1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Czy wiesz, co robi Brian Dettmer?

Czy wiesz, co robi Brian Dettmer?

Amerykański artysta Brian Dettmer wykona rzeźbę z magazynu „Zwierciadło”. Proces powstawania tego dzieła sztuki zostanie uwieczniony na filmie. Papierowa rzeźba będzie symbolizować to, co w magazynie jest niezmienne – ducha, wartości, myśl przewodnią.

Papierowe rzeźby są jednym z najnowszych nurtów w sztuce współczesnej. Pierwsza zbiorowa wystawa książek przetworzonych w dzieła sztuki odbyła się w 2009 roku. W waszyngtońskim Bellevue Arts Museum zaprezentowano 31 prac różnych artystów.

Rzeźby z książek tworzone są różnorodnymi technikami. Począwszy od wycinania poprzez sklejanie, podpalanie, zginanie, malowanie, kolaże, prace introligatorskie, inkrustowanie, wiercenie, dodawanie innych przedmiotów, itp.

Brian Dettmer, który przygotuje rzeźbę ze „Zwierciadła”, jest jednym z bardziej znanych reprezentantów tej dziedziny sztuki. Na początku swojej kariery tworzył tradycyjne obrazy, później zaczął eksperymentować z kolażem i te doświadczenia w 2000 r. doprowadziły go do stworzenia pierwszych rzeźb z książek. Proces twórczy Briana w dużej mierze opiera się na swoistej formie medytacji, szukania rozwiązań podsuwanych przez zawartość książki, w której rzeźbi. Artysta z codziennych, zapomnianych przedmiotów wydobywa w ten sposób nowe, niebanalne znaczenia.

 

Więcej nt. artysty znajdziecie obecnie na

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Dzieje się w kulturze - nasze rekomendacje

„Pływaczki” (1953),  „Sekret narzeczonych” (1962), „Autobus” (1969). (Fot. materiały prasowe)
„Pływaczki” (1953), „Sekret narzeczonych” (1962), „Autobus” (1969). (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Sprawdzamy, co dzieje się w kulturze - co warto zobaczyć, czym się zachwycić, czego posłuchać w najbliższym czasie.

Wystawa malarstwa Jerzego Nowosieskiego

Jerzy Nowosielski – artysta, który należy do kanonu historii sztuki, a jednocześnie nie przestaje fascynować. Pracujący na styku tradycji Wschodu i Zachodu, figuracji i abstrakcji, awangardy i ikony. Mistyk, mistrz przedstawiania „bytów subtelnych”, był także twórcą zmysłowym, erotycznym, zapatrzonym w postaci kobiet. To właśnie ich wizerunki stanowią przewodni motyw nowej wystawy, która na żywo ma potrwać do maja (zwyczajowo przestrzenie galerii Spectra Art Space dla zwiedzających otwiera się w weekendy), a tymczasem oglądać można jej wirtualną wersję. Obrazy pochodzą z kolekcji rodziny Staraków, Andrzeja Starmacha oraz Muzeum Sztuki w Łodzi. „Tego, co ja myślę o kobiecie – pisał Jerzy Nowosielski – nie mogę opowiedzieć, ja to mogę tylko namalować. I ja to już zrobiłem. Co ja myślę czy odczuwam na temat kobiety, to już namalowałem i nie mam tu już nic do dodania”.

„Pływaczki” (1953), „Autobus” (1969) „Sekret narzeczonych” (1962) . (Fot. materiały prasowe) „Pływaczki” (1953), „Autobus” (1969) „Sekret narzeczonych” (1962) . (Fot. materiały prasowe)

Wystawa „Jerzy Nowosielski” potrwa do 30 maja w Spectra Art Space w Warszawie i/lub na starakfoundation.org

Nie mówcie mi, co mam robić

Opowieści o bohaterkach, które miały odwagę postawić na swoim. Na przekór konwenansom, mimo szyderstw i prób zamknięcia im ust. Tom pierwszy „Tupeciar” z miejsca stał się bestsellerem. Drugi jest jeszcze lepszy. Tym razem poznajemy losy między innymi: afgańskiej raperki Sonity, indyjskiej wojowniczki Phoolan Devi, kolekcjonerki sztuki nowoczesnej Peggy Guggenheim, wulkanolożki Katii Krafft czy Hedy Lamarr (której postać przybliżamy na str. 114). Autorka komiksu biografie mocno fabularyzuje i ma do tego talent. Z tą samą łatwością potrafi u czytającego wywołać śmiech i łzy wzruszenia.

(fot. materiały prasowe) (fot. materiały prasowe)

A to Polska właśnie

Nowa wystawa Domu Spotkań z Historią wydana w formie albumu. Zbiór zdjęć ukazujących się w „ITD”. To wychodzące w latach 1960–1990 pismo słynęło ze świetnych fotoreportaży. Są tu więc zdjęcia z wizyty uzdrowiciela Clive’a Harrisa, z hippisowskiego zlotu w Częstochowie (w tekście po interwencji cenzury ani razu nie mogło paść słowo „hippis”) czy to umieszczone na okładce. Przedstawiające dzieci, które przekraczają rzekę San na szczudłach, żeby dostać się do szkoły.

(fot. materiały prasowe) (fot. materiały prasowe)

Debiutant Stuhr - "Filmowe Miniastuhrki"

Tymi wydanymi właśnie na DVD krótkimi metrażami Maciej Stuhr debiutuje jako filmowy reżyser i scenarzysta. W obsadzie studenci wydziału aktorskiego, ale gościnnie wystąpili też między innymi: Joanna Szczepkowska, Magdalena Popławska, Eliza Rycembel i sam autor. Cztery historie, każda utrzymana w innej konwencji. Jest zabawnie, ale do czasu. Ostatnia miniaStuhrka, napisana do muzyki Pawła Mykietyna (nie pada tu ani jedno słowo), to przejmująca historia oparta na faktach.

