1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wywiad z Marcinem Świetlickim

Wywiad z Marcinem Świetlickim

fot.Patryk Lewandowski/commons.wikimedia.org
fot.Patryk Lewandowski/commons.wikimedia.org
Miłość jest ważna? – pyta Robert Rient. – Pewnie mógłbym bez niej żyć, ale nie próbowałem – odpowiada Marcin Świetlicki.

Dwa lata był pan w wojsku i dwa lata pracował w telewizji, czy te doświadczenia jakoś się łączą?

Zaczynamy od najgorszych traum, dobrze. To gehenna była, w obu przypadkach. Chociaż w telewizji trochę gorzej, bo w wojsku pod koniec służby już nic nie robiłem, leżałem, jadłem i goniłem młodych. Oczywiście są ludzie, którzy zarówno w wojsku, jak i w telewizji czuliby się wyśmienicie. Ale ja nie mam takiej mentalności. Jak się kończyły wakacje i zbliżał się moment, kiedy znowu trzeba było jechać do Warszawy, do tego Pegaza, robiłem się chory. W tak krańcowych sytuacjach, jak Ludowe Wojsko Polskie czy TVP, z ludzi wychodzą potwory.

Nie byłem w wojsku, jaką krzywdę tam robią?

Wydaje się, że nikt nie był, tylko ja i Lech Janerka. Jakby wszystkim udało się go uniknąć. To kto tam służył? Jakieś widma? Znęcali się tam nad człowiekiem. Tak samo jest na etacie. Nienawidzę instytucji, histerycznych przełożonych, którzy mnie gdzieś tam wysyłają, wydają polecenia, to jakiś koszmar.

Bo szatan pisze imejle, daje dyplomy i urlop?

Szatan! Ma się rozumieć!

Nadal uważa pan, że chodzenie do pracy powoduje, że się nie ma pieniędzy?

Oczywiście. Przez lata chodzenia do „Tygodnika Powszechnego” musiałem wynajmować zastępcę, zapłacić mu, by móc wyjechać i zagrać koncert, przez to miałem coraz mniej czasu i pieniędzy. Praca często powoduje, że jest się bez grosza.

Żałuje pan, że na prośbę Jolanty Fajkowskiej przed nagraniem w telewizji poszedł wytrzeć zabłocone buty?

Teraz już bym tego nie zrobił, to się stało przez zastraszenie. W tym programie i tak moich butów nie było widać. Poza tym ja nie poszedłem w brudnym obuwiu, to dookoła telewizji było błoto.

Zagrał pan główną rolę w „Małżowinie” Wojtka Smarzowskiego, nie chciałby pan powtórzyć tego doświadczenia?

Później zagrałem jeszcze w „Weselu”, ale mnie wycięli. Niedawno Smarzowski zaproponował mi, żebym zagrał menela w „Pod mocnym aniołem”. Teraz tylko w takiej roli mnie widzą, menela, który siedzi w knajpie, pije wódkę, pali papierosy, a czasem wierszyk powie. Podobno to rola w sam raz dla mnie, ale ja nie chcę.

Wolałby pan zagrać amanta?

Bardzo chętnie. Albo kosmonautę.

To porozmawiajmy o miłości, co z panem i Isabelle Adjani?

Byłem jej długo wierny, nadal na mnie działa, ale teraz jestem związany z zielonooką szatynką. Moja żona była ruda. Zawsze podobały mi się ciemnookie i ciemnowłose kobiety. Moje gusta to jednak bardzo duży rozrzut.

Miłość jest ważna?

Chyba tak. Pewnie mógłbym bez niej żyć, ale nie próbowałem.

A pan pozwala się kochać?

Raczej jestem okropny. Zazwyczaj rozstawałem się z tego powodu, że jestem tyranem, bo niestety wszystko podporządkowuję temu, że piszę. To jest ważniejsze od życia codziennego, obowiązków, bycia normalnym obywatelem, partnerem.

Ma pan dobre życie?

Ja się cieszę, inni niby mi zazdroszczą, ale nikt by się nie chciał ze mną zamienić. Ustawiłem sobie rzeczywistość tak, że jest mi dobrze. Niczego tak naprawdę od nikogo nie chcę i staram się, by nikt nie chciał niczego ode mnie.

Co najgorszego może zrobić mężczyzna?

Pisać felietony. Równie złe jest bycie hyclem, akwizytorem, komornikiem i sekretarzem starego poety. To jest pięć najgorszych zawodów.

A dlaczego nie lubi pan teatru?

