Christopher Hope „Kochankowie mojej matki”

Materiały prasowe

Przypominając sobie laureatów literackiej Nagrody Nobla z ostatnich kilkunastu lat, stwierdzam, że aż trójka z nich albo urodziła się, albo zamieszkiwała w Afryce Południowej. Z RPA wywodzą się Nadine Gordimer i J.M. Coetzee, a w pobliskiej Rodezji (dzisiejsze Zimbabwe) mieszkała przez wiele lat Doris Lessing. Jeśli pominąć spekulacje polityczne towarzyszące zwykle noblowskim wyborom (czyli to, że trójka ta ma niemałe zasługi w walce z apartheidem), trudno się dziwić. Gdy bowiem żyje się w tej części globu, jest o czym pisać.

Świadczy o tym także powieść „Kochankowie mojej matki” Christophera Hope’a. To podwójny portret: niezwykłej kobiety i równie niezwykłego kraju. Kathleen Healey, tytułowa matka, oczywiście poluje na słonie, lata samolotem, przemyca nielegalnych emigrantów, rozkochuje w sobie całe rzesze mężczyzn i wprawia w podziw wiele kobiet, w tym afrykańską królową. RPA, czyli drugi bohater książki, to kraj, który wciąż nie może okrzepnąć, przybrać jednej tożsamości i stać się bezpieczną przystanią dla swoich mieszkańców. Opisujący matkę i ojczyznę Alex musi zmierzyć się z wulkanem energii, ale wybiera życie z dala od wstrząsów. Zostaje ogólnoświatowym akwizytorem, wraca do kraju dopiero w momencie śmierci rodzicielki i realizuje jej testament. Emocjonujące niczym safari.

przełożyła Ewa Pankiewicz, W.A.B., Warszawa 2008, s. 490