fbpx

Patti Smith: Dwie kawy przed zmierzchem

Patti Smith: Dwie kawy przed zmierzchem
materiały prasowe

Jest absolutnie ponadczasowa. Ze swoimi potarganymi włosami i męskimi ciuchami na androginicznej sylwetce. Chodzący symbol punkrockowej rebelii i głos, który dzisiaj brzmi równie autentycznie co ponad trzy dekady temu.

materiały prasowe

Byłaś na Wall Street protestować razem z innymi?

Bardzo mi się podoba, że ludzie rzucili wyzwanie naszemu rządowi, wspieram jak mogę ruch Occupy Wall Street. Odwiedziłam ich kilkakrotnie, wsparłam finansowo, podarowałam piosenkę na wydaną przez nich płytę. Zawsze wspominam o ruchu podczas moich koncertów. Brałam też udział w marszach Oburzonych w Barcelonie i w Madrycie.

Dla swojej publiczności jesteś kimś więcej niż artystką. Ludzie uważają cię za duchową przewodniczkę. Wielu muzyków po latach grania przestało wierzyć, że swoimi piosenkami mogą jeszcze cokolwiek zmienić, ty, zdaje się, nadal w to wierzysz.

Nie zajmuję się tylko muzyką – piszę, maluję, robię zdjęcia. Różnica jest taka, że większość z tych dziedzin uprawiam w samotności. Z kolei nagrywanie płyty czy koncerty to już praca zespołowa. Na koniec wychodzisz na scenę i widzisz publiczność, która przyszła po to, żeby cię wysłuchać. To najbardziej bezpośrednia forma przekazu, jaką sobie można wyobrazić, bez sensu byłoby nie wykorzystać okazji i nie wyrazić swoich poglądów. Czy wierzę, że mogę zmienić świat? Sztuka inspiruje ludzi i to ludzie prowokują zmiany, a nie artyści.

O najnowszej książce Patti Smith „Poniedziałkowe dzieci” czytaj TUTAJ

Dobrze byłoby też, żebyśmy wszyscy uświadomili sobie, że w dzisiejszym świecie rządzą nami ramię w ramię politycy, korporacje, banki. I że jeśli chcemy coś zmienić, musimy wstrząsnąć tymi układami. Jak? Tylko działając razem, masowo. To jedyna rzecz, której oni się boją. Boją się sytuacji, w której ludziom za pomocą nowoczesnych technologii uda się zjednoczyć. Że nie będziemy kupować ich produktów, nie będziemy dla nich pracować. Wierzę, że mamy wielką siłę, ale jej nie używamy.

A co sobie myślisz, kiedy nazywają cię ikoną punk rocka?

Przeszłam różne etapy. Najpierw taki, że byłam wyrzutkiem. Dorastałam w czasach, kiedy młode dziewczyny nosiły kilogramy makijażu i tapirowały włosy, a ja plotłam warkocze i codziennie chodziłam w czerwonych butach. Później pojawiło się to określenie „ikona”, byłam nawet ikoną mody, następnie kompletnie o mnie zapomniano i znowu sobie o mnie przypomniano… Żyję wystarczająco długo, żeby się zorientować, że jakikolwiek status jest iluzją. Do dzisiaj wiele osób nie akceptuje tego, jaka jestem, co robię, mówię i jak wyglądam.

Tylko że dzisiaj bycie odmieńcem to domena nie tylko niezależnych artystów. Spójrz na gwiazdy popu, potrafią być naprawdę awangardowe. To się po prostu opłaca.

Jest duża różnica między pracą nad swoją karierą a pracą nad swoją popularnością. Nie chce mi się siedzieć na krześle i czekać, aż ktoś uczesze mi włosy, nie noszę ubrań, do założenia których potrzebne są trzy asystentki, szkoda mi na to czasu. Oczywiście, każdy decyzję podejmuje sam. Mnie w tym modelu nie odpowiadają sztywne ramy, zobowiązania, zakazy i nakazy. Ilekroć w swoim życiu słyszałam: „musisz wydać tę płytę” albo „musisz usunąć przekleństwo z tej piosenki”, moją reakcją było proste: „wcale nie muszę”. Nie ma takiego przymusu zapisanego w konstytucji, prawda?

Byłam zaskoczona odkryciem, że na twojej nowej płycie znalazła się piosenka „This Is the Girl” poświęcona Amy Winehouse.

Dlaczego? Ta dziewczyna była niesamowita – miała muzyczny instynkt i klasę. Śpiewała piosenki z mojego wczesnego dzieciństwa: jazz, R&B, doo wop w sposób, w jaki zostały napisane i przeznaczone do wykonywania. Winehouse miała niebywały talent, szkoda, że nie uchroniło jej to przed śmiercią.

