1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Żyć szybko, umierać młodo. Analizujemy osobowość Amy Winehouse

Żyć szybko, umierać młodo. Analizujemy osobowość Amy Winehouse

Amy Winehouse na planie teledysku do utworu
Amy Winehouse na planie teledysku do utworu "Back to Black". (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
23 lipca 2011 roku cały świat obiegła tragiczna wiadomość. Amy Winehouse została znaleziona martwa w swoim mieszkaniu. Jedna z najbardziej niepokornych artystek naszych czasów odeszła w wieku 27 lat.

Życie na ostrzu noża. Demony. Te określenia często pojawiają się w jej przypadku. – Amy była zjawiskiem. W stu procentach wyczerpuje definicję słowa „artystka” w znaczeniu kogoś o innej niż przeciętna wrażliwości – mówi Piotr Metz, dziennikarz radiowy. – Podobnie jak u Billie Holiday czy Janis Joplin jej życie stapia się w jedno ze sztuką. Nie ma granicy szczerości – wystarczy uważniej przeczytać tekst „Back to Black”. Od czasu chyba właśnie Joplin nie było nikogo, kto żyłby i śpiewał właśnie tak – na ostrzu noża. A o tym, że Bozia dała jej coś, czego nie można się nauczyć, mówić chyba nie ma potrzeby.

Trudne szczęście

To, co dotknęło Amy Winehouse, to prawdopodobnie zaburzenie osobowości nazywane borderline. Zaburzenie, na które nie ma leków, a terapia jest niezwykle trudna i mało skuteczna.

– Osobowość to pewien dominujący sposób postrzegania świata, przetwarzania rzeczywistości, bycia w relacjach. To konstrukt, który pozwala przewidzieć, jak w danej sytuacji ktoś się zachowa. A borderline oznacza kłopoty. Nie wiadomo, jak się zachowa, bo dominującą cechą tej osobowości jest niestabilność i chaos – wyjaśnia Tomasz Srebnicki, psycholog i terapeuta.

„Straszliwa huśtawka nastrojów i uczuć (...). Gniew, złość, niezadowolenie, przybicie, smutek, rozwiązłość lub radość szybko ustępują sobie nawzajem. Jak grom z jasnego nieba spada nagła zmiana stanu psychicznego. Najbardziej błaha sprzeczka prowadzi do załamania nerwowego, najmniejsze nieporozumienie w kontaktach interpersonalnych skutkuje natychmiastowym zerwaniem stosunków” – pisze niemiecki profesor, doktor nauk medycznych i psychoterapeuta Borwin Bandelow w książce „Gwiazdy. O trudnym szczęściu bycia sławnym”. Sama Amy śpiewała: „I told I was trouble, you know that I’m no good”, czyli w skrócie: „ze mną są same kłopoty”.

Nienawidzę cię – nie opuszczaj mnie

Jak wyglądają związki i bliskie relacje z innymi w przypadku tych, którzy cierpią na borderline? Jak w innej piosence Amy: „Love Is a Losing Game”.

– Tę osobowość charakteryzuje ogromny lęk przed odrzuceniem. Ten lęk właściwie ją konstytuuje. Osoba borderline nie kocha ot, tak po prostu. Ona swego kochanka idealizuje. Chciałabym się z nim zespolić, zlać w jedność, chciałaby, żeby ten ktoś rozumiał ją we wszystkim. A jednocześnie boi się, że ten ktoś ją pochłonie - mówi Srebnicki.

Paradoks? Borderline jest zbudowane na paradoksach, a historia miłości Amy i jej byłego męża Blake’a Fieldera-Civila, jednego z najbardziej toksycznych związków w historii muzyki rozrywkowej – może poza tragicznie zakończoną historią Sida Viciousa, basisty Sex Pistols, i jego dziewczyny Nancy Spungen – jest tego najlepszym dowodem. Amy i Blake poznają się w barze, szybko między nimi zaczyna iskrzyć. On jednak wraca do byłej. Ona cierpi, smutki topi w alkoholu i innych używkach, pisze piosenki na płytę („Back to Black”), która później przyniesie jej pięć nagród Grammy. Nie chce żyć, ale przecież wcale nie tak łatwo jest umrzeć, nawet jeśli regularnie miesza się prochy, narkotyki i alkohol. „Typowe dla tego zaburzenia są zachowania wiążące się z podejmowaniem dużego ryzyka, np. siedzenie na szynach kolejowych, przechodzenie przez ulicę, po której śmigają samochody (...), balansowanie na poręczy mostu. Zażywając narkotyki i lekarstwa, osoby te wciąż stąpają po cienkim lodzie” – pisze Bandelow.

Ale on, czyli Blake, wraca do Amy. Po dwóch tygodniach (!) biorą ślub. Jej przez chwilę wydaje się, że jest najszczęśliwsza pod słońcem. Przez chwilę, bo on zdaje się mieć podobny problem jak ona.

– Jednostki borderline często wchodzą w relacje z ludźmi o podobnej osobowości – albo z psychopatami, albo z mężczyznami poszukującymi przygód. Te kobiety szybko się oddają całe, na pierwszej, drugiej randce, a to nie sprzyja budowaniu sensownych relacji – mówi psychiatra. Zaczyna się piekło. „Czasami te związki mają tak burzliwy przebieg, że »Gwiezdne wojny« wyglądają przy nich jak kolejny odcinek »Teletubisiów«”, pisze Bandelow. W prasie pojawiają się zdjęcia Amy i Blake’a ewidentnie pod wpływem działania narkotyków. Także te dokumentujące, że ciało stało się polem walki. Amy zarzeka się: „Nie piszcie, że on mnie bije, to nieprawda. To ja sama pocięłam się po którejś naszej kłótni”.

Amy Winehouse i Blake Fielder-Civil na gali MTV Movie Awards, 2007 rok. (Fot. BEW Photo) Amy Winehouse i Blake Fielder-Civil na gali MTV Movie Awards, 2007 rok. (Fot. BEW Photo)

– Po cięciu często pozostaje uczucie wewnętrznego spokoju, które, niestety, długo się nie utrzymuje. Jest to swoisty zawór bezpieczeństwa, spuszczający nagromadzone ciśnienie i wypierający uczucie wewnętrznego napięcia, służący uwolnieniu się od intensywnych odczuć i doznań, takich jak wściekłość, smutek, samotność, wstyd czy poczucie winy. Jeżeli mężczyzna uznany za idealnego zrobi coś, co osoba z borderline uzna za odrzucenie, a w tym wypadku wystarczy tzw. krzywe spojrzenie, natychmiast dochodzi do jego dewaluacji, czyli „nienawidzę cię, ale jednocześnie kocham”. Mogą pojawić się trudne impulsywne zachowania, wyzwiska, krzyki, awantury, nierzadko rękoczyny, grożenie samobójstwem, ale wcale nie chodzi o to, żeby ktoś sobie naprawdę poszedł. To wszystko służy zatrzymaniu ukochanej osoby, choć osobie bez zaburzeń wyda się to nielogiczne – dodaje Srebnicki.

 

Magnetyczna siła przyciągania

Teoretycznie związek z kimś o osobowości borderline nie ma racji bytu. A jednak mężczyźni często przejawiają słabość do takich kobiet.

– Wydają się interesujące, jedyne w swoim rodzaju. Potrafią uwodzić i na początku może być naprawdę fantastycznie. Świetny seks, mężczyzna słyszy, że jest najważniejszy na świecie, kobieta w niego wpatrzona nie chce się z nim rozstać. Może nawet być śledzony, jeśli będzie chciał zrobić coś sam – mówi Srebnicki. – Mimo wielu niedoskonałości, a może nawet dzięki nim kobiety borderline roztaczają wokół siebie magiczną aurę, która fascynuje otaczających je ludzi.

Silny mężczyzna, który dobrze pozna naturę takiej osobowości, może być dla kobiety wybawieniem. O ile tylko będzie potrafił znieść wyskoki na miarę Amy, które na pewno z czasem się pojawią, i zdrady, których celem wcale nie jest seks z innym mężczyzną, ale kara. Tylko że Blake nie miał natury opiekuna. W życiu chciał się dobrze bawić, napić, naćpać. Ich związek nie mógł się udać. Kiedy Blake wylądował w więzieniu za pobicie właściciela pubu, Amy szalała z rozpaczy. Odwoływała koncerty, bo przecież „nie może śpiewać, kiedy nie patrzy na ukochanego mężczyznę”. Przestała jeść, w czasie wywiadu dla muzycznego magazynu „Spin” wydrapała sobie na brzuchu ostrym kawałkiem potłuczonego lustra słowa: „I Love You Blake”.

– W parze z borderline często idą zaburzenia depresyjne, choroba afektywna dwubiegunowa, próby samobójcze. Oczywiście również zaburzenia jedzenia – bulimia, anoreksja. Czasami konieczna może się nawet okazać hospitalizacja – dodaje terapeuta. Amy przyznała się, że cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową, a anoreksję potwierdziła jej matka.

