1. rocznica śmierci Arethy Franklin. Historia życia „Królowej Soulu”

Aretha Franklin, wczesne lata 70. (fot. BEW PHOTO)

Dziś mija pierwsza rocznica śmierci Arethy Franklin, jednej z najwybitniejszych wokalistek w historii. Zawsze chciała być postrzegana jako diwa, ale ponad wszystko pragnęła szacunku. Z tego powodu starała się głęboko ukrywać swoje niedoskonałości.

Pierwszego syna, Clarence’a, urodziła, gdy miała 13 lat. Dwa lata później na świat przyszedł Edward. Jej ojciec, pastor, silny wpływowy mężczyzna, wychowywał ją samotnie. Matka odeszła, gdy dziewczynka miała 6 lat, a 4 lata później umarła na atak serca. Wtedy mała Aretha zamilkła na kilka tygodni. Być może z bólu, tęsknoty, depresji. Pozostają domysły, bo Aretha Louise Franklin, nazywana „Królową Soulu”, chroniła swoją prywatność bardziej niż większość sław tego świata. Nigdy nie zdradziła, kto jest ojcem jej synów. „Kiedy Aretha patrzyła w lustro, widziała zupełnie inną kobietę niż my” – twierdzi jej siostra Erma Franklin. Gdy David Ritz, który jako ghostwriter napisał ponad 50 książek, uzyskał zgodę Arethy na napisanie jej autobiografii, usłyszał od Ermy takie słowa: „Bardzo kocham moją siostrę, a za ciebie się modlę. Nic bardziej by mnie nie uszczęśliwiło, niż gdyby opowiedziała o całym bólu, którego doświadczyła. Ale szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, że to zrobi. Zbudowała wokół siebie mur, na który jeszcze nikomu nie udało się wspiąć”. Ritz wyobrażał sobie, że ów mur przeskakuje. „Zamierzałem być tak cierpliwy, tak uległy, uroczy i łagodny, jak to tylko możliwe, żeby się przełamała” – wyznał w wydanej właśnie książce „Respect. Życie Arethy Franklin”. Napisał ją niezadowolony z poprzedniej autobiografii Arethy („From These Roots”), którą artystka ocenzurowała, by zaprezentować opinii publicznej laurkę. „Aretha jest postacią, która całe lata pracowała nad tym, żeby stworzyć personę, która odciągnie uwagę od jej prawdziwych emocji, prawdziwej osobowości. Ta persona jest największą diwą jazzu, angażuje się dobroczynnie, ma udane życie rodzinne, kocha swoje odbicie w lustrze” – komentuje Karolina Sulej, dziennikarka. „Prawdziwa Aretha borykała się z całym zespołem lęków, była na przemian narcystyczna i masochistyczna, żarliwie religijna i żarliwie grzeszna. Kobieta, która śpiewała jeden z feministycznych hymnów wszech czasów, nigdy nie mówiła, jak to jest zostać matką w wieku 13 lat, dlaczego znosiła przemoc domową i czemu straciła dziewictwo w czasie pobożnego tournée wokalistów soul. I to jądro ciemności jest w historii Arethy najciekawsze”.

Prywatne i publiczne

Badaczki i badacze życia Arethy, dziennikarze, ale również publiczność, domagali się od niej opowieści, najlepiej tych intymnych. To naturalne zjawisko w świecie show-biznesu, kiedy fani pragną od swoich idoli brać garściami. Wielu nie wystarcza koncert, muzyka, poszukują bohatera, przewodnika, a czasami wyłącznie taniej, szybkiej rozrywki z kolorowych gazet. Ta – chociaż na chwilę – pozwoli żyć cudzym życiem, iluzją szczęścia, jaką przynosi popularność. Zatem, co o niej wiemy?

Urodziła się 25 marca 1942 roku w Memphis jako córka pielęgniarki Barbary Siggers i pastora Clarence’a LaVaughna Franklina. Imię pierwszemu synowi dała po ojcu, charyzmatycznym działaczu na rzecz praw Afroamerykanów. Poza prowadzeniem swoich wiernych, pastor miał również słabość do kobiet, które często i szybko zmieniał, szczególnie po tym, jak opuściła go Barbara. Ojciec wielbił młodą Reę, czasami przesadnie, bywało, że budził ją o trzeciej w nocy, by przyjaciele posłuchali, jak śpiewa. Młoda artystka korzystała z atencji ojca i niespecjalnie przykładała się do zajęć w szkole. Wolała opuszczać lekcje i ruszać z ojcem w trasy koncertowe, podczas których wygłaszał swoje płomienne kazania. Od samego początku, od porzucenia przez mamę, przekładała traumatyczne doświadczenia na tworzoną muzykę. Zdaniem Ritza tylko w muzyce mogła wyrazić prawdę, poradzić sobie z ranami.

Pierwszy mąż Arethy, producent-alfons, Ted White, bił ją. Niektórzy uważają, że aby uwolnić się od wpływu ojca, który wspierał jej karierę, wybrała innego, silnego i agresywnego mężczyznę. Jej siostry sugerowały, że szuka w partnerach ojca – oddanego Bogu i muzyce – traktującego kobiety jak przedmioty, które należy wymieniać. Aretha przez lata walczyła z alkoholizmem i zaburzeniami odżywiania. Sposobem na uspokojenie się, odreagowanie był dla niej seks. W środowisku gospel szybko dojrzała artystycznie, poza tym od wczesnych lat prowadziła bujne życie seksualne. Przywołany w biografii Arethy Ray Charles tak powiedział o seksualizacji gospel: „Lud boży bawił się na całego, bez oporów. Dziwiłem się tylko, że są aż tak rozwiąźli. Faceci lubili facetów, dziewczyny lubiły dziewczyny, a nikomu nie przeszkadzała wymiana w obie strony. To właśnie kościelne kręgi, szeroko otwarte. Wszystko było dozwolone. Na dzielnicy wstydziłeś się homoseksualizmu, ale w kościele byłeś niemal dumny, stanowiąc część gejowskiej elity muzyków”. Koleżanki Arethy mówiły, że seks uprawiała „często i bez skrupułów”, bo właśnie to oznaczało dorosłość.

Być może piosenkarka była mądrzejsza od wielu z nas, panicznie chroniąc swoją prywatność, tożsamość ojców jej dzieci, by nie przeżywać ponownie ekstremalnie bolesnych emocji. Miała prawo do zarządzania swoją prywatnością i można tę lekcję od niej odebrać. Gdy Ritz wyznał, że chce napisać drugą książkę o jej życiu, ale tym razem nie zwróci się do niej po akceptację, powiedziała: „Przecież to nie twoja, tylko moja historia”. W ten sposób, jakby przypadkiem, Aretha wskazała na szacunek wobec własnych granic, na oddzielanie tego, co prywatne, od tego, co publiczne. Chociaż jej samej się to nie udało. Była na ustach całego świata, takiego talentu nie sposób wyciszyć.

Królowa była tylko jedna

Gdy miała 14 lat, zaczęła nagrywać w profesjonalnym studiu, a 5 lat później podpisała swój pierwszy kontrakt z wytwórnią CBS. Łączyła w sobie bluesa, gospel i jazz. Ale od samego początku nie chciała pozostać w kościelnej, afroamerykańskiej niszy. Pragnęła nagrywać przeboje, marzyła o tym, by zostać królową. Dopięła swego. Za singiel „Respect” otrzymała dwie nagrody Grammy, a łącznie zebrała ich osiemnaście! Nazwisko Franklin znalazło się na szczycie listy „Billboardu”, była pierwszą Afroamerykanką na okładce „Time’a”, pierwszą kobietą w Rock and Roll Hall of Fame, matką chrzestną Whitney Houston, zaśpiewała też na pogrzebie Martina Luthera Kinga i na inauguracji prezydentury Baracka Obamy. Gdy magazyn „Rolling Stone” przygotował listę wokalistów wszech czasów, umieścił ją na samym szczycie, przed Elvisem Presleyem. A to tylko niektóre z jej sukcesów.

Gdy singiel „Respect” osiągnął sukces, miała 26 lat i trójkę dzieci. Nie była przygotowana na takie zainteresowanie publiczności i mediów, chociaż jednocześnie go pożądała. W swoim najsłynniejszym utworze, uznawanym za hymn wolności, śpiewała: „Jedyne, o co proszę, to odrobina szacunku”. „Respect” to również tytuł słynnej biografii artystki. „Nazwałem tak książkę, bo chciałem zaznaczyć mój osobisty stosunek do niej, do jej sztuki. Poza tym sądzę, że ona sama nie mogła żyć bez szacunku”– skomentował Ritz. Gdy Otis Redding, który jako pierwszy wykonywał utwór „Respect”, usłyszał wersję Arethy, powiedział z uznaniem: „Ta dziewczyna zabrała mi piosenkę”. Ona sama nie była wyrozumiała wobec kolegów, współpracowników i swoich podwładnych, których często zwalniała. Rywalizowała prawie ze wszystkimi, z innymi diwami, jak Natalie Cole czy Whitney Houston, oraz rodzeństwem. Zdarzało jej się bez słowa wyjaśnienia odwołać koncert, a gdy na scenie coś szło nie tak – obwiniać agenta i zwalniać obsługę. Do tego nałogowo paliła, czasami po trzy paczki dziennie. Presja, którą sama sobie narzuciła, była miażdżąca.

„W jej pełnej niepokojów wyobraźni kontrola była lekarstwem na strach. Zatrudniała, zwalniała i znów zatrudniała kolejnych rzeczników prasowych, agentów koncertowych, bo w sytuacji niezmiennej czuła, że traci kontrolę” – pisze Ritz. „Kiedy przydarzyła się jej porażka, obwiniała innych. Nie potrafiła przyznać się do błędu. Kiedy w końcu nie miała wyboru, zwracała się do innych po pomoc. Pomoc przychodziła, bo przecież była królową. W annałach naszej wspaniałej muzyki królowa soulu była tylko jedna”.