fbpx

Agnieszka Graff: W Polsce albo jest się kurą, albo jest się suką

Agnieszka Graff: W Polsce albo jest się kurą, albo jest się suką
123rf.com

z Agnieszką Graff rozmawia Paulina Górska z Kultury Liberalnej
Paulina Górska: Niedawno amerykański „Time” zszokował czytelników okładką, na której matka karmi piersią swoje trzyletnie dziecko. Z cover story dowiadujemy się, że sfotografowana kobieta praktykuje tak zwane attachment parenting, rodzicielstwo bliskości, którego główne zasady to wydłużony okres karmienia piersią, wspólne spanie z dzieckiem i noszenie go blisko ciała – na przykład w chuście – zamiast wożenia w wózku. Skąd u Amerykanów ten nacisk na bliższą więź z dziećmi?

Agnieszka Graff: Okładka „Time’a” jest przejawem toczącej się od kilku lat w Ameryce debaty o rodzicielstwie. Obrazek jest ekstremalny, ale ta debata ma wiele wątków, a w jej trakcie tej pojawiły się bardzo różne, mniej lub bardziej sensowne głosy. Mam wrażenie, że to swoista dogrywka wojen kulturowych, politycznej debaty o sferze prywatnej, płci, seksualności, modelach rodziny. Wiele w tym polaryzacji, bo konserwatywna Ameryka uważa tę liberalną za zdeprawowaną, a liberalna wyśmiewa tę tradycyjną jako dziwaczną skamielinę, anachronizm. Ale w dyskusji o rodzicielstwie Amerykanie próbują też odnaleźć nowy język, pogodzić rozmaite przeciwieństwa. Dla mnie najciekawszy w tym wszystkim jest zwrot ku macierzyństwu w feminizmie amerykańskim. Ukazało się kilka ważnych książek, m.in. „Zła matka” Ayelet Waldman czy „Maternal Desire” Daphne de Marneffe. Autorki mają feministyczną wrażliwość, ale piszą o macierzyństwie nie tylko jako o „instytucji”, formie patriarchalnej opresji, ale też jako o wielkiej kobiecej potrzebie. […]

Jak w tym kontekście wygląda rozmowa o rodzicielstwie w Polsce?

Jesteśmy zupełnie gdzie indziej. Po pierwsze, my wciąż rozmawiamy o macierzyństwie, nie o rodzicielstwie, a polski dyskurs o macierzyństwie jest dość konserwatywny. Po drugie, to jest niemal wyłącznie debata o potrzebach dzieci, obie strony zakładają, że potrzeby matki są tu nieistotne, a ojciec jest w tej rozmowie praktycznie nieobecny. W gruncie rzeczy sprowadza się to zatem do dyskusji między psychologami, czy lepiej karmić dziecko o ustalonych godzinach, czy na żądanie. Dominuje spojrzenie przez pryzmat dobrostanu dziecka, brakuje refleksji z perspektywy obu płci. Takie szersze ujęcie dopiero zaczyna się pojawiać – przykładem jest chociażby książka Sylwii Chutnik „Mama ma zawsze rację”, zbiór przewrotnych felietonów o byciu mamą w Polsce, czy „Macierzyństwo non-fiction” Joanny Woźniczko-Czeczott. Autorka krytycznie wypowiada się w niej o komercjalizacji macierzyństwa w Polsce, nudzie, jaka mu towarzyszy, i tabuizacji niektórych jego aspektów. Męski punkt widzenia – podszyty zresztą masą resentymentu, pretensji wobec kobiet – przedstawiła niedawno „Gazeta Wyborcza” w serii artykułów o ojcostwie. […]

Nawet jeśli Polacy nie dyskutują o rodzicielstwie bliskości, wydaje się, że część z nich je praktykuje. Jeszcze kilka lat temu obrazek typowy dla dzisiejszych wielkomiejskich ulic – rodzic z dzieckiem w chuście – stanowił rzadkość, o ile nie kuriozum. Kto wychowuje dzieci w ten sposób?

Do Polski wchodzi kultura rodzicielstwa publicznego, zawierająca pierwiastek ideologii bliskości. Wzorzec ten jest szczególnie rozpowszechniony w Europie Zachodniej, gdzie kultywuje go klasa średnia i wyższa średnia. W myśl modelu publicznego, dziecko nie jest traktowane jak tobołek, który zostawia się w domu razem z zamkniętą w czterech ścianach matką lub nianią, ale jak osoba, którą zabiera się do knajpy, dlatego wymaga się od tej knajpy czystego powietrza, menu i stolika dla dzieci, higienicznego miejsca do przewijania i tak dalej. Takie podejście jest w Polsce stosunkowo świeżym i ograniczonym zjawiskiem. Świeżym, bo starsze pokolenie sądzi, że to wychowanie bezstresowe, z którego mogą wyniknąć wyłącznie kłopoty. Ograniczonym, bo praktykują je osoby głównie z wyższej części klasy średniej. O niszowości attachment parenting świadczy brak polskiego tłumaczenia „The Baby Book” Searsów. […]

W rodzimym kontekście rodzicielstwo bliskości to dość kłopotliwe podejście: nastawienie na bliskość zgodne jest z tradycyjną rolą kobiety. Polki mogą realizować postulaty Searsów, ale dlatego, że taką rolę przypisuje im patriarchalny system społeczny, a nie dlatego, że uznawszy je za słuszne, same o tym zdecydowały.

Sytuacja w Polsce jest zero-jedynkowa, to znaczy albo jest się „kurą”, która całkowicie wchodzi w rolę macierzyńską, albo jest się „suką” porzucającą dziecko w żłobku na wiele godzin. Obie te przerysowane postacie są pod pręgierzem dyskursu medialnego. Jedna jest rozlazła i leniwa, druga jest zimna i drapieżna. To nie jest poradnictwo, tylko opowieść o tym, że z kobietami coś jest nie tak, a dzieci na tym cierpią. Bliskościowy sposób myślenia jest inny, dużo bardziej przyjazny kobietom. Klasyka gatunku, książka Jean Liedloff „W głębi kontinuum”, to prokobieca krytyka współczesnej kultury, a nie konserwatywny atak na kobiety. A Searsowie wciąż podkreślają naszą rodzicielską kompetencję. Jeśli masz więź z dzieckiem, to wiesz, co dla niego jest najlepsze. Podkreśla się stopniowość, kompromis i rodzicielską równość płci. Naprawdę włączajmy do opieki ojców. A jeśli przekazujemy komuś dziecko, to na dwie, trzy godziny, a nie od razu na osiem. Ale to oczywiście wymaga równościowej polityki państwa i pewnych rozwiązań na rynku pracy, których zarówno w Polsce, jak i w Stanach jest niewiele.

Całość wywiadu czytaj TUTAJ