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Operowe mosty

Opera Rara znana jest z oryginalnych pomysłów i zestawień: starego z nowym, klasyki z awangardą. W tegorocznym programie oprócz grającej na historycznych instrumentach Capelli Cracoviensis znalazła się choćby Spółdzielnia Muzyczna, jeden z pierwszych w Polsce ansambli muzyki współczesnej. Capella na rozgrzewkę przed festiwalem 6 stycznia zagra koncert z najbardziej rozchwytywanym kontratenorem świata – Jakubem Józefem Orlińskim. A i później nie zabraknie operowych gwiazd: z Leą Desandre i Dorotą Szczepańską na czele.

Dorota Szczepańska. (Fot. Świeczkowska Photographer) Dorota Szczepańska. (Fot. Świeczkowska Photographer)

Festiwal Opera Rara potrwa od 24 stycznia do 28 lutego w Krakowiei/lub na playkrakow.com

  1. Kultura

Wymuszając cud. Sztuka Joanny Rajkowskiej

Joanna Rajkowska na wystawie Rhizopolis. (materiały prasowe Zachęty)
Joanna Rajkowska na wystawie Rhizopolis. (materiały prasowe Zachęty)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Joannę Rajkowską kojarzą nawet ci, którzy w ogóle nie interesują się sztuką. Bo chociaż wielu twórców odciska jakiś ślad w zbiorowej wyobraźni, niewielu udaje się to samo zrobić z miastem.

W warszawskiej Zachęcie trwa wystawa Joanny Rajkowskiej Rhizopolis. Projekt wprowadza zwiedzających w świat hipotetycznej przyszłości człowieka na Ziemii po katastrofie kończącej trwającą obecnie epokę człowieka. Z okazji najnowszej wystawy przypominamy sylwetkę artystki.

Artykuł archiwalny

Problem w tym, że palma na warszawskim rondzie de Gaulle’a należy do tego rodzaju prac, które nie tylko przynoszą autorom rozgłos, ale potrafią rzucić cień na resztę ich działalności. Tymczasem Joanna Rajkowska w cieniu palmy rozwija praktyki artystyczne składające się na historię niemieszczącą się w żadnym klasycznym gatunku.

Egzotyczne „obce” drzewo wyrastające w samym centrum chłodnej, wschodnioeuropejskiej stolicy coś zmieniło – zarówno w dosłownym, jak i symbolicznym pejzażu Warszawy. Ale Rajkowska to artystka nomadka, przemieszczająca się między Dżeninem na Zachodnim Brzegu, Brazylią, Berlinem a innymi miejscami, do których trafiamy, podążając jej śladem. Zmienia miejsca zamieszkania, ciągle czegoś szuka. Niektóre tematy, które eksploruje w swojej sztuce, należą do nurtu political fiction, inne są społeczne, jeszcze inne osobiste. W tej narracji jest miejsce na mówienie o chorobach ciała, duszy i społeczeństwa, na prywatne obsesje oraz traumy, o których artystka opowiada ze szczerością graniczącą z ekshibicjonizmem. I wszystkie te wątki w zaskakujący sposób przeplatają się ze sobą, składając się na opowieść nie tyle o tym, kim jest, ile kim może się stać współczesna artystka.

Satysfakcja gwarantowana

Joannę Rajkowską poznałem w połowie lat 90. Była świeżo po powrocie ze studiów w Nowym Jorku, mieszkała w Krakowie. Fascynowała się relacjami ciała i świadomości, zwłaszcza takimi, które zostają wyostrzone przez chorobę i szaleństwo. Była w tym czasie artystką par excellence postmodernistyczną: tworzyła efektowne, erudycyjne instalacje rzeźbiarskie, w których swobodnie mieszała psychoanalizę, wątki wybrane z różnych momentów historii idei, odwołania do dawnej sztuki i nauki, nie brakowało w tym wszystkim erotyki.

Tamta artystka tworząca, skądinąd z powodzeniem, galeryjne wystawy kojarzące się trochę z filmami Greenawaya nie była jeszcze do końca tą Joanną Rajkowską, która w 2007 roku odbierała Paszport Polityki i weszła do zespołu redakcyjnego „Krytyki Politycznej”. Kiedy w takim razie narodziła się współczesna Rajkowska? Logika podpowiadałaby, że powinien odbyć się jakiegoś rodzaju rytuał przejścia, symboliczna ofiara prowadząca do powtórnych narodzin w nowej postaci. W twórczości Rajkowskiej taką rolę można by przypisać projektowi „Satysfakcja gwarantowana”. W 2000 roku artystka wyprodukowała pod tą marką serię produktów konsumpcyjnych: napojów orzeźwiających i kosmetyków. Od podobnych, obecnych na ryku artykułów te stworzone przez Rajkowską odróżniał skład: z informacji na opakowaniach wynikało, że oprócz standardowych ingrediencji każdy zawiera trochę... samej artystki. Zgodnie z etykietą produkty Rajkowskiej miały zawierać takie domieszki jak DNA, szara substancja mózgu, wyciąg z gruczołu piersi, śluz z pochwy, endorfina – wszystko pobrane z Joanny Rajkowskiej. Podobnie z kosmetykami. Wazelinę wyprodukowano na bazie śliny autorki, perfumy z dodatkiem jej feromonów, a mydło – tłuszczu. Równie osobisty charakter miał design opakowań, oparty na zdjęciach z prywatnego archiwum. Projekt balansował na granicy fikcji i marketingu. Granicy, która celowo zaznaczona była niewyraźnie. Można było założyć, że artystka nie poddała się raczej trepanacji czaszki, aby domieszać do napojów gazowanych szczyptę własnej kory mózgowej. Na poziomie symbolicznym operacja pozostawała jednak realna; artystka rozpuszczała się w soft drinkach i mydłach, wyprzedawała samą siebie w tysiącach produktów, zachęcała społeczeństwo, by ją wypiło, wymydliło, zużyło. Skonsumowana stawała się częścią każdego, kto sięgnął po jeden z artykułów z serii „Satysfakcja...”.

