Sonia Kisza - Nie musisz znać się na sztuce. Można się nią zachwycać, przy niej płakać, śmiać się i wściekać
00:00
08:35
Sztuka ma setki funkcji, ale jeśli miałabym wybrać tę, która jest dla nas obecnie najważniejsza, to wybrałabym wprawianie w zachwyt. My się dziś z przeżywania wymiksowaliśmy, bo to „nieprofesjonalne”, bo „nie wypada”, bo „histeria”. Zaciskamy szczękę i łykamy łzy. Wstydzimy się płakać w kinie, a potem bolą nas brzuchy i serca.
Tekst pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 04/2026
Mamy tysiące relacji pisemnych o tym, jak ludzie potrafili przeżywać cały wachlarz emocji, wchodząc w interakcję z namalowanym albo wyrzeźbionym wizerunkiem. Sztuka dogłębnie poruszała naszych przodków. Nie brakuje opisów, jak motywowała do działania, dodawała otuchy czy podniecała seksualnie.
Zresztą przecież właśnie w tym celu zamawiano akty do sypialni pałacowych, choć w większości książek o sztuce przeczytacie, że powstały w celach badawczych – poszukiwania idealnych proporcji, oddania esencji filozofii neoplatońskiej...
To mniej więcej tak, jak mówić, że serial „Bridgertonowie”, słynący ze scen seksu i ujęć z męskimi torsami, ogląda się dla fabuły...
Do średniowiecza obraz był święty, miał w sobie część sacrum, przez jakiś czas dosłownie – rzeźby były konsekrowane przy dołączaniu do nich relikwii. Sztuka długo nie miała na celu opowiadać historii, lecz umożliwiać bezpośrednie doświadczenie boskości. Nie chodziło o tworzenie estetycznej iluzji, ale manifestację innej rzeczywistości. Obraz był narzędziem nadprzyrodzonej mocy. Choć sztuka nowożytna zmieniła ten charakter, stawiając na narrację i naśladownictwo natury (też w wymiarze teologicznym – natury jako boskiego dzieła), głębokie przeżywanie sacrum zostało z nami na wiele wieków dzięki religijności zwykłych ludzi.
Choć na terenie Polski zachowało się wiele relacji dotyczących czczenia wizerunków – jak choćby Matki Boskiej Częstochowskiej – uwielbiam czytać o obrzędach związanych z terenami Bretanii, gdzie celtyckie tradycje wymieszały się z rzymskimi, a potem chrześcijańskimi.
Wenus z Quinipily to ponaddwumetrowy posąg nagiej kobiety, trzymającej ręce na brzuchu. Postać ma opaskę na głowie, a także pas w kształcie litery T – owinięty wokół szyi, z dolną częścią kończącą się na udach, tak że zasłania genitalia. Do dziś badacze i badaczki nie są w stanie ustalić, czy jest to celtycka rzeźba bogini Matki, rzymska Kybele czy egipska Izyda.
Wenus z Quinipily znajduje się niedaleko Baud w Bretanii. (Fot. Bildarchiv Monheim GmbH/Alamy Stock Photo)
Ponieważ wszystkie te postaci są emanacją jednej pradawnej bogini – zdaje się, że szukanie jej imienia jest kwestią drugorzędną. Jej postać stanowiła centrum obrzędów związanych z płodnością. Pary pragnące potomstwa uprawiały seks w jej pobliżu, kobiety w ciąży wykonywały rytuały polegające na modlitwach, okrążaniu posągu, dotykały rzeźby chustami, które nosiły potem aż do porodu. To, jak funkcjonowała społeczność wokół posągu, nie podobało się duchowieństwu, które tylko w XVII wieku trzykrotnie próbowało rzeźbę zniszczyć.
Biskup Vannes nakazał właścicielowi lokalnych ziem – Claude’owi de Lannionowi, by wrzucił ją do rzeki. Na szczęście została wyciągnięta przez ludzi po tym, jak zaobserwowano słabe plony – co interpretowano jako karę od bogini. Drugi raz biskup kazał rozbić ją na kawałki... Ze strachu przed buntem chłopskim zaprzestano dewastacji po usunięciu jej piersi i ramienia, ale wrzucono ją znowu do rzeki. Szlachcic odpowiedzialny za dwukrotne utopienie posągu spadł z konia i zmarł – co odczytano jako kolejną karę.
