinie, przechodzi wszelkie wyobrażenia.

– Na przykład?

– Na przykład taka informacja, że prezerwatywy uciskają penisa, przez co hamują dopływ krwi i powodują niepłodność. Najbardziej przerażające były przekazy stygmatyzujące dziewczęta. Że dziewczyna współżyjąca przed ślubem jest jak nadgryzione jabłko, którego nikt nie będzie chciał. Albo że jeżeli została zgwałcona, to jest sama sobie winna, bo widocznie prowokowała. Że te, które czerpią z seksu przyjemność, są zboczone, bo seks służy prokreacji. Takie przekazy mogą odbić się na zdrowiu psychicznym młodej osoby i zaważyć na jej późniejszym życiu seksualnym. Jedna z dziewczynek napisała do nas, że na lekcji pokazywano film antyaborcyjny. Był tak drastyczny, że nie chciała go oglądać, ale musiała, nauczycielka kazała jej patrzeć. Z kolei w jednej z klas nauczycielka oznajmiła, że dzieci z rodzin niepełnych wyrastają na osoby nienormalne. Ktoś wstał i powiedział: „a u nas w klasie jest 11 osób, które pochodzą z takich rodzin”. Inny nauczyciel mówił, że trzeba otwierać specjalne ośrodki dla homoseksualistów, bo homoseksualizm to choroba. Raport pokazuje, że do głów młodych ludzi wtłacza się stek bzdur i niedorzeczności.

 

– Co wynika z waszego raportu?

– Łatwo nam zarzucić, że nie jest miarodajny, bo stworzony na podstawie niereprezentatywnej próby. Nasze badania nie są ilościowe, ale jakościowe. Mejle pochodzą z różnych szkół, z różnych stron Polski. Symptomatyczne jest to, że z tych ponad 600 osób, które do nas napisały, aż 250 przyznało, że nigdy nie miało takich lekcji. Więc to, co twierdzi MEN – że lekcje odbywają się w całej Polsce – nie jest prawdą. Potwierdza się też, że nie są w żaden sposób monitorowane. Tego, co się na nich wyprawia, nikt nie kontroluje. A należałoby się do tego poważnie zabrać, bo – jeśli wierzyć uczniom – lekcje wychowania do życia w rodzinie prowadzi pani od muzyki, wuefu czy informatyki. Warto dodać, że w raporcie zamieściliśmy przykłady dobrej praktyki, bo napisały do nas też osoby, które chwaliły lekcje. Najwięcej było jednak apeli: Pontonie, pomóżcie, wpłyńcie na to, żeby lekcje były inaczej prowadzone, mamy chyba prawo do wiedzy na temat seksu.

– Pomagacie, wpływacie?

– W miarę naszych możliwości. Tak naprawdę jesteśmy bezradni. Możemy napisać kolejny apel do MEN-u, a oni nam odpiszą, że wszystko jest w porządku. A nie jest, gdy uczy osoba, która wstydzi się wypowiedzieć słowo „seks” albo została nakłoniona przez dyrektora do prowadzenia tych lekcji, bo nie miał kto się tym zająć. Uczniowie piszą, że nauczyciele z łapanki robią wszystko, byleby tylko nie przekazywać wiedzy na ten temat. Organizują zajęcia malowania paznokci, wyrabiania ozdób choinkowych. W najlepszym przypadku puszczają filmy, a sami idą na kawkę.

– Wydaje się, że dzisiaj młodzi ludzie wiedzą o seksie z Internetu, filmów, książek dużo więcej niż ich rówieśnicy sprzed lat.

– Nastolatki są obecnie bardziej narażone na bodźce seksualizujące. Internet niesie różne, często szkodliwe treści. Powszechność dostępu do Internetu połączona z brakiem wiedzy i rozmowy z rodzicami, którzy są zaganiani albo nie potrafią rozmawiać, bo ich też nikt tego nie nauczył – to wszystko tworzy dosyć niebezpieczną sytuację.

– Ponton nie jest antidotum na owe braki edukacyjne?

