1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Sambor Dudziński - Połączyć duchowość z techniką

Sambor Dudziński - Połączyć duchowość z techniką

Multiinstrumentalista i kompozytor, aktor oraz wojownik sztuki. Nagradzany na wielu festiwalach - artysta zależny od nikogo prócz siebie samego. "Śpiew, taniec i nagość w największym stopniu wymagają od człowieka przełamania wstydu. Mam raczej większe problemy z hamowaniem się w tej kwestii. Scena wyzwala we mnie zwierzę, którym lubię się stawać. Zwierzę, które bardziej ufa niż się boi" - mówi Sambor Dudziński. W swojej wrocławskiej pracowni rozmawiamy o tworzeniu maski, za którą chowają się ludzie, odkrywaniu muzyki wciąż na nowo, barwie, jaką przybierają emocje, poczuciu wewnętrznej niezależności i wiosce artystycznej - wolnej od schematów i reguł narzucanych przez jakikolwiek system.

Anna Bielak: Słuchałam ostatnio twoich starych nagrań i wciąż chodzi mi po głowie „Korowód” Marka Grechuty: „Kto pierwszy szedł przed siebie? Kto pierwszy cel wyznaczył? Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic? Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię?” Kto wymyślił ciebie?

Sambor Dudziński: (po długim milczeniu) Ludziom bardzo często się wydaje, że muszą siebie wymyśleć, stworzyć, znaleźć na siebie sposób. Bardzo często to się kończy jednak tym, że człowiek znajduje sobie maskę, za którą się chowa całe życie bądź jego większość. A być może jest tak, że my jesteśmy już przez kogoś wymyśleni i nie musimy robić tego sami? Może powinniśmy raczej siebie odnaleźć? Nie okłamywać się, być ze sobą w zgodzie i podążać za swoimi pragnieniami. Może ten, kto nas wymyślił, zrobił to od nas lepiej i fajnie dać sobie szansę, by dowiedzieć się tego?

- I ty się już tego dowiedziałeś? Jest taki moment, kiedy to następuje?

- Dowiedziałem się już sporo na swój temat, ale nie jestem zamknięty na dowiadywanie się wciąż od nowa. Wierzę, że jeśli jutro okaże się, iżj est inaczej niż myślałem, przyjmę to z wielkim zaciekawieniem.

- Pochodzisz z teatralnej rodziny, dla której ciało stanowi od zawsze niezwykły środek ekspresji. Nie jest ono tym, czego się wstydzimy, ale tym, co pozwala nam ukształtować swoją duszę. Jak zmieniał się twój stosunek do ciała, kiedy byłeś dorastającym chłopcem? Jaki jest obecnie?

- Czasami ciało jest źródłem naszego wstydu, bo jest grzeszne i grzechów się wstydzimy, choć czasem im ulegamy. Ciało jest też źródłem naszej radości, naszego szczęścia. Jeżeli sobie uświadomię, że ciało jest moim narzędziem, które mogę rozwijać i doskonalić, to okazuje się ono bardzo przydatne. W zależności od tego, jak z niego korzystam, wstydzę się go bardziej albo mniej. Poczucie wstydu jest potrzebne w jakimś procencie – jak wszystko w życiu (strach, odwaga czy pewność siebie). Istotne jest to, aby żadna z tych emocji nie okazała się dominująca. Trzeba znaleźć odpowiednie proporcje. Jeżeli działam na swój własny pożytek, to na ogół wstydzę się swojego ciała. Jeśli działam na czyjś pożytek, wstydu jest w tym dużo mniej – to jest więc kierunek moich poszukiwań.

- Zapytałam o ciało, ponieważ powiedziałeś kiedyś, że to, czego się wstydziłeś, to była twoja indywidualność

- Nigdy tak naprawdę nie miałem kłopotów ze wstydem, kompleksy to co innego – są we mnie do dzisiaj. Śpiew, taniec i nagość w największym stopniu wymagają od człowieka przełamania emocji tego typu. Mam raczej większe problemy z hamowaniem się w tej kwestii. Scena wyzwala we mnie zwierzę, którym lubię się stawać. Zwierzę, które bardziej ufa niż się boi.

Foto: Markus-  Mówiłeś, że odkryłeś muzykę dzięki studiom na wydziale lalkarskim w szkole teatralnej, poznałeś sekretne życie lalek, które zamieniałeś w instrumenty muzyczne.

- Muzykę odkryłem na wydziale lalkarskim na nowo. Pierwszy kontakt z muzyką miałem w domu rodzinnym. Uczęszczałem do szkoły muzycznej, gdzie uczyła moja babcia. Wcześniej – jako pięcioletni chłopiec, wsłuchiwałem się w moją mamę– śpiewającą i grającąw domu na pianinie. Muzykę odkrywałem również w naszym rodzinnym teatrze, Performer [przyp. red.], szukałem jej indywidualnie od piętnastego roku życia, odnajdując ją w piosence poetyckiej i autorskiej. Na wydziale lalkarskim zobaczyłem nowe oblicze muzyki dzięki zrozumieniu różnicy między muzykąestradową a sceniczną. Będąc na pierwszym roku komponowałem muzykę do dyplomu kolegów z czwartego roku – „Henryka V” William Szekspira w adaptacji Jerzego Remigiusza Brzyka. Miałem do dyspozycji różne instrumenty i różne dźwięki, które proponowałem jako tło do poszczególnych scen spektaklu. W jednej ze scen żaden nie spełniał swojej roli, nie pasował. Reżyser chodził już po scenie zaniepokojony i w końcu zarządził przerwę. Stanąłem sobie z boku i półświadomie zacząłem coś brzdąkać. To zwróciło jego uwagę, podszedłi powiedział: To! To było dobre! To, co teraz grałeś. Odparłem, że nic nie grałem… To co w takim razie słyszałem? – nalegał reżyser – dokładnie takie dźwięki pasują idealnie do tej sceny! Proponowałem mu najpiękniejsze dźwięki, a on wybrał brzdąkanie. Uświadomiłem sobie jednak wtedy, że teatr jest przestrzenią, w której czasem nie o estradową muzykę chodzi, nie o arcydzieło, ale dźwięk, może przypadkowy, może nie muzyczny, ale dźwięk, który niesie naddane znaczenie – nawet dzięki swojej prostocie. Muzyka okazała się dużo szerszym pojęciem niż myślałem. To nagle otworzyło przede mną ocean możliwości.

- Kiedy w Jeleniej Górze graliście sztukę w kontenerze na śmieci wasze hasło brzmiało: sztuka jest śmieciem, śmieci są sztuką. Obecnie w trakcie realizacji jest projekt pt. Dźwięki z Odzysku, w ramach warsztatów ma powstać Orkiestra Surowców Wtórnych.

- Tak, to idea realizowana wspólnie z Michałem Litwińcem i Pawłem Romańczukiem, która narodziła się w ramach projektu dedykowanego dzieciom biorącym udział w warsztatach muzycznych, które będziemy prowadzić we trójkę. No i… ahoj przygodo! Stajemy przed nieznanym, ale to właśnie to jest dla mnie ciekawe. Chciałbym, żeby to, co nieznane stało się znane, oswojone.

 
- Z czego wykonujecie instrumenty?

- Instrument nie zawsze trzeba zrobić. Czasem wystarczy go odnaleźć, usłyszeć atrakcyjne dźwięki wydawane przez przedmioty, które na pierwszy rzut oka nie maj ąz klasycznymi instrumentami nic wspólnego.

- Kolory z muzyką pozornie też niewiele, a ty polubiłeśżowy kolor natychmiast, jak go zagrałeś… Jesteś synestetą– kojarzysz ze sobą barwy i dźwięki. Jaki kolor ma melodia liryczna, jaki rytmiczna, jaki kolor ma krzyk, a jaki spokój?

- To nie jest zależne od gatunków, ale od wrażeń. Muzyka liryczna może mieć kolor zielony, jeżeli w danym momencie dany temat będzie dotykał tych emocji, które kojarzą mi się z zieloną barwą. Kolory nie są przyporządkowane wyłącznie danym kategoriom, są one raczej wyrazem wrażeń, a muzyka jest językiem emocji. Jeżeli jest we mnie jakiś stan emocjonalny, wyzwalam go poprzez dany język, którym w moim przypadku jest właśnie muzyka. W niej wszystko znajduje punkt wspólny. Barwy są materializacją wrażeń, jakim podlega muzyka. Z drugiej strony odpowiedni kolor przed oczami może pomóc muzykowi nadać określony charakter utworom, które wykonuje [ściany w pracowni Sambora są pomarańczowe – przyp. red] Kiedy grałem kolor różowy – natychmiast podporządkowałem się wrażeniu związanemu z tym kolorem.

Foto: Markus- Zbigniew Preisner powiedział, że kompozytor teatralny albo filmowy ma tyle do gadania, co końdo woźnicy. Ja powiedziałabym nieco inaczej: gdyby nie koń– woźnica nie ruszyłby wozu z miejsca.

- To, czego nauczyłem się od Zbigniewa Preisnera, było bardzo piękne. To on mi uświadomił, że nie wolno realizować własnych ambicji, jeżeli jest się współtwórcą. Dowódcą okrętu w teatrze i na planie filmowym jest reżyser. To bardzo ważna zasada, wymaga pokory i świadomości tego, że jeśli ochota kompozytora nie pokrywa się z ochotą reżysera – należy poniechać realizacji pomysłu, by obaj twórcy finalnie coś na tym zyskali. Tego wymaga dyscyplina. Analogię do tej sytuacji możemy znaleźć choćby w religii – jeśli ktoś ma ochotę na czyn, którego zabrania mu religia, którą wyznaje – powinien z niego zrezygnować, by w rzeczywistości zyskać coś innego. Czasami dużo więcej zyskujemy, kiedy jesteśmy czymś zniewoleni, ponieważ prawdziwa wolność to ograniczenia. Jeżeli ograniczę swoje nałogi to jestem od nich wolny, prawda? Nasze ograniczenia bywają naszą wolnością.

- Powiedziałeś, że sukces jest największym zniewoleniem. Rzuciłeś etat w teatrze, szukasz wolności, niezależności, to sprawia, że nie czujesz się martwy. Przypomina mi się piosenka Edie Brickell & New Bohemians „Me By the Sea” i jej słowa: “I’m a prisoner of freedom, ten toes in the sand…” Jesteś więźniem swojej wolności?

- Zrezygnowałem z pracy etatowej, bo uznałem, że cierpię pracując w teatrze, ponieważ nie mogę realizować tego, czego naprawdę chcę. Zostając w teatrze musiałbym realizować czyjeś pragnienia, nawet jeśli w danym momencie nie pokrywałyby się one z moimi własnymi. To byłoby nieuczciwe. Praca na etacie dała mi jednak duże doświadczenie i uświadomiła w większym stopniu, czego pragnęw życiu. Czy jestem więźniem swojej wolności? To ciekawe sformułowanie… nie chciałbym nim być, aczkolwiek uważam, że dobrze jest być zniewolonym przez coś, co się szanuje. Jeżeli szanuję postawę życiową człowieka, który mi szalenie imponuje – chciałbym się zniewolić jego wyborami. To, czego powinniśmy się najbardziej obawiać to mylenie zachcianek z pragnieniami. W pogoni za niezależnością można niewłaściwe rzeczy czynić treścią naszej wolności. Dlatego uważam, że prawdziwa wolność to są ograniczenia, mądre ograniczenia, na które się świadomie decydujemy.

- Twoje imiona to Damian Paweł, Sambor to pseudonim artystyczny. Mówiłeś, że cieszysz sięz jego istnienia, bo pozwala ci on na zachowanie dystansu do rzeczywistości. Sztuka współczesna stawia sobie jednak za cel niwelowanie dystansu, czynienie sztuki elementem intymnego, codziennego doświadczenia.

- Sambor stał się moim pseudonimem dzięki pani w urzędzie, która powiedziała, że nie ma takiego imienia w języku polskim i kazała wybraćsobie inne na „s” [śmiech] Dystans między życiem a sztuką to temat rzeka! Kiedyś dałbym się zabić za pewność, że życie i sztuka to jest jedno i to samo.

 
- Jako chłopiec zamiast iść do zerówki wyjechałeś z ojcem na rok do waszej chaty w Bondyrzu pod Zamościem. Uczyłeś się godzenia życia i sztuki, tworzenia całości z rzeczy, które wymagają stuprocentowej uwagi same w sobie.

- Problemem w tej kwestii jest często nazewnictwo… Jeżeli kobieta myje klatkę schodową, bo to należy do jej obowiązków – mówimy, że wypełnia swoje zadanie. Potem wraca do swojej rzeczywistości. Jeśli jednak wykonując to zadanie owa kobieta nie separuje się od siebie samej i nie czuje się niewolnikiem swojej pracy to znaczy, że jej życie jest połączone z jej zadaniem. Zadanie artysty polega w pewnym sensie na tym samym – musi zakasać rękawy i być sługą swojej powinności, pieczołowicie wykonać swoje zadanie i nie zapominać przy tym, że jest zwykłym człowiekiem. Ma piękne myśli, ale i troski, trwa w przestrzeni ciągłej zmiany, twórczośćjest tylko częścią procesu, któremu podlega – tak jak sprzątanie klatki schodowej jest częścią życia wspomnianej kobiety. Istotne jest to, by nie oddzielać tych dwóch rzeczy od siebie, zawsze być tym samym człowiekiem, który po prostu umiejętnie dzieli swój czas na zadania. Realizować je z powinnością sługi, ale nie przeciwko sobie.

- I tobie się to udaje?

- Czasami tak.

- Zapytałam kiedyś kolegę– aktora, czy kiedy gra jest w stanie na kilka godzin całkowicie odciąćs woją codzienność od rzeczywistości scenicznej. Powiedział, że tak.

Ludziom bardzo często się wydaje, że muszą siebie wymyśleć, stworzyć, znaleźć na siebie sposób. Bardzo często to się kończy jednak tym, że człowiek znajduje sobie maskę, za którą się chowa całe życie bądź jego większość.

- To bardzo dobrze. Zadanie aktora polega na stawaniu się inną postacią. To niebezpieczne, jeśli nie separuje się od niej mimo, że przepuszcza ją przez swoją wrażliwość. Większe niebezpieczeństwo niosą jednak sytuacje, w których aktor realizuje zadania aktorskie w życiu prywatnym. Jeśli nie oddziela się sacrum od profanum w tej kwestii i jeżeli wchodzi się w sferę sacrum w sferze profanum – w rzeczywistości codziennej – to może się to źle skończyć. Jeśli ktoś staje się inną postacią w życiu codziennym i odgrywa ją przed sobą samym i innymi, to może wszystkich bardzo zaboleć. Uważam, że pod tym względem nie tylko warto, ale należy oddzielać sztukę od życia.

- A ty nie chcesz tych dwóch rzeczy obecnie połączyć na stałe? W Lubiążu pod Wrocławiem, gdzie po latach starań ma powstać twoja wioska artystyczna []?

- Chcę. Musimy jednak pamiętać, że sztuka – prócz tego, że jest fragmentem Boga, którego dotykamy swoim działaniem, to też rzemiosło. Należy połączyć duchowość z techniką, czyli tym co w obrębie sztuki jest bardzo dobrze znane. To ogromnie ważne, by w procesie twórczym nie wyrzec się żadnej z tych rzeczy. My artyści – tak jak duchowni, kaznodzieje, księża i szamani, jesteśmy odpowiedzialni za pracę z duszą. To jest nasza powinność. Nie wszyscy artyści muszą oczywiście wypełniać tak rozumianą powinność. Można realizować się artystycznie wyłącznie na obszarze estetycznym i nie dotykać duchowości. Sztukę tego typu najłatwiej porównać mi jednak do cyrku, który daje ludziom rozrywkę, ale nie pretenduje do wnikania w głębsze obszary emocji. Musimy wykorzystywać i umysł i serce równocześnie.

-  Masz w sobie coś z Suzanne z piosenki Leonarda Cohena, którą kiedyś słyszałam w twoim wykonaniu, Suzanne, która „proponuje ci herbatę i chińskie pomarańcze”, Suzanne, za którą chcesz podążać, bo „dotknęła twego ciała myślą swą”…

- A jak odbierasz Suzanne? Jak byś jąs charakteryzowała? Jako kogo?

- Hmm, przy Suzanne wystarczy jeden gest, jedno spojrzenie, żeby wiedzieć wszystko, mimo, że nie potrafisz zwerbalizować niczego. Taka jest Suzanne, mimo jej niedoskonałości, z których doskonale zdajesz sobie sprawęi tak staniesz z nią ramię w ramię. Jest w niej i serce i dusza, racjonalny umysłi szaleństwo, prostota i wyrafinowanie.

- To komplement, dziękuję.

- I tym sposobem nie powiedziałeś niczego o wiosce artystycznej [śmiech]

- Wioska jest moim marzeniem od dawna. Po przyjeździe do Wrocławia długo jeździłem po okolicy w poszukiwaniu siedziby dla społeczności, bardzo złożonej i rozmaitej, choćskładającej sięgłównie z członków mojej rodziny. Mam na myśli moich rodziców [Pawła i Bożenę Dudzińskich – przyp. red] oraz czwórkęrodzeństwa i ich rodziny. We wszystkich tkwi ogromny potencjał twórczy. Dziś coraz bardziej popularne staje się przywiązywanie się do swoich rodziców. Nie chodzi tu o brak samodzielności, ale o współ-pobieranie, twórcze współ-istnienie. Nie chcę jednak ograniczyć wioski tylko do członków mojej rodziny. W moim wyobrażeniu to przestrzeń rozwoju i współpracy bardzo wielu ludzi, to rodzaj placu zabaw – na tyle uniwersalnego, żeby bawić się na różne sposoby. Bawić się w muzykę, teatr, rzeźbę. Projekt opiera się na tym, aby na jednym obszarze (my dysponujemy obszarem 9 hektarów) zbudować kompleks pracowni rękodzieła artystycznego. To dziedzina, która interesuje mnie najbardziej, ale nie jestem zamknięty na poszukiwania w obrębie innych. Profile poszczególnych pracowni będą zależne od osób, które będą się nimi zajmować. Chcę zebrać stałą grupę twórców, która będzie współtworzyła środowisko ludzi rozwijających swoje pasje. Nie chodzi mi o stworzenie komuny – to ważne. Wejdźmy do pierwszej wsi w Polsce – żadna z nich nie jest komuną. Chciałbym, żeby oprócz artystów mieszkali tam też lekarze, rolnicy, naukowcy czy technolodzy. Tym, co będzie łączyć nas wszystkich jest niezależność od państwa, które niestety w wielu przypadkach wyrządza swoim obywatelom wielką krzywdę swoim wadliwym systemem. Pragnę stworzyć tam przestrzeń sprzyjającą rozwojowi każdej jednostki, a nie hamującą ją na każdym kroku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.