Zapamiętujemy to, co budziło silne emocje. A wygląda to tak: ciało migdałowate wysyła sygnał do hipokampu, kluczowego dla tworzenia wspomnień. Uwalniają się neuroprzekaźniki, które oznaczają te miejsca w czasie jako ważne.
Uratować małe wesołe miasteczko w Bazoches-sur-Hoëne z elektrycznymi samochodzikami
(…) mężczyznę w piżamie i skarpetkach, który każdego popołudnia w holu domu starców w Pontoise płakał i prosił odwiedzających, żeby zadzwonili do jego syna, i wyciągał do nich kawałek brudnego papieru z numerem telefonu
Podobną do cierpiącej Madonny kobietę ze zdjęcia Hocine’a Zaourara zrobionego po masakrze w Algierii
Olśniewające słońce na murach cmentarza San Michele widziane z cienia Fondamenta Nuove
Uratować coś z czasu, w którym się już nigdy nie będzie
„Lata”, Annie Ernaux
Francuska noblistka w swojej niezwykłej powieści próbuje, jak powiedziałby Gałczyński, „ocalić od zapomnienia” czas. W jakimś sensie jej się to udaje. Nie to co my, zwykli śmiertelnicy: dla nas próby ocalenia czasu są straceńcze. A przez to nieco heroiczne: bo heroiczne jest iść na bitwę, której nie możemy wygrać. Nic albo prawie nic nie zostanie z naszej codzienności ocalone: nie ma takich kwiatów, które by nie przekwitły, nie ma takiej miłości, która by się nie skończyła, nie ma takiego papieru ze starym listem, który by nie zżółkł i się nie rozsypał.
Co mogę zrobić wobec tego, że rzeczy nikną, rozpadają się w palcach? Podpowiedzią stał się dla mnie moment wiele lat temu, kiedy razem z moim 10-letnim wtedy synem poszliśmy na spacer po łąkach za domem. Był późny sierpień, kwitły rumianki, firletki i nawłoć, w opuszczonym sadzie stara mirabelka rodziła owoce w kolorze miodu. I nagle, jakby tego wszystkiego było mało, zobaczyliśmy, że nad naszymi głowami zaczynają latać bociany – nie dwa, nie cztery, ale całe stado, przelatuje i ląduje na łące jakieś 100 metrów od nas. To się chyba nazywa bociani sejmik, prawda?
Zaczęliśmy z Szymkiem wymachiwać rękami i wykrzykiwać do siebie „Widzisz to? Widzisz?”, chociaż było jasne, że oboje widzimy. Co począć z pięknem świata, które nagle wali cię obuchem w głowę? Każde z nas znalazło inną odpowiedź.
Szymek zaczął jak szalony biec w stronę bocianów, a ja wyjęłam z kieszeni telefon i przystąpiłam do licznych prób zatrzymania tego momentu w kadrze. Nie dało się temu zrobić zdjęcia. Opuściłam rękę. Świat powiedział mi: zapamiętaj. Nie wyręczaj się technologią. Pamiętam tamto uczucie bezradności i zachwytu równocześnie, jakby to było jedno uczucie, a nie dwa: jeden z tych nie tak licznych momentów uchylenia tajemnicy, kiedy przez parę sekund rozumiesz wszystko.
Nie dało się zrobić zdjęcia tamtemu obrazowi, tamtemu uczuciu, a jednak w jakiś tajemniczy sposób po tylu latach łatwo mi jedno i drugie ożywić.
Psychologia mówi, że zapamiętujemy to, co budziło silne emocje. Neurobiologicznie wygląda to tak, że kiedy pod wpływem tych emocji aktywizuje się ciało migdałowate, wysyła sygnał do hipokampu, który jest kluczowy dla tworzenia wspomnień.
Uwalniają się neuroprzekaźniki, które oznaczają te miejsca w czasie jako ważne. To wszystko zaszło w moim mózgu na tamtej sierpniowej łące.
Ale co zrobić z codziennością? Jak w mniej spektakularnych momentach oddawać sprawiedliwość pięknu świata? Kiedy się nie ma talentu Ernaux, która umiała opisać czas? Odpowiedź znajduję, paradoksalnie, w tamtym momencie na łące: ponieważ nie mogę niczego zatrzymać, pozostaje mi żyć, patrzeć i czuć. Czasem, kiedy mi się to uda, teraźniejszość staje się tak piękna, jak przeszłość na zdjęciach.
Natalia De Barbaro, psycholożka, socjolożka, autorka książek „Czuła Przewodniczka” oraz „Przędza”.