1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Marek Niedźwiecki - głos, który zna cała Polska

Marek Niedźwiecki - głos, który zna cała Polska

Marek Niedźwiecki (fot. Rafał Masłow)
Marek Niedźwiecki (fot. Rafał Masłow)
Marek Niedźwiecki odchodzi z Programu Trzeciego Polskiego Radia. Przypominamy archiwalny wywiad, w którym opowiedział nam o stacji, w której spędził ponad trzy dekady i która sprawiła, że jego głos zna cała Polska.

Jak pachnie studio radiowe?
Stare radio pachniało kurzem. Kurz i rozgrzane magnetofony, na których kręciły się taśmy.

To właśnie ta magia?
Ktoś mnie kiedyś zapytał, czym się różni radio od telewizji, a ja, nie namyślając się wiele, odpowiedziałem, że jak w studiu radiowym zapala się czerwone światełko przy mikrofonie, to od tej chwili mogę zrobić ze słuchaczami wszystko. A w telewizji odwrotnie, kiedy w kamerze zapala się czerwone światełko, to ze mną można zrobić wszystko. Coś w tym jest. Oczywiście, nie wiem, na czym dokładnie polega magia radia, gdybym to wiedział, byłbym najmądrzejszym człowiekiem na świecie. Ale wiem, że to coś dosięgło mnie już w dzieciństwie. Wychowałem się w małym miasteczku, w Szadku, w takich czasach, że na początku nie mieliśmy jeszcze telewizora. I to radio było łącznikiem dla całej rodziny, siadaliśmy w niedzielę i razem słuchaliśmy Teatru Polskiego Radia. Na Jedynce, bo Trójka nie docierała wtedy jeszcze do mniejszych miejscowości. Szybko stałem się samodzielnym, wymagającym, powiedziałbym, że trochę upierdliwym słuchaczem. Co tydzień wysyłałem kartki pocztowe, głosując na listę przebojów Radia Rytm. Myślałem, że jestem kompletnie anonimowy, a po latach okazało się, że te charakterystyczne żółte kartki ze znaczkiem po 40 groszy lądowały w redakcji na tablicy korkowej. Przywieszali je, bo przypominały małe dzieła sztuki, pracowicie powypisywane kolorowymi flamastrami.

Co by pan robił w życiu, gdyby nie został radiowcem?
Nie byłoby mnie. Pamiętam, jak koleżance z oddalonej od Szadka 12 kilometrów Zduńskiej Woli zwierzałem się w liście, że chciałbym pracować w radiu. Choć to prawda, że wtedy było to marzenie z tej samej kategorii co lot w kosmos.

Nigdy nie myślał pan, żeby pójść w ślady taty? Masarnia nie wchodziła w grę?
Nigdy w życiu. Nie jestem wegetarianinem, ale nie byłbym w stanie zabić zwierzęcia. Poza tym boję się widoku krwi. Nawet jak pobierają mi krew do badania, zwykle mdleję. Nie byłem fanem wizyt w masarni. Mama prosiła: „Idź, zawołaj tatę na obiad”. Pamiętam zwisające tusze krów, świń i tatę w fartuchu. Choć podobno jak byłem mniejszy, pracownicy stawiali mnie na stole, prosili, żebym powiedział wierszyk albo zaśpiewał piosenkę, a w zamian bardzo uradowany dostawałem kawałek kaszanki. Tak naprawdę w szkole średniej marzyłem o anglistyce, ale bałem się, że mnie nie przyjmą, a czasy były takie, że jak się nie dostałeś na studia, to automatycznie szedłeś do wojska. Wybrałem w końcu politechnikę. Wydział budownictwa, nie najtrudniejszy – mechanika czy chemia nie wchodziła w rachubę, nie dałbym rady. I rzeczywiście, z wykształcenia jestem magistrem inżynierem technologii organizacji budownictwa, mógłbym być szefem budowy. Chociaż na Politechnikę Łódzką poszedłem tylko przez radio.

Jak to?
Moja starsza siostra studiowała tam włókiennictwo i ja, jeszcze będąc w liceum, przywoziłem jej czasem z Szadka od rodziców wałówkę. I to ona mi powiedziała: „Widzisz to pudło? Tam, obok zegara? To studenckie Radio Żak”. I ja wtedy wymyśliłem sobie, że koniecznie muszę się do Żaka dostać. Udało się od razu po tym, jak rozpocząłem studia. Już w październiku był pierwszy nabór i ja się dałem nabrać. To był pierwszy raz, kiedy usiadłem, trudno powiedzieć, że w studiu, raczej w zwykłym pokoju wygłuszonym opakowaniami po jajkach, żeby głos nie odbijał się od ścian, jako że mikrofony były dość słabe. Ale magia już była. Byłem spikerem, prowadzącym, czytałem koncert życzeń. Nigdy nie miałem takiej myśli, że mógłbym robić co innego. Poważnie. Jeszcze w Szadku chodziłem po lesie i układałem całe audycje w głowie. Prowadziłem zeszyty – notowałem to, co mówili prezenterzy Radia Luxembourg czy American Forces Network, radiostacji dla amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Europie. Notowałem składy zespołów, tytuły, ciekawostki, robiłem swoją prywatną encyklopedię. Od zawsze chciałem być panem Markiem z radia, mimo że nigdy nie byłem przebojowy.

A jaki pan był?
Raczej nadwrażliwy, a na zewnątrz cichy, spokojny, nie wadziłem nikomu. Rumieniłem się przy byle okazji. Taki chłopak z prowincji.

Kiedy przestał pan tak o sobie myśleć?
Chyba nigdy nie przestałem. Jak idę na bazarek obok swojego domu, kupuję jabłka u pana Krzysia, a całą resztę u pani Alicji, to czuję się, jakbym był w małym mieście. Znamy się tyle lat. Dziś kupiłem pół kilo podgrzybków, chyba ostatnich w tym sezonie. Z domu do pracy mam kilkanaście minut jazdy, jestem w radiu kilka godzin, potem pochodzę po okolicy, zwykle po Łazienkach, bo tu ładnie, a staram się robić 10 tysięcy kroków dziennie.

Mnie rutyna, powtarzalność dni przeraża.
A ja ją lubię. Budzę się zawsze o szóstej, bez budzika, nawet po zmianie czasu. Zaczynam dzień od Trójki, śniadanie, pranie, potem idę na wspomniany bazarek. W drodze do pracy włączam radio i to jest jedyny moment, kiedy słucham konkurencji.

Jakich stacji?
Radia Pogoda, Chilli Zet, RMF Classic. Jak jadę w dłuższą trasę, to też przesłuchuję, co grają i mówią inni.

I jak? Podoba się panu?
Czasami mnie coś zaskoczy, czasami zdenerwuje. Nie chcę być upierdliwym gościem, który krytykuje kolegów, poza tym każdy pracuje na swoje nazwisko, ale jednak mówi się zespół „Jurytmiks” i jak ktoś mówi „Ełrytmiks”, to jednak trochę mnie to boli.

Zostawił pan kiedyś Trójkę. Na dwa lata.
Wtedy, w 2007 roku, czułem, że muszę tak postąpić. Ale była to decyzja z serii „na przekór mamie odmrożę sobie uszy”. Czekały tu na mnie rzeczy, mój kwiatek w doniczce był podlewany. Wróciłem do siebie.

Dyrekcja Polskiego Radia znowu może się zmienić. Znowu może pan stanąć przed trudną decyzją. Nie boi się pan tego?
Nie myślę o tym. Świat daje mi dostatecznie dużo powodów do zmartwień. Zamachy, spadające samoloty, teraz straszą, że wędliny powodują raka, a ja całe życie jem wędliny. Dzieci, które urodzą się w tym roku, zobaczą, co będzie za 50 lat, jak to się wszystko potoczy, a ja się cieszę, że nie zobaczę.

Jest pan wymagający wobec ludzi?
Absolutnie nie. Nawet z asertywnością bywa u mnie kiepsko, choć i tak jest dużo lepiej, niż było. To chyba przychodzi z wiekiem, jestem coraz mniej cierpliwy, nie mam już tyle siły, żeby poprowadzić dużą imprezę w hali sportowej. Kiedyś zupełnie nie potrafiłem odmówić, na pewno bym otworzył, kupił od sympatycznych dziewczyn kartki na rzecz jakiejś fundacji, odpowiedziałbym na ankietę sympatycznego pana. Dzisiaj po prostu nie otwieram, jeśli ktoś nie był umówiony. Choć nie zawsze ta moja asertywność działa.

Marek Niedźwiedzki, rocznik 1954, dziennikarz muzyczny, prezenter radiowy. Pracował z początku dla Studenckiego Radia Żak Politechniki Łódzkiej, następnie wygrał konkurs na spikera w Radiu Łódź, podejmując także współpracę z Programem Pierwszym Polskiego Radia. Do radiowej Trójki trafił w roku 1982. Najbardziej znaną prowadzoną przez niego audycją była „Lista przebojów Programu Trzeciego”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Seks w wielkim lesie. Wywiad z botanikiem Łukaszem Łuczajem

- Uważam, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks. To może być przesiadywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. Kim Walker)
- Uważam, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks. To może być przesiadywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. Kim Walker)
Pokolenia licealistów wytężają wyobraźnię, by odgadnąć, co właściwie zaszło między Tadeuszem a Telimeną podczas słynnego grzybobrania... Łukasz Łuczaj, botanik i autor książki „Seks w wielkim lesie”, radzi jednak, by na leśne umizgi wybierać miesiące poza sezonem grzybowym. Zatem kiedy i gdzie najlepiej kochać się w plenerze?

Mamy wiosnę. Zdjęliśmy kurtki, odsłaniamy skórę, zrobiło się bardziej zmysłowo?
Widzę po sobie, jak bardzo żyję cyklami przyrody. W zimie jestem wyciszony, gdzieś schowany i piszący, a moje potrzeby seksualne redukują się czterokrotnie. Ale to jest fajny moment, żeby gromadzić tę energię. A na wiosnę już włącza mi się taki stan submaniakalny, kiedy zaczynam czuć przyrodę, jak zwierzę, które się budzi, chce żyć.

I zachęcasz, żeby iść do lasu.
Tak, uważam po prostu, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks; to może być zwykłe przebywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra.

Nie ma jeszcze tylu owadów.
Poza kleszczami właściwie nic nas wtedy nie gryzie. Wiele osób ma cielesny kontakt z naturą dopiero latem, głównie na wakacjach. U nas nie ma tradycji dłuższych wakacji wiosennych i przez to nie mamy kultury cieszenia się wiosną, kiedy robi się naprawdę pięknie, a przyroda jest zupełnie inna niż później. Już w lutym czy w marcu zdarzają się czasem dni, gdy temperatura osiąga 15–17 stopni. A w lasach liściastych, o tej porze jeszcze pozbawionych liści, jest słonecznie, pnie się nagrzewają, ściółka się nagrzewa, wychodzą kwiaty. Można się kochać w lesie wśród zawilców, fiołków, i jest to naprawdę cudowne uczucie.

Mam wrażenie, że dla wielu osób twoja propozycja jest jednak zaskakująca. Nie biorą pod uwagę, że mogłyby iść do lasu i się kochać.
Dla wielu jest zaskakująca, ale dla wielu nie jest, bo, uwierz mi, ludzie naprawdę to robią. Rozmawiałem z wieloma osobami, które mają wspomnienia, że podczas ogniska latem ktoś się oddalił albo coś się działo na obozie nad mazurskim jeziorem czy na wycieczce w górach. Czasem jest to wspomnienie utraty dziewictwa właśnie na łonie przyrody.

Może fantazjujemy o seksie na łonie natury, bo dużo filmów erotycznych czy pornograficznych jest kręconych w naturalnej scenerii?
No właśnie, przyznam się, że pisząc tę książkę, przejrzałem badawczo wiele takich filmików. Nie jestem fanem pornografii, natomiast bardzo mnie ciekawił schemat, jaki się w nich wykorzystuje. Kręci się je w lasach sosnowych, gdzieś w Rosji albo Skandynawii, pojawiają się jakieś blondyny oparte o drzewo albo kładące się na podłożu boru. Czasami jest to wybrzeże morskie w Chorwacji czy Grecji.

Muszą być piasek i woda.
Taki jest już schemat: dziewczyna oparta o drzewo ewentualnie para leżąca na piasku. Ten las jest właściwie niepotrzebny, jest tylko miejscem, gdzie można się schować. Ale zdarzyło mi się obejrzeć ciekawsze filmy, gdzie kochankowie kryli się w lesie tropikalnym, wisieli na lianach albo przyjmowali różne ciekawe pozycje, których nie widziałem w Europie. Przy okazji muszę przyznać, skoro zapytałaś o pornografię, że w książce przeoczyłem ciekawy fenomen, jakim jest ruch Fuck For Forest. To grupa ekologicznych zapaleńców, którzy nagrywają filmy pornograficzne czy bardziej erotyczne. I pieniądze z ich sprzedaży przeznaczają na wykupywanie lasów, ochronę przed wycinką. Nie wiem, czy umiałbym być tak bezkompromisowy, nie wiem, czy chciałbym pokazywać swoje ciało publicznie w takim filmie. Natomiast jakoś mi oni imponują. Widać w ich działaniach radość życia, wibrację wynikającą ze związku z ziemią.

Gdy mówisz o seksie w lesie czy przebywaniu nago w lesie, to we mnie pojawia się obawa. W lesie czuję się bardziej wystawiona na widok publiczny niż na ulicy.  I kiedy słyszę o kobiecie zgwałconej w Lesie Kabackim, to odechciewa mi się igraszek w naturze.
Tak, ale masz perspektywę lasu podmiejskiego. Gwałty w lesie w Bieszczadach są rzadkością. Choć na pewno jest to trudny temat dla kobiet. Jeszcze przed publikacją tej książki w wydawnictwie pojawiły się obawy, czy przyjęta w niej perspektywa nie jest mocno heretycko-samcza. Ale ja chciałem po prostu pisać o sobie; może ktoś napisze kiedyś taką książkę z perspektywy kobiecej lub homoseksualnej. Natomiast piszę dużo o dotyku, o odczuciu przyrody, na które jesteśmy wrażliwi niezależne od tego, jakie mamy narządy czy orientację.

Ale powiem tak: do lasu trzeba iść z kimś, to dobre miejsce na randkę. Zwłaszcza że – i to potwierdził sam rzecznik Komendy Głównej Policji – uprawianie seksu w lesie nie jest nielegalne, o ile nie naraża się innych na oglądanie nas.

Kiedy dobrze, a kiedy źle kochać się w lesie?
Z perspektywy osoby mieszkającej na Pogórzu Dynowskim, która wchodzi do lasu i ma kilka kilometrów leśnej przestrzeni dla siebie, na pewno unikałbym seksu w okolicach sezonu grzybowego. Dlatego właśnie kwiecień jest super na seks, bo wtedy nie ma grzybów i ludzie nie chodzą po lesie.

Kiedyś próbowałem znaleźć miejsce na schadzkę w okolicach Tarnowa, naprawdę długo to trwało. Te lasy były fatalne, wszędzie jakieś sośniny z podszytem jeżyn i trzeba było przejechać z 50 km, żeby w ogóle wejść w fajne otoczenie. No i rzeczywiście trudno jest znaleźć dobre miejsce wokół aglomeracji miejskich, choć kochałem się  na łonie natury i w Warszawie, i w Krakowie, ale to już wymaga sporego doświadczenia w wyszukiwaniu odosobnionych okolic. Natomiast łatwiej o dobre miejsce na seks w regionach turystycznych, takich jak góry, pojezierza, także parki narodowe.

Parki narodowe?
Tak, gdy się zejdzie ze szlaku, co jest oczywiście czasem nielegalne, to ma się park dla siebie. Poza tym w parkach są wykroty – nie prowadzi się wycinki, więc po prostu co rusz leżą zwalone drzewa. I one są jak meble. Tak naprawdę dla mnie las, który nie ma tych wykrotów, jest lasem nieumeblowanym, jest jak wielka hala sportowa. A las pozostawiony sam sobie po kilkudziesięciu latach wygląda trochę jak graciarnia, gdzie można się schować, ukryć pod drzewem, oprzeć o jego pień. Drzewa mają korę chropowatą albo gładką, to budzi różne doznania, są też kłody omszałe. I dlatego takie kłody są dobre na wiosnę, bo, że tak powiem, w dupę nie zmarzniemy. A nawet można się kochać w zimie, dlatego że kłoda nagrzeje się od słońca. Nie mamy kontaktu z ziemią i wilgocią.

Spotkałeś się z zarzutem, że trochę wykorzystujesz przyrodę? Że traktujesz las jak umeblowane miejsce, jak scenerię do uprawiania seksu?
Pojawiły się takie głosy, ale uważam to za mocno histeryczno-hipsterskie. Bez przesady, myślę, że drzewa znoszą gorsze rzeczy, ludzie je ścinają, kaleczą. Poza tym myślę, że one chcą tego.

A skąd taka myśl?
Żeby to wiedzieć, to trzeba rozmawiać z duchami drzew.

Myślałam o tym chodzeniu nago, przecież w Polsce mamy plaże naturystów. Ale dlaczego nie mamy lasów naturystów?
Może dlatego, że ludzie się lubią opalać, że mamy naturalny zwyczaj rozbierania się na plaży. To fajny pomysł. Poza tym wydaje mi się, że ludzie mają coraz większy problem z byciem na plaży naturystów. W latach 70. w Chorwacji wszędzie spotykało się plaże naturystów, to było królestwo naturyzmu europejskiego. A w tej chwili jest tego bardzo mało, na takich plażach leżą głównie emeryci. Myślę, że ludzie też mają dużo nagości i seksu w Internecie albo w sytuacjach prywatnych. No i przez tę wszechobecność smartfonów nikt nie chce być sfilmowany, żeby potem go pokazywano w pracy na przykład.

Trudno się dziwić.
Za to jestem za tym, żeby bycie nago było absolutnie legalne właśnie w lasach czy jakichś takich bardziej odsuniętych miejscach. Przecież to jest chore, że myśmy się tak przyzwyczaili do ubrania. Ono służy tak naprawdę tylko do tego, żeby zabezpieczyć się przed chłodem, a kiedyś też zabezpieczało przed atakiem seksualnym, bo trudniej dobrać się do kogoś okutanego w ileś warstw.

Przypomina mi się książka o Australii – „Ja, Aborygen” Douglasa Lockwooda. To jest zapis wspomnień australijskiego przedstawiciela rdzennej ludności, który napisał coś w stylu: „Moja matka urodziła się naga i umarła naga i nigdy nie miała na sobie ubrania, przez całe życie”. Bardzo mnie to zaciekawiło.

A ty chodzisz nago po lesie?
Udało mi się kiedyś przez kilka dni i nocy przebywać nago i to było niesamowite uczucie. To oczywiście szybko przestaje być seksualne, ale jest podniecające na zupełnie innym poziomie. Na poziomie skóry, na poziomie tego, że nasze ciało jest wolne. Po pewnym czasie to trochę mija. No i powtarzam, rozdzielmy bycie nago od seksu.

W czym właściwie seks w naturze jest lepszy od seksu w łóżku?
Dla mnie ważny jest kontakt ze słońcem, z energią, więc taki seks jest lepszy właśnie w tej łączności z naturą. W tym, że słońce na nas świeci. Ale generalnie nie wiem, czy jest lepszy, jest po prostu inny. Kiedyś zresztą ludzie żyli w wielopokoleniowych domach, w małych izbach i nadal tak żyją na świecie. Czasem też ktoś nie ma kasy, żeby pójść do kawiarni na randkę, albo w okolicy nie ma kawiarni. A w domu są rodzice, dziadkowie, rodzeństwo. Więc zostaje las i jest wtedy miejscem intymnym.

Czyli las był i jest naturalnym miejscem schadzek?
Tak. Po lekturze mojej książki wiele osób, pięćdziesięcio-, sześćdziesięcio- czy siedemdziesięcioletnich powiedziało mi, że ma wspomnienia seksu w lesie czy na łonie natury. A teraz młode pokolenie boi się kleszczy, boi się, że ktoś ich zobaczy, sfilmuje… To jest dziwne, że młodzi ludzie w tej chwili są bardzo seksualnie rozbestwieni, a z drugiej strony boją się przyrody.

I wtedy wkraczasz ty ze swoją książką.
„Seks w wielkim lesie” jest pierwszą książką tego typu na świecie. Czegoś takiego, co jest połączeniem poradnika i eseju wybiegającego do różnych kultur, z własnymi wątkami autobiograficznymi i wspomnieniami, po prostu nie ma. Ale myślę, że będzie więcej. Ostatnio w Stanach powstał podcast właśnie o uprawianiu seksu na zewnątrz. I prognozując trendy, uważam, że kultura europejska znów zwróci się ku starożytnej Grecji, z jej mitologią, bliskością natury i seksem.

Tak sądzisz?
Myślę, że rozwiązaniem dla ludzi, którzy uprawiają seks trochę mechanicznie, jest wsłuchanie się w rytm natury. Ja mam taką refleksję, że gdy widzę nasienie wylane na ciało czy na kłodę drzewa w lecie, a nad nim muchy, które je zjadają, to dla mnie to jest dalej życie, te muchy się najedzą. Gdy myślimy o seksie, to jego najważniejszą funkcją jest dawanie życia, i dla mnie to jest ważne, podniosłe. Choć może nie wszyscy tak mają. Ale przyznam się, że miałem duże wątpliwości przed publikacją tej książki.

Dlaczego?
Staram się w niej operować na różnych poziomach: biologicznym, takim przeciętnie erotycznym oraz metafizycznym. Ale samo uprawianie seksu zwykle przyciąga energię z niższych czakramów, a ja jestem bardziej skomplikowany i o seksie aż tak często nie myślę, i traktuję go dosyć poważnie. Dlatego bardzo się obawiałem, że będę przyciągał takie energie bardziej ziemskie. Ale w końcu się zdecydowałem, bo myślę, że naprawdę świat potrzebuje takiej książki.

To na koniec – od czego zacząć przygodę z seksem w lesie?
Po pierwsze, od chodzenia boso po lesie. Po drugie, od ocierania się plecami o pień drzewa na przykład. I może od wizyty w jakimś parku narodowym. Polecam jeszcze kochanie się pod kwitnącą czereśnią albo jabłonią.

Łukasz Łuczaj, botanik, doktor habilitowany nauk biologicznych, wykładowca akademicki, autor książek popularnonaukowych i esejów o przyrodzie dziko rosnącej.

Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art. Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art.

  1. Psychologia

Kampania społeczna "Mów do mnie grzecznie". Wyjaśniamy, jak reagować na agresję słowną

"Mów do mnie grzecznie" to kampania, której celem jest promocja asertywnej i grzecznej komunikacji. (Ilustracja iStock)
Ad rem, nie ad personam, czyli odnoś się do rzeczy (faktów), zamiast obrażać. – Mówiąc do rzeczy, mówimy grzecznie, czyli szanujemy i nie przekraczamy granic innych ludzi. Nie poniżamy, nie krytykujemy – wyjaśnia dr Agata Jastrzębowska-Tyczkowska, pomysłodawczyni kampanii przeciwdziałającej agresji w komunikacji.

„Mów do mnie grzecznie”, kiedy słyszę te słowa, wszystko się we mnie gotuje. Bo słowo „grzecznie” ma dla mnie negatywne konotacje: posłuszna, bez woli. Skąd hasło tej kampanii społecznej?
„Mów do mnie grzecznie” to kampania, której celem jest promocja asertywnej i życzliwej komunikacji. Masz rację, że słowo „grzecznie” zazwyczaj kojarzy nam się z brakiem autonomii czy z posłuszeństwem. Tymczasem dawniej oznaczało po prostu: „do rzeczy”; w kontekście komunikacji chodzi o to, żeby mówić z rozsądkiem, o faktach. Zasady, na których opiera się „grzeczna komunikacja”, opisaliśmy w Kodeksie Grzecznej Komunikacji (w ramce na kolejnych stronach) i będziemy o nich mówić na warsztatach planowanych dla szkół (na początku warszawskich) w Stowarzyszeniu Wspólne Podwórko.

Słowa kreują naszą rzeczywistość. Każde wypowiedziane zdanie ma jakiś cel i wpływa na świat oraz innych ludzi. Czy zdarzyło ci się kiedyś płakać na filmie? Niby wiemy, że to fikcja, a jednak łzy cisną się nam do oczu. Ktoś mógłby o tobie powiedzieć, że jesteś rozhisteryzowana lub niestabilna emocjonalnie. Ktoś inny – że jesteś wrażliwa i empatyczna. Nie wiem, jak ty, ale osobiście wolałabym usłyszeć ten drugi komunikat. Grzecznie to znaczy z szacunkiem i akceptacją, bez ocen i krytyki.

Skąd pomysł na kampanię? Czemu, jako psycholożka, uważasz, że jest tak bardzo potrzebna?
Przełomowym momentem było dla mnie zabójstwo prezydenta Pawła Adamowicza podczas mojego ukochanego finału WOŚP 13 stycznia 2019 roku. Dokładnie wtedy zaczęłam uważniej obserwować zmieniający się dyskurs społeczny. Agresywna komunikacja często zastępuje – szczególnie w szkołach – tę normalną i kulturalną, a my nic z tym nie robimy. Postanowiłam coś zmienić, a że zawodowo zajmuję się edukacją i nauczaniem psychologii – od 11 lat jestem dydaktykiem w Uniwersytecie SWPS – stworzyłam kampanię, w trakcie której będziemy uczyć, jak powinniśmy się ze sobą komunikować, by kreować świat otwarty i tolerancyjny.

Z moich obserwacji wynika, że niezależnie od miejsca – szkoła, praca, media, przestrzeń publiczna czy Internet – w naszej komunikacji pojawia się coraz więcej hejtu, agresji, mowy nienawiści, pogardy. Język jest narzędziem i podstawą takich zjawisk, jak mobbing, staffing (znęcanie się pracowników nad szefem – przyp. red.) czy propaganda. Ich efektem jest poczucie wykluczenia społecznego, obniżenie nastroju, depresja czy myśli i czyny samobójcze. Ludzie coraz częściej stosują agresywną komunikację, a my przyzwyczajamy się do tego. Właśnie ta desensytyzacja agresji i przemocy, czyli akceptacja i ciche przyzwolenie na nią, kończy się bardzo źle, co wiemy chociażby z historii. Dlatego tworzymy kampanię społeczną, w której krok po kroku będziemy wprowadzać zmianę w tym obszarze.

W psychologii mówi się, że istnieją trzy postawy komunikacyjne: agresywna, uległa i asertywna, która jest najtrudniejsza...
Agresywna komunikacja to wszechobecny hejt, mowa nienawiści, ale i obrażanie drugiego człowieka, poniżanie czy ignorowanie. Postawa uległa zakłada brak reakcji, kiedy ktoś nas atakuje, obraża czy poniża. Natomiast postawa asertywna składa się z dwóch elementów – obrony własnych granic oraz szacunku i akceptacji drugiego człowieka, i myślę, że to ona jest najbardziej wymagająca. Do asertywności musimy dojrzeć, dobrze poznać i zrozumieć jej założenia. Asertywność to nie tylko umiejętność mówienia „nie”, ale też stawiania granic z poszanowaniem drugiego człowieka.

U siebie w domu stosuję tak zwaną pozytywną przerwę. Gdy zalewają mnie emocje, odchodzę w bezpieczne dla mnie miejsce, żeby się uspokoić.
Robisz tak zapewne, bo jesteś świadoma różnych mechanizmów i wiesz, że kiedy jesteśmy sfrustrowani, to istnieje większe prawdopodobieństwo agresji – możemy kogoś obrazić, powiedzieć o jedno słowo za dużo, zranić. Chwilowe oddalenie się wówczas jest dobre, ale pod jednym warunkiem: gdy już się uspokoisz, to wrócisz do męża czy syna i z nimi porozmawiasz. Bo ty potrzebowałaś ciszy, ale twoi bliscy potrzebują zrozumieć twoje potrzeby, zachowanie i sytuację.

Mam wrażenie, że żyjemy dzisiaj w świecie silnych kobiet, którym mówi się, że lepiej być niegrzeczną, bo wtedy można wyrazić siebie. A jednak warto komunikować się z innymi bez oceny, z tolerancją. Co innego być grzeczną, co innego mówić grzecznie.
Dużo łatwiej promuje się postawy skrajne, bo są bardziej wyraziste. Kobiety mają dzisiaj trudno. Gdy jesteśmy dziewczynkami, oczekuje się od nas, że będziemy uległe, posłuszne i podporządkowane. Kiedy dojrzewamy, spostrzegamy, że lepiej być w życiu agresywną zołzą. Oglądamy filmy o Kleopatrze czy poznajemy takie postaci filmowe jak Miranda Priestly („Diabeł ubiera się u Prady”). To kobiety, które są władcze, a ich cnotą jest egoizm. Tymczasem ani uległość, ani agresja nie są dobrymi postawami komunikacyjnymi. Dlatego chciałabym mówić o życzliwej asertywności, którą Marshall Rosenberg nazywa Porozumiewaniem się bez Przemocy (Nonviolent Communication, NVC). Mamy prawo wyrażać swoje potrzeby i uczucia, ale róbmy to bez ocen, tolerancyjnie i z szacunkiem do innych. Myślę, że to jest klucz do indywidualnego, lecz i społecznego szczęścia. Niezależnie od biologicznej czy psychologicznej płci.

Czyli jak? Można być niegrzeczną i mówić grzecznie?
Ależ oczywiście! Mamy prawo zachowywać się niegrzecznie czy niekonwencjonalnie, tańczyć nago przy świetle księżyca czy upijać się na umór, co nie ma nic wspólnego z grzeczną komunikacją. Mówić grzecznie to znaczy: potrafić mówić o swoich potrzebach, ale szanować i nie przekraczać granic innych ludzi. Nie obrażać, nie poniżać, nie krytykować. Żyć tak, jak chcę, bo mam do tego prawo. Ale widzieć przy tym innych ludzi wokół siebie.

Teraz, przy okazji strajków, przetoczyła się przez Polskę dyskusja, czy mówić grzecznie, skoro inni tak mocno naruszają naszą granicę osobistą. Jeśli biją nas po głowie, powinniśmy wyznaczyć jasno granicę. Tylko jak to zrobić?
Mój siedmioletni syn zadał mi kilka tygodni temu pytanie przy obiedzie: „mamo, a co to znaczy w...ć?”. Usłyszał to słowo w serwisie informacyjnym. No i właśnie. Osobiście nie popieram ani tego słowa, ani ośmiu gwiazdek, ale – jak rozumiem – celem tych protestów nie było wysłanie osób rządzących na księżyc czy zaproszenie do seksu. Celem było powiedzenie: „nie zgadzamy się na to, aby ktokolwiek decydował za nas, co się będzie działo z naszym ciałem”. Do mnie dużo bardziej trafiają słowa wyśpiewane przez Anitę Lipnicką i Moriah Woods – „Dość już!”. To wspaniały utwór, który pokazuje, jak wielkim wsparciem możemy być dla siebie nawzajem, a także jak można wyznaczać granice, mówiąc grzecznie.

Mam poczucie, że mężczyzn się dzisiaj z kolei ugrzecznia – kastruje ich agresję w ogóle: zarówno tę złą (przemoc), jak i dobrą (sprawczość, decyzyjność). Mężczyźni z obawy przed byciem przemocowymi wycofują się z działania i wyłączają w sobie jakąkolwiek agresję. Stają się grzeczni, jednak wewnątrz wszystko w nich buzuje.
To, o czym mówisz, w NVC jest znanym zjawiskiem. Osoba, która jest agresorem, chcąc przestać mówić językiem szakala (agresja) i zacząć mówić empatycznym i życzliwym językiem żyrafy, powinna przejść przez fazę uległości. Nie żyjemy dziś na szczęście w czasach wojny. Nie potrzebujemy wojowników czy rycerzy. Skoro my, kobiety, stajemy się bardziej przebojowe i wojownicze, to dla zachowania równowagi mężczyźni stają się bardziej empatyczni i łagodni.  Ale czy to źle?

Co mówią najnowsze badania na temat naszego dzisiejszego sposobu komunikowania się? Mamy z tym coraz większy problem?
Badań i projektów na temat komunikacji, mowy nienawiści czy agresji i przemocy jest wiele. Najbardziej wstrząsające dla mnie były badania prowadzone przez Zespół prof. Michała Bilewicza w Centrum Badań nad Uprzedzeniami, które wykazały, że niemal 96% młodzieży w wieku 16–18 lat styka się z mową nienawiści w Internecie. Pozwolisz, że podkreślę – 96%!

W moim rodzimym Uniwersytecie SWPS koleżanki i koledzy stworzyli genialny projekt o nazwie RESQL, który dotyczy monitorowania i zwalczania przemocy w szkole, a ma im w tym pomóc nowoczesna aplikacja i system wspierający szkoły w rozwiązywaniu problemów przemocy rówieśniczej. To nasza realna odpowiedź na sytuację, która dzieje się obecnie w szkołach i o której słyszymy dopiero, gdy któreś dziecko popełni samobójstwo lub zaatakuje nożem kolegów. Zgodnie z piramidą nienawiści Gordona Allporta wiemy, że każda przemoc poprzedzona jest agresywną komunikacją – poniżanie, obrażanie, krytykowanie. Dlatego pilnie potrzebujemy zmiany.

Komunikacja bez ocen. Rozmowa, a nie mówienie. Przecież psychologowie zachęcają do tego od lat…
Tyle że ta komunikacja bez oceny w naszym wykonaniu jest zazwyczaj abstrakcją, nadal oceniamy wszystko i na każdym kroku... Patrząc na dzieci, mam wrażenie, że oceniają i kategoryzują w co drugim zdaniu: jesteś głupi, fajny, nerd, emo... Jasne, że można komunikować się bez ocen, ale to bardzo trudne i wymaga specjalnego treningu. Przykład: wyobraź sobie, że wracasz do domu, a twój partner od progu krzyczy: „Jesteś nienormalna!”. No i teraz: po co to powiedział i co możesz zrobić z takim komunikatem? Nic. Zapewne wyrzucisz go do kosza. Komunikat, a później może także partnera.

A jeśli twój partner zastosowałby „grzeczne mówienie”, mogłabyś usłyszeć: „Zostawiłaś rano włączone żelazko. Nie zauważyłem tego i oparzyłem się w rękę, bardzo mnie boli. Prosiłbym na przyszłość, żebyś pamiętała o takich rzeczach”. To jest właśnie komunikat bazujący na narzędziu, które się nazywa FUO, czyli na modelu asertywnego wyrażania krytyki (patrz: ramka na wcześniejszych stronach – przyp. red.). Czyli jeżeli chcemy komunikować się dobrze, mówimy o Faktach, swoich Uczuciach i Oczekiwaniach.

Twoja teza brzmi: mowa nienawiści i agresywna komunikacja są efektem frustracji podstawowych potrzeb człowieka. Jak temu przeciwdziałać? Zawsze reagować na mowę nienawiści?
Zawsze! Profesor Ervin Staub, (uznany autor badań nad psychologią zachowań altruistycznych  i przemocą – przyp. red.) powiedział, że naturalne podstawy dobra i zła leżą w zaspokojeniu lub frustracji naszych podstawowych potrzeb psychologicznych. A każdy z nas ma swoje potrzeby. Staub wyróżnia sześć podstawowych: bezpieczeństwa; skuteczności i kontroli; pozytywnej tożsamości; więzi z innymi; rozumienia rzeczywistości oraz niezależności, czyli autonomii. Jeżeli człowiek odczuwa jakikolwiek brak, jedna z potrzeb jest niezaspokojona, wówczas jest sfrustrowany, agresywny i staje się skłonny do przemocy.

Z tego względu w NVC tak dużą wagę przykłada się do poznawania własnych potrzeb. Bo kiedy już wiemy, czego chcemy, możemy to komunikować i mamy większe szanse na zaspokojenie. Jeżeli powiem mojemu partnerowi: „Potrzebuję w ciągu dnia pół godziny spokoju”, wtedy on zrozumie, że kiedy zamykam się w pokoju, to nie dlatego, że nie chcę spędzać z nim czasu. Marshall Rosenberg twierdzi, że od momentu, kiedy para prawdziwie usłyszy siebie nawzajem oraz dostrzeże własne potrzeby, w kilka minut jest w stanie rozwiązać każdy konflikt w związku. Myślę, że to działa we wszystkich relacjach międzyludzkich.

Tyle że wszyscy jesteśmy inni. Jak mówić, żeby się porozumieć? W jaki sposób nauczyć się tego grzecznego mówienia?
O tym właśnie chcemy rozmawiać i tego uczyć w ramach kampanii. Już od wiosny tego roku rozpoczynamy w Stowarzyszeniu Wspólne Podwórko realizację warsztatów dla szkół na terenie Warszawy – dla dzieci, rodziców i nauczycieli. Będziemy tworzyli także materiały informacyjne, w tym miniwykłady, a to dopiero początek. Każdy z nas jest inny, i to jest właśnie wspaniałe. Tyle możemy się od siebie nauczyć, tyle dowiedzieć. Słowa kreują naszą rzeczywistość, zatem mówmy do siebie grzecznie – z szacunkiem i tolerancją do tego, co nas dzieli. Wówczas stworzymy prawdziwą wspólnotę, o której marzył mój przodek – profesor Wojciech Jastrzębowski. Chciałabym kontynuować jego myśl.

Dr Agata Jastrzębowska-Tyczkowska, psycholożka społeczna, adiunkt, Uniwersytet SWPS, członkini Stowarzyszenia Wspólne Podwórko.

Ćwiczenie FUO

1. Pomyśl o sytuacji konfliktowej w swoim życiu, kiedy powiedziałaś coś agresywnie (ocena, krytyka, poniżenie) lub w której zachowałaś się ulegle i nie powiedziałaś nic.

2. Stwórz komunikat FUO (Fakty, Uczucia, Oczekiwania): a. Fakty są takie, że… [uwaga – tu wpisz tylko to, co nagrałaby kamera – TO SĄ FAKTY(!) – bez ocen czy spostrzeżeń]. b. Uczucia. Czuję się w tej sytuacji… [tu opisz, jak się wtedy czułaś]. c. Oczekuję, że na przyszłość…

Kodeks grzecznej komunikacji

Mów do mnie grzecznie, czyli…?
  1. Do rzeczy – mów wprost o swoich potrzebach i oczekiwaniach.
  2. Z szacunkiem dla siebie, lecz także dla innych.
  3. O sobie – mów, co czujesz i jakie są fakty, zamiast krytykować i oceniać innych.
  4. Empatycznie – myśl o tym, jak twoje słowa mogą odebrać inni.
  5. Będąc w zgodzie ze swoimi uczuciami. To one jako pierwsze poinformują cię o niezaspokojonych potrzebach.
  6. Z akceptacją i tolerancją dla innych, którzy mają prawo się od ciebie różnić, a także czuć i myśleć inaczej niż ty.
  7. Masz prawo do wolności słowa, lecz granicą tej wolności jest godność drugiego człowieka, a tej nigdy nie wolno nam przekroczyć.

  1. Psychologia

Kto nie potrafi obronić swoich granic?

Jakie cechy mają ludzie nieasertywni? Na czym polega asertywność w praktyce? (fot. iStock)
Jakie cechy mają ludzie nieasertywni? Na czym polega asertywność w praktyce? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nadwrażliwość, samotność, brak kontroli nad emocjami, problemy w relacjach - mogą wskazywać na brak asertywności. Co jeszcze charakteryzuje osoby nieasertywne? W jaki sposób stać się człowiekiem, który w sposób nieraniący innych potrafi być sobą? - wyjaśnia Jarosław Józefowicz, psychoterapeuta.

Jak można opisać ludzi nieasertywnych? Ich postawę często nazywamy nieśmiałością, wycofaniem. Są zbyt ulegli, nie bronią swoich granic, pozycji, praw.

Są mało elastyczni? Z jednej strony mogą być nieelastyczni. Ktoś taki nie ma wewnętrznej pewności. Próbuje uzyskać ją z zewnątrz, na przykład przestrzegając jakiegoś regulaminu w pracy i nie odstępując od niego na krok. Albo przyswoi sobie zasady zachowania w towarzystwie i, choć będzie miał na to ochotę, nigdy nie wskoczy na stół, żeby zatańczyć. Zawsze będzie pilnował reguł. Ale z drugiej strony człowiek nieasertywny może wydawać się elastyczny, otwarty na różne propozycje, tymczasem jest to postawa uległa. Tak naprawdę ludzie wiele na nim wymuszają, bo on nie potrafi się obronić.

Zdarza się też, że osoby nieasertywne w sposób niekontrolowany wyrażają złość, a nawet agresję. Często tak to wygląda. Ludzie mający trudności z asertywnością są przyzwyczajeni do nie zważania na swoje uczucia, do ich ignorowania. W związku z tym nie reagują na bieżąco, gdy ktoś na przykład próbuje ich wykorzystać. Można powiedzieć, że w momencie kiedy są krzywdzeni, nie zauważają tego. Jednak poczucie skrzywdzenia w nich pozostaje i po iluś podobnych doświadczeniach wybucha z wielką siłą, często nieadekwatnie do sytuacji. Na przykład ktoś pobije tego, kto się wepchnął do kolejki. Sytuacyjnie - agresja i złość są nadmierne, nieuzasadnione, jeżeli jednak spojrzy się na ich historię, stają się bardziej zrozumiałe.

Nieasertywni mają problemy w nawiązywaniu satysfakcjonujących kontaktów. Powiem więcej - mogą w ogóle mieć problem z nawiązywaniem kontaktów. W relacjach często są wykorzystywani, więc w pewnym momencie samoistnie przychodzi decyzja o wycofaniu się. Jest to jedyna skuteczna metoda, żeby nie cierpieć.

Są samotni. Tak, samotni, wyobcowani. Nie mogą się odnaleźć wśród ludzi, ponieważ nie potrafią skutecznie się obronić. Osoby nieasertywne chcą być akceptowane, bo same siebie nie akceptują. I wydaje im się, że droga do tego wiedzie przez spełnianie żądań otoczenia. Myślą w ten sposób - jeżeli zrobię to, co ktoś ode mnie chce, to będzie mnie lubił, coś za coś. Ale w pewnym momencie zauważają, że to działa tylko w jedną stronę, że jest układ niesprawiedliwy, pochyły. A więc z jednej strony są mili, zgodni, z drugiej wycofują się, bo boją się że zostaną wykorzystani czy odrzuceni. W ten sposób wysyłają sprzeczne sygnały, ich zachowanie jest niejednorodne, nie wiadomo czego po nich oczekiwać. To sprawia trudność otoczeniu, które zaczyna ich unikać. W konsekwencji samotność puka do drzwi.

Nieasertywni są nadwrażliwi? Na ogół tak, bo zewsząd wypatrują zagrożenia. Tego doświadczyli w dzieciństwie. Nie wiedzieli z której strony spadnie cios - czy to będzie ton głosu, uderzenie, złe słowo, czy stanie się to za minutę, czy dopiero za dwa dni. Dobrze widzieć ich trudną sytuację.

Dobrze jest mieć świadomość swoich atutów. To kolejny bardzo, bardzo istotny punkt. Wszyscy mamy swoich wewnętrznych krytyków. Jednak natężenie ich działalności to rzecz indywidualna. W przypadku osób mało asertywnych głos krytyczny jest zazwyczaj bardzo nasilony. „Bombarduje” negatywnymi komunikatami, na które reagują z pozycji małej dziewczynki lub małego chłopca. Są niepewni siebie. Myślą o sobie, że ich zdanie jest mało warte, więc nie będą go wyrażać, wycofują się. Jeżeli natomiast zdadzą sobie sprawę z całej puli bogactwa wewnętrznego i zewnętrznego, do  świadomości dotrze, jak ważni są dla siebie. Wtedy będą też ważni dla innych.

Atuty ma każdy z nas, kwestia czy umiemy je dostrzec. Chociażby to, że jesteśmy Europejczykami i żyjemy w takich a nie innych warunkach. W ramach programów rozwojowych Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces organizowane były wyjazdy do Afryki czy Azji, gdzie spotykaliśmy się z prawdziwą biedą i zacofaniem. Wtedy można zrozumieć to, czego na co dzień się nie dostrzega - jaki to wielki przywilej życia w Europie. Inny przykład to wykształcenie. Czy potrafię docenić, że mam zasób wiedzy, intelektu, sprawności komunikacyjnej? Takich, wydawałoby się oczywistych atutów każdy z nas ma wiele. Ludzie asertywni zdają sobie z nich sprawę niejako automatycznie, między innymi na nich opiera się ich siła i umiejętność adekwatnego reagowania. Natomiast ludzie mający trudności z asertywnością często nie umieją siebie docenić, wydaje im się, że nie są dość dobrzy.

Jeżeli ktoś miałby ochotę, może zrobić krótkie ćwiczenie - wypisać 20 przywilejów, jakimi cieszy się w życiu. Warto je co pewien czas powtarzać.

Co jeszcze może zrobić ktoś nieasertywny, żeby poprawić jakość swojego życia? To są działania wielotorowe i długotrwałe. Najprościej zacząć od przyjrzenia się temu, co utrudnia relacje na poziomie komunikacyjnym. Do asertywności należy posługiwanie się komunikatami, mówiącymi o swoich stanach emocjonalnych. Jeżeli doznajemy trudnej reakcji na czyjeś zachowanie, dobrze jest to sobie uświadomić i powiedzieć o tym - że mi się to nie podoba, że trudno mi z tym, że jest mi przykro.

Druga rzecz - w sytuacji, gdy nie akceptujemy czyichś działań, mówimy o nich, nie krytykując osoby. Przykładowo, jeśli ktoś nadużył naszego zaufania, nie mówimy mu, że jest niesłowny i że nie można na niego liczyć, tylko na przykład: „Miałem trudności, bo długo nie oddawałeś mi pieniędzy, które ci pożyczyłem”. Żeby taki poziom komunikacyjny mógł zaistnieć, trzeba umieć zobaczyć co nam przeszkadza, czyli mieć kontakt ze swoimi uczuciami. Tutaj dochodzimy do głębszego poziomu. Chodzi o rozpoznawanie i nazywanie emocji, które mnie dotyczą. Zwykle posługujemy się określeniem - jestem zdenerwowany, wściekły, zły a jak jest fajnie, to najczęściej w ogóle emocji nie zauważamy. Tymczasem jest mnóstwo odcieni uczuć, które przeżywamy. Z tym zadaniem trudniej jest samemu się uporać. Dlatego zachęcam do chodzenia na warsztaty rozwojowe czy pracę terapeutyczną.

Jakie mogą być efekty pracy nad asertywnością? Uświadomienie sobie, że świat nie jest zagrażający. Zwiększona potrzeba i umiejętność otwarcia się na ludzi. Reagowanie adekwatnie do sytuacji, a nie z miejsca obrony. Wyrażanie złości, kiedy jest ku temu powód. Pełniejsza komunikacja z ludźmi, czyli umiejętność opowiedzenia o swoich potrzebach, odczuciach, usłyszenia drugiej strony, co pozytywnie wpływa na jakość relacji. Ludzie nieasertywni stoją na krańcach - albo agresji i złości, albo wycofania i uległości. Asertywna postawa jest bardziej na środku. I do niej warto dążyć.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.

  1. Styl Życia

Jak wciąga las? O idei bushcraftingu rozmawiamy z Sylwią Graban

U korzeni bushcraftu leży  szacunek dla natury oraz wszystkich stworzeń, odpowiedzialność wobec środowiska naturalnego, budowanie emocjonalnych więzi z przyrodą oraz pokonywanie własnych ograniczeń. (Fot. iStock)
U korzeni bushcraftu leży szacunek dla natury oraz wszystkich stworzeń, odpowiedzialność wobec środowiska naturalnego, budowanie emocjonalnych więzi z przyrodą oraz pokonywanie własnych ograniczeń. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Jest organizatorką leśnych wędrówek w Borach Tucholskich. Gdy o sobie opowiada, używa sformułowania "leśna turystka” i podkreśla, że ma zbyt małe doświadczenie, aby nazywać siebie bushcrafterką. Innego zdania są uczestnicy organizowanych przez nią imprez "Pieszo przez Bory”, w ramach których zbierane są środki na działania charytatywne. Sylwia przyznaje, że choć dzieciństwie bała się lasu i pająków, to dziś odważnie przedziera się przez dzikie ostępy, nocuje w hamaku rozwieszonym między drzewami i stara się zachęcać do bushcraftu kolejne osoby. 

Czy pamiętasz swoją pierwszą noc w lesie? To było w czerwcu 2019 roku podczas pierwszej edycji naszej imprezy charytatywnej “Pieszo przez Bory”. Pierwotnie planowałam spędzić ją w jednym z udostępnionych domków, ale dzięki uprzejmości uczestników, którzy podzielili się ze mną profesjonalnym sprzętem do spania w lesie, mogłam sprawdzić, jak to jest “bujać się” nocą w hamaku. Pamiętam, że zasnęłam dopiero koło czwartej nad ranem, ale wpływ na to miało wiele czynników - zarówno sam hamak, jak i fakt, że było to pierwsze wydarzenie, którą organizowałam. Po tamtej nocy wiedziałam, że nie będzie ostatnią i że chcę jeszcze więcej czasu spędzać w lesie w bardziej survivalowych warunkach.

Jak wyglądała twoja relacja z przyrodą wcześniej? Miałaś bliski kontakt z naturą czy może ta potrzeba pojawiła się później? Pochodzę z małej wioski w kujawsko-pomorskim, po ślubie przeprowadziłam się w okolice Gdańska. Odkąd pamiętam raczej unikałam lasów. Panicznie boję się pająków, a jak wiadomo w lesie bardzo łatwo można wpaść w pajęczynę. Zawsze broniłam się przed tego typu atrakcjami, na przykład gdy ktoś z rodziny proponował zbieranie grzybów. Bardziej niż na wypatrywaniu kapeluszy prawdziwków czy maślaków, skupiałam się na tym czy w pobliżu nie ma pająka, żaby albo jaszczurki.

Potrzeba obcowania z naturą pojawiała się stopniowo. Rok po narodzinach mojego syna przeżywałam ciężki i trudny etap w życiu. Wtedy mój serdeczny przyjaciel zaczął mi opowiadać o tym, w jaki sposób las i kontakt z przyrodą pomagają mu walczyć z  kiepskim samopoczuciem. Na początku tłumaczyłam się brakiem czasu, umiejętności czy odpowiedniego sprzętu, ale on powtarzał, że wystarczy tylko wstać z fotela. No i pewnego razu wstałam, zapomniałam o tych pająkach i jakoś to ruszyło. Wszystko, co mówił, okazało się prawdą - to były niesamowite godziny, które spędziłam we własnym towarzystwie  i od tamtego czasu zaczęłam stopniowo wciągać się w las. Na początku tylko spacerowałam, ale później chciałam spędzać w nim całe weekendy.

Pamiętasz, kiedy weszłaś do lasu już nie jako “zwykła” spacerowiczka, tylko bushcrafterka? Ja do dzisiejszego dnia nie czuję się bushcrafterką. Owszem spaceruje i nocuje w lesie, ale nazywam siebie “leśną turystką”. O samym bushcrafcie dowiedziałam się po naszym pierwszym marszu charytatywnym. Lubiłam wtedy maszerować po lesie, wiedziałam, że w naszej okolicy jest duża baza harcerska i postanowiłam zorganizować tam trzydniowy pobyt i połączyć go ze zbiórką pieniędzy dla beneficjentów naszej fundacji “Pieszo przez Bory”. Impreza przyciągnęła prawie 400 osób z całej Polski. Przyjechali ludzie ze środowiska bushraftowego i to właśnie od nich dowiedziałam się na czym to polega.

Sylwia Graban (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory) Sylwia Graban (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory)

Wielu osobom hasło bushcraft kojarzy się z umiejętnością przetrwania w leśnych ostępach, ale to pewne uproszczenie. Czym dla ciebie jest bushcraft? Według definicji bushcraft jest sztuką przetrwania przy użyciu tego, co oferuje nam las i natura. Dla mnie to po prostu odskocznia, coś co pozwala mi zwolnić, wyrwać się z codziennej rutyny, oderwać od problemów i spędzić czas sam na sam ze sobą i przyrodą. Bushcraft pozwala odpocząć mojej głowie.

Budowa szałasu, rozpoznawanie jadalnych roślin to tylko niektóre z umiejętności, które trzeba opanować. Które z nich uważasz za najbardziej cenne i wartościowe? Jako mama pięciolatka, który uwielbia “Avengersów”, najbardziej cenię sobie umiejętność rozpalania ognia przy użyciu krzemienia lub krzesiwa. Dzięki temu nie jestem już “nudną” mamą, tylko bohaterką dla syna, który gdy widzi jak rozpalam ognisko, wykrzykuje “Mamo, ty jesteś superbohaterką!” Na wiele z tych umiejętności patrzę właśnie przez pryzmat bycia matką - dzieci są żywiołem, który ciężko opanować, szczególnie w lesie. Dzięki umiejętnością, które cały czas zdobywam, mogę również zapobiegać wielu niebezpiecznym sytuacjom, o które nietrudno w trakcie spaceru. Podczas każdej takie wyprawy staram się przekzywać mojemu synowi wiedzę, którą ktoś przekazał mnie i dzięki temu on także coraz bardziej wciąga się w las.

Jesteś mamą dwójki dzieci. Najmłodsze ma dwa miesiące. Jak wygląda bushcraft z takimi maluchami? Jula urodziła się w grudniu, wiec jeszcze nie miałam okazji się o tym przekonać, ograniczamy się jedynie do codziennych spacerów po lesie. Czarek, który ma pięć lat, jest oczarowany lasem, uwielbia zwierzęta, przede wszystkim wilki i zawsze, gdy wybieramy się na wycieczkę, ma nadzieję, że jakiegoś spotkamy. Swoją pierwszą noc spędził w lesie w lutym, gdy miał cztery lata. Wychodzę z założenia, że nasze pasje cieszą najbardziej, kiedy możemy dzielić je z bliskimi. Dlatego mam nadzieję, że uda mi się zarazić moje dzieci miłością do lasu i z czasem będę musiała wymienić hamak czy dwuosobowy namiot na znacznie większy, który umożliwia rodzinne nocowanie. Dla dzieci bushcraft to jest wspaniała przygoda, wystarczy je tylko powoli do tego zachęcać i nie robić niczego na siłę. Dla cztero- czy pięciolatka spędzenie nocy w lesie może wiązać się z ogromnym stresem, dlatego warto w miarę możliwości zacząć od nocowania np. w przydomowym ogródku.

Sylwia Graban (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory) Sylwia Graban (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory)

(Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory) (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory)

Na rynku jest całkiem sporo praktycznych przewodników dla bushrafterów, są blogi i youtube'owe kanały. Wy postanowiliście założyć fundację "Pieszo przez Bory", dzięki której wędrowanie po lesie przynosi wymierne korzyści waszym podopiecznym. Opowiedz proszę czym konkretnie zajmuje się fundacja? Nasze stowarzyszenie łączy miłość do lasu i piesze podróże z pomaganiem innym. Organizujemy kilkudniowe pobyty w lesie, podczas których zbieramy fundusze dla naszych beneficjentów. Zapewniamy uczestnikom nocleg, a dzięki sponsorom i przyjaciołom, także wyżywienie. Organizujemy masę prelekcji związanych ze sztuką bushcraftu, podróżowaniem, robimy szkolenia z rozpoznawania roślin jadalnych, uczymy budować schroniska, pokazujemy jak rozpalić ogień czy pozyskiwać wodę pitną w lesie. W zamian za to uczestnicy opłacają ‘wpisowe’, które w całości przekazujemy podopiecznym fundacji. W trakcie naszych imprez organizujemy również charytatywne licytacje, ale najważniejsze są wielogodzinne marsze, posiedzenia i śpiewanie przy ognisku. Chcemy, żeby ludzie ze środowiska ‘leśnego’ zobaczyli, że czasami wystarczy po prostu robić to, co się kocha i w ten sposób pomagać innym. Pozostałych chcemy przekonać, że las jest otwarty na każdego.

Z powodu pandemii Covid-19 zeszłoroczna edycja imprezy musiała zostać odwołana, ale dzięki naszym darczyńcom udało się przekazać sporo fantów na licytację (plecaki, noże, a nawet smalec), którą prowadziliśmy w grupie na Facebooku. Udało nam się zebrać ponad 80 tys. złotych, które przekazaliśmy dla Hospicjum dla dzieci “Nadzieja” w Toruniu.

Fińscy lekarze przepisują wędrówki po lesie zamiast tabletek, Japończycy mają Shinrin-yoku, czyli leśne kąpiele. Co ty zawdzięczasz lasowi? Przede wszystkim spokój ducha. Czas spędzony w lesie pozwala mi poukładać sobie wiele spraw, pokazuje mi, że nie ma rzeczy niemożliwych, a moje lęki i bariery znajdują się wyłącznie w mojej głowie.

Czy jest jakiś las, który chciałabyś odwiedzić? Marzy mi się rodzinna wyprawa do Norwegii i Danii. Wstyd przyznać, ale mimo trzydziestki na karku, nigdy jeszcze nie byłam w Bieszczadach. Bardzo bym chciała zwiedzić tamtejsze rejony.

Czym jest bushcraft? Nie ma jednej definicji. Z jednej strony bushcraft to filozofia życia związana z dobrowolnym bytowaniem w leśnej dziczy. Z drugiej gotowy zestaw pierwotnych technik, takich jak budowanie schronienia z naturalnych materiałów czy zdolność rozpalenia ognia za pomocą krzesiwa, które pozwalają przetrwać w głuszy. Choć bushcraft stawia duży nacisk na praktyczną wiedzę z zakresu botaniki, ziołolecznictwa, zoologii, myślistwa, meteorologii, podstaw chemii czy fizyki i uczy, jak radzić sobie w warunkach pozbawionych oczywistych wygód, nie zapomina o kwestii najważniejszej, czyli kontakcie z przyrodą. U korzeni bushcraftu leży bowiem szacunek dla natury oraz wszystkich stworzeń, odpowiedzialność wobec środowiska naturalnego, budowanie emocjonalnych więzi z przyrodą oraz pokonywanie własnych ograniczeń.

Najważniejszą postacią świata bushcraftu był Mors Kochanski, kanadyjski instruktor przetrwania, autor bestsellerowej książki „Northern Bushcraft” oraz mentor Reymonda Paula Mearsa, brytyjskiego dziennikarza i leśnego przewodnika, który w dużej części odpowiada za spopularyzowanie idei bushcraftu, także w Polsce. Wbrew pozorom bushcraftem nie zajmują się wyłącznie mężczyźni, choć trzeba przyznać, że panowie bardzo aktywnie zajmują się jego popularyzowaniem.

Bushcraft dla początkujących: wytyczne Leave No Trace

Etyka idei bushcraftowej odnosi się do etycznego obcowania z przyrodą, bez pozostawiania w niej śladów - czy to odpadów czy szkód w środowisku. Leave No Trace to zestaw praktycznych wskazówek, dzięki którym można bezpiecznie biwakować w lesie i zachować przyrodę w jak najmniej naruszonym stanie.

  • Trzymaj się szlaków i biwakuj wyłącznie w miejscach do tego przeznaczonych. W 2019 r. Lasy Państwowe zainicjowały pilotażowy program „Zanocuj w lesie”, w ramach którego udostępniono leśne obszary, na których można biwakować legalnie i bezpłatnie. Od maja 2021 roku takich terenów będzie znacznie więcej - około 1500 ha w każdym z 429 nadleśnictw. Listę leśnych obozowisk można sprawdzić na stronie Lasów Państwowych. Warto pamiętać, że warunki biwakowania również rządzą się swoimi prawami - pobyt dłuższy niż dwie nocy czy w grupie powyżej 9 osób należy zgłosić w nadleśnictwie. Turyści mogą rozbić namiot, rozwiesić hamak albo rozłożyć płachtę, można również korzystać z kuchenek gazowych. Do lasu można wjechać rowerem, ale auto czy kamper musi pozostać poza jego obszarem.
  • Zabierz ze sobą swoje śmieci.
  • Pozostaw miejsce w takim stanie, w jakim je zastałeś. Nie zabieraj niczego do domu. Nie buduj trwałych konstrukcji, nie naruszaj gleby, nie kop rowów czy głębokich dziur.

  1. Psychologia

Asertywność najlepiej trenować w dzieciństwie

Asertywności możemy nauczyć się jako dorośli, czasem jednak wymaga to ogromnej wewnętrznej przebudowy. (fot. iStock)
Asertywności możemy nauczyć się jako dorośli, czasem jednak wymaga to ogromnej wewnętrznej przebudowy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dobrze się żyje, gdy jesteśmy otwarci w relacjach z ludźmi. Kiedy umiemy opowiadać o swoich emocjach i zgodnie z nimi reagować. Gdy złościmy się wtedy, kiedy jest ku temu powód. Ulegamy, jeśli mamy na to ochotę. Tak żyją ludzie asertywni. Czym jest asertywność? - wyjaśnia psychoterapeuta Jarosław Józefowicz.

Czym jest asertywność? To pewność siebie, wynikająca ze znajomości swoich poglądów i jasności stanowiska na dany temat. To też siła, którą dysponuję, żeby te przekonania wyartykułować. Co ważniejsze - asertywność to również autentyczność, płynąca ze znajomości swoich uczuć oraz adekwatne do nich reagowanie. Czy mamy dobry dostęp do swoich emocji, możemy sprawdzić w sytuacjach choć trochę stresowych, które dzieją się szybko w relacji z drugą osobą czy w grupie. Wówczas działamy automatycznie i od razu widać, czy bazą naszych zachowań jest to, co naprawdę czujemy, czy też może nasze reakcje płyną z miejsca maski, przyzwyczajenia, przyjętych zewnętrznych norm. To jedna część pojęcia „asertywność”. Drugim aspektem tego zagadnienia jest sposób, w jaki stajemy za swoimi poglądami i uczuciami. Bronienie racji w sposób asertywny oznacza zachowania, które nie ranią. Takie, które otoczenie jest w stanie przyjąć i zrozumieć.

Są ludzie, którzy są asertywni i nie muszą się tego uczyć. Co za taką postawą może stać? Wychowanie. Zdrowa asertywność wynika z pozytywnych doświadczeń, przede wszystkim z dzieciństwa. Zależy to od tego, czy w tamtym okresie postawa ważnych dla nas osób była bardziej wspierająca i wzmacniająca niż osłabiająca i krytykująca. Czy nasze granice były szanowane, respektowane. Jeśli tak było, będą one dla nas czymś naturalnym. Nie będziemy musieli ich ani zaciekle bronić, raniąc innych, ani ulegle wpuszczać kogoś na swoje terytorium. Ktoś asertywny, gdy chce o coś zawalczyć, do czegoś startować, czuje że ma do tego prawo. To kwestia głębokiego przekonania niedostępnego intelektowi, a dotyczącego poczucia. Ludzie nieasertywni z kolei czują, że im się nic nie należy.

Z czego jeszcze może wynikać brak asertywności? Z braku dostępu do swoich uczuć, z niepewności czego chcę, co tak naprawdę myślę. Z niewiary w realność i zasadność własnych potrzeb. Często wiąże się to z trudną historią osobistą i wynikającym z niej krytykiem wewnętrznym. To postać w środku nas, która mówi, że to co myślimy jest głupie, a nasze potrzeby mało ważne i nie na miejscu. Ten głos nie bierze się znikąd. Już kiedyś od kogoś słyszeliśmy ten przekaz.

Dlaczego uważasz, że asertywność to postawa nabyta? Dlatego, że ludzie nie rodzą się asertywni lub nieasertywni, tylko te zachowania wykształcają. Szkielet osobościowy i psychiczny człowieka powstaje mniej więcej do piątego roku życia. Najlepszym jego budulcem jest miłość i wsparcie w połączeniu z pewnymi ramami, dającymi dziecku poczucie stabilności, bezpieczeństwa i chroniącymi przed nadmiernym egoizmem. Ta wewnętrzna konstrukcja, którą otrzymujemy w dzieciństwie, przez resztę życia pozostaje prawie niezmienna. Potem w dorosłym życiu, w milionie codziennych sytuacji czy w powtarzających się kłopotach w relacjach cały czas odgrywamy ten sam schemat, chociaż często nie uświadamiamy sobie tego. Pierwszy krok na drodze do zmiany to właśnie wpuszczenie świadomości.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.