Dwa lata po tym projekcie Rajkowska stworzyła „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich”. Postawiła na rondzie de Gaulle’a, w perspektywie tytułowych Alej Jerozolimskich, sprowadzoną z Azji sztuczną bliskowschodnią palmę. Projekt narodził się ze skrzyżowania różnych inspiracji, a właściwie na skrzyżowaniu trzech różnych miast. Jednym była Jerozolima, którą artystka odwiedziła na początku lat dwutysięcznych. Drugim Warszawa, ale ta nieistniejąca, widmowa (Aleje Jerozolimskie, przy których stanęła palma, wzięły nazwę od Nowej Jerozolimy, żydowskiej jurydyki na zachodzie Warszawy, ulica kiedyś do tego osiedla prowadziła). Trzecim miastem była Warszawa realna, której pejzaż artystka chciała zakłócić niespodziewanym elementem. Warszawa żydowska, Warszawa jerozolimska, bliskowschodnia, tropikalna – ta Warszawa niemożliwa stawiała paradoksalnie pytanie o możliwość inności i różnorodności w ramach tego miasta, które istnieje.

Szamanka

– Kiedy miałam jakieś osiem lat, dostałam sandały – opowiadała Rajkowska artyście Arturowi Żmijewskiemu. – Były bardzo niewygodne, więc postanowiłam je przerobić, bo mama była zbyt biedna, żeby mi kupić następną parę. Coś tam wycięłam, doszyłam klamerkę i dopiero zaczęłam w nich chodzić. I to kompletnie przemeblowało mi głowę. Nie traktuję rzeczywistości jak niezmiennego stanu rzeczy, który muszę z bólem zaakceptować. To, jak sobie urządzimy świat i nasze w nim współżycie, zależy od nas: mieszkańców kamienicy, miasta, kraju, świata... Tak więc od czasu tych sandałów jestem człowiekiem lewicy.

Co to jednak znaczy być „artystką lewicową”? Dla Rajkowskiej to podejmowanie próby zmiany świadomości odbiorców, a więc zmieniania świata za pomocą artystycznej interwencji w rzeczywistość. Artystka więc interweniowała. W Budapeszcie urządziła lot nad miastem starym radzieckim samolotem, na którego pokład zaprosiła przedstawicieli mniejszości etnicznych i seksualnych oraz reprezentantów węgierskiej skrajnej prawicy (w powietrzu okazało się, że wszyscy, i „obcy”, i ksenofobi, choć mogą wzajemnie sobą gardzić, to jadą „na tym samym wózku”, dzielą wspólny los). W Dżeninie na Zachodnim Brzegu prowadziła warsztaty teatralne z młodymi weteranami drugiej palestyńskiej intifady. W Warszawie, na placu Grzybowskim, zbudowała „Dotleniacz” – miejsce relaksu w środku miasta, skwer ze sztucznym stawem wzbogaconym tlenem. Rajkowska pragnęła dotlenić miejsce duszne od znaczeń. Plac Grzybowski na terenie dawnego getta wciśnięty jest między kościół, nacjonalistyczną księgarnię, synagogę, teatr żydowski, knajpy dla turystów szukających jidyszowego folkloru i siedziby wielkiego kapitału.

„Mówiąc o miejscu chorym, myślę o placu Grzybowskim – opowiadała artystka. – O wycieczkach izraelskich, które idą przez plac Grzybowski, zupełnie nie wiedząc, gdzie są ani czym w istocie jest prowadząca do placu ulica Próżna. O tym, jak ci Izraelczycy pompują swoje poczucie wspólnoty traumą i cudzą winą. Myślę o polskich starszych paniach, które patrzą na to wszystko podejrzliwie, o psach, co srają gdzie popadnie i nikt po nich nie sprząta. O utrzymującym się wokół kościoła Wszystkich Świętych antysemickim smrodku księgarni Patriotycznej […] Figura papieża błogosławi to wszystko ze schodów kościoła, a harcerze składają kwiaty pod jednym z głazów upamiętniających kolejne polskie nieszczęścia”.

Artystka lecząca chore miejsca na ciele miasta wciela się w postać szamanki-uzdrowicielki, która w tradycyjnych wspólnotach miała sposoby na przywrócenie kosmicznej równowagi. Szaman był jednak również postacią budzącą ambiwalentne uczucia. To „inny”, outsider. Szanuje się go za tajemną wiedzę, ale jednocześnie trochę się go obawia, potrzebuje się go, ale i odrzuca.

Element kulturowo obcy

Rajkowskiej odgrywanie roli szamanki też nie przychodziło bezproblemowo. Instytucje sztuki są może dla artystów czymś w rodzaju zoo, ale jest w nim bezpiecznie, bo w granicach tego „zoo” twórcy mają swobodę działania. Na zewnątrz, w przestrzeni publicznej, nic nie chroni ich przed biurokracją, polityką, opinią społeczną. Palma, zanim stała się jedną z ikon Warszawy, z początku budziła wielkie kontrowersje. Próba zbudowania sztucznego wulkanu w małej miejscowości w Szwecji zakończyła się fiaskiem. Artystce nie udało się także przerobić fabrycznego komina w centrum Poznania na minaret [wieżę stawianą przy meczecie – przyp. red.], władze miasta zablokowały realizację projektu, wskazując, że jest to „element kulturowo obcy”. Paradoksalnie odpowiedziały w ten sposób na stawiane przez artystkę pytanie: Czy polskie miasto jest w stanie poradzić sobie z innością, z różnorodnością? Wyszło na to, że nie. Rajkowska: „Nic mnie nie rozsierdza bardziej niż społeczna impotencja, która zawsze kończy się wzajemną niechęcią i toksyną, bo innych obarczamy winą za to, że jest, jak jest. Więc chcę, żeby ludzie chcieli. Jak to robię? Szamańskimi metodami chcę społecznikować. Brzmi to pretensjonalnie, ale kiedy patrzę trzeźwo na swoje działania, to widzę, że najskuteczniejsze wizje powstają w wyniku pracy – w konkretnym miejscu – z własnym ciałem”.

