Czas Świąt

Rodzinny galimatias: jak się nie pokłócić nad wigilijną kapustą?

Relacje rodzinne potrafią niejednokrotnie zepsuć święta. Jak do tego nie dopuścić? (fot. iStock)

Odwieczne pytania, dlaczego nie macie dzieci, przechwałki bratowej, polityczne wtręty wujka… Zwykle wyprowadzają cię z równowagi podczas wigilijnej kolacji? W tym roku spróbuj znaleźć głębszy sens tych słownych przepychanek. Jak reagować, gdy rodzina wkłada nam palec do oka, Ewa Pągowska pyta Pawła Droździaka, psychoterapeutę i mediatora rodzinnego.

Moją znajomą rok temu mama przywitała w Wigilię słowami: „Ale ty jesteś okrągła!”. Podziałało jak kubeł zimnej wody, bo zapomniała, że w jej rodzinie takie uwagi to norma.
To zapominanie jest w kontekście świąt bardzo ważne. Często mamy dwa zupełnie różne obrazy rodziny. Pierwszy – oparty na oczekiwaniach, jaka ta rodzina miałaby być i czym powinny być rodzinne święta. To jest taki wyidealizowany obraz bliskich, jaki sobie tworzymy, tęskniąc za nimi. Drugi to rzeczywistość, o której nie pamiętamy, gdy jesteśmy daleko – obraz, który staje przed nami, kiedy dochodzi do spotkania. Tak jak w podanym przykładzie – córka przyjeżdża stęskniona, a matka na powitanie wkłada jej palec w oko.

Czy to znaczy, że jeśli chcemy mieć święta bez awantur i nie dać się sprowokować krewnym, powinniśmy wcześniej przypomnieć sobie ich negatywne cechy?
Na pewno warto sobie uświadomić, że rodzina – nie ta idealna jak z reklamy, gdzie rodzice żyją w zgodzie, dzieci się cieszą, a dziadek z babcią są zrelaksowani, bo wszystkich świetnie widzą dzięki temu, że stać ich na dobrze dobrane okulary, tylko realna – często ma całą masę nierozwiązanych konfliktów systemowych, do których ustawicznie wraca. Między jej członkami toczą się różne gry, jest konflikt ról, wokół którego ludzie wciąż krążą. Zwłaszcza w święta, bo one są soczewką, w której się wszystko skupia. Możemy założyć, że jeśli przez ostatni rok w naszym systemie, czyli rodzinie, nic się drastycznie nie zmieniło – nikt nie umarł, nie urodził się, nie rozstał, to konflikt, który powtarza się od lat, w tym roku jeszcze się zaogni. Dojdzie do tych samych dyskusji na temat tego, kto będzie, a kogo nie będzie i u kogo będzie, dlaczego tak krótko i dlaczego najpierw do tych, a potem do tamtych…

I mamy po prostu się z tym pogodzić? Nic nie możemy zrobić?
Zrobić możemy wszystko. Ważne, żebyśmy zrobili to, co chcemy, a nie mechanicznie odtworzyli tę samą scenę, którą odtwarzamy co roku. Bo jeśli przyjmę postawę męczennika i będę myśleć: „Jestem ofiarą, znów przyjdę bez męża i bratowa będzie mnie katować swoimi rozkosznymi bobaskami i opowiadać, jak wspaniale było na rodzinnych wakacjach, a ja nie mam z kim na te wakacje jeździć”, to nie będę mieć ruchu. Chodzi o to, by podjąć próbę pełnej refleksji nad tym, co się od lat przy świątecznym stole dzieje, zamiast zakładać, że tym razem to się nie wydarzy, bo wydarzy się na pewno.

Jak się do tego zabrać?
Możemy zebrać doświadczenia, zrobić przegląd świąt z ostatnich lat, przypomnieć sobie różne zdarzenia i starać się znaleźć w nich głębszy sens. Chodzi o to, by zadać sobie pytanie, czy wiemy, co się właściwie dzieje. Zastanowić się, dlaczego bratowa wciąż podkreśla, że jest jej tak cudownie z naszym bratem. Dlaczego kuzynka podczas każdej Wigilii ściąga na siebie całą uwagę szaleńczymi wymaganiami co do menu i oświadcza, że teraz to już nie je kiełków, ale same końcówki kiełków. Jaką rolę w naszym systemie odgrywa taka osoba? Dlaczego ja za każdym razem kłócę się z synową o to, która zrobiła lepszy bigos. Uświadomienie sobie, że nie chodzi o tę potrawę, tylko o to, która z nas jest ważniejsza w życiu syna, sprawia, że zaczynam łapać dystans i potem, kiedy przy stole pojawia się temat bigosu, nie wchodzę już w kłótnię tak bezrefleksyjnie.

Znalezienie głębszego sensu w sporach nie jest takie łatwe. Można się pomylić, odgadując cudze intencje.
Nie chodzi o to, żebyśmy coś odgadli, tylko o samo dostrzeżenie, że za zachowaniami naszymi i innych ludzi może stać coś innego niż to, co werbalizują. Samo zadanie sobie pytania: „O co tu chodzi, że my siedemnasty raz o tym bigosie gadamy?” już przenosi mnie w inne miejsce. Kiedy spojrzę na to z góry, jak na pewną całość, trochę jak na dom wariatów, w którym ja też jestem szaleńcem, to spuszczę z siebie ciśnienie i może powiem: „No ja nie wiem, dlaczego my się o ten bigos ciągle kłócimy”, zamiast: „Nie będziesz mi mówiła, jak się bigos gotuje”. Chodzi o to, żeby poszukać głębszych przyczyn ludzkich zachowań. Może na przykład warto na konflikt z rodzicami spojrzeć w ten sposób, że są dwie kultury: wiejska i miejska, i to, że rodzice co roku zadają nieśmiertelne pytania: „Kiedy ślub?” „Kiedy dzieci?”, „Kiedy w oknach firanki?” i krytykują moje wydawanie wszystkich pieniędzy na podróże, jest wynikiem tego, że im brakuje kontaktu ze mną? Może czują, że wszystko nas różni i wyobrażają sobie, że wnuki by to zmieniły.

Byłby temat do rozmowy.
Tak. Gdyby usłyszeli, że się urodził wnuk i waży cztery kilo, to już mogliby coś razem ze mną zrobić. Może więc niekoniecznie chodzi im o to, by nade mną dominować, by mi udowodnić, że marnuję życie?

Mogę też zastanowić się nad tym, co mi ich uwagi robią. Jakie uczucia we mnie budzą? Mam szansę odkryć, jak bardzo te moje uczucia zależą od tego, w jaki sposób zinterpretowałem intencje rozmówcy. Jeśli już ktoś podejmie ten wysiłek, zdobędzie się na refleksję – może zacząć planować różne swoje działania, reagować świadomie, a nie automatycznie. Może zacząć decydować o sobie, zamiast być tym, któremu „jest robione”.

Można wreszcie przeciwstawić się innym, bo „przetrwanie bez konfliktów” nie jest jedynym zadaniem, jakie można sobie postawić w święta. Można próbować powiedzieć otwarcie o swoich uczuciach: „Słuchajcie, ja sobie tak myślę, że faktycznie bardzo się różnimy, ale tak jak niektórzy nie lubią ogórków, tak ja nie lubię dzieci. A im częściej wy mi mówicie, że to nienormalne, tym bardziej ja ich nie lubię”.

To zadziała? Zmieni bieg wydarzeń?
Nie wiem. Jest taka szansa, ale rodziny są różne – jedne agresywne, inne nie, a jeszcze inne, jak u pani znajomej, niby pokojowo nastawione, a w rzeczywistości bardzo agresywne, tyle że w sposób ukryty. U niej więc może się zdarzyć, że na szczere wyznanie: „Sprawiłaś mi przykrość”, mama odpowie: „Nie chciałam ci sprawić przykrości, powiedziałam tylko prawdę, bo przecież jesteś okrągła” i dalej będzie wiercić w oku. Natomiast na pewno jeśli chcemy coś zmienić, musimy zrobić coś innego niż zwykle, wyjść poza kanon: „Mamo, a ty znowu!”.

I możemy tę reakcję zaplanować?
Tak, bo jeśli uczciwie przyjrzymy się naszej rodzinie, to jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie kłopoty pojawią się podczas świąt. Jeśli np. dziecko ma trzy lata i wciąż nie jest ochrzczone, a nasi rodzice są bardzo religijni, to ten temat na pewno zostanie poruszony. Może nie wprost, ale na przykład w postaci wyzwania: „Chodźmy na pasterkę”. I musimy być na to gotowi.

Często udajemy i staramy się utrzymać dobre relacje rodzinne… żeby tylko nie ucierpiała świąteczna atmosfera. (fot. iStock)

A jak reagować na aluzje, których przy rodzinnym stole zwykle nie brakuje? Podobno dobrą metodą jest zadanie pytania: „Co konkretnie masz na myśli?”. Wtedy rozmówca musi się wycofać albo powiedzieć wprost, o co mu chodzi. W obu przypadkach atmosfera ma szansę się oczyścić.
Prośba o doprecyzowanie jest bardzo znanym asertywnym sposobem radzenia sobie z aluzjami. Rzeczywiście osoba, która je rzuca, zwykle się wtedy wycofuje. Rzadko mówi wprost, o co jej chodzi, bo albo sama nie do końca jest tego świadoma, albo nie jest gotowa powiedzieć tego otwarcie. Na przykład jeśli spieramy się o to, ile czasu spędzimy u teściów, a tak naprawdę kłótnia dotyczy tego, która rodzina jest ważniejsza i kto jest z kim bardziej związany – to poniesiemy porażkę, pytając: „O co ci właściwie chodzi?”, „Czy zależy ci na tym, żebyśmy zdążyli na zupę?”, bo wiadomo, że nie chodzi o zupę, tylko o to, by tamta rodzina przestała istnieć, bo zabiera ukochane dziecko.