Była w tobie kiedykolwiek podobna autodestrukcyjna siła?

Podziwiam wielu artystów, którzy mieli autodestrukcyjne skłonności, ale to nie dlatego, że sama regularnie praktykuję „zapadanie się w otchłań”. Jestem optymistką, byłam taka, od kiedy pamiętam – zachłystywałam się wszystkim, co do mnie docierało: muzyką, architekturą, podróżami, miłością. Może to ma jakiś związek z tym, że byłam potwornie chorowitym dzieckiem? Przechodziłam szkarlatynę, gruźlicę, najróżniejsze rodzaje grypy, mama siedziała przy moim łóżku non stop. Jako nastolatka byłam szczęśliwa, że w ogóle udało mi się przeżyć, głupio byłoby z mojej strony marnować coś, o co moja matka walczyła prawie dwie dekady, troskliwie mnie pielęgnując. Chyba dlatego nigdy nie dorobiłam się żadnych nałogów poza piciem kawy, ale jeśli mogę pić teraz tylko dwie filiżanki kawy dziennie, dokładnie tyle piję.

Z drugiej strony może najprostsza odpowiedź na twoje pytanie byłaby taka: „Nie. Kocham życie. Jestem wdzięczna losowi za wyobraźnię i umysł, który dostałam. I za dzieci, które urodziłam”.

Oboje, twój syn i córka, brali udział w nagraniach do „Banga”.

Są bardziej utalentowani niż ja. To prawdziwi muzycy. Jackson jest mistrzem gitary, a Jesse komponuje i też wspaniale gra na gitarze.

Ten album to twój pierwszy nowy materiał od 2004 roku. Dlaczego wydałaś go właśnie teraz?

Moja ostatnia płyta „Trampin’” była naładowana politycznymi komentarzami i wielkimi emocjami. Rządy Busha i decyzja o inwazji na Irak złamały mi serce. Czułam wtedy, że ludzie w USA po 11 września stracili chęć reagowania na cokolwiek. Nie jestem typem artysty, który robi coś z nudów czy dla pieniędzy. Kompletnie przestałam koncertować od 1979 do 1995 roku, mogłam wtedy podróżować i poznawać nowych ludzi, spędzić więcej czasu sama ze sobą, miałam wystawy swoich prac. To był dla mnie bardzo aktywny czas. Tym razem moje podróże też miały znaczenie. Także to, co dzieje się na świecie, w jakim szczególnym momencie się znaleźliśmy.

A skąd na płycie wziął się Johnny Depp?

To także dzięki niemu narodził się pomysł na „Banga”. Odwiedzałam go akurat na planie „Dziennika zakrapianego rumem”. W tym samym czasie miał urodziny, a ja nie miałam prezentu, więc nagrałam dla niego piosenkę „Nine”, która znalazła się potem na albumie. Johnny gra na gitarze w tytułowej piosence. Znamy się od lat, jest moim przyjacielem.

Wiem, że pracujesz nad nową książką.

Właściwie to nad kilkoma jednocześnie. Jedną z nich jest kontynuacja „Just Kids”, która w zamierzeniu była bardzo osobista, skupiona na moim życiu z Robertem Mapplethorpe’em [fotografem i przyjacielem, który zmarł na AIDS w 1989 roku, rozpoczynając czarną serię śmierci bliskich Patti – przyp. red.]. To on poprosił mnie kiedyś, żebym opisała naszą historię. Ale w trakcie jej pisania okazało się, że jest wiele innych spraw, które działy się w tym samym momencie i które chciałabym opisać. Wiele osób zadaje mi wielokrotnie te same pytania – o mojego męża [Freda Smitha, który nie przeżył zawału serca, umierając pięć lat po Mapplethorpie – przyp. red.], o to, jak piszę moje piosenki, jak rozwijała się scena punkowa w Nowym Jorku. Pomyślałam, że należałoby zgromadzić razem te wszystkie odpowiedzi i napisać drugą książkę. Ale na razie nie jestem jeszcze gotowa, żeby ją ukończyć.

Słyszałam też o powieści detektywistycznej twojego autorstwa.

Wspomniałam o tym raz i nie sądziłam, że ktokolwiek się tym zainteresuje. Faktycznie ją piszę, i to już od kilku lat, ale mam sporo zajęć, poza tym pracuję w swoim własnym tempie, a musisz wiedzieć, że piszę dość wolno. Jestem strasznie podekscytowana za każdym razem, kiedy spotykam kolejne osoby, które czekają na tę książkę. Mam tylko nadzieję, że ludzie nie będą rozczarowani, ponieważ mój detektyw jest trochę taki jak ja, żyje głównie sprawami, które dzieją się w jego głowie. Nie jest Jamesem Bondem, już bardziej przypomina Wallandera z książek Henninga Mankella. W jego świecie wszystko toczy się w żółwim tempie.