– Nie. Jesteśmy małą grupą wolontariuszy, w której pracuje od 15 do 20 osób, nie dajemy więc rady odpowiadać na wszystkie potrzeby. Dzwonią dyrektorzy szkół z całej Polski i zapraszają nas na zajęcia z młodzieżą, dzwonią pedagodzy, żeby przeprowadzić dla nich szkolenie. Ciężko odmawiać, ale nasze możliwości są ograniczone. Odpowiadamy na pytania młodych ludzi na forum i podczas dyżurów telefonicznych. Przeprowadzamy przynajmniej dwa razy do roku akcje uliczne, w czasie których rozdajemy prezerwatywy, ulotki na temat zabezpieczania się przed chorobami przenoszonymi drogą płciową. W walentynki mieliśmy akcję: „Zarażaj miłością, nie zakażaj HIV”. Ale to wszystko kropla w morzu potrzeb. Problemu nie rozwiązują także lekcje, jakie przeprowadzamy w szkołach. 

– Trudno je prowadzić? Przyjęło się uważać, że młodzi ludzie wszystko obśmieją, są cyniczni.

– Ja mam inne doświadczenia. Jeżeli młodych ludzi traktuje się poważnie, jeżeli czują, że osoby, które przyszły z nimi porozmawiać na temat seksualności, antykoncepcji, nie boją się pytań, to ten poziom współpracy jest dobry. Zdecydowanie najlepszą metodą pracy jest warsztat, który ich w pełni angażuje. Udzielamy najbardziej podstawowych informacji: jak się zabezpieczać przed ciążą i jakimi drogami można się zarazić chorobą weneryczną, bo istnieją stereotypy takie jak ten, że HIV przenosi się przez ukąszenie komara. Lekcje są koedukacyjne, żeby chłopcy i dziewczęta mogli nawzajem się o sobie czegoś dowiedzieć. Uświadamiamy młodym ludziom, że istnieją prawa pacjenta, z których powinni korzystać. Zdarza się, że dziewczynki są obcesowo traktowane przez ginekologa, a złe doświadczenie wyniesione z pierwszej wizyty może sprawić, że taka dziewczynka przez długie lata do ginekologa nie pójdzie. Mówimy im więc, że mają prawo żądać traktowania w sposób godny. Dajemy niezbędne informacje z zakresu partnerstwa, asertywności. Podkreślamy: to twoja decyzja, kiedy podejmiesz kontakty seksualne, nie może się to odbywać pod presją.

– Jak można podnieść poziom edukacji seksualnej?

– Przede wszystkim przez wyegzekwowanie kompetentnie prowadzonych lekcji wychowania do życia w rodzinie. Przydałby się stały telefon zaufania, może coś w rodzaju sieci poradni na temat dojrzewania i seksualności. Bardzo potrzebne, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, są też ośrodki pomocy psychologicznej dla młodych ludzi. Nastolatki nie mają do kogo zwrócić się po wsparcie. Dopiero jak dochodzi do tragedii, zaczyna się mówić o problemach młodzieży i braku profesjonalnej pomocy. A potem się o tym zapomina. Aż do następnej tragedii.

– Co może pani podpowiedzieć rodzicom mającym problem z rozmawianiem o seksie ze swoimi dziećmi?

– Przede wszystkim żeby byli szczerzy. Gdy dziecko pyta, a rodzica to pytanie zaskakuje, peszy, lepiej powiedzieć: wiesz, chcę się chwilę zastanowić, ale na pewno porozmawiamy na ten temat jutro. I dotrzymać obietnicy. Każdy ma prawo czuć się niepewnie, nie wiedzieć. Jest też zwyczaj podsuwania książek – na pewno lepsze to niż nierobienie niczego. Ale najlepiej otwarcie z dziećmi rozmawiać. Rodziców nikt tego nie nauczył, ale ktoś musi zacząć. Trzeba przerwać to błędne koło.              

Aleksandra Józefowska absolwentka pedagogiki na UW, koordynatorka Grupy Edukatorów Seksualnych „Ponton” działającej przy Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

?>