Bo tam kurwa i szatan rządzi. Nie lubię tam chodzić, tam się nie pali, trzeba się grzecznie zachowywać, biegają aktorzy, którzy nie są za mądrzy, a mówią mądre rzeczy. Dokładnie jak w kościele. Jak ja wiem, że taki aktor nie ma nic do powiedzenia, a nagle dobrze gada, to wiadomo, że kłamie. Gdyby mówili własnym tekstem i opowiadali o swoim życiu, to bym chodził. Co innego w filmie. W filmie jest magia, są widma, które się snują po ekranie, niektórzy już nie żyją, a są w filmie. A taki aktor w teatrze zawsze musi być żywy i potem widzę go na ulicy, Hamletem jeszcze przed chwilą był, a teraz się pyta, jak się podobało.

Faktycznie przesada. Kogo pan zatem lubi?

Lojalnych i tych, co mają coś mądrego do powiedzenia, i tych, co mają poczucie humoru. Kobieta, jak nie ma poczucia humoru, to powinna umrzeć, natychmiast. A jak już nie ma poczucia humoru, to chociaż niech ma wyobraźnię, kobiety z wyobraźnią są w porządku. A i jeszcze subtelność…

A wyglądać nie musi?

Musi, ale niekoniecznie. Żeby oczy miała mądre, to wystarczy. Bo kobieta z głupimi oczami to też nie za dobrze.

Podobno bez psa nie potrafi pan wstawać z łóżka?

Od prawie 10 lat jestem człowiekiem bezrobotnym, od roku mieszkam sam, przedtem aż 25 lat mieszkałem z kobietami, nagle bez. Jest trochę smutniej, trochę trudniej, ale ciekawiej. Mogę wyjść w nocy, spotkać się z kolegami, nikt na mnie nie czeka, nie czuję się rozdwojony. Teraz moja suka organizuje mi życie, trzeba jej dać jeść, wyprowadzić, jest po co wstawać. Z psem można pogadać, pies to człowiek jest. Nazywa się Nico, skrót od nikotyny. Tak naprawdę to nie jestem sam, jest ona, jednak potrzebny jest mi ktoś, kto organizuje mi życie, kogo można kochać.

Wychodzi na to, że bez miłości nie umie pan żyć.

Nadużywamy tego słowa. Trochę się już przetarło. A nie mamy żadnej definicji, co to jest.

Jak pan wspomina dzieciństwo?

Samotny dosyć byłem jako dziecko i nastolatek. Dopiero mając około 30 lat, zacząłem funkcjonować w społeczeństwie, ale przydało mi się to. Dużo czytałem i pisałem, ale nie pamiętam przygód z innymi ludźmi. To był wybór, nie umiałem funkcjonować w grupie. Wiele godzin spędzałem na strychu ze starymi gazetami, dziwnymi przedmiotami albo w ogrodzie. Rodzice trochę się martwili, ale ja rozwijałem się wtedy właśnie najbardziej. Są dosyć konserwatywni, nie było żadnego spoufalania, mało czułości, bez jakiegoś tam głaskania, nie brakowało mi tego. To nie były zimne kontakty, ale w ustalonych granicach.

Z synem ma pan podobnie?

Mówi do mnie „ojcze”, ja do niego „synu”, nie ma spoufalania, chociaż piliśmy razem wódkę i paliliśmy papierosy. Matka mojego dziecka uważa, że jestem koszmarnym ojcem. Problem polega na tym, że ona zajmuje się kwestiami materialnymi, konkretami, ja zajmuję się jego duchem. Mamy kontakt, on jest już dorosłym człowiekiem, potrzebuje ode mnie pożyczyć książkę, płytę, pieniądze, pogawędzić o sprawach kulturalnych, ale nie zwierza mi się. Bo się boi, że go obśmieję, dlatego przede mną gra twardziela.

Były oczekiwania wobec pana, że pan się skończy, zabije, nakład książek wzrośnie, wydawcy zarobią, a pan nie chce umierać. Nobel będzie?

Powoli wszyscy się przyzwyczajają do tego, że jednak nie umrę zbyt szybko. A Nobel będzie w 2030, to już jest pewne.

Przecieki jakieś były?

Horoskop, wróżba, mam otrzymać potworną ilość pieniędzy dzięki twórczości, no to co innego? Nie będę jednak czekał, ale dalej pisał, bo za coś tego Nobla trzeba dostać.

Na pierwszym pana występie w pierwszym rzędzie siedzieli Miłosz i Szymborska, podobno nie podobało się im. Jak pan to wspomina?

Z reguły nie widzę publiczności, zapadam się w sobie. Miłosz po koncercie stwierdził, że zna już takie rzeczy z Ameryki. Kamera zarejestrowała, że drę się do mikrofonu, a publiczność wpada w potworny popłoch. Jakieś starsze panie, jacyś zakonnicy zatykali uszy. To, co zrobiłem, wielu zabolało.

Czym się pan różni od siebie debiutującego ponad 20 lat temu?

Jestem trochę mądrzejszy, ale w środku czuję się tak samo, przyszło po prostu więcej doświadczeń. Jak się miało tysiąc narzeczonych, to się trochę wie o kobietach, jak się pochowało psa, to się trochę wie o miłości, jak się było w wojsku, to się wie o ludziach.

