Spotkania: Łukasz Żal

fot. Rafał Masłow

Łukasz śmieje się, że nie miał czasu na filmowe inspiracje. Że powtórkę z klasyki kina, którą oglądał lata temu, robi sobie dopiero teraz, czytając porównania „Idy” choćby do „Matki Joanny od Aniołów” Kawalerowicza. Wtedy zjawił się na planie bez przygotowania, myślał tylko o tym, że musi być wypoczęty i skoncentrowany. Na tym, co dzieje się w kadrze, ale i na planie. Pawlikowski słynie z perfekcjonizmu, potrafi nakręcić kilkadziesiąt dubli jednego ujęcia, kiedy bohater wchodzi do pokoju. Łukasz pamięta, jak reżyser w kluczowej scenie przestawiał stojące w rogu kadru butelki, żeby się odpowiednio komponowały. Wystarczyło, że statysta na drugim planie spojrzał za mało wiarygodnie, zwykły podmuch wiatru był pretekstem do powtórki. Były też trudniejsze momenty, jak wtedy, kiedy zadecydowali, że trzeba przearanżować całą scenę. Wystawili na próbę cierpliwość ekipy, która wyproszona z planu czekała na nich w gotowości.

Cały czas wisiała nad nimi groźba, że nie starczy im dni zdjęciowych. Ale ten perfekcjonizm zwrócił się po stokroć. A dla Łukasza był, jak sam mówi, niesamowitą lekcją. Nie chce inaczej robić filmów, tylko tak.

Pościg z kamerą

Ma na koncie kilka innych nagród i nominacji. Głównie za dokumenty. Za zdjęcia do filmu „Paparazzi” Łukasz odebrał dwa lata temu na Camerimage w Bydgoszczy Złotą Żabę. Historia polującego na celebrytów wolnego strzelca, z pozoru nie do nakręcenia. Godziny spędzone z bohaterem w samochodzie, zdjęcia w nocy, zbliżenia twarzy. Jak to w ogóle pokazać, żeby powstało coś więcej niż doraźna publicystyka? Wchodzili do miejsc, gdzie nie wolno im było wchodzić, brali udział w pościgach, Łukasz siedział w pędzącym aucie i filmował. Dobrze wiedział, jak działa poduszka powietrzna, co robi z głową człowieka, a jeśli do tego masz przy twarzy kamerę…

Cztery lata temu miał wypadek. Zderzenie czołowe, połamał obie nogi. To ważny punkt w jego życiu, bo odtąd wiele się zmieniło. Na rok wypadł z rynku, stracił wiele zamówień i sporo pieniędzy. Wcześniej, po łódzkiej szkole filmowej, gdzie był raczej czwórkowym studentem, choć jego etiudy trafiały na festiwale, założył własną firmę. Pracował przy reklamach, realizował zamówienia dla telewizji. Pamięta, jak kolega zaproponował mu udział w offowej produkcji, bez pieniędzy. Łukasz odmówił, miał za dużo pracy.

Już w czasie rekonwalescencji, po wypadku, zaczął myśleć, że coś mu umknęło, że nie bardzo podoba mu się droga, którą zmierza. Jakoś krótko po tym pojawiła się propozycja pracy nad „Paparazzim” Piotra Bernasia, Łukasz zwrócił się w stronę dokumentów i kina niezależnego. Niełatwy wybór, gdyby nie wsparcie rodziców i żony, którym zresztą podziękował, odbierając nagrodę na gali w Gdyni, pewnie musiałby w ogóle zmienić pracę. Co jakiś czas kręci reklamy, żeby potem znowu robić to, co trudno mu nawet nazwać pracą. Wchodzi na jakiś czas w czyjeś życie. Nie tak dawno kręcił dokument na Syberii, pod Irkuckiem, w szpitalu psychiatrycznym założonym w dawnym więzieniu carskim. W zeszłym roku powstawała „Joanna” (reż. Aneta Kopacz), film poświęcony chorej na raka, zmarłej niedawno blogerce Chustce.

W czasie kiedy rozmawiamy, Łukasz przygotowuje się akurat do nowego filmu, debiutu reżyserskiego Wojtka Kasperskiego. Męskie kino, thriller, którego akcja rozgrywa się na polsko-ukraińskiej granicy. Łukasz szykuje się na plan: jak zwykle dużo chodzi po mieście, włóczy się w okolicach Łazienek Królewskich i Agrykoli. Zaraz zaczynają się zdjęcia.

Trzyletni synek Łukasza nie lubi jego wyjazdów. Przed Gdynią powiedział: „A ja nie chcę, żeby tata był na festiwalu”.

Artykuł pochodzi z numeru 12/2013