W 2012 roku posłużyła się ciałem, reagując na Berlin. I to nie tylko własnym, lecz również tym należącym do dziecka, którego się spodziewała. Mieszkała już wówczas w Londynie ze swoim partnerem, artystą i filmowcem Andrew Dixonem. Zaproszona na Biennale w Berlinie zdecydowała się jednak przeprowadzić. Postanowiła, że jej uczestnictwo w projekcie będzie polegało na donoszeniu ciąży i urodzeniu dziecka właśnie w stolicy Niemiec. Praca przybrała formę intymnego dziennika filmowego, opowiadającego o kilku miesiącach spędzonych w Berlinie w oczekiwaniu na rozwiązanie. Przez ten czas artystka wędruje po mieście, „pokazując” je rosnącej w jej brzuchu córce. Jego jasne, ale i ciemne strony, miejsca emanujące mroczną energią pamięci nazizmu, zła i przemocy. Finałem jest naturalistyczna scena porodu. Praca została wykonana, napiętnowane przez historię miasto otrzymało dar życia.

Nie mam nic innego

Kilka miesięcy później okazało się, że córka artystki Róża cierpi na niezwykle rzadki nowotwór oczu. Była w tej tragedii jakaś irracjonalna, upiorna metafora. Tak jakby próba odczarowania Berlina energią nowego życia okazała się niebezpieczną grą, a wszystkie te mroczne rzeczy, które Róża „widziała” w mieście przed swoim urodzeniem, poraziły jej wzrok. Rajkowska nie do końca od tej metafory uciekała. Walcząc o zdrowie i życie córki, nie wycofała się ze sztuki. Przeciwnie, włączyła te zmagania w swoją twórczość, równolegle z medycznymi prowadziła je artystycznymi metodami. Rajkowska podkreślała, że choć Róża jest dzieckiem, którego narodziny zostały pokazane na biennale sztuki, to pozostaje małą dziewczynką, a nie „projektem artystycznym”. Jednocześnie jednak od 2012 roku i dziecko, i jego choroba stały się elementami niemal wszystkiego, co artystka robi w sztuce, zajmując w jej twórczości miejsce proporcjonalnie duże do tego, które mają w jej życiu. W 2013 roku artystka wyświetlała projekcje na betonową kopułę futurystycznego, kosmicznego gmachu Muzeum Narodowego w Brasilii. Filmy wyglądały abstrakcyjnie, przypominały ciała niebieskie, odlegle planety, w rzeczywistości były to jednak obrazy gałek ocznych Róży i nowotworowych guzów, które choć dzięki terapii zaczęły się zmniejszać, to wciąż pozostawały obecne.

Granica między architekturą a ciałem, między miastem a jednostką, między tym, co publiczne i prywatne, znów się w twórczości Rajkowskiej zatarła, nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni. Jej praktyka jest ciągłym stawianiem pytania o rolę artysty w społeczeństwie, ale i udzielaniem odpowiedzi. Jedna z nich jest taka, że artysta – i człowiek w ogóle – to istota stadna, społeczna, polityczna, ale swoje miejsce w sferze publicznej przeżywa w mikrokosmosie własnego ciała. W tym ujęciu artysta jest kimś, kto potrafi wejść w ten mikrokosmos, wsłuchać się w jego głos, wyartykułować go i wzmocnić tak, aby stał się słyszalny i zrozumiały dla innych, dla nas. I aby brzmienie tego głosu rezonowało w naszych ciałach.

  1. Kultura

Nadzieja na przyszłość

(Fot. Małgorzata Kujda)
(Fot. Małgorzata Kujda)
„Zjadacz kurzu”, rzeźba stworzona przez Kubę Bąkowskiego, nie tylko przypomina robota, lecz rzeczywiście nim jest.

Nie na darmo nazwano go Zjadaczem. Jego zadaniem jest pochłanianie kurzu, zanim ten dostanie się do naszych płuc. Ciało mierzącego cztery metry robota zbudowane jest z elementów odzyskanych z nieczynnych zakładów przemysłowych – w tym fragmentów urządzeń pierwotnie służących do filtrowania powietrza.

Artysta Kuba Bąkowski zadbał nie tylko o skądinąd bardzo atrakcyjną formę pracy, lecz także o jej funkcję. „Zjadacz kurzu” został wyposażony w nowoczesne filtry HEPA. Dzięki temu umie pochłaniać cząsteczki PM10 i PM2,5 – najbardziej szkodliwe składniki miejskiego smogu. Posiada także czujniki, dzięki którym może służyć za stację pomiaru jakości powietrza. Zjadacz miał swoją premierę trzy lata temu podczas dziewiątej edycji cyklu „Sztuka w przestrzeni publicznej”, organizowanego w Kielcach przez Fundację „Nowa Przestrzeń Sztuki” Doroty i Tomasza Tworków.

Ten projekt został poświęcony legendarnemu zjazdowi awangardzistów i wizjonerów, którzy 50 lat temu radzili w stolicy Dolnego Śląska, jak za pomocą sztuki w przestrzeni publicznej przekształcać miasto i rzeczywistość. Opracowane wówczas koncepcje nie doczekały się realizacji, ale idea pozostała żywa. Praca Kuby Bąkowskiego jest jednym ze współczesnych dzieł, które się w nią wpisują.

Koronawirus może i usunął w cień dyskusję o skumulowanych kryzysach ekologicznych, o których debatowaliśmy przed zarazą. Pełzająca katastrofa nie robi sobie jednak przerwy na czas pandemii i pełznie dalej. Epidemia w końcu wygaśnie, tymczasem problem z kondycją globalnych i lokalnych ekosystemów zostanie, podobnie jak z powietrza nie znikną zabójcze dla człowieka pyły. Chyba że coś w tej sprawie zrobimy.