To nie było łatwe dziecko

Wychowywała się w północnym Londynie. Kiedy miała 12 lat, dostała się na prestiżowe stypendium do Sylvia Young Theatre School w Londynie – zależało jej na tym, bo w żadnej innej szkole nie pozwalano jej śpiewać na lekcjach. Amy, jak twierdzą obydwoje rodzice i dyrektorka tej szkoły, nie była łatwym dzieckiem. Zanim skończyła 15 lat, zrobiła sobie pierwszy tatuaż. Nikogo nie pytała o zgodę. „Musieli w końcu zrozumieć, że robię tylko to, co sama chcę. Słucham tylko swojego wewnętrznego dziecka”, przyznała się kiedyś. Jej matka Janis, z zawodu farmaceutka, wyznaje: „Wiedziałam, że muszę mieć na nią oko. Jest lekkomyślna, bywa bardzo zdeterminowana i jeśli naprawdę czegoś chce, po prostu to zrobi. Nikt i nic jej nie powstrzyma, ale niestety Amy nie zastanawia się nad konsekwencjami”. Dyrektorka Sylvia Young Theatre School uzupełnia ten obraz: „W szkole Amy skupiała się głównie na muzyce, w tej dziedzinie zachowywała się jak profesjonalistka. Ale nic innego jej nie interesowało. Kiedy nie śpiewała, stawała się nie do zniesienia. I chociaż jej szkolne występki nie były może wielkie, zdarzały się ciągle. Nie chciała nosić szkolnego mundurka, żuła gumę na lekcjach i to w taki sposób, żeby nie można było tego nie zauważyć, nosiła srebrny kolczyk w nosie, chociaż wielokrotnie prosiłam, by go wyjęła. Przeszkadzała na lekcjach, najczęściej dlatego, że sama nie mogła się skupić”. I chociaż Amy twierdzi, że ta szkoła to było najlepsze, co mogło ją wówczas spotkać, nigdy jej nie skończyła. Rodzice twierdzą, że ich córka została wyrzucona. Dyrektorka – że jej uczennica odeszła sama, zachęcona przez jednego z nauczycieli, który mówił jej, że nie ma szans dobrze zdać egzaminów.

Chaos w głowie

– Dzieci, u których w przyszłości może rozwinąć się osobowość borderline, to często dzieci z trudnym charakterem – absorbujące otoczenie, przejawiające impulsywne zachowania. Ale ich środowisko musi się jeszcze sporo napracować, żeby kogoś takiego stworzyć. Może na to wpłynąć kilka elementów – mówi Srebnicki.

– Traumatyczne odrzucenie, gdy dziecko jest ofiarą przemocy, alkoholizmu w rodzinie albo zostaje wykorzystane seksualnie. Jest porzucane. Matka mówi do niego: „umrę przez ciebie” albo „zdychaj, gnoju, nienawidzę cię”. To, że dana osoba nic na ten temat nie wspomina, nie znaczy, że nic takiego się nie wydarzyło. Może tego najzwyczajniej w świecie nie pamiętać. Amy o latach wczesnej młodości nigdy zbyt wiele nie opowiadała, a na dzieciństwo nigdy się nie skarżyła. Ale ona w ogóle nie lubi rozmawiać, w każdym razie nie z dziennikarzami. Wywiady z nią najczęściej ograniczają się do odpowiedzi „tak”, „nie” albo „może” na wszystkie pytania.

– Chaos rodzinny, dom bez zasad i poczucia bezpieczeństwa też sprzyjają rozwojowi osobowości typu borderline – dodaje Tomasz Srebnicki. – Odrzucanie przez rodziców zachowań pozytywnych, wieczna krytyka w duchu: „i co z tego, że szóstkę dostałaś, co z tego, że wygrałaś mistrzostwa, są ważniejsze sprawy niż twoje szóstki”. I jeszcze unieważnianie, kiedy dziecko dostaje komunikat zaprzeczający jego uczuciom: „nie powinnaś być teraz smutna, jakim prawem jesteś zła”. Takie zachowania mają miejsce wtedy, gdy rodzice, nie radząc sobie z uczuciami dziecka, dyskredytują je. A ono w rezultacie przestaje ufać swoim emocjom. Nie umie poprawnie identyfikować uczuć, stwierdza, że są nieważne, że ono samo jest nieważne. Zaczyna zachowywać się w sposób chaotyczny, bo nie radzi sobie z nierozpoznanymi emocjami.

Ojciec Amy był sprzedawcą. Jeździł po kraju, tygodniami nie było go w domu. Przez kilka lat prowadził podwójne życie – miał drugą kobietę, z którą ożenił się po rozwodzie z matką Amy. Czy takie doświadczenie wystarczy? Nie wiemy, co działo się w domu rodzinnym wokalistki. Nie wiemy, jak jej matka radziła sobie ze zdradą męża, z jego ciągłą nieobecnością. W każdym razie artystka nie ma do rodziców pretensji. Do ojca, że miał kochankę? „Ludzie lubią seks. Nie mogę potępiać ojca za to, że ma penisa” – wypaliła pewnego razu dziennikarzowi. Sama deklaruje, że „wierzy w przygodny seks i uważa, że zdrada nie jest czymś gorszym niż palenie skręta”.

– Impulsywność związana z borderline przejawia się również w zachowaniach seksualnych. Oznacza częste zmiany partnerów, trudności w utrzymaniu związków, ale również kłopoty z seksualną tożsamością – stwierdza psycholog. Amy nieraz przyznawała się, że związki z kobietami interesują ją tak samo jak te z mężczyznami i nie widzi w tym nic złego:

„Robię to, co sprawia, że czuję się dobrze. Mam w nosie, co myślą na ten temat inni”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.