Trzy lata temu w wywiadzie powiedziałaś, że młodzi artyści powinni znaleźć sobie inne źródło inspiracji niż Nowy Jork. Pamiętam cię z fragmentu filmu z lat 70., jak recytujesz swój wiersz, modlitwę do Nowego Jorku. O tym, że to miasto cię uwiodło, nawróciło, zdeformowało, wypaczyło. Odrzucasz miejsce, które kiedyś tyle dla ciebie znaczyło?

Nadal mam w Nowym Jorku mieszkanie, ale jestem tu tylko przez kilka miesięcy w roku, resztę czasu spędzam, włócząc się po świecie. Lubię odwiedzać domy słynnych pisarzy i poetów, cmentarze, na których są pochowani. Powiedziałam o Nowym Jorku to, co powiedziałam, bo wydaje mi się, że kiedyś był o wiele bardziej stymulujący. Im lepiej prosperuje, tym staje się mniej ciekawy. Gdy po raz pierwszy tu przyjechałam – kiedy zakładaliśmy klub CBGB [w latach 70. i 80. kultowe miejsce dla muzyków grających punk i new wave, występowali w nim m.in. Ramones, Blondie, Talking Heads – przyp. red.] – to nie dlatego, żeby prowadzić modny klub, ale dlatego, że nie było miejsca w mieście, gdzie artyści tacy jak my mogliby grać swoją muzykę. W Nowym Jorku w 1973 roku poetka i kilku improwizujących muzyków nie mieli się gdzie podziać. Jedyne działające muzyczne kluby były albo zbyt wyszukane, albo były to gejowskie kabarety, które nas nie chciały. Robert Mapplethorpe i ja mieszkaliśmy w koszmarnym malutkim mieszkaniu na Brooklynie. Nic nie mieliśmy, praktycznie nic nie jedliśmy. Nowy Jork oznaczał wtedy ferment, inspirował nas do niekonwencjonalnych akcji. Kiedyś można było dostać pracę w małej księgarni i mieszkać w jakiejś klitce, teraz za ten sam metraż płacisz tysiące dolarów, to nie miasto dla artystów.

Ale są miejsca i rzeczy w Nowym Jorku, bez których nie potrafię żyć. Niebo o zmierzchu zmieniające kolor na różowo-fioletowy, niektóre punkty w East Village. Kocham też Nowy Jork za to, że można tu kupić kawę o każdej porze dnia i nocy. Gdy mieszkałam w Detroit, najbliższa kawiarnia znajdowała się na stacji benzynowej, kilometr od mojego domu. Nie było żadnych miejsc, gdzie można by było usiąść i poprzyglądać się ludziom.

To dlaczego się tam wyprowadziłaś?

Zamieszkałam z mężem [po ślubie Patti na lata zamilkła i przestała nagrywać płyty – przyp. red.], wychowywałam dzieci, miałam zupełnie inne podejście do życia, inne priorytety. Kiedy byliśmy wszyscy razem w Detroit, byłam szczęśliwa. Mój syn nadal tam mieszka i mam nadzieję, że będzie pomocny w podnoszeniu miasta z bardzo złej sytuacji ekonomicznej.

Powiesz coś o mężczyznach w twoim życiu? Zawsze się nimi otaczałaś.

Jestem kobietą, to jest powód [śmiech]. Ale w moim życiu jest też dużo kobiet – moja asystentka, moja prawniczka, moja agentka literacka, mam córkę. Zawsze mnie inspirowały artystki, od Marii Callas, przez Grace Slick, Édith Piaf do Niny Simone i Joni Mitchell. Często opowiadam o nich w wywiadach, ale chyba to wycinają.

Choć to prawda, że lubię mężczyzn, lubię przebywać w ich towarzystwie. Druga strona medalu jest taka, że mężczyźni, którzy mi się najbardziej podobają, lubią zupełnie inny typ kobiet [śmiech].

Z tego wszystkiego zapomniałam spytać o tytuł nowej płyty. Co to właściwie znaczy Banga?

Słowo Banga oznacza niespożytą energię. To także imię psa Poncjusza Piłata w arcydziele Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek wcześniej w literaturze byłoby opisane zwierzę, które jest tak wierne swojemu panu? Banga nie biegał po niebie, szukając kości, tylko przez 2000 lat siedział u bram, gdy Piłat czekał na rozmowę z Chrystusem. Pomyślałam, że takiemu psu należy się co najmniej piosenka.

Współpraca Zofia Fabjanowska-Micyk

?>