Wenus przeleżała w rzece 25 lat, bo wyciągnięcie jej przekraczało możliwości techniczne miejscowych. Zdaje się, że lokalizacja bogini nie powstrzymała ludzi przed odprawianiem rytuałów, bo biskup (ten sam) nakazał tym razem synowi Claude’a, Pierre’owi, wyjąć ją z rzeki i zniszczyć. Ten wydobył figurę i zabrał do swojej posiadłości, gdzie postawił ją na wysokim cokole i cysternie, właściwie uniemożliwiając ludziom dotarcie do niej.
Porwanie rzeźby wywołało bunty wśród społeczności, sprawa trafiła nawet do sądu, niestety, szlachcic wygrał proces. Wydobycie posągu z rzeki okazało się wystarczające, by mógł stać się jej właścicielem. Niektórzy uważają, że rzeźba została podmieniona na swoją wierną kopię, ale mimo tego do dziś przyciąga pątniczki. Tradycja rozciąga się na kolejne milenium.
(Fot. Andy Thompson/Alamy Stock Photo/East News)
Ludzie wędrowali i wędrują do rzeźb i obrazów, wierząc, że jest w nich transcendentny pierwiastek. Miliony ludzi przechodzą setki kilometrów, żeby stanąć twarzą w twarz z jakimś świętym przedstawieniem. Właściwie tak samo można spojrzeć na podróże i wyjazdy na konkretne wystawy czy do konkretnych muzeów.
Zmieniliśmy podejście do boskości, zlaicyzowaliśmy się, ale nadal głęboko w nas jest ta sama potrzeba doświadczenia czegoś ponadludzkiego. I świadomie lub mniej – często spełnia ją właśnie sztuka. Być może dlatego tak zdecydowany jest ruch piętnujący dzieła wygenerowane przez sztuczną inteligencję... Chcemy, żeby sztuka została nasza – ludzka, bo wierzymy, że wyraża naszą duchowość.
Ostatnio na spotkaniu autorskim dostałam pytanie o to, jak odróżnić dobrą sztukę od złej – jak nie dać się nabrać. Rzeczywiście z uwagi na akademickie wykształcenie jestem głęboko przekonana, że da się wyróżnić sztukę mającą wysoki poziom formalny, ciekawą, oryginalną, nowatorską, a także tę kiczowatą (niespecjalnie) i banalną. Ale wydaje mi się, że w tym pytaniu jest dużo strachu przed zdemaskowaniem.
To dla mnie dowód na to, że przeżywanie – mimo tego, jak instruuje nas zachodnia, indywidualistyczna kultura – jest społeczne. Potrzebujemy innych ludzi, bo mamy głęboko w genach zapisane przeżywanie kolektywne. Kiedyś razem śpiewaliśmy, tańczyliśmy – uczestniczyliśmy we wszelkiego rodzaju obrzędach. Dziś zostawieni sami sobie, musimy kątem oka patrzeć, czy nie jesteśmy jedynymi, których coś porusza.
Piszę te słowa z pozycji przywileju, jaki dało mi liceum plastyczne i studia historii sztuki. Przeglądając ofertę aukcji czy galerii, mam łatwość w dostrzeżeniu dzieł godnych uwagi. To po prostu mój zawód.
Jednocześnie jestem przekonana, że o guście się dyskutuje – on kształtuje się przy oglądaniu, słuchaniu, zwiedzaniu. Zależy od środowiska, od kapitału kulturowego, który dostaliśmy albo który wyszarpaliśmy w szkole.
Wierzę w edukację artystyczną, uważam, że rola instytucji kultury jest nieoceniona, ale jest duża część mnie, która uważa, że my to wszystko przeintelektualizowaliśmy i skomercjalizowaliśmy. Sztuka jest dla nas kapitałem, więc ją wartościujemy, zamiast poddać się jej mocy. My mamy płakać, śmiać się, wzruszać, wściekać! To jest istotą sztuki, a w dzisiejszym świecie – wręcz aktem oporu. Nie trzeba tego robić przy dobrej sztuce – można przy złej. Nikt tego nie powinien oceniać, bo jeśli coś w nas ona wyzwala, znaczy, że jest dobra, bo spełnia swoją funkcję. Czy Wenus de Quinipily jest wybitną rzeźbą pod względem formalnym? Nie ma i nie miało to żadnego znaczenia.
Sonia Kisza jest historyczką sztuki, autorką książki „Histeria sztuki. Niemy krzyk obrazów” oraz twórczynią satyrycznego profilu na Instagramie @histeria.sztuki.