W grudniu 2020 roku Zjadacz był eksponowany we Wrocławiua, po czym trafił (znowu) do Buska-Zdroju pod Kielcami, uzdrowiska, w którym leczy się między innymi ludzkie płuca zniszczone toksycznymi skutkami ubocznymi rozwoju cywilizacji przemysłowej.

Ta rzeźba nie „zje” całego kurzu i nie wchłonie wszystkich pyłów zawieszonych. Wykonuje jednak swoją robotę: nie tylko oczyszcza powietrze, lecz także aktywizuje świadomość tych, którzy nim oddychają. Futuryści zachwycali się dymiącymi kominami i innymi maszynami, które zanieczyszczały świat – widzieli w nich symbole postępu. Postfuturyści, tacy jak Kuba Bąkowski, myślą o maszynach, które świat zaczną oczyszczać. W takim przemyśle i w takiej sztuce jest nadzieja na przyszłość – inaczej przyszłości może nie być wcale. 

„Zjadacz Kurzu. Miejska Rzeźba Puryfikacyjna” (2017).

  1. Kultura

Banksy - gdy płótnem staje się miasto

Kadr z filmu Banksy'ego
Kadr z filmu Banksy'ego "Exit Through the Gift Shop", który w 2011 roku dostał nominację do Oscara. (Fot. BEW Photo)
Banksy - najpopularniejszy streetartowiec, którego nikt nie zna z imienia i nazwiska. I chociaż nikt nie wie jak wygląda, każdy rozpozna jego twórczość. Czy nie o to właśnie chodzi w sztuce? 

Choć wydawać by się mogło, że twórca we współczesnym świecie nie może być anonimowy, on udowadnia, że jest to możliwe nawet wtedy, gdy jego prace warte są miliony. Banksy - współczesny król sztuki ulicznej. Nieuchwytny, niewidzialny, intrygujący, bezczelnie kpiący z otaczającej nas rzeczywistości. Od 12 lutego w warszawskim centrum "Koneser" odbędzie się wystawa „The Art of Banksy. Without Limits” - pierwszy w Polsce tak duży pokaz prac brytyjskiego artysty. Pokaz pożądany przez wszystkich, z wyjątkiem samego Banksy'ego.

Grafficiarz z Bristolu

Spekulacje na temat jego prawdziwego imienia i nazwiska nie mają końca. Według gazety „The Guardian” za pseudonimem kryje się Robert Banks, według „The Mail on Sunday” - Robin Gunningham, inne źródła mówią, że to Robin Banksy, a jeszcze inne, że stoi za nim zespół siedmiu artystów. Podejrzenia wzbudziło również nazwisko niejakiego Stephena Lazaridesa, przez którego została zarejestrowana oficjalna strona internetowa Banksy'ego. Mężczyzna jednak utrzymuje, że jest jedynie menedżerem artysty. Na nic zdają się również wszelkie, pojawiające się wręcz regularnie, doniesienia brytyjskich gazet, jakoby udało się sfotografować prawdziwego Banksy'ego, bowiem żadne z owych zdjęć nie zostało oficjalnie potwierdzone. Co więcej, artysta co jakiś czas udziela wywiadów, najczęściej telefonicznych bądź mailowych, w których to wytyka i wyśmiewa zainteresowanie mediów jego osobą.

O genezie twórczości Banksy'ego wiadomo tyle, że rozpoczął pracę jako niezależny artysta graffiti w Bristolu, swoim rodzinnym mieście, na początku lat 90. Jego charakterystyczną technikę szablonu miał rozpocząć pewien incydent, kiedy to wraz z grupą ulicznych artystów został przyłapany przez policję podczas malowania graffiti na pociągach. By uniknąć starcia z mundurowymi, Banksy schował się pod jednym z wagonów i spędził tam kilka godzin, wpatrując się w numer seryjny wagonu, który został naniesiony właśnie poprzez szablon. Miało go to zainspirować do techniki, która teraz pozwala mu pozostać niezauważonym, tworzyć błyskawicznie, w praktycznie każdych okolicznościach i stać się jego wizytówką.

Podobnie jak wielu artystów ulicznych, na początku swojej artystycznej drogi przyjmował często powtarzające się motywy, takie jak małpy, policjanci, żołnierze, buntownicy, dzieci i osoby starsze, aby zaznaczyć obecność swojej twórczości w przestrzeni publicznej. Rozprzestrzeniając te ikoniczne wizerunki w okolicach Bristolu i Londynu, szybko zyskał uwagę środowiska streetartowców i... ludzi na niemal całym świecie.

Pierwsze, legalne dzieło sztuki ulicznej

Płótnem Banksy'ego jest miasto, a motywem przewodnim jego twórczości ważne wydarzenia, dziejące się w Wielkiej Brytanii i na całym świecie. Jednym z jego pierwszych, szeroko komentowanych murali był namalowany w 1997 roku nad reklamą biura prawniczego na Stokes Croft w Bristolu "The Mild Mild West". Mural przedstawiał misia rzucającego koktajlem Mołotowa w trzech policjantów i został wykonany w odpowiedzi na bardzo głośną akcję policji przeciwko młodzieży.

Lata 2000 to ewolucja twórczości Banksy'ego. Artysta zaczął umieszczać swoje prace w coraz bardziej ryzykownych miejscach, a obok "szablonowania" ulic przeszedł do tworzenia ironicznych, zaangażowanych politycznie i społecznie projektów, dzięki którym zainteresowanie wokół niego rosło.

