1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Babki, prababki i JA w książce „Pokolenia”

Babki, prababki i JA w książce „Pokolenia”

</a>
Czy wracając do losów swoich przodkiń, wzmacniam się? Czy życie prababek wpłynęło na mój portret? Na pewno zawsze mogę zapytać, co bym od nich wzięła, a czego nie chcę powtarzać. - O postaciach ze swojej książki opowiada Katarzyna Droga.

Jednymi z najprzyjemniejszych zdarzeń, jakie spotkały mnie po napisaniu książki o dziejach rodziny, były listy i zwierzenia w rodzaju: „całą noc oglądałam rodzinne albumy…”, „odgrzebałam stare listy…”, „wypytuję dziadków, jak to było, i zapisuję, zapisuję...”. Myślę, że mamy naturalną potrzebę poznania swoich korzeni. Czujemy się pewniej, wiedząc, kto za nami stoi. W dodatku to, jakie były nasze przodkinie, nie pozostaje bez wpływu na naszą osobowość.

Czy to prawda, że córki energicznych matek są zazwyczaj potulne i mało zorganizowane? Co jeśli babkę dziadek porzucił – czy rodzinna opowieść spowoduje nieufność wnuczki wobec mężczyzn? Czy prawdą jest, że czasami w swoim życiu realizujemy niespełnione marzenia naszej matki, babki, a nawet prababki? Potwierdzają to zjawisko tak jak i trenerzy zajmujący się ustawieniami rodzinnymi, chociaż wskazują różne źródła. Ja myślę, że na mój portret w jakiś sposób wpłynęły wszystkie kobiety z rodziny.

Opisałam je w książce Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca” (kup książkę). Zapytano mnie, czy wracając do ich losów, odtwarzając osobowości, wzięłam od nich coś dla siebie. Pytanie to uruchomiło we mnie taką refleksję: czego im zazdroszczę, czego mi brak, co bym od nich wzięła? I zawsze mogę zapytać: co w takiej sytuacji zrobiłaby na przykład…?

Prababka Kamila

Prababka Kamila to piękne wspomnienie z dzieciństwa… mojej mamy. Dom był wielopokoleniowy, babcia Kama wychowywała małą Jankę niemal od urodzenia, bo rodzicom sypnęły się następne dzieci, a pracy w gospodarstwie było dużo. Wspomnienie babci Kamili było dla mojej mamy wspomnieniem domu – zapachu ziół z szuflad z bielizną, kwiatów z ogrodu i szelestu miękkich spódnic. Kamila pochodziła z miasta, z dobrego domu, była wykształcona i dobrze wyposażona, ale od urodzenia głucha, i dlatego wyszła za mąż za pradziadka Teofila, mocno starszego od niej gospodarza. Nie miała innych szans na zamążpójście. Być może zostawiła gdzieś w mieście młodzieńczą miłość, ale potrafiła sobie ułożyć życie na tej dalekiej wsi, stworzyć świat wokół Białego Domku, pielęgnować ogród i żyć zgodnie z kolejnymi porami roku. Jej receptą była zapewne aktywność. Wzięła się energicznie do gospodarowania i zarządzała domem, nawet gdy jej dzieci były już dorosłe. Zawsze, kiedy mama oddawała się wspomnieniom i opowiadała o dawnych czasach, wyobrażałam sobie ciemnowłosą Kamilę jako surową starszą damę, musztrującą służącą Albertę, którą potem spotkał taki okropny los…

– Była z niej córeczka tatusia, tak jak z ciebie – mawiała do mnie mama i czułam wówczas z Kamilą więź, zwłaszcza że i jej ojciec – jak mój – był lekarzem…

Czego jej zazdroszczę, co bym od niej wzięła? Musiała żyć w swoim zamkniętym świecie, a jednak kontrolowała ten zewnętrzny. Chciałabym być tak zaradna!

Prababka Michalina

Dożyła prawie stu lat. Nie pamiętam jej, a na czarno-białych zdjęciach oglądam okrągłą babciulę w chustce. Mama wspominała ją jako kobietkę małą, ale bardzo twardą. Urodziła dwanaścioro dzieci, czworo wcześnie pochowała, a potem przeżyła jeszcze dwóch dorosłych synów. Przetrwała dwie wojny światowe, w obu brali udział jej synowie. Kiedy nie wiedziała, gdzie są i czy żyją – szła płakać do stajni, by nikt nie widział jej rozpaczy. A kiedy żołnierze sowieccy na jej oczach zastrzelili parobka, sklęła ich soczystymi rosyjskimi przekleństwami i nastraszyła tyfusem. Otrzymała od losu męża zdatnego bardziej do polowań i politykowania, mniej do gospodarowania. Fabian, wykształcony w Petersburgu, jeździł po świecie, zajmował się urzędowaniem, a Michcia musiała unieść na swoich barkach całą pracę związaną z domem i gospodarstwem. Nie była zbyt współczująca, kiedy zachorował, prosto w oczy rzuciła mu, że umrze, zostawiła go z tą informacją i poszła organizować pogrzeb. Jak zwykle, miała rację.