Jak inaczej można zareagować?
Można spróbować opisać sytuację, nazwać to, co naprawdę się ze mną dzieje, np.: „Słuchajcie, obie rodziny są dla mnie ważne i jestem teraz między młotem a kowadłem, bo chciałbym tak zrobić, żeby nikt nie poczuł się źle”. To czasem wytrąca broń z ręki.

Rozmawiamy o reakcjach na zaczepki i niemiłe uwagi, ale czy możemy coś zrobić, by im zapobiec? Powiedzmy, że obawiam się dyskusji o polityce, bo wiem, że na Wigilii będzie wujek, który ma zupełnie inne poglądy.
Mogę spróbować powiedzieć: „Ja wiem, że wujek jest za »tamtymi«, ale ja wujka tak lubię, że to się nie zmieni, nawet jakby mnie wujek nazwał komuchem”.

Mam zacząć od tego rozmowę?
Jeśli i tak wiadomo, że do sporu dojdzie, czemu nie wypuścić ciśnienia wcześniej? To, co dzieje się przy stole, to czasem trochę takie gierki towarzyskie, więc wszyscy na początku rozstawiają figury.

A może warto zaproponować, żeby w święta nie rozmawiać o polityce, bo ona często jest powodem kłótni?
Jeśli w rodzinie konflikt o politykę jest bardzo silny, to sztuczne jego unikanie niewiele da, bo on się ujawni w inny sposób. Zakaz poruszania jakiegoś tematu będzie wywoływać napięcie. Poza tym niektórzy ludzie lubią się pokłócić o politykę i to nie musi być destrukcyjne. To jest dla nich jak gra w tenisa – piłeczka raz jest po jednej, raz po drugiej stronie. Czasem rodzina wie, że to jest niegroźne i „gracze” długo czekają na to spotkanie, bo uwielbiają się z sobą spierać.

Co robić, jeśli spór, który rozgrywa się na naszych oczach, jest jednak destrukcyjny i nieprzyjemny dla wszystkich, np. kuzynka z mężem wrzeszczą na siebie i wypominają sobie zdrady?
Warto zwrócić tym ludziom uwagę, że my tu też jesteśmy. Można powiedzieć: „Bardzo was lubię, rozumiem, że między wami jest dużo napięcia, ale sposób, w jaki to wyrażacie, jest rujnujący dla tego święta. Proszę, żebyście ten spór załatwili gdzieś indziej, bo ja się fatalnie czuję, kiedy tu tak na siebie krzyczycie”.

Tak jakbyśmy usadzali niegrzeczne dzieci?
Tak! Ale co innego można zrobić? Jeśli będę się kulić i milczeć, to zacznę się czuć ofiarą.

No właśnie – przeciwko czemu powinniśmy zdecydowanie protestować? Na co nie możemy się zgodzić?
To jest kwestia indywidualnych granic, bo dla jednego fakt, że dziadek wziął siekierę i rozgonił biesiadników, jest powodem do zerwania stosunków, a inny przyjdzie w kolejne święta i powie jedynie: „Dziadek, tylko dzisiaj tę siekierę schowaj”. Natomiast to też jest pretekst do zastanowienia się nad tym, czy my wiemy, gdzie są nasze granice, i czy one w ogóle istnieją.

A czy jest coś, z czego warto w święta zrezygnować? W imię dobrej, serdecznej atmosfery przy wspólnym stole.
Chociażby z pokazywania innym swojej przewagi. Może nawet i to moje dziecko jest bardzo zdolne, ale niech tym razem nie gra na fortepianie, jeśli na Wigilii będą też dzieci mniej uzdolnione. Kiedy przy stole siadają osoby, które właśnie straciły pracę, nie opowiadajmy o tym, że kupiliśmy mercedesa. No, ale to już nie jest psychologia, tylko elementarne podstawy dobrego wychowania.

Zna pan ludzi, którym to przedświąteczne postanowienie, że tym razem będzie inaczej, udało się zrealizować?
Znam kilka osób, którym udało się przełamać jakiś schemat, np. ktoś zawsze siedział cicho i znosił cierpliwie, gdy inny ciągle okazywał mu wyższość, aż pewnego razu powiedział prawdę: „Mam wrażenie, że strasznie się przechwalasz”. Może się wydawać, że to nic wielkiego, ale dla tego człowieka to był wielki krok. Reakcja była piorunująca. Ten drugi próbował jakoś to zagadać, obśmiać, ale potem już nigdy nie zachowywał się tak jak wcześniej.

Paweł Droździak psycholog, psychoterapeuta i mediator rodzinny. Współautor książki „Blisko, nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach” (wyd. Helion).