Wraz z każdym swoim dziełem zyskiwał coraz większe grono miłośników, co świetnie obrazuje historia wokół malunku pewnego nagiego mężczyzny zwisającego z okna. Bowiem w 2006 roku, na bocznej ścianie kliniki zdrowia seksualnego w Bristolu, Banksy stworzył graffiti, przedstawiające nagiego mężczyznę wiszącego na parapecie okna, przez które wygląda mężczyzna w garniturze i kobieta w bieliźnie. Kontrowersyjny mural sprawił, że władze miejskie przeprowadziły sondaż wśród mieszkańców, w wyniku którego 97 proc. głosujących nie chciało, by graffiti zostało usunięte. Mural otrzymał więc oficjalne pozwolenie i ochronę retrospektywną, mimo że zawiera nagość, i tym samym stał się pierwszym legalnym dziełem sztuki ulicznej w Wielkiej Brytanii.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Visit Bristol (@visitbristol)

Co jeszcze "zmalował" Banksy? W 2004 roku wytworzył serię dziesięciofuntowych banknotów, na których wizerunek królowej Wielkiej Brytanii zastąpił obrazem księżnej Diany. Zmienił też tekst widniejący na banknocie - z "Bank of England" na "Banksy of England". Pieniądze te zostały rozrzucone podczas Notting Hill Carnival. Rok później ukradkiem zamieścił własne, zmodyfikowane wersje wielkich dzieł sztuki (np. obraz Warhola w puszce na zupę) w Museum of Modern Art, Metropolitan Museum of Art, American Museum of Natural History na Manhattanie i Brooklyn Museum na Brooklynie.

Innym razem umieścił 500 sztuk debiutanckiego albumu Paris Hilton w 48 różnych sklepach muzycznych w Wielkiej Brytanii, które to zawierały punkowe, sparodiowane wersje jej utworów i zmienioną okładką. Na okładce piosenkarka wyglądała na nagą, w środku były jej zdjęcia z doklejoną głową psa czy wysiadającą z luksusowego samochodu w miejscu, gdzie spali bezdomni ludzie. Do fotografii dołączony był podpis: "90% of success is just showing up" (ang. 90% sukcesu to po prostu pokazywanie się).

Ważny, streetartowy głos

Jego prace to nie tylko wyśmiewanie rzeczywistości. Banksy dobitnie wyraża swoją opinię na temat wyniszczającej siły kultury popularnej, wyśmiewa sztukę jako towar, krytykuje kapitalizm, kpi z władzy i systemu. Jednocześnie jednak apeluje o empatię i poszanowanie dla innych ludzi, porusza i chce inspirować do głębszych przemyśleń. Jest ważnym głosem społecznym, pragnie dawać dobry przykład.

W 2009 roku, podczas konferencji ONZ dotyczącej zmian klimatu, Banksy namalował cztery murale na temat globalnego ocieplenia. Jeden z nich zawierał sformułowanie: "Nie wierzę w globalne ocieplenie", zatopiony w wodzie. Innym razem, w londyńskim ogrodzie zoologicznym, Banksy wspiął się na wybieg dla pingwinów i namalował 7-metrowymi literami napis: "Nudzą nam się ryby". Natomiast w zagrodzie dla słoni napisał: "Chcę wyjść. To miejsce jest zbyt zimne".

Spróbował też swoich sił w filmie. W 2010 roku zatrudnił aspirującego artystę ulicznego Thierry'ego Guettę (teraz znanego pod pseudonimem Mr. Brainwash) jako asystenta i dokumentalistę podczas kilku wizyt w Los Angeles. Podróż ta stała się głównym tematem dokumentu Banksy'ego z 2010 roku: "Exit Through the Gift Shop", który dostał nominację do Oscara.

https://www.youtube.com/watch?v=a0b90YppquE&feature=emb_title

Natomiast najnowsze prace Banksy'ego to jego interpretacje pandemicznej rzeczywistości. Tak oto powstało graffiti, na którym szczury dewastują łazienkę, opatrzone podpisem: "Moja żona nienawidzi, kiedy pracuję z domu". Szczury brytyjskiego artysty wkradły się również do londyńskiego metra. Tam jeden z nich unosi się na maseczce, inny kicha, a kolejny rozpyla płyn do dezynfekcji - graffiti miało zachęcić do noszenia maseczek w miejscach publicznych. Największe emocje wzbudziło jednak dzieło Banksy'ego, które stworzył w szpitalu uniwersyteckim w Southampton na południu Anglii, w podziękowaniu pracownikom medycznym. „Game Changer”, bo tak artysta nazwał obraz, to czarno-biały szkic o powierzchni metra kwadratowego. Przedstawia chłopca bawiącego się figurkami superbohaterów – Spidermana, Batmana i… pielęgniarki, która, ubrana w pelerynę, przypomina Supermana.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Banksy (@banksy)

Murale warte miliony

Choć sam kpi z rynku sztuki, jego prace sprzedają się za miliony. Najdobitniej pokazał to incydent z 2018 roku, podczas licytacji w brytyjskim domu aukcyjnym Sotheby’s. Do licytacji zostało tam bowiem przekazane jedno z najbardziej rozpoznawalnych dzieł artysty - "Dziewczynka z balonem". Szablon z dziewczynką, wypuszczającą balon w kształcie serca, został sprzedany za ponad milion funtów. W momencie, gdy aukcja się zakończyła, obraz powoli zaczął zsuwać się do niszczarki, którą Banksy ukrył w ramie. "Dziewczynka z balonem" została zniszczona do połowy, a kolekcjonerka sztuki, która wygrała licytację, postanowiła zapłacić za obraz ustaloną cenę.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Banksy (@banksy)

Performance ten sprawił, że Banksy stał się artystą cenionym na całym świecie - zarówno przez znawców sztuki, jak i "zwykłych" ludzi. Pragnienie poznania jego tożsamości zostało zastąpione uznaniem tak ogromnym, że jego sztuka zaczęła osiągać niebotycznie ceny na aukcjach, a dzieła są kupowane zarówno przez kolekcjonerów, jak i celebrytów. Jego dzieło "Show Me the Monet", odnoszące się do słynnego impresjonistycznego obrazu Claude'a Moneta, sprzedano na aukcji za 7,6 miliona funtów. Z kolei "Devolved Parliament", obraz przedstawiający brytyjskich polityków jako małpy debatujące w Izbie Gmin w przeddzień brexitu, został sprzedany za 9,9 mln funtów.

