Gdyby tak ktoś wygrzebał jakąś moją wypowiedź, ba, jej fragmencik, i wrzucił do sieci, a ona z jakiegoś powodu by „zatrybiła”, to mógłbym zacząć „rządzić” bądź też „wymiatać”. Ale tego nie przewidzisz, tym rządzi kosmos, to może być dzieło przypadku.
Grałem, proszę ja was, swój stand-up w Poznaniu. Gnę się, wywija, kicam i wiercę, eksplozja ADHD, młodzieńczy szał, czuję się, jakbym miał 20 lat! Kończę, oklaski, wpadam do garderoby, łyk zimnej wody, schłodzenie komicznej twarzy i pędzę, radosny, młodzieńczy, na styranych nogach, do fanów, którzy czekają na zdjęcia. Tam miłe rozmowy, docenienia, ochy i achy, „lubię pana z mężem”. Jestem dopieszczony, czuję się na czasie, robię stand-up, podążam z duchem czasu, jestem na fali.
Na koniec podchodzi młoda dziewczyna, dziewczynka prawie, różowa czapeczka, piramidy i kurtka z ćwiekami jak z lat 80. i uśmiechnięta od ucha do ucha woła: – Jej, spełniłam marzenie, tak chciałam pana zobaczyć, kocham oldskul, lata 80., uwielbiam Bee Gees, zbieram winyle i inne starocie!
Tak oto, między jednym a drugim bisem, zostałem winylem Bee Geesem. Potem jeszcze coś powiedziała o Kombi, a następnie zachwyciła się, gdy użyłem słowa „czarujący wieczór”.
– Łał, „czarujący wieczór”, jak pięknie pan powiedział!
A gdy dodałem „to wyśmienicie”, oszalała! – Wyśmienicie, łał, kto tak mówi? Nikt nie mówi teraz „wyśmienicie”!
Kochana! Zrobiła mi wieczór, zrobiła mi dzień, tydzień, a nawet całe życie! Oto wyskoczyłem na scenę w Poznaniu z zamiarem udowodnienia, że mogę siebie i innych zaskoczyć, i trafiłem jako winyl na półkę. Kurczę, niezłe towarzystwo!
Czyli co byśmy, ludzie mojej daty, zrobili, choć na scenie mamy ledy na piloty lub odpalane na ajfona, oto dla niektórych młodych stoimy na półce lub jesteśmy znaczkiem w klaserze. A może to pomysł na biznes? Taki do wynajęcia Pan Bi Dżis na osiemnastkę lub domówkę! Łatwy i przyjemny pieniądz, wystarczy, proszę ja was, być sobą. Zamawia cię Renatka na osiemnastkę, chowasz się do szafy, przychodzi do niej chmara Gen Z, Renatka wypuszcza z szafy dziadka i wychodzę ja, cały na biało i… nic, po prostu jestem, a oni się zachwycają:
– Jej, ale pan ma okulary, jak Bolesław Prus!
– Ty, Julek, zobacz, jaki pan Szymon ma szaliczek, w supeł wiązany jak babci firany.
– A może pan coś powiedzieć?
I zaczynasz mówić, cokolwiek, nawet o pogodzie, i wszystko, co mówisz, budzi zachwyt.
– Jejku, pan powiedział „moi drodzy”, mogę to zanotować?
– A co to było z tym, że jak będzie wilgoć, to dostanie pan czego? „Wilka”? Tak pan powiedział?
Jestem ustawiony do końca życia jako chodzący skansen. Mogę uświetniać akademie albo występować jako support przed koncertami Bambi lub Young Leosi. – Przed państwem Old Szymiosia!
Najlepsze jest to, że wystarczy być, im bardziej jesteś sobą, tym bardziej dla młodych zajawkowiczów będziesz przybyszem z kosmosu. Takim Stranger Thingiem. Tak jak mnie, gdy miałem 12 lat, zachwycał pan Michał Sumiński ze „Zwierzyńca”, a sposób, w jaki opowiadał o trąbobrzuszku, robił na mnie takie wrażenie, jakbym zobaczył UFO. Albo Jan Kobuszewski, wszystko mnie w nim fascynowało i choć nic nie rozumiałem z jego skeczy, gdyby wpadł na moją osiemnastkę, byłbym wniebowzięty.
Gdyby tak ktoś wygrzebał jakąś moją wypowiedź, ba, jej fragmencik, i wrzucił do sieci, a ona by „zatrybiła”, to mógłbym zacząć „rządzić” bądź też „wymiatać”. Ale tego nie przewidzisz, tym rządzi kosmos, to może być dzieło przypadku.
Na razie więc, czekając na globalne odkrycie, mogę się cieszyć lokalnymi sukcesami. Już nie będzie się córka nie śmiała z moich suchych żartów, gdy się dowie, że stałem się idolem Gen Z!
Zrobię sobie wizytówkę. „Pan Winyl. Przyjęcia, urodziny, domówki. Wyskoczy z szafy lub lodówki. Bawi i żartuje, trzeszczy i zacina. Ogólnie LOL, choć czasem zapomina”.
Szymon Majewski, dziennikarz, showman, wodzirej. Wpada w Szał w Radiu Zet, monologuje w Och-Teatrze, prowadził
z Asią Kołaczkowską podcast „Mówi się”.