1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Filmy i seriale dla fanów brytyjskiej rodziny królewskiej

Filmy i seriale dla fanów brytyjskiej rodziny królewskiej

Brytyjska rodzina królewska (Fot. 123rf)
Brytyjska rodzina królewska (Fot. 123rf)
Redakcja miesięcznika "Sens" poleca 4 znakomite produkcje dla fanów brytyjskiej rodziny królewskiej.

„The Crown”, reż. Peter Morgan

Zrealizowana z ogromnym rozmachem produkcja Netflixa jest warta zobaczenia. Elżbieta II u początków swojego panowania, próbująca nie dać wodzić się za nos takim politycznym wygom jak Winston Churchill, znosząca humory czującego się jedynie „mężem swojej żony” księcia Filipa, tonująca porywy serca swojej siostry Małgorzaty i usiłująca nadrabiać braki w wykształceniu – fascynuje i wzrusza. Przy okazji to ciekawe dowiedzieć się, że prawie 95-letnia dziś królowa, będąca uosobieniem brytyjskiego konserwatyzmu, jako 27-latka była uważana za bardzo nowoczesną…

„Jak zostać królem”, reż. Tom Hooper

Nagrodzona czterema Oscarami historia ukochanego ojca Elżbiety II, który został władcą wbrew własnej woli i predyspozycjom. Zapisał się na trwałe w sercach poddanych, gdy podczas II wojny światowej nie opuścił Londynu oraz (dziewięciokrotnie bombardowanego) pałacu Buckingham. Przyszedł na świat w dniu śmierci swojego pradziadka – księcia Alberta i to na jego cześć dostał imię. Film opowiada o początkach jego panowania już jako Jerzego VI, kiedy musiał pokonać utrudniające mu publiczne wystąpienia jąkanie. Colin Firth w roli głównej subtelnie oddał zmagania dorosłego mężczyzny z nieśmiałością oraz strachem przed własnym ojcem.

„Królowa”, reż. Stephen Frears

Znów oglądamy Elżbietę II, tym razem 50 lat później niż w „The Crown”. Świat właśnie obiega informacja o tragicznej śmierci księżnej Diany (w tym roku mija dokładnie 20 lat od tych wydarzeń). Uwielbiający Lady Di Anglicy nie mogą uwierzyć, że Pałac Buckingham nie ogłasza żałoby narodowej, nie opuszcza flag do połowy i nie wydaje oświadczenia. Królowa nie chce ugiąć się pod presją opinii publicznej i toczy milczącą wojnę o to, by uszanowano tradycję, na której straży stoi. Helen Mirren w roli królowej Elżbiety II jest przejmująca i bezbłędna. Oscar za pierwszoplanową rolę w pełni zasłużony.

„Wiktoria”, reż. Tom Vaughan

Niedawno królowa Elżbieta II obchodziła 65-lecie panowania, co czyni ją najdłużej panującym monarchą w historii Wielkiej Brytanii. Do 2015 roku rekord ten należał do królowej Wiktorii, która na tronie zasiadła jako 18-latka zupełnie nieprzygotowana do pełnienia tak ważnej roli. Mimo to jej ponad 63-letnie panowanie zapisało się na trwałe w historii świata i przypadało na największy rozkwit Imperium Brytyjskiego. Miała też bardzo ciekawe i udane życie prywatne – razem z mężem Albertem doczekała się dziewięciorga dzieci oraz czterdzieściorga dwojga wnucząt – jej potomkowie do dziś zasiadają na europejskich tronach. Serial „Wiktoria” skupia się na początkach panowania królowej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Lupin” wraca z nowym sezonem

Netflix poinformował, że kolejny sezon serialu
Netflix poinformował, że kolejny sezon serialu "Lupin" będzie miał swoją premierę 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Francuska produkcja biła rekordy popularności na całym świecie. „Lupin”, czyli serial inspirowany przygodami najsłynniejszego dżentelmena-włamywacza z genialnym Omarem Sy w roli głównej, już wkrótce wraca z nowym sezonem.

Pierwsza część francuskiej produkcji liczyła jedynie pięć 45-minutowych odcinków, a jej finał wprost wskazywał na to, że historia nie została jeszcze opowiedziana do końca. Ku uciesze miłośników serialu, a było ich wielu, bo już w niecały miesiąc od premiery obejrzało go przeszło 70 milionów subskrybentów na całym świecie, Netflix właśnie zapowiedział jego kolejną część. Premiera drugiego sezonu serialu „Lupin” ma odbyć się 11 czerwca na platformie Netflix.

„Najbardziej poszukiwany człowiek we Francji” – tak w zwiastunie drugiego sezonu serialu „Lupin” został określony jego główny bohater, Assane Diop. Niezwykle przebiegły, a przy tym szarmancki i wzbudzający sympatię Assane, teraz jest zaślepiony żądzą zemsty na Hubercie Pellegrinim za rozbicie rodziny. Przyparty do muru, musi obmyślić nowy plan, nawet jeśli oznacza to narażenie się na niebezpieczeństwo.

„Lupin” został wyreżyserowany przez Louisa Leterriera ("Iluzja") i Marceli Said ("Narcos: Meksyk"). Nie jest to adaptacja kultowej książki Maurice'a Leblanca o słynnym dżentelmenie-złodzieju Arsenie Lupinie, a jej współczesna wersja. W pierwszym sezonie serialu Diop, w akcie zemsty na zamożnej rodzinie, postanawia przeprowadzić serię spektakularnych skoków inspirowanych dokonaniami swojego ulubionego bohatera literackiego. Mężczyzna pragnie w ten sposób pomścić swojego ojca, który 25 lat został oskarżony o przestępstwo, którego nie popełnił, co doprowadziło go do samobójstwa.

W główną rolę serialu wciela się Omar Sy, znany przede wszystkim ze znakomitej roli w komediodramacie „Nietykalni”. Obok niego grają tam między innymi: Vincent Londez, Ludivine Sagnier, Nicole Garcia, Clotilde Hesme, Soufiane Guerrab, Antoine Gouy, Fargass Assandé i Shirine Boutella.

  1. Kultura

Filmy na maj poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Skazani na siebie" z Anne Hathaway i Chiwetelem Ejioforem w rolach głównych. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Za oknem z dnia na dzień bardziej zielono, szczepienia rozkręciły się na dobre, luzują się obostrzenia, świat wydaje się coraz bardziej przyjazny. Na horyzoncie otwarcie kin – planowane na 29 maja – w połowie miesiąca powinny być już możliwe pokazy plenerowe. No dobrze, a co zanim nastąpi otwarcie? A może by tak umaić sobie czas oglądając warte uwagi produkcje dostępne w sieci?

„Jak najdalej stąd”

Najnowszy film Piotra Domalewskiego, który po latach pracy jako aktor w 2017 roku reżyserskim debiutem „Cicha noc” rozbił bank, zdobywając mnóstwo nagród, w tym Złote Lwy w Gdyni. „Jak najdalej stąd” ostatni gdyński festiwal także opuszczał z nagrodami , m.in. dla młodziutkiej Zofii Stafiej, odtwórczyni głównej roli. Co nie powinno dziwić, bo jej rola to petarda, absolutnie nie do zapomnienia. Domalewski wraca do bliskich mu prywatnie wątków znanych już z debiutu – emigracji zarobkowej, wystawionych na próbę więzi rodzinnych. A Stafiej rewelacyjnie gra Olkę, której ojciec haruje w Irlandii, śląc pieniądze na utrzymanie córki, żony i syna. Kiedy do Polski dociera wiadomość o śmiertelnym wypadku, to właśnie Olka, może i gniewna, wygadana i całkiem odważna, ale jednak tylko nastolatka, musi lecieć do Irlandii odebrać prochy ojca i załatwić formalności. Nagłe zwroty akcji, ciekawe spostrzeżenia społeczne, sporo – wbrew niewesołemu tematowi – humoru, nie tylko wisielczego, mocna obsada (obok Stafiej m.in. Kinga Preis i Arkadiusz Jakubik), wiele jest powodów, dla których warto „Jak najdalej stąd” zobaczyć.

Film dostępny na platformach Netflix, Cineman, ipla, player, TVP VOD, Canal+.

Kadr z filmu 'Jak najdalej stąd'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Jak najdalej stąd". (Fot. materiały prasowe)

„Greta”

Pamiętacie „Misery”, kultową ekranizację powieści Stephena Kinga? „Greta” ma wiele z ducha tamtej opowieści, pojawiają się tu pokrewne wątki: dom, który staje się pułapką i miejscem zbrodni, a także gospodyni nie do końca – bardzo delikatnie mówiąc – zrównoważona psychicznie. Ten film jeszcze przed lockdownem nie doczekał się w Polsce kinowej premiery, dopiero teraz trafił do sieci. Wspomniałam „Misery”, ale od razu muszę zaznaczyć, że to nie tylko thriller, są tu także elementy czarnej komedii, co dla widzów, nie zdradzając zbyt wiele, będzie pewnie sporym zaskoczeniem. Nie sposób nie wspomnieć także o świetnych rolach świetnych aktorek. Chloë Grace Moretz gra tu Frances, która pewnego dnia znajduje w wagonie metra damską torebkę. Są w niej rzeczy osobiste, dzięki czemu dziewczyna namierza roztargnioną właścicielkę. I tu wkracza Isabelle Huppert w roli Grety, emerytowanej nauczycielki fortepianu. Najpierw rozmawiają, potem spotykają się znowu i znowu, świetnie się rozumieją, jest naprawdę miło. Do momentu, kiedy miło być przestaje i wychodzi na jak, że Frances przekraczając prób domu Grety, przesądziła o swoim losie.

Film dostępny na Canal+ Premium i canalplus.com.

Kadr z filmu 'Greta'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Greta". (Fot. materiały prasowe)

 „Kto wrobił Britney Spears?”

Napisać, że to film poruszający, to nic nie napisać. O, choćby pokazany tu archiwalny fragment amerykańskiej Familiady: uczestnicy odpowiadają na pytanie „Wymień, co ostatnio straciła Britney Spears”. Odpowiedzi „męża”, „dzieci”, „włosy” (teleturniej kręcony jest krótko po tym, jak piosenkarka publicznie pokazała się z ogoloną głową) są wysoko punktowane, ale jeszcze wyżej – „rozum”. Oglądamy też telewizyjny wywiad z młodziutką, dopiero zaczynającą karierę Spears. Prowadzący cały czas spogląda wymownie w jej dekolt, aż w końcu mówi: „Wiesz, o co chcę zapytać? O twoje piersi. Ale o co chodzi?! Jesteś na mnie zła?!”. Jay Leno żartujący w swoim programie z dylematu mężczyzn: poślubić „porządną dziewczynę” czy „taką jak Britney”. Można było o niej powiedzieć wszystko, zasugerować, że jest wyrodną matką, puszczalską, wariatką, byle słupki oglądalności szły w górę. Ten nakręcony przez dziennikarzy „New York Timesa” dokument opowiada o medialnej nagonce, która w niewiarygodnie seksistowskich wczesnych latach dwutysięcznych trafiła na podatny grunt. A także o ubezwłasnowolnieniu piosenkarki przez jej ojca i zmasowanej akcji fanów, żeby unieważnić tę sądową decyzję.

Film dostępny na canaplus.com i Canal+ Premium.

Kadr z filmu 'Kto wrobił Britney Spears?'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Kto wrobił Britney Spears?". (Fot. materiały prasowe)

„Jeszcze jest czas”

Viggo Mortensen aktor oczywiście od dawna znany (niezapomniany choćby jako Aragorn z „Władcy pierścieni”) przypomniał o sobie niedawno wspaniale przyjętą rolą w głośnym „Green Booku”. „Jeszcze jest czas” powstawał w podobnym momencie jego życia, ale to film kręcony na zupełnie innych zasadach. Mortensen jest jego reżyserem, scenarzystą, odtwórcą jednej z dwóch głównych ról i właściwie pierwowzorem granej przez siebie postaci, jako że nie brakuje tu wątków autobiograficznych. Rzecz o relacji syna i ojca, Johna i Willisa, niezwykle trudnej, bo ojciec (rewelacyjny 81-letni Lance Henriksen, którego kojarzyć możecie sprzed lat jako Bishopa z „Obcego”) jest zwyczajnym tyranem. Oglądamy ich współczesne losy w, kiedy ojciec cierpi już na ostrą demencję, a jego syn John próbuje się nim opiekować, ale i te dawne, kiedy John był mały i doświadczał przemocy domowej. Co to naprawdę znaczy wybaczyć? Co znaczy okazać miłość człowiekowi, który do miłości właściwie nigdy nie był zdolny? Zresztą czy naprawdę nie był? Są tu momenty, które mimo całej krzywdy, jaką wyrządził Willis pozwalają wierzyć, że chociaż próbował, nadal próbuje mimo upiornego charakteru i coraz gorszej fizycznej i psychicznej kondycji. Ciekawy debiut i bardzo osobista opowieść, która po hyper krótkim życiu kinowym przerwanym izolacją, wreszcie trafiła do sieci.

Film dostępny na platformach ipla, Rakuten, player, vod.pl, TVP VOD, PLAY NOW, Canal+, MOJEeKINO, Nowe Horyzonty VOD.

Kadr z filmu 'Jeszcze jest czas'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Jeszcze jest czas". (Fot. materiały prasowe)

„Skazani na siebie”

Na koniec propozycja-pocieszenie. Dla tych, których – mimo coraz bardziej optymistycznych doniesień – pandemia niezmiennie wkurza, przygnębia, odbiera im radość życia. Jest okazja, żeby się z niej pośmiać. Najpierw słowo o scenarzyście tego filmu. Pamiętacie „Locke’a” Stevena Knighta z Tomem Hardym? Gdzie główny bohater przez 90 minut seansu jedzie autem i rozmawia przez telefon. „Skazanych na siebie” też napisał Knight, uznany najwyraźniej za specjalistę od klaustrofobicznych historii. Co nie znaczy, że te dwie produkcje łączy wiele więcej. „Skazani…” są lekką komedią o przekleństwach, ale i zaletach lockdownu. Akcja toczy się w Londynie w czasie pierwszej fali pandemii i całkowitej izolacji. Linda (Anne Hathaway) i Paxton (Chiwetel Ejiofor) przeżywają jako para kryzys. Teoretycznie nie są już razem, praktycznie muszą siedzieć ze sobą w domu. Pojawia się tu także wątek potencjalnej kradzieży stulecia w wykonaniu tych dwojga, ale siłą filmu są dobrze oddane realia życia w dobie koronowirusa. Śmiejemy się z nim, a tak naprawdę śmiejemy się trochę z samych siebie.

Film dostępny na HBO GO i na kanale HBO.

Kadr z filmu 'Skazani na siebie'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Skazani na siebie". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Komedie francuskie - najlepsze produkcje prosto z Francji

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Za jakie grzechy, dobry Boże?". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ostatnio na łamach naszego portalu pisaliśmy o francuskiej radości życia, która polega m.in. na celebrowaniu małych przyjemności. Trop ten szybko zaprowadził nas do... francuskich komedii. Z tego względu przyglądamy się dziś najlepszym filmom komediowym prosto z Francji. Wybraliśmy tytuły, które bez trudu znajdziecie w polskich serwisach VOD. 

"Jutro będziemy szczęśliwi"

Samuel (Omar Sy) wiedzie beztroskie życie opierające się na przygodnych romansach. Pewnego dnia jego była kochanka Kristin robi mu niespodziankę. „To twoja córka” – mówi i znika. Od tej chwili Samuel staje się pełnoetatowym tatą małej Glorii. O dzieciach nie ma pojęcia, lecz uczucie do dziewczynki dodaje mu sił, aby sprostać wyzwaniom ojcostwa. Sielanka kończy się, gdy Gloria ma 8 lat, a Kristin postanawia ją odzyskać. To świetny film o dojrzewaniu do odpowiedzialności i odkrywaniu, jakimi wartościami warto się kierować.

Film dostępny na player.pl i cineman.pl.

Kadr z filmu 'Jutro będziemy szczęśliwi'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Jutro będziemy szczęśliwi". (Fot. materiały prasowe)

"Rodziny się nie wybiera"

Film "Rodziny się nie wybiera" to najlepszy dowód na to, że Francuzi mają gdzieś poprawność polityczną i uwielbiają żywiołowe komedie pełne kontrowersyjnego humoru. Valentin D. (Dany Boon) jest wychowanym w sierocińcu genialnym projektantem, który swoimi kolekcjami rzuca Paryż i światowy design na kolana. Wszystko zmienia się jednak, gdy o jego istnieniu przypomina sobie jego mieszkająca na północy Francji i posługująca się dziwnym dialektem szalona rodzina, która bez zapowiedzi przyjeżdża do stolicy.

Film dostępny na Netflixie.

Kadr z filmu 'Rodziny się nie wybiera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Rodziny się nie wybiera". (Fot. materiały prasowe)

"Za jakie grzechy, dobry Boże?"

"Za jakie grzechy dobry Boże" to urocza komedia o tym, co czują rodzice, gdy przyszły zięć jest zupełnie nie z ich bajki. I choć film wyreżyserowali Francuzi, to zawarte w niej problemy są bardzo bliskie wielu Polakom. Marie (Chantal Lauby) i Claude (Christian Clavier) to konserwatywni rodzice czterech córek, którzy pragną, aby ich latorośle poślubiły kulturalnych katolików z Francji. W życiu bohaterek pojawiają się jednak czterej zakochani mężczyźni: Żyd, Arab, Chińczyk i chłopak z Czarnej Afryki...

Film dostępny na vod.pl.

Kadr z filmu 'Za jakie grzechy, dobry Boże?'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Za jakie grzechy, dobry Boże?". (Fot. materiały prasowe)

"Nietykalni"

Tego tytułu chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Mało kto jednak wie, że historia przedstawiona w filmie "Nietykalni" zdarzyła się naprawdę. Sparaliżowany na skutek wypadku milioner (François Cluzet) zatrudnia do pomocy i opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który właśnie wyszedł z więzienia (Omar Sy). Zderzenie dwóch skrajnie różnych światów daje początek szeregowi niewiarygodnych przygód i przyjaźni, która czyni ich... nietykalnymi! Pozycja obowiązkowa, jeśli chodzi o francuskie produkcje.

Film dostępny na cineman.pl.

Kadr z filmu 'Nietykalni'. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)Kadr z filmu "Nietykalni". (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

"Czym chata bogata"

"Czym chata bogata" to wybuchowa komedia twórców "Za jakie grzechy, dobry Boże?". Jean-Etienne Fougerole (Christina Clavier), bogaty pisarz-celebryta podczas telewizyjnego programu, promując swoją nową książkę "Czym chata bogata", nieopatrznie zaprasza pod swój dach romską rodzinę. Gdy do jego wspaniałego domu wprowadzą się nowi lokatorzy, cały świat stanie na głowie. Dwie rodziny, dwa światy, różne obyczaje, czy wzajemne uprzedzenia mogą doprowadzić do... wielkiego cygańskiego wesela.

Film dostępny na Netflixie.

Kadr z filmu 'Czym chata bogata'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Czym chata bogata". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Rodzinnie przed ekranem - filmowa majówka z Nowymi Horyzontami VOD

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Majówka z Nowymi Horyzontami VOD to nasza propozycja na nadchodzący długi weekend. Na każdy dzień platforma przygotowała filmowe atrakcje dla całej rodziny - zarówno dla młodszych, jak i starszych widzów. 

Małe, duże, nuklearne, wielopokoleniowe, patchworkowe. Każda rodzina znajdzie coś dla siebie w ofercie NH VOD. W ramach majówki zespoły festiwali Nowe Horyzonty i Kino Dzieci połączyły siły, wybierając zestawy tytułów, które zebrano w blokach tematycznych. Każdemu dniu majówki przyświeca specjalne hasło, a za nim idą znakomite filmy – jeden skierowany do młodego widza, drugi dla dorosłego. Przygotowując cały plan inspirowano się staropolskim zwyczajem oglądania filmów w układzie „najpierw wieczorynka, później propozycja dla dorosłych”. Oczywiście, wieczorynkę można oglądać o dowolnej porze.

Sobota, 1 maja: Międzypokoleniowe starcia

Starsi nie rozumieją młodszych, a młodsi nie chcą zrozumieć starszych – to punkt wyjścia. Więcej zrozumienia pomiędzy obiema stronami – to efekt, jaki można uzyskać po seansach filmów z propozycji na pierwszy dzień majówki.

"Sekrety morza", reż. Tomm Moore – nominowana do Oscara, ponadczasowa i ponadpokoleniowa baśń z Irlandii, która przypomina o potędze wyobraźni i jeszcze większej sile rodzinnej miłości. Sekrety morza to także powrót do tradycyjnej, ręcznej animacji, co zdecydowanie odróżnia film od wszechobecnej w dzisiejszym kinie ponurej, cyfrowej technologii 3D.

"Toni Erdmann", reż. Maren Ade – obsypana nagrodami, przewrotna, pełna niepoprawnego humoru historia relacji między śmiertelnie poważną trzydziestolatką a jej bujającym w obłokach ojcem. Dużo śmiechu, jeszcze więcej wzruszeń.

Niedziela, 2 maja: Zwierzęta mają głos

Dziś celebrujemy uczucia międzygatunkowe i przypominamy o tym, że nasi czworonożni, płetwiaści lub skrzydlaci przyjaciele są pełnoprawnymi członkami rodziny.

"Jakub, Mimmi i gadające psy", reż. Edmunds Jansons – tytułowi bohaterowie to para rezolutnych dzieciaków, która staje w obronie swojego ulubionego parku, będącego łakomym kąskiem dla bezwzględnego inwestora. W walce o zachowanie „zielonych płuc” miasta pomaga im gang gadających psów. Cała animacja została przepięknie wykonana za pomocą metody „cut-out”.

"Serce psa", reż. Laurie Anderson – zaskakujący, nowatorski hołd dla męża autorki, Lou Reeda, i ukochanej terierki Lolabelle. Mnóstwo świetnej muzyki, nowojorskich pejzaży oraz małych-wielkich przemyśleń o blaskach i cieniach naszego życia.

Poniedziałek, 3 maja: Girl Power

Dziewczyny u sterów! Dzień zaczynamy patriotycznie – wspólnie z Basią, jedną z najpopularniejszych bohaterek z polskiej animacji, a później zapraszamy na pokład legendarnego jachtu Maiden, dowodzonego przez załogę nieustraszonych kobiet.

"Basia", "Basia 2" i "Basia 3", reż. Marcin Wasilewski, Łukasz Kacprowicz – tytułowa Basia to wyjątkowo rezolutna pięciolatka, dobrze znana wielbicielom książek Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Każdy odcinek uczy dzieci czegoś o dorosłych, ale i dorosłych czegoś o dzieciach.

"Maiden", reż. Alex Holmes – trzymająca w napięciu – niczym rasowy thriller – opowieść o grupie upartych, odważnych i niezależnych kobiet, które stworzyły pierwszą w historii żeńską załogę startującą w prestiżowych i ekstremalnie niebezpiecznych regatach Whitbread Round the World Race.

Aby wziąć udział w majówce z Nowymi Horyzontami, wystarczy założyć konto na nowehoryzonty.pl/vod i wykupić dostęp do filmów (pojedyncze dostępy zaczynają się już od 7,90 zł). Można też zakupić pakiet dostępów za jedyne 49 zł (w pakiecie mieści się aż 15 filmów oznaczonych promocją) – wówczas uzyskujemy dostęp do wszystkich majówkowych propozycji. Każdy z zaproponowanych filmów można oglądać o dowolnej porze dnia (i nocy).

  1. Kultura

Frances McDormand: "Piorę, sprzątam i czasem gram"

Frances McDormand ukazuje swoje bohaterki w sposób daleki od stereotypów. – Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety – wyznaje. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)
Frances McDormand ukazuje swoje bohaterki w sposób daleki od stereotypów. – Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety – wyznaje. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)
Nie jest w typie hollywoodzkiej piękności i nie zależy jej na bywaniu na okładkach pism. – Wiem, kim jestem, co w tym zawodzie częste nie jest. Nie potrzebuję wspomagania mojego ego z zewnątrz – mówi aktorka Frances McDormand. Właśnie odebrała Oscara za rolę w filmie "Nomadland", ale ma też na koncie inne świetne, również nagradzane kreacje. Przypominamy rozmowę, którą w 2018 roku przeprowadziła z aktorką Mariola Wiktor. 

Wywiad pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika Sens (numer 2/2018).

Podobno wahała się pani, czy przyjąć rolę samotnej matki zgwałconej i zamordowanej dziewczyny w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri” w reżyserii Martina McDonagh.
W pierwszej chwili ta propozycja mi pochlebiła, ale później pomyślałam, że jestem na taką rolę za stara. Matka nastolatki powinna mieć znacznie mniej niż 60 lat na karku. Jednak Joel (Coen, mąż aktorki – przyp. red.), widząc te rozterki, postawił mnie do pionu. „Weź się w garść” – powiedział – „i zadzwoń, że się zgadzasz. Natychmiast!”. No więc posłuchałam go. I nie żałuję. Mildred straciła swoje jedyne dziecko, czuje ból i wściekłość wobec oprawców, ale i stróżów prawa, którzy nie potrafili ich złapać i skazać. Spodobało mi się, że gram kobietę, która znajduje w sobie siłę, by stawić czoła całemu światu, która jest takim samotnym kowbojem albo szeryfem wymierzającym sprawiedliwość. To nie przypadek, że film ma westernową konwencję. Moja bohaterka zewnętrznie jest zmaskulinizowana, szorstka, potrafi rzucić mięsem i przyłożyć, a na co dzień chodzi w mało kobiecym kombinezonie – ale w środku skrywa wielkie pokłady czułości i ciepła. Dlatego polubiłam Mildred. No i nie ukrywam, że moją inspiracją dla tej postaci był…John Wayne. Od zawsze go uwielbiałam.

Publiczność w Wenecji też ją polubiła. Dawno nie widziałam tam takiej owacji, jaką pani zgotowano.
Myślę, że Mildred ujęła wszystkich tym, że mimo swojej tragedii nigdy nie rozczulała się nad sobą, bywała okropna, nieznośna, uparta jak osioł, ale zarazem miała w sobie charyzmę, siłę i zjadliwe poczucie humoru. Była dramatyczna, melancholijna, ale i śmieszna. To świetny materiał do zagrania. Poza tym wreszcie nikt nie przyczepił się do mojego mało atrakcyjnego wyglądu. Zawsze byłam albo za stara, albo za gruba, za chuda, za mało kobieca. Dlatego na ogół dostawałam role epizodyczne lub drugoplanowe. Nie jestem w typie hollywoodzkiej piękności.

Kiedy kilka lat temu rozmawiałyśmy przy okazji pani tytułowej roli w serialu HBO „Olive Kitteridge”, powiedziała pani, że na tę rolę czekała aż 35 lat…
Joel mówi, że stworzyłam w „Olive Kitteridge” żeński, emocjonalny odpowiednik Brudnego Harry’ego. Przyjmuję to jako komplement. Całe życie grałam role drugoplanowe i charakterystyczne. W wielu filmach Coenów także. Jednak nie chcę, by to zabrzmiało jak zarzut. To mi nawet odpowiadało. Bo nie będąc maksymalnie wykorzystywaną na planie, miałam czas na godzenie pracy z życiem rodzinnym. Tak samo kiedy grałam w teatrze – mogłam sobie tak układać plan dnia, żeby zawieźć syna do szkoły, zrobić pranie i pójść na zakupy. Poza tym zaznaczenie swojej obecności w niewielkiej roli wymaga czasem lepszego warsztatu, większej precyzji i kreatywności niż duża wiodąca kreacja.

Wydaje się nieprawdopodobne, by uzdolniona żona Joela Coena i bratowa Ethana, laureatka Oscara za rolę w „Fargo” musiała czekać na swoją życiową rolę tak długo. Jak to możliwe?
(Śmiech!) No tak, wielu ludzi nie może zrozumieć, dlaczego, skoro sypiam ze znanym reżyserem, nie robię oszałamiającej kariery w Hollywood. Albo myślą, że przynajmniej mam wpływ na scenariusze braci. I owszem, mam wpływ. Tylko on polega na tym, że piorę, sprzątam i gotuję… (śmiech)! Nigdy nie wtrącam sie do ich pisania ani nie proszę o role. Zresztą ja nie znam się na pisaniu i jako aktorka czuję się odtwórcą. Jeśli coś mi zaproponują, to rozważę ofertę, ale jeśli nie, to OK. Zawodowo realizuję się także w teatrze awangardowym w Worcester Group w Nowym Jorku, gdzie pracujemy razem z Willemem Dafoe. Tylko raz dostałam dużą role w „Fargo” i o tym przypadku można powiedzieć, że to „przez łóżko”. Zabawne, że kiedy w Cannes kilka lat temu na czerwonym dywanie Coenowie promowali film „Bracie, gdzie jesteś?”, to pod zdjęciem mojego męża i moim podpisano: „Joel Coen z niezidentyfikowaną partnerką”.

Nie zirytowało to pani?
Nie. Mam chyba zdrowe podejście do tego, kim jestem. Bo też wiem, kim jestem, co w tym zawodzie częste nie jest. Nie potrzebuję wspomagania mojego ego z zewnątrz. Nie interesuje mnie bycie na okładkach kolorowych magazynów czy ilość ploteczek na mój temat. Wyraźnie oddzielam życie zawodowe od prywatnego. Nie utożsamiam się ze swoimi rolami i nie przeżywam traum związanych z wychodzeniem z roli, a więc także problemów z identyfikacją siebie. Nie jestem celebrytką, tylko aktorką charakterystyczną, a zanim poznałam Joela, miałam już za sobą niemało zawodowych doświadczeń i grałam u innych reżyserów.

Pani ekranowe bohaterki zmieniają postrzeganie kobiet. Ma pani tego świadomość?
Teraz już tak, wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Nawet jeśli moje bohaterki są konwencjonalne, ukazuję je w sposób daleki od stereotypów. Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety, o jej niepowtarzalność. O to coś nieuchwytnego, co pojawia się w spojrzeniu, w geście, barwie głosu. Nigdy nie robiłam żadnych operacji plastycznych i to widać na mojej twarzy, ale właśnie dlatego mam na niej zapisane całe życie. Pozwólmy sobie być sobą, zamiast wciąż poprawiać siebie. Nie niszczmy własnej osobowości. Może nie będziemy doskonałe, ale będziemy jakieś. Wyraziste, prawdziwe. Od roli w „Olive Kitteridge” poczułam, że nie chcę już więcej grać kobiet towarzyszących facetom, ale pokazywać bohaterki z krwi i kości, których historie są ciekawsze niż męskie. Myślę teraz o rolach głównych, pierwszoplanowych.

Jak się właściwie poznaliście z Joelem? Podobno to było na castingu do debiutu Coenów „Śmiertelnie proste”?
Tak. Miała tam zagrać Holly Hunter, z którą razem wynajmowałam mieszkanie na Bronksie. Jednak Holly była zbyt zajęta innym projektem i zaproponowała, bym poszła na casting zamiast niej. Obaj bracia wydawali mi się dziwaczni i ekscentryczni, ale także bardzo inteligentni. Poprosili, bym przyszła po raz drugi, ale ja powiedziałam, że to niemożliwe, bo mój ówczesny chłopak grał tego dnia w operze mydlanej, a ja obiecałam mu, że zobaczę w telewizji jego występ. Joel był zszokowany! A jednocześnie mu to zaimponowało. Ostatecznie dostałam tę rolę (śmiech). Zaczęłam spotykać się z Joelem w kawiarni. Początkowo służbowo. Przy gorącej czekoladzie dyskutowaliśmy godzinami o roli. Przyniósł mi także kilka książek do przeczytania, m.in. Chandlera. Po prostu podrywał mnie na literaturę. Pobraliśmy się zaraz po premierze filmu i jesteśmy ze sobą już 32 lata. Niestety, dziś już nie prowadzi ze mną fascynujących rozmów o literaturze, odpowiada tylko wtedy, gdy musi, bywa zamknięty w sobie i mrukliwy, zajmuje większą część łóżka i bałagani w łazience (śmiech)…

"Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" to pani kolejna po „Fargo” oscarowa kreacja. Jaki ma pani do tego stosunek?
Normalny! Jest mi oczywiście bardzo miło, ale nie pracuję dla nagród! One są dodatkiem, nie celem. I bez nagród wiem, że gram w dobrych filmach. Nie potrzebuję statuetek, by zwiększyć poczucie pewności siebie. Jeśli angażuję się w jakiś nowy projekt, to dlatego, że jest w nim możliwość pokazania metamorfozy bohaterki. W ogóle interesują mnie role kobiet dojrzałych, skomplikowanych, świadomych siebie, swojej kobiecości. Oczywiście nagroda dla mnie lub filmu zawsze przyciągnie większą publiczność, a reżyserom łatwiej przekonać producentów, by mnie angażowali. Jednak kiedy dostałam Oscara za rolę Marge w „Fargo”, to wcale nie było tak, że nagle wszystkie drzwi się dla mnie otworzyły. Po prostu nie kojarzę się z kinem kasowym. Ale pamiętam, że zaraz po Oscarze zrobiło się wokół mnie sporo szumu. Nie mogłam tak po prostu wyjść do sklepu czy na ulicę. Na szczęście to nie trwało długo i na razie mam spokój.

Nie brzmi pani jak gwiazda.
Bo się nią nie czuję! Jestem aktorką, rzemieślnikiem. Nie mieszkamy w Hollywood, tylko w Nowym Jorku na Górnym Manhattanie już od ponad 20 lat. Jak pani widzi, mam naturalne zmarszczki i dzięki temu w wieku 60 lat mogę nadal grać kobiety po pięćdziesiątce i starsze. W ten sposób nigdy nie zabraknie mi pracy, bo aktorek po pięćdziesiątce z naturalną mimiką w Hollywood praktycznie nie ma.

Ma pani ogromny bagaż aktorskich doświadczeń. Nie myślała pani o tym, by stanąć po drugiej stronie kamery?
Dwóch reżyserów w rodzinie wystarczy! Myślę raczej o zawodzie producenta. Przy „Olive Kitteridge” poczułam się filmowcem, nie tylko aktorką. Jestem jednym z producentów tego filmu. I mam do tego dryg! Ja przez całe wspólne życie z Joelem byłam gospodynią domową, która od czasu do czasu grywa w filmach, telewizji i bardziej regularnie w teatrze. Dużo także podróżowałam z Coenami i naszym synem. Na mojej głowie spoczywała cała logistyka przy takich wyjazdach. Trzeba było urządzać mieszkania, które nam wynajmowano na czas przygotowań i zdjęć, szukać szkoły dla Pedra, naszego adoptowanego syna, organizować transport do szkoły, sprzątać, gotować… Szczerze mówiąc, nie widzę różnicy między gospodynią domowa a producentem (śmiech)! Jestem naprawdę świetnie zorganizowana.

Decyzja o adopcji Pedra była głęboko przemyślana i ma związek z pani własnym dzieciństwem i doświadczeniami…
To prawda. Zaadoptowaliśmy Pedra w 1995 roku, gdy miał zaledwie 6 miesięcy. Pochodzi z Peru. Kochamy go tak, jakby był naszym biologicznym dzieckiem. Nie urodzenie, ale wychowanie dziecka jest moim zdaniem najważniejszym testem rodzicielstwa. Ja też jestem dzieckiem adoptowanym. Wychowałam się w domu pastora. Miałam jeszcze dwójkę przybranego rodzeństwa. Dużo podróżowaliśmy po Ameryce. Tata był kaznodzieją, a więc my także żyliśmy przykładnie i po chrześcijańsku. Oboje rodzice byli bardzo porządnymi, dobrymi ludźmi. Kiedy osiągnęłam pełnoletniość, powiedzieli mi prawdę. Mogłam napisać do swojej biologicznej matki. I tak zrobiłam. Kierowała mną ciekawość, ale i ogromy żal. Jednak nie udało nam się nawiązać relacji. To poczucie opuszczenia zostaje w człowieku na całe życie, bo podkopuje zaufanie do najbliższej ci osoby. Trudno jest potem nawiązywać głębokie relacje z innymi ludźmi. Pedro też mógł napisać do swojej matki, ale nie chciał. Myślę, że go rozumiem, jak mało kto…

Czuje się pani dziś spełniona jako matka, aktorka, producentka?
Wierzę, że wiele jeszcze przede mną. Ten zawód, myślę o aktorstwie, jest obarczony sporym ryzykiem. Niezależnie od tego, ile się w nim zarabia, a nawet niezależnie od tego, czy jest się celebrytą – żyje się w nieustannej niepewności. Ja na szczęście nie jestem uzależniona od tego, czy zadzwoni telefon z propozycją. Jako żona reżysera mam luksusową sytuację. W ostateczności na jakiś epizod u mojego męża zawsze mogę liczyć. No i generalnie jestem na jego – jak to się mówi – utrzymaniu. Nie muszę więc przyjmować każdej propozycji i stresować się przestojami. Mogę normalnie żyć. Jestem zwyczajną kobietą, która ma też swoje marzenia.

Jakie?
Chciałabym na przykład zagrać w kinie akcji albo w musicalu. Nie wiem też, dlaczego nikt nie proponuje mi roli psychopatycznej morderczyni. Mogłabym być niezłym Hannibalem w spódnicy. Kiedy byłam młodsza, bardzo interesowały mnie sceny rozbierane. Nawet Joel przyznał, że nie miałby nic przeciwko temu. O wiele bardziej przeraża go myśl, że mogłabym śpiewać w musicalu! Zupełnie nie rozumiem dlaczego (śmiech)! Mam jeszcze jedno ciche marzenie.

Zamieniam się w słuch…
Jeśli kiedykolwiek będę miała swój nagrobek, to chciałabym, by napisano na nim: „Tu spoczywa Marge Gunderson”. Nie Frances McDormand, tylko Marge z „Fargo”. Nie ma znaczenia, że to była moja wielka rola. I chcę zaznaczyć, że Milred z „Trzech billboardów” to taka Marge, która dorosła i dojrzała.