Banksy stał się tym samym jednym z pierwszych artystów ulicznych, którzy są częścią komercyjnego rynku sztuki, czyli świata, którego on sam szczerze nienawidzi. "Sukces komercyjny to znak porażki grafficiarza" - mówi i, by podkreślić swój sprzeciw, sprzedaje swoje prace na ulicznym targu za symboliczne 60 dolarów i przeznacza je na aukcje charytatywne.

Nie zgadza się również na wszelkie biletowane wystawy swoich prac, a taka odbędzie się od 12 lutego w warszawskim centrum "Koneser". Bilety na wystawę “The Art of Banksy. Without Limits” mają kosztować od 30 zł (dla dzieci) po 60 zł (dla dorosłych). Czy więc uczestnictwo w wystawie prac zbuntowanego artysty, przeciwko której opowiada się on sam, można definiować jako wyraz uznania dla jego twórczości?

  1. Kultura

Przypadek uroczej kaczuszki

Sydney Festival (2013). „Gumowa kaczka” Florentijna Hofmana w zatoce Darling. (Fot. Getty Images)
Sydney Festival (2013). „Gumowa kaczka” Florentijna Hofmana w zatoce Darling. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
To tylko zabawki? Sztuka czasem tworzona jest po to, by przynieść ludziom trochę radości. Nie dajcie się jednak zwieść. Wiele dzieł, które wydają się niewinne, wcale takie nie jest. Dzieci bawią się przecież, symulując świat dorosłych. A temu światu daleko jest do niewinności.

Był rok 2007, kiedy w kurorcie Saint-Nazaire u ujścia Loary do Atlantyku pojawiła się kaczuszka. Nie pisklę, ale zabawka – żółta gumowa kaczuszka kąpielowa. Ten konkretny egzemplarz był wielkości sporego budynku, liczył sobie 26 × 20 × 32 metry. Jej pojawienie się zostało powitane z entuzjazmem przez zgromadzone na nabrzeżu tłumy, zaś kaczuszka popłynęła majestatycznie w górę rzeki, ku odległemu o 40 kilometrów miastu Nantes. Kiedy na horyzoncie pojawia się coś tak niebywałego i absurdalnego jak gumowa kaczuszka wielkości biurowca, trzeba brać pod uwagę, że możemy mieć do czynienia ze sztuką współczesną. Faktycznie, za pojawienie się gigantki w delcie Loary odpowiedzialny był holenderski rzeźbiarz Florentijn Hofman (rocznik 1977). Sukces, jaki odniósł we Francji, otworzył wrota do wielkiej kariery zarówno przed nim, jak i przed jego żółciutkim, monumentalnym dziełem. Kaczuszka odwiedziła od tamtego czasu między innymi: São Paolo, Auckland w Nowej Zelandii, belgijskie Hasselt, Pittsburgh w Pensylwanii, Sydney, Baku, Los Angeles i Santiago de Chile. Trzeba tu podkreślić, że po świecie podróżuje koncept kaczuszki, a nie konkretna rzeźba. Dzieło Hofmana przeznaczone jest do jednorazowego użytku. Ten prosty w formie żółty ptaszek jest tak naprawdę dość skomplikowanym przedsięwzięciem inżynieryjnym. Nadmuchiwane ciało wspiera się na systemie pontonów wyposażonych w silniki i układ sterowania. Z czasem powietrze nieuchronnie uchodzi z rzeźby. Zdarzało się też, że kres jej majestatycznemu rejsowi kładli nieżyczliwi ludzie lub zdarzenia losowe. W Belgii kaczuszkę zaatakowali wandale, na Tajwanie uszkodziło ją trzęsienie ziemi, w Chinach – porwała powódź. Florentijn Hofman podkreśla, że efemeryczny charakter instalacji zabezpiecza ją przed komercjalizacją. Rzeźbiarz odmawia sprzedaży kaczuszki kolekcjonerom, nie pozwala jej eksponować w muzeach, a zyskami ze sprzedaży gadżetów towarzyszących prezentacji wielkiej kaczki (na przykład małymi gumowymi kaczuszkami) dzieli się z organizacjami non profit w mieście, w którym pokazuje swoje dzieło.

Z perspektywy podłogi

Na fali powodzenia „Gumowej kaczki” Hofman zaczął konstruować inne publiczne rzeźby przedstawiające zabawki. Na Tajwanie pokazał „Księżycowego królika”, który wzrostem dorównywał King Kongowi. Dla chińskiej metropolii Shenzhen stworzył „Krakena” służącego jako plac zabaw dla dzieci. Pytany, dlaczego tworzy kolejne ogromne zabawki, odpowiada, że jako młody projektant i artysta potrafił pracować 20 godzin na dobę i po prawdzie niczego poza pracą nie widział. Tak było do czasu, kiedy urodziły mu się dzieci. Musiał wówczas, jak mówi, dosłownie paść na kolana i zobaczyć rzeczywistość z punktu widzenia swoich pociech, czyli z perspektywy podłogi. W dziecięcym pokoju podłoga okazała się zarzucona zabawkami. Hofman zachwycił się tym pejzażem, zobaczył w nim krajobraz utraconej niewinności, kreatywności i fantazji. „Wow, to jest wspaniałe! – wspomina swoją emocję rzeźbiarz. – Ja będący wielkim dzieckiem porozrzucam moje rzeźby, moje zabawki, po całym świecie!”.