Mama mawiała mi: „Uważaj, uważaj, twoja prababcia Michalina też była jedynaczką, a sama miała dwanaścioro dzieci!”. Ja mam tylko dwie córki. No i lubię kapelusze, a Michalina ich nie znosiła, wolała wiejskie chustki, a męża zawsze prosiła o koronkowe szale, które przywoził jej z podróży, a ona dumnie zakładała je do kościoła. Od dziecka wiedziała, że zostanie żoną swojego męża, po sąsiedzku.

Czego jej zazdroszczę? Może chciałabym, jak ona, umieć wypłakać się w stajni i mówić prawdę prosto w oczy. No bo jak ktoś umiera, to umiera.

Babka Katarzyna

Matka mojego taty na większości zdjęć figuruje już jako korpulentna kobieta, zawsze w otoczeniu psów, koni i kwiatów. Nawet na zdjęciu ze szpitala czy sanatorium towarzyszy jej mały ratlerek. Na jednej tylko fotografii widnieje jako młoda dziewczyna z ciemnym warkoczem i wielką kokardą. Słyszałam o niej, że była stanowcza –sterowała trzema synami i mężem oficerem, a dziadek Piotr rządzić mógł sobie na posterunku, ale nie w domu. Sama babcia należała do kobiecego korpusu, jeździła konno i umiała nieźle strzelać. Załamała się dopiero, kiedy ukochany syn nie wrócił z wojny, a zginął w dniu zwycięstwa... Rodzinne przekazy głoszą, że mąż bardzo ją kochał. Kiedy się spotkali, oboje byli już ludźmi po przejściach – on miał dzieci z pierwszego małżeństwa, ona też, dopiero najmłodszy syn, mój ojciec, był tym wspólnym. Babcia była podobno bardzo uparta, i tego akurat jej zazdroszczę i chciałabym po niej tę cechę odziedziczyć. Odziedziczyłam miłość do zwierząt. Kiedy pytałam ojca, czy jestem do niej podobna, mawiał: „Gdzie tam, mama była mała i czarna, a potem dość tęga”. No, w tym nie chciałam się do niej upodobnić, ale w twarzy i oczach coś jest – widzę przecież po zdjęciach…

Babcia Marianna

Tę babcię pamiętam dobrze! Miałam już kilkanaście lat, kiedy zmarła. Szczupła postać w ciemnych kieckach – spodni nie nałożyła chyba nigdy w życiu. Trochę się jej obawiałam, bo wydawało mi się, że ciągle jest niezadowolona i smutna. Poza tym częstowała nas – mnie i moje cioteczne rodzeństwo – serkami własnej roboty, a nie podobał mi się ich zapach ani żółtawy kolor, podobnie jak placków zwanych „grzybkami”. Dużo się modliła, przy jej łóżku stał obrazek Matki Boskiej i leżał mocno sfatygowany egzemplarz „Quo vadis”. Mówiła mi, że to najładniejsza książka na świecie, że i sama też miałaby co opisać, ale nie ma czasu, bo za ciężko pracuje. To była zresztą prawda, a mama mawiała o swojej matce, że ta kobieta przeżyła życie „nie na swoim miejscu” – za delikatna do pracy na roli, za wrażliwa, utyskująca na cały świat, chociaż w pamięci sąsiadów zapisała się jako kobieta bardzo uczynna. Narzekała na męża, że jej nie rozumie, bo i nie rozumiał, i irytowała go płaczliwość żony. Narzekała na dzieci, że powyjeżdżały – bo powyjeżdżały i nie miała z nimi wspólnego języka. Przeżyła dwie wojny, nieszczęścia i tragedie. My – nieznośne dzieciaki – wnuki, podśmiewaliśmy się z babci Marianny, że ciągle załamuje ręce, mówi, że zaraz umrze, i lodówkę nazywa „zimną szafką”!

Ilekroć narzekałam na swój los i ogarniał mnie płaczliwy nastrój, mama mawiała: „zupełnie jak twoja babcia!”. To mi się mniej podobało. Za to być może właśnie jej niespełnione marzenie wypełniłam, pisząc książkę? A może swoje? Była dziwna, ale cóż, babcia Marianna przeżyła tragedię córki, ale to już opowieść o marzeniach i miłości, która nie przyniosła szczęścia. O następnej kobiecie z tej rodziny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze