Dostrzec drobinki piasku

Najtrudniejszy obowiązek, jaki spadł mi teraz na ramiona, to żyć zdrowo i nie umrzeć zbyt szybko; nie robi się takich rzeczy dzieciom. Ale gdy biorę kredyt w banku, wyliczają, że pożyję tylko 76 lat… Jestem bliski załamania, ktoś mnie pociesza: „To i tak jest średnia zachodnioeuropejska, wedle polskiej umarłby pan przed siedemdziesiątką”.

Małe dziecko wszystko ma nowe, w najlepszej jakości. Biorę w dłonie dwie stópki, nic niechodzone, jak dwie świeże bułeczki. Ale dla niego też wszystko jest świeże i nowe. Co chwila zdarza się, że coś widzi, słyszy, czuje, czegoś dotyka po raz pierwszy… Pierwszy motyl, żuk w pierwszym lesie, pierwsza kropla deszczu spada na główkę, na której zaczynają kręcić się loczki. Dotyka po raz pierwszy ziemi. Korzystam z jego doświadczeń i nagle uświadamiam sobie, że ziemia składa się z drobinek piasku. Zawsze to wiedziałem, ale dopiero teraz celebruję te ziarenka. Wiatr porusza liśćmi brzóz, ich szelest, migotanie. Przeleciał ptak, śledzi uważnie jego lot. Czy to nie zdumiewające, że są na świecie istoty, które nie tylko fruwają, ale też gadają gdzieś tam pod niebem?
 
Przebywając tak blisko małego człowieka, dorosły zaczyna sobie uświadamiać, że wszystko, co z latami staje się oczywiste, bynajmniej oczywiste nie jest. Przypomina się myśl Einsteina: „Są dwa sposoby na życie. Można żyć tak, jakby nic nie było cudem, albo tak, jakby wszystko nim było”. Dziecko zawsze wybiera to drugie. I od nowa nas tego uczy.

W końcu przychodzą niepewne imiona świata. Po raz pierwszy wyraźnie i pewnie mówi: „tata”. Tak zostałem od nowa nazwany. I jakoś odświeżony. Patrzy na mnie nie bez zdziwienia. Zdziwienie to pół biedy, coraz częściej spogląda z wyrzutem i żalem. Ten wyrzut brzmi mniej więcej tak: ja chcę być teraz z mamą, nie z tobą, ty masz o wiele mniej cierpliwości, a przede wszystkim nie masz piersi.
 
„Jak to nie mam?” – obruszam się i obnażam swoje piersi. Patrzy na mnie z niesmakiem. Wie, że takie niewiele są warte… Kiedy chce być z mamą, a nie ze mną, odwraca głowę i udaje, że mnie nie ma, po prostu mnie unicestwia. Jest więc blisko, coraz bliżej odkrycia, że czasami istnieje też to, czego nie widać. Tu doprawdy już blisko do metafizyki.

Każde nowe odkrycie staje się częścią osobistej historii jego świata. Przedmiot wypuszczony z łapki spada, czasami nawet robi „bum”. Takie są najfajniejsze. Przy okazji Antoś odkrywa prawo ciążenia. I nieustannie sprawdza, czy ono nadal działa. Spadająca filiżanka przemieniła się w wiele małych filiżanek. Odkrywa, że świat składa się z części, z atomów, że wszystko da się podzielić, roztrzaskać lub przewrócić.
 
Żyję w bardzo szczególnym napięciu między narodzinami dziecka a odejściem kilku bliskich ludzi z mego pokolenia. Najtrudniejszy obowiązek, jaki spadł mi teraz na ramiona, to żyć zdrowo i nie umrzeć zbyt szybko; nie robi się takich rzeczy dzieciom. Ale gdy biorę kredyt w banku, wyliczają, że pożyję tylko 76 lat… Jestem bliski załamania, ktoś mnie pociesza: „To i tak jest średnia zachodnioeuropejska, wedle polskiej umarłby pan przed siedemdziesiątką”. Myślę, że zanika sens mówienia: po wojnie i przed wojną, a jeszcze niedawno była to naturalna cezura. Teraz powinno się mówić: przed rokiem ’89 i po ’89, lub: za komuny i po niej. Tak jednak też się nie mówi. Ludzie liczą czas od miesiąca lub od roku, kiedy wzięli pierwszy kredyt.

Czasami uświadamiamy sobie swój los, patrząc na zwierzęta, rośliny, nawet na przedmioty, one też mają swój los z naszym spleciony. Wiele bym dał, aby dowiedzieć się, co widział i słyszał ten bardzo stary zegar, który kupiłem kiedyś na aukcji w Sztokholmie.
 
A chuda szeflerka żyła z moją żoną przez sześć lat. Tak się rozrosła, że zaczęła dotykać sufitu i garbić się. Antoś szybko zainteresował się dużym zielonym stworem i nagle szarpnął za liście. Runęła dramatycznie, jak pada drzewo. Mama Antosia okropnie się zdenerwowała. To było dla mnie coś nowego. Do tej pory nic nie wytrącało jej z równowagi. Teraz w wielkim gniewie połamała szeflerkę na kawałki. Pomyślałem: „Ja chyba nie znam swej łagodnej żony”.

– Jak mogłaś jej coś takiego zrobić? – pytam roztrzęsiony.
 
Usłyszałem: – Straciła tak wiele liści. I kiepsko wyglądała.

– Ja też straciłem wiele liści, kiedyś wyglądałem lepiej. Mnie też połamiesz, jak upadnę?

– Zostanie po niej dziecko – wskazuje na małą roślinę w sąsiedniej donicy.

„Zgadza się, po mnie też zostanie” – pomyślałem, idąc ze zwłokami szeflerki do śmietnika.