„Moon Rabbit” Hofmana, mierzący 25,3 metra. (Fot. Forum) „Moon Rabbit” Hofmana, mierzący 25,3 metra. (Fot. Forum)

Publiczność kocha jego instalacje, w samym Pittsburghu „Gumową kaczkę” obejrzało milion ludzi. Nic dziwnego, że artystę kochają również sponsorzy, władze miast i organizatorzy festiwali sztuki w przestrzeni publicznej. Za to krytycy kochają Holendra mniej żarliwie. Zarzucają mu, że jego instalacje infantylizują ideę sztuki publicznej i są jedynie pustą rozrywką. Bo jakie znaczenie niesie ze sobą dryfująca na falach gumowa kaczka? Hofman w pewnym sensie potwierdza te zarzuty. Deklaruje, że jego kaczka rzeczywiście nic nie znaczy. Nie ma rasy, płci, nie kryje żadnej metafory, nikogo nie wyklucza, wszystkich zaprasza do zabawy. Istnieje po to, by dać ludziom chwilę radości. Tylko tyle i aż tyle.Nie prowokuje żadnych politycznych skojarzeń. Doprawdy? Wyobraźmy sobie, że Hofman, który jak dotąd nigdy nie przybył ze swoimi pracami do Polski, puszcza swoją gigantyczną gumową kaczuszkę na Wisłę, po czym płynie ona przez Polskę 2021 roku. Trudno byłoby znaleźć koncept, który wybrzmiałby u nas bardziej politycznie. Kaczuszka znalazłaby się momentalnie na pierwszej linii frontu w konflikcie, który dzieli polskie społeczeństwo. Rację mają bowiem ci, którzy twierdzą, że sztuka ostatecznie zawsze okazuje się polityczna. Podobnie jak zabawki nigdy nie są do końca niewinne. Hofman nie jest przecież pierwszym artystą, który wprowadził je do sztuki. Twórcy sięgali po nie często, ale zwykle w celu wciągnięcia nas w zabawy o przewrotnym, politycznym właśnie, a nawet mrocznym charakterze.

Bezlitośnie doskonałe

Hofmana porównuje się często z Jeffem Koonsem. Nie bez racji, bo amerykański gwiazdor słynie z tworzenia rzeźb przedstawiających zabawki. Pieski i króliki z baloników, maskotki i przytulanki odlewa najchętniej z nierdzewnej stali, pokrytej przemysłowymi lakierami.

Jeff Koons „Rabbit”. (Fot. BEW) Jeff Koons „Rabbit”. (Fot. BEW)

Podobnie jak prace Hofmana, te infantylne, a zarazem luksusowe, bezlitośnie doskonałe i nieznośnie ładne dzieła nie znaczą nic. W odróżnieniu od Hofmana amerykański rzeźbiarz sugeruje jednak, że nie ma się z czego cieszyć. Jego twórczość, świadoma celebracja kiczu, poświęcona jest pustce, która kryje się za błyszczącymi powierzchniami konsumpcyjnej kultury. W podobnym sposób bawi się zabawkami kalifornijski prowokator i skandalista Paul McCarthy. Artysta uwielbia używać kukiełek oraz infantylnej estetyki do inscenizowania groteskowych, obscenicznych instalacji, filmów wideo oraz performance’ów, złośliwie, ale celnie przedrzeźniających współczesną rzeczywistość.

Paul McCarthy „Tomato head (Green)”. (Fot. Art Basel) Paul McCarthy „Tomato head (Green)”. (Fot. Art Basel)

W świat zabawek zabiera też swoją publiczność jeden z najgłośniejszych współczesnych artystów japońskich – Takashi Murakami. Niekoniecznie chodzi o publiczność dziecięcą. Japoński gwiazdor eksploruje raczej uniwersum tak zwanych kidultów – dorosłych dzieci, (nie)dojrzałych ludzi pogrążonych w świecie gadżetów, komiksów, mangi oraz erotycznych fantazji, które zastępują realne związki i międzyludzkie relacje. Łatwiej jest przecież funkcjonować w świecie fikcji, lalek, powabnych superbohaterek i seksualnych wyobrażeń niż w prawdziwym życiu.

Takashi Murakami „Nurse Ko2”. (Fot. East News) Takashi Murakami „Nurse Ko2”. (Fot. East News)

Najsłynniejszą zabawką, którą dostaliśmy w prezencie na gruncie współczesnej sztuki polskiej, jest słynna praca „Lego. Obóz koncentracyjny” Zbigniewa Libery – zestaw najsłynniejszych klocków świata, z których można ułożyć tytułową instytucję Zagłady. Czy w naszym kraju wszystko, nawet zabawki, muszą kojarzyć się z wojną, traumą, obozami? To osobna kwestia, ale w pracy Libery nie chodzi wyłącznie o polski kontekst. Rzecz jest bardziej uniwersalna: klocki, podobnie jak cegły, to tylko materiał budowlany, można z nich postawić szpital albo szkołę, ale można też wznieść z nich obóz. Albo jego model. Zło, tyrania i przemoc kryją się za cukierkową fasadą, którą lubimy pokazywać dzieciom. Jak jednak wiadomo, dzieci oszukać jest znacznie trudniej niż dorosłych. Nic dziwnego, że ani zabawy, ani też zabawki nigdy do końca niewinne nie są.

Zbigniew Libera „Lego. Obóz koncentracyjny”. (Fot. East News) Zbigniew Libera „Lego. Obóz koncentracyjny”. (Fot. East News)

Sztuka bywa niefrasobliwa, jak sztuka Florentijna Hofmana, który pragnie jedynie dać swojej publiczności chwilę frajdy. Co innego zabawki – to są poważne rzeczy. Nawet tak urocza kaczuszka, która w intencji rzeźbiarza miała być po prostu wielką gumową kaczuszką i niczym więcej, w każdej chwili gotowa jest nabrać znaczenia. Wystarczy umieścić ją w odpowiednim kontekście, o czym Florentijn Hofman przekonałby się bez wątpienia, gdyby pewnego dnia przybył ze swoją słynną instalacją do naszego kraju.