Dlaczego nie używa pan telefonu komórkowego?

Gdybym miał, to właśnie teraz by do mnie dzwonili z jakimiś pierdołami. Strasznie dużo czasu się marnuje, mając telefon. Stacjonarny kiedyś miałem, ale przestałem odbierać, bo najczęściej dzwonili z jakimiś pierdołami. Teraz nie mam. Mam pewne zabobony, jestem uparty, czasami wydaje się to irracjonalne, ale wielu rzeczy nie chcę i nic mnie nie zmusi, to często są drobiazgi, szczegóły. Niechęć do posiadania auta taka jest, chociaż mam prawo jazdy. W życiu bym nie założył własnej firmy.

Pan jesteś chaotyczny?

Kompletnie nie, jestem suchy, kostyczny, lubię robić plany, określać granice. Nie umiem sprzątać, ale to nie znaczy, że nie jestem poukładany.

Czym są białe przepaście?

To stary wiersz. Myślę, że chodzi o lęk przed śmiercią, przed wpadnięciem do dziury, do której jak się wpadnie, to nie ma już wyjścia. Wraca do mnie często taki sen: wchodzę do góry, po schodach, jakichś pudełkach, kartonach, uprawiam senną wspinaczkę, wydobywam się, nie wiem skąd. Czasami dźwigam na rękach moją sukę, muszę gdzieś dojść, zawsze do góry, wychodzę z przepaści. Możliwe, że są to właśnie białe przepaście.

Płacze pan?

Czasami łzy stają mi w oczach, zdarza się, że w kinie, ale to nie jest płacz. Widziałem niedawno dokument o małym słoniku, którego matka umarła i on tak chodził wokół jej truchła, był mały i bezradny, i próbował obudzić matkę. Dzieci i zwierzęta są wzruszające. Ale nie jestem typem wzruszającym się, w ogóle nie nadaję się na ulubieńca publiczności, nie chciałbym być grzeczny, miły dla wszystkich, nie chciałbym być kochany przez biskupów i gospodynie domowe czy dzieci w wieku przedszkolnym. Taki pan Bogusław Linda, jak on cierpi przez sławę, wszyscy go lubią, a jak ktoś go nienawidzi, to z powodu miłości tak naprawdę. Ci ludzie zaczepiający go na ulicach…

Do pana nie podchodzą?

Czasami. To nie ten kaliber. Zdarza się, że siedzę sam przy stoliku w lokalu i ktoś zaczepia mnie pytaniem, czy jestem w nastroju przysiadalnym.

I co pan mówi?

Wypierdalaj. Ludzie są banalni. Męczy mnie też, jak podchodzą i wódkę chcą mi stawiać, bo jakiś wiersz im się spodobał. Ale nowych interesujących ludzi lubię poznawać, euforię zazwyczaj mam, dopiero później się nacinam. Najczęściej tak jest z kobietami, jestem nakręcony, mówię wszystkim, że poznałem przepiękną i mądrą kobietą, a później się okazuje, że wcale nie jest przepiękna ani mądra.

Wiersze to forma terapii?

Tak, wszystko, co robię, to forma autoterapii. Wyznaczam sobie często takie intuicyjne, wewnętrzne cele. W zeszłym roku przeżywałem rozstanie, porzucenie – i dopiero jak napisałem o tym w książce, mogłem o tym innym opowiadać. Gdybym nie uczestniczył w tragediach, gorzej bym pisał.

Wiersze pisze pan z taką samą zawziętością?

To się zmienia, w zeszłym roku napisałem prawie setkę wierszy, większość dobrą, a w tym roku jeden, kiepski. Szczęście daje mi pisanie prozy, potrzebne jest do tego wyciszenie, wysiłek. Wiersze piszą się same, przychodzą do głowy na ulicy, jak się obudzi w nocy, innym otworem przychodzą niż proza, wiersze to nie jest praca. Którejś nocy jesienią napisałem siedem wierszy, ale to nie znaczy, że miałem natchnienie, zrzuciłem je po prostu z głowy. I wszystkie dobre się okazały.

Marcin Świetlicki (ur. 24 grudnia 1961 roku w Lublinie) – poeta, powieściopisarz, wokalista zespołu Świetliki. Laureat wielu nagród literackich, m.in. Nagrody Kościelskich, Paszportu Polityki (odmówił przyjęcia), kilkakrotnie nominowany do nagrody Nike. W 2009 roku otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia w kategorii proza za kryminał „Jedenaście”. W 2012 roku uhonorowany nagrodą Silesius za całokształt twórczości. Debiutował w 1992 roku tomem poezji „Zimne kraje”. Ostatnio wydał zbiór wierszy „Jeden”. Jesienią ukaże się nowa płyta zespołu Świetliki „Sromota”.

fot.Patryk Lewandowski/

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze