1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Jojo Moyes – współczesna historia o Kopciuszku, który napisał wielki bestseller

Jojo Moyes – współczesna historia o Kopciuszku, który napisał wielki bestseller

Życie Jojo Moyes jest niczym opowieść o Kopciuszku, w której nie brak wzlotów i upadków, nadziei i zwątpienia, porażek i sukcesów. To historia dziewczyny, której życie nie ofiarowało zbyt wiele i która, by spełnić dziecięce marzenia, musiała wszystko wydrzeć mu pazurami.

: wiecznie skłóconych, mających do siebie nieustające pretensje, klepiących biedę artystów, stałych klientów opieki społecznej, częściej szlifujących bruki niż zarabiających na życie. Narodziny córki zapewne tylko przyspieszyły rozstanie skaczących sobie do oczu przy byle okazji i z byle powodu małżonków.

Po rozwodzie rodziców podrzucona babci dziewczynka dorastała w Hackney, wówczas jednej z najbiedniejszych i zarazem najbardziej niebezpiecznych dzielnic Londynu, w której rozboje, napady oraz kradzieże były na porządku dziennym. Częste włamania do ubogiego babcinego domu, do którego bardzo rzadko zaglądała matka, nauczyły Jojo ostrożności i sprawiły, że nigdy nie czuła się bezpiecznie. Śmierć ukochanej babci jeszcze pogorszyła sytuację. Do tego stopnia, że gdy po ślubie Jojo zamieszkała w spokojnym Essex, cały rok zajęło jej odzwyczajenie się od ściskania w ręku pokaźnego pęku kluczy, z których większość nie pasowała do żadnego zamka, ale za to świetnie nadawała się do złamania nosa potencjalnemu napastnikowi.

Wychowanie w cieszącej się złą sławą dzielnicy i edukacja w kiepskiej szkole nie stanowiły najlepszego życiowego startu dla wrażliwej, bardzo samotnej dziewczynki, marzącej o regularnych posiłkach, ciepłym domu z kominkiem, psie, kocie i kucyku. Swoje tęsknoty mała Jojo regularnie przelewała na papier. W ten sposób powstała pierwsza powieść o przyjaźni samotnej dziewczynki z mówiącym ludzkim głosem konikiem, która zadecydowała o jej dalszych losach. Ponoć już wtedy ośmioletnia Pauline Sara Jo postanowiła zostać pisarką i zrobić wszystko, by pewnego dnia zobaczyć swoje nazwisko na okładce książki. Nie wiedziała wówczas, że przyjdzie jej na to czekać ponad trzydzieści lat i że droga do celu będzie pełna wyrzeczeń.

pilnie nadrabiała braki w edukacji, pracując równocześnie raz jako sprzątaczka, innym razem jako telefonistka na nocną zmianę, to znowu jako barmanka lub kelnerka w licznych pubach, opiekunka do dzieci… Dziś trudno jej wyliczyć wszystkie zawody, których się wówczas imała, by zapłacić czesne w szkole, czynsz za malutki pokoik czy kupić buty.

W 1992 roku nastąpił przełom, który pomógł jej urzeczywistnić dziecięce marzenia. Do świeżo upieczonej absolwentki socjologii uśmiechnęło się szczęście – jak sama mówi, „od ucha do ucha”. Darem albo kaprysem losu było stypendium dziennika „The Independent” umożliwiające podjęcie studiów dziennikarskich, które Jojo ukończyła z wyróżnieniem.

Gdy na drodze jej życia stanął przystojny kolega po fachu, Charles Arthur – kolejny zdaniem Jojo podarunek losu – nie zawahała się powiedzieć sakramentalnego „tak”.

Niestety, ani miłość, ani pasjonująca praca, ani przyjście na świat córki nie uchroniły Jojo przed depresją, u źródeł której leżało zapewne zarówno wyczerpanie spowodowane długoletnią walką o utrzymanie się na powierzchni, jak i rozczarowanie związane z odrzuceniem przez wszystkich wydawców, do których się zwracała, rękopisów trzech kolejnych powieści.

Kiedy kosztowna psychoterapia nie przynosiła żadnych rezultatów, młodzi małżonkowie postanowili opuścić Londyn, przenieść się na wieś i stworzyć tam wymarzony dom z kominkiem, kotem, psem, a być może w przyszłości także i koniem. Zadłużyli się po uszy, kupili starą, zaniedbaną farmę i zaczęli ją stopniowo remontować. Powoli, rezygnując ze wszystkiego, kosztem wielkich wyrzeczeń, stworzyli dom, w którym mieszkają do dziś z trójką dzieci, pięcioma kotami, czterema psami i koniem, na którym Jojo godzinami jeździ po okolicy. Dorobili się nawet kominka, który po kolejnej przeróbce przestał wreszcie dymić.

Spełniło się też kolejne marzenie Jojo – w 2002 roku po raz pierwszy ujrzała na okładce książki swoje nazwisko. Równo dwanaście miesięcy później w księgarniach pojawiła się jej kolejna powieść. Niestety, na sukces trzeba było poczekać dziesięć lat. W tym czasie przed nawrotem depresji i zwątpieniem uchroniły pisarkę, jak sama twierdzi, kłopoty finansowe, niekończące się remonty, nieustanne choroby dzieci, kalectwo starszego syna – obecnie trzynastolatka, który urodził się niesłyszący – a także przygarniane bezdomne, wymagające opieki zwierzęta, których liczba systematycznie rosła. Podobnie jak liczba niepoczytnych powieści Jojo.

Gdy dziewiąta z kolei książka po raz pierwszy pojawiała się na liście bestsellerów, autorka uznała to za pomyłkę, a wiadomość o sprzedaży pierwszych zagranicznych praw potraktowała jako głupi żart agentki. Dopiero po otrzymaniu projektu umowy zrozumiała, że wreszcie się udało! Gdy dostała pierwsze pieniądze ze sprzedaży, uświadomiła sobie, że została zauważona.

Kolejnym przełomem w jej karierze była . Powstanie filmu było jak wygrany los na loterii. Wszystko potoczyło się bardzo szybko: Jojo Moyes została poproszona o napisanie scenariusza, a praca z aktorami na planie okazała się jednym z najwspanialszych doświadczeń w jej życiu. Pisarka wspomina: „Miałam dużo szczęścia, mając tak wiele do powiedzenia przy powstawaniu filmu; nie doświadczyłam tego, co przeżywa wielu pisarzy, którzy widzą swoją historię i postaci oddane przez kogoś innego. Mimo to przeżyłam szok w pierwszym dniu na planie, kiedy zobaczyłam Willa Traynora (Sam Claflin) idącego w deszczu, w garniturze od Hugo Bossa, z telefonem przy uchu i włosami uczesanymi przez kogoś innego, z głosem, który ktoś inny z nim wyćwiczył. Do tego momentu ta postać istniała tylko w mojej głowie, a tu nagle zdałam sobie sprawę, że cały zespół ludzi pracuje nad powołaniem jej do życia. To było zupełnie niezwykłe, nadal mam tę chwilę przed oczami”. W rolę Lou wcieliła się wówczas Emilia Clarke, która według Moyes idealnie pasowała do tej roli.

Ogromny sukces powieści Jojo Moyes i milionowe dochody niewiele zmieniły w życiu autorki. W dalszym ciągu kupuje bilety na pociąg w wagonie drugiej klasy. Dalej posyła dzieci do tych samych szkół. Jak dawniej ubiera się w tanich sklepach. Najczęściej chodzi w jeansach i ubłoconych butach – mieszka na wsi i ma dużo zwierząt. Jedynym luksusem, na jaki sobie pozwoliła, gdy jej powieść znalazła się na pierwszym miejscu listy bestsellerów, był ogromny czarny fotel do masażu. Zdaniem pisarki brzydki jak samo piekło, ale i piekielnie wygodny. Sukces sprawił, że w końcu poczuła się bezpieczna.

(współpraca U.P.)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Dolina niesamowitości" - ważny głos kobiety prosto z serca Doliny Krzemowej

"Dolina niesamowitości" to debiut książkowy Anny Wiener. (Fot. materiały prasowe)
Zagłębie hi-tech, bogactwo, dominacja, elitarni programiści i drinki w godzinach pracy - czy gdzieś pomiędzy tym jest szczęście? Z każdym kolejnym zdaniem książki "Dolina niesamowitości" próbujemy je znaleźć. A prowadzi nas w tym jej główna bohaterka, która z literacką wrażliwością szuka swojego miejsca w świecie technologii. 

Anna Wiener - wiecznie spłukana, pozbawiona perspektyw na rozwój zawodowy, szukająca sensu życia dwudziestokilkulatka - rzuca pracę w branży wydawniczej i skuszona obietnicami cyfrowego raju przeprowadza się z Nowego Jorku do San Francisco. Tam szybko znajduje zatrudnienie w start-upie big data, w samym sercu Doliny Krzemowej: w świecie fantasmagorycznych ekstrawagancji, olśniewających sukcesów oraz młodych, rzutkich przedsiębiorców spragnionych władzy, chwały i wielkich pieniędzy.

To właśnie w tym czasie na Zachodnim Wybrzeżu zachodzi ogromna zmiana kulturowa - ośrodek zaawansowanych technologii, rywalizując z Wall Street, w zawrotnym tempie przeobraża się w centrum bogactwa i dominacji. O pracy w zagłębiu hi-tech marzy prawie każdy. Lecz spomiędzy firmowych wypadów na narty, drinków w godzinach pracy, elitarnych klubów programistów i ścisłych wymogów korporacyjnej lojalności wyłania się też całkiem inny obraz Doliny Krzemowej: bezlitośnie bogacącej się kosztem bezpiecznej przyszłości, którą rzekomo buduje.

"Dolina niesamowitości" to opowieść o żmudnej drodze bohaterki do dojrzałości, a także portret dopiero co minionej epoki. Wnikliwa opowieść ku przestrodze, a przy tym szczere, pełne zwariowanego humoru i emocji świadectwo szumnej i lekkomyślnej kultury start-upów w czasach rozbuchanych ambicji, niekontrolowanego nadzoru, gigantycznych majątków i nabierającej rozmachu władzy politycznej. Wiener po mistrzowsku obnaża transformację branży tech z samozwańczego zbawiciela świata w zagrażające światowej demokracji narzędzie, a pod jej piórem (a raczej klawiaturą Maca) wielki przemysł informatyczny otrzymuje ludzką twarz, często wykrzywioną grymasem przestrachu i poczucia obcości.

Pojęcie "dolina niesamowitości" ("uncanny valley") to określenie używane do opisania stanu nieprzyjemnej dezorientacji towarzyszącej człowiekowi przy kontakcie z obiektem do złudzenia przypominającym osobę, lecz w sposób oczywisty nie będącym człowiekiem. Weiner w swoich przejmujących zapiskach przedstawia najbardziej zaawansowane technologie oraz to, co się dzieje na ich styku z człowiekiem. Choć może jednak bardziej z "ludzkim czynnikiem wykonawczym", bo Anna Weiner nie jest bowiem żadną menadżerką informatycznego imperium, a po prostu szeregową pracownicą start-upu.

"Dolina niesamowitości" to fascynujące i niespotykane dotąd ujęcie tematu - do tej pory Dolinę Krzemową mieliśmy szansę poznać raczej ze wspomnień wszechmocnych szefów oraz podręczników pisanych przez mężczyzn. Tu w końcu słyszymy ważny głos kobiety.

Anna Wiener jest stałą współpracowniczką czasopisma "The New Yorker", na którego łamach publikuje artykuły poświęcone Dolinie Krzemowej, kulturze start-upów i nowym technologiom. Jej felietony ukazywały się także w "The New York Times Magazine" "The Atlantic", "New York", "The New Republic", "Harper’s", "n+1". To właśnie w tym ostatnim piśmie ukazał się jej znakomity artykuł: "Uncanny Valley. I would say more, but I signed an NDA", który spotkał się z olbrzymim oddźwiękiem w sieci i stał się podstawą "Doliny niesamowitości". Mieszka w San Francisco. "Dolina niesamowitości" to jej książkowy debiut.

Anna Wiener, 'Dolina niesamowitości', Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe) Anna Wiener, "Dolina niesamowitości", Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Opowieść o kobietach silnych jak wilczyce. Wywiad z Adrianną Trzepiotą, autorką książki "Zwilczona"

Adrianna Trzepiota. (Fot. Joanna Nicewicz)
Adrianna Trzepiota. (Fot. Joanna Nicewicz)
- Każda forma sztuki jest jak mała autoterapia, chcemy ją uprawiać, bo kontakt z nią wyzwala w nas dobro, daje upust złym emocjom, jest odskocznią od problemów - mówi powieściopisarka Adrianna Trzepiota. 30 września ukaże się wznowiona wersja jej debiutu literackiego "Zwilczona". Autorka zdradziła nam, co kryje się pod "Zwilczoną", jakie są źródła jej literackich i życiowych inspiracji oraz skąd w jej twórczości tyle mistycyzmu. 

W pani twórczości często przewija się motyw kobiet – kobiecości, kobiecej siły i mądrości. Czy to właśnie z nas, kobiet, czerpie pani inspiracje?
Tak. Uważam, że to właśnie kobiety stoją na granicy natury pośredniczącej, są łączniczkami pomiędzy światem bardziej duchowym a zwykłym, ziemskim. Zawsze fascynowało mnie pytanie o to, gdzie dokładnie przechodzi granica pomiędzy tymi światami. Czy przechodzimy ją już w chwilach nagłych olśnień, podejmując kluczowe dla nas decyzje zgodnie z tym, co mówi nam intuicja, a może na szpitalnym łóżku, kiedy wydajemy na świat potomstwo? Z jednej strony stąpamy twardo po ziemi, dbając o życie rodzinnie i zawodowe, z drugiej potrafimy czerpać wiedzę i mądrość z przeszłych pokoleń, prababć, babć, ciotek, matek.

Jakie kobiety ceni pani szczególnie? Kiedy kobiety odkrywają swoją wewnętrzną siłę nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Uwielbiam czytać i zagłębiać się w biografie znanych lub mniej znanych kobiet, które na przekór całemu światu potrafiły odmienić swój los, często za spełnienie swoich pasji musiały zapłacić wysoką cenę. Helena Rubenstein, matka metafory, że nie ma kobiet brzydkich są tylko zaniedbane, która poświęciła życie szukając piękna. Niesamowita Halina Birenbaum, ocalona z Holocaustu. Fanny Mendelson, siostra znanego Feliksa Mendelsona, której wybrane muzyczne dzieła sławny brat wydawał pod swoim nazwiskiem. Kobiety zawsze mnie inspirowały, bo mają ogromną moc, muszą tylko się na nią odważyć.

Dlaczego zaczęła pani pisać?
Zawsze chciałam pisać, ale nigdy nie miałam na to odwagi. Bałam się opinii publicznej, krytyki ze strony rodziny, znajomych. Pisanie wierszy i innych, krótkich form literackich już od małego dziecka było dla mnie ważne, aż pewnego dnia, będąc już dorosłą kobietą, gdzieś przeczytałam, że tak samo jak rodzice nadają nam imiona, my jako dorośli ludzie powinniśmy sami nadać sobie swoje drugie imię, bo któż nas lepiej zna? Imiona mogą być różne: tancerka, śpiewaczka, malarka, fotografka, matka, kucharka… Jest w nas tyle imion, ile naszych potrzeb i jak już znajdziemy odpowiednie to musimy być tym, co ono określa. Ja w wieku 23 lat nadałam sobie nowe imię - Adrianna pisarka - i nie było już innego wyjścia. Gdybym pisała do szuflady i nie przełamała strachu przed krytyką, to imię mogłoby się ode mnie odkleić.

Chyba jakoś tak to się właśnie zaczęło, a nie było łatwo, bo mojej pierwszej książki nie chciało wydać żadne wydawnictwo. Jedno postawiło ultimatum, że jak usunę z powieści wilczycę (która jest głównym trzonem) i przerobię fabułę na zwykły romans, to książka pojawi się na rynku. Oczywiście nie zgodziłam się, ale to była trudna decyzja, straciłam wtedy mocno wiarę w siebie. Jednak nie poddałam się, moje drugie imię do czegoś w końcu zobowiązuje. Jeżeli ja nie będę wierzyła w swoją twórczość dostatecznie mocno, to przecież nikt w nią nie uwierzy.

W książkach subtelnie przemyca pani samą siebie. Czy to celowy zabieg literacki, by zaciekawić czytelników i dać im możliwość odszukiwania w poszczególnych bohaterach Adrianny Trzepioty, czy może po prostu łatwiej pisze się bazując na własnych cechach i doświadczeniach?
Uważam, że każdy pisarz w swoich książkach pisze też trochę o sobie. Bez względu na gatunek literacki, którym się posługuje. Każda forma sztuki jest jak mała autoterapia, chcemy ją uprawiać, bo kontakt z nią wyzwala w nas dobro, daje upust złym emocjom, jest odskocznią od problemów. Dzięki niej możemy wrócić do „domu duszy”, jak mawia nieoceniona Clarissa Pinkola Estés, czyli do miejsca źródła, wewnętrznego świata, który daje harmonię i chwilowe ukojenie. Uprawianie sztuki jest jak wehikuł czasu, który przenosi nas w miejsce dostępne jedynie zmysłom. Miejsce, które przywraca równowagę. Dużo trudniej pisze się bazując na własnych doświadczeniach, bo to jest tak jakby obdzierało się swoje życie z intymności. Dobrze jest więc zostawić czytelnika z pewnym niedosytem informacyjnym. Balansowanie pomiędzy granicą tajemnicy i prawdy jest bardzo przyjemne.

„Zwilczona” to pani debiut literacki, który teraz, po pięciu latach, doczekał się wznowienia. Jaka historia kryje się za tą książką?
Po urodzeniu dziecka zostałam rzucona na głęboką wodę - pracowałam na pół etatu, kończyłam zaocznie studia, zajmowałam się maleńkim dzieckiem i byłam tak wycieńczona tymi wszystkim obowiązkami, że czułam się jakbym miała przeszło sto lat. Jak patrzyłam na swoje odbicie w lustrze nie widziałam w nim młodej kobiety, a zmęczoną życiem staruszkę. Stawałam się całkowicie wyblakła. Teraz wiem, że wtedy byłam bardzo nieszczęśliwa. Chciałam coś w sobie zmienić, jednak zupełnie nie wiedziałam co. Wtedy w ręce wpadła mi książka „Biegnąca z Wilkami”, wyżej już wymienionej C.P. Estés, w której przeczytałam wiele mądrych słów. Autorka porównywała kobiety do wolnych i dzikich wilczyc, które jeśli nie mogą biec przed siebie z powodu zranionej łapy, są w stanie ją sobie odgryźć, byle tylko nie stać w miejscu. Jeśli są zmęczone połogiem, to proszą inne wilczyce ze swojej watahy do opieki nad małymi, a same udają się na samotny odpoczynek, który może trwać nawet pół dnia. Czy to nie piękne? To są przecież dzikie zwierzęta, które zaprogramowała natura, nie człowiek.

Jak pani, jako autorka, zmieniła się przez te pięć lat?
Bardzo. Z kruchej dziewczynki stałam się pewną siebie kobietą. Poruszyłam niebo i ziemię, żeby wydać moje książki, a w tej branży nie miałam żadnych znajomości. Potrafiłam jeździć od wydawnictwa do wydawnictwa z wydrukowaną książką i próbować umawiać się na spotkania. Kiedy miałam chwile kryzysu dobrze wiedziałam, że jeżeli sama nie będę wierzyła w celowość tego co robię, to nikt w to nie uwierzy.

W każdej z moich książek obecne są wilki bądź symbol wilka jako duchowego przewodnika. Tak mocno zaczęłam wierzyć w ich zbawczą misję, że zaczęły być widoczne również w moim życiu. Jak mam jakiś problem do rozwikłania bądź nie wiem jaką podjąć decyzję, to przypadkiem pojawiają się w moim otoczeniu i odbieram je jako znak i już wtedy wiem co robić. Stałam się bardziej ufna, zaczęłam dostrzegać życiowe znaki. Łatwiej się żyje idąc po ich ścieżce.

W pani twórczości kobiecość, tajemniczość i cały wachlarz emocji spotyka się z… mistycyzmem. Skąd wziął się pomysł na takie połączenie?
To nie jest pomysł. To ścisła obserwacja życia. Stąpając twardo po ziemi mówimy czasem, że przydarzyło nam się coś niezwykłego. Przyśniła nam się rozmowa z babcią, która dwa dni później zmarła, pomyśleliśmy o kimś i on nagle do nas zadzwonił, podjęliśmy decyzję zgodnie z wolą intuicji, czyli nagłego niepohamowanego czucia sercem, a nie rozumu. To taki realizm magiczny dnia powszedniego. Każdego z nas dotyka transcendentna i bliżej nieokreślona, ponadrzeczywista siła. Nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć sobie pewnych zjawisk, które wydarzają się dookoła nas. Czasem mówimy, że to zwykły przypadek. Ja uważam, że to nie jest przypadek, kiedy dwoje kochanków po dwudziestu latach rozłąki spotyka się w tym samym samolocie, lecącym do Indii. To los chce dać im drugą szansę i tylko od nich zależy jak ją wykorzystają.

Obecnie pracuje pani nad kolejną, piątą już książką. Jaką opowieść podaruje pani swoim czytelnikom tym razem?
Na pewno będzie magiczna i symboliczna, zanurzona w baśniowy świat trzech sióstr -  czarownic. Każda z kobiet będzie miła inny talent, a jedna z nich będzie musiała wyruszyć w bardzo długą i niebezpieczną podróż, żeby ów talent w sobie odnaleźć. Pomimo tego, że pierwszy raz tak mocno zanurzę się w świat fantasy, to moje bohaterki będą bardzo mocno przypominały ziemskie kobiety. Będą tak samo jak one się starzały, rodziły dzieci, pragnęły spełnienia. Mam nadzieję, że nie zawiodę. A jeżeli znajdzie się wśród moich czytelników choć jeden, który pod wpływem mojej twórczości postanowi odważyć się na to, żeby coś w swoim życiu zmienić, to już będzie dla mnie znak, że moja praca nie jest bezowocna. Każdy z nas ma w sobie ogromne światło mocy. Trzeba się tylko na nie otworzyć.

Wznowiona wersja powieści "Zwilczona" Adrianny Trzepioty będzie dostępna w księgarniach od 30 września. 

Adrianna Trzepiota, 'Zwilczona', Wydawnictwo Świat Książki Adrianna Trzepiota, "Zwilczona", Wydawnictwo Świat Książki

  1. Kultura

Książki na powitanie jesieni

W ciepłe jesienne dni relaks z książką w parku to czysta przyjemność. (Fot. Getty Images)
W ciepłe jesienne dni relaks z książką w parku to czysta przyjemność. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Idzie jesień, najlepsza pora dla miłośników czytania. Oto kilka nowości, które polecamy na pierwsze dni sezonu z książką pod kocem.

Idzie jesień, najlepsza pora dla miłośników czytania. Oto kilka nowości, które polecamy na pierwsze dni sezonu z książką pod kocem.

Poczuć miłość

Michelle Marly „Mademoiselle Coco. Miłość zaklęta w zapachu”, Marginesy.

W tej inspirowanej faktami opowieści Coco Chanel jeśli już kocha, to na zabój, obsesyjnie, z pasją. Chanel No. 5 zna z nazwy chyba każdy. Mało kto wie, że perfum o zbliżonym zapachu używała caryca Katarzyna. Coco Chanel wyczuła tę woń na chustce, którą podarował jej, jako prezent od serca, książę Dymitr Pawłowicz. Wspomniane perfumy od dawna były niedostępne, więc Coco – już wówczas ikona stylu – próbowała je odtworzyć, ale też nadać im własny charakter. To o zapachu, a o niej? W książce poznajemy Gabrielle Bonheur Chanel najpierw jako klasztorną wychowankę, osieroconą przez matkę i porzuconą przez ojca. A potem przez kochanka, który zginął tragicznie, zanim zdecydował, czy zostawi dla niej rodzinę. Ta trauma nadała życiu Coco inny bieg. Niezależnie od tego, kogo i co kochała, jej pasja zawsze nosiła znamiona obsesji. Ale nie próżności. „Za duży nakład pracy i za mały efekt”, mówiła o tym, co robi. Dziś wiemy, jak bardzo się myliła.

materiały prasowe materiały prasowe

 

Śmiertelnie ważne

Caitlin Doughty „Kiedy umrę, zjesz mnie, kocie?”, Otwarte.

Wiecie, czym zajmuje się koroner i co to są katakumby? Świetnie, bo to już więcej niż większość śmiertelników wie na temat umierania – uważa Caitlin Doughty, najsłynniejsza właścicielka domu pogrzebowego, blogerka i youtuberka. Jej książka to… hm… przewodnik po śmierci. Który podsuwa wniosek, że nie ma głupich pytań o śmierć, bo umieranie to naturalna sprawa. Dowiadujemy się więc na przykład, czy wolno nam zachować ciała bliskich i co się dzieje ze zwierzętami pochowanymi w ogródku. Albo czy gdy umieramy z głupią miną, to już nam taka zostanie.

Książki na powitanie jesieni Książki na powitanie jesieni

O ojcach i synach

Salvatore Scibona „Każdy”, Znak.

Siedmioletni chłopiec zostaje sam na lotnisku w Hamburgu. Nie odzywa się. Czytelnik wie, że porzucił go ojciec. Elroy nie poczuwał się do roli taty, a gdy dostał taką szansę – zrezygnował. Dlaczego? By połączyć te niteczki, Scibiona cofa nas z 2010 r. w lata 60., na front wojny w Wietnamie. Czy relacja Elroya z jego własnym ojcem odcisnęła na nim taki ślad? O tym jest ta książka: o ojcach, synach, wojnie, która ciągle gdzieś się toczy. O miłości i jej braku. Gęsta powieść, ważny amerykański autor (zresztą polsko-włoskiego pochodzenia) i zaskakujący finał.

materiały prasowe materiały prasowe

Połączenia

Hanna Krall „Synapsy Marii H.”, Wydawnictwo Literackie.

Nowa książka mistrzyni polskiego reportażu to niezwykły portret dwóch kobiet. Marii Twardokęs-Hrabowskiej, opozycjonistki PRL, matki syna z autyzmem. Oraz jej teściowej Marii Hrabowskiej, pamiętającej drugą wojnę i współczesne akty terroru, jak ten na World Trade Center w Nowym Jorku. Przeszłość miesza się obu Mariom H. z teraźniejszością, dlatego wspomnień nie można być pewnym, a w nowym świecie trudno się odnaleźć. U Krall jak u Carla Rovellego, fizyka, którego jedna z bohaterek czyta: „Jesteśmy historią samych siebie”.

materiały prasowe materiały prasowe

  1. Kultura

Kryminały na końcówkę lata

Polecamy 5 kryminałów na końcówkę lata. (Fot. iStock)
Polecamy 5 kryminałów na końcówkę lata. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Nie ma nic lepszego niż mrożąca krew w żyłach lektura w upalny dzień. Na chłodny i deszczowy też się nadaje, bo podnosi temperaturę otoczenia. Nie wiem, jak wytłumaczyć to zjawisko, kryminał jest po prostu dobry na każdą pogodę!

A że pogoda nam ostatnio dopisuje, zdążyłam przeczytać kilka świetnych, dwa dobre i jeden zupełnie przyzwoity. Oto, co polecam najbardziej:

Jean-François Parot „Tajemnica Białych Płaszczy”, „Człowiek z ołowiem w brzuchu”, wyd. Czarna Owca

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Moje odkrycie tego lata. Cykl książek francuskiego dyplomanty, zajmującego się historią XVIII wieku, doczekał się już serialowej adaptacji. Zanim jednak ją obejrzycie, koniecznie sięgnijcie po dwa pierwsze tomy, które są już dostępne na polskim rynku. Choć początki mogą być trudne, bo przyzwyczajeni do mrocznych skandynawskich klimatów współczesności będziecie zmuszeni przenieść się w dość odległą przeszłość, to gwarantuję, że Paryż pod panowaniem Ludwika XV wciągnie was bez reszty. Wszystko za sprawą młodego i przystojnego (tak, rzuca się to w oczy nawet podczas lektury!) Nicolasa Le Flocha, który opuszcza rodzinną Bretanię, by służyć u pana de Sartine’a, szefa policji, odpowiedzialnego za prowadzenie tajnych misji na zlecenie samego króla. Oczami Le Flocha obserwujemy zarówno wykwintne salony, jak i przybytki rozpusty czy najpodlejsze miejsca na mapie miasta. Przy okazji poznając ciekawe smaczki (dosłownie) i ciekawostki, których nie szczędzi nam autor, ewidentnie rozmiłowany w obyczajowości, ale i kuchni tamtych czasów. Fascynacja nie przesłania mu jednak pełnego obrazu epoki, często podkreśla bowiem nierówności społeczne, ale też uwypukla jawną niesprawiedliwość, jak słynną sprawę Damiensa, żołnierza, który w desperacji uderzył Ludwika XV niegroźnym nożykiem (by przypomnieć mu o jego obowiązkach, jak sam wyznał), za co został skazany na potworne tortury i publiczną egzekucję, której lektura nawet dziś wywołuje dreszcz przerażenia i ból całego ciała.

Na naszych oczach młody Le Floch nie tylko kształtuje swoją tożsamość i dorasta, ale też staje się coraz lepszym śledczym, a pod koniec pierwszego tomu nawet komisarzem w Châtelet, dzielnicy Paryża. Jego dedukcję pochwaliłby sam Sherlock Holmes, a elegancję rozwiązywania zagadek – najpewniej także Herkules Poirot. Ja zaś chciałabym pochwalić Jeana-Françoisa Parota za to, że tak świetnie przywołał klimat ukochanych filmów mojego dzieciństwa – tych spod znaku płaszcza i szpady.

Agatha Christie „A.B.C”, Wydawnictwo Dolnośląskie

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Inne wspomnienie mojego dzieciństwa to książki Agathy Christie. Dowodem na to, że się wcale nie starzeją (no, może odrobinę), jest nie tylko seria ich ponownych adaptacji – na październikową premierę czeka kolejny film w reżyserii Kennetha Branagh – „Śmierć na Nilu” – ale też fakt, że za lekturę jej kryminałów biorą się kolejne pokolenia, jak chociażby pewna znana mi rezolutna 12-latka. Tym bardziej cieszy, że Wydawnictwo Dolnośląskie postanowiło kilka z nich wydać w nowej, bardzo przyjemnej dla oka oprawie.

Zdecydowanie polecam przeczytać je właśnie w tym wydaniu. Ja wybrałam do ponownej lektury „A.B.C.”, czyli jedną z bardziej znanych spraw Herkulesa Poirot, genialnego Belga z wypomadowanymi wąsami i kilkoma innymi dziwactwami. Tym razem mamy przypadek nadzwyczaj ciekawy. Otóż wszystko wskazuje na to, że morderca wybiera swoje ofiary według kolejnych liter alfabetu, bo poza tym nic ich ze sobą nie łączy. Policyjny psycholog wprawdzie podejrzewa u niego tzw. kompleks alfabetyczny (węszę tu lekką kpinę ze strony autorki z nadal kiełkującego wtedy zawodu psychologa), ale Poirot widzi w tym raczej sprytnie zaplanowaną intrygę. Christie jak zwykle zwodzi nas i popycha na fałszywe tropy, serwując całą serię nudnawych scenek, które potem okazują się pełne ważnych wskazówek, a wszystko po to, byśmy sami uruchomili szare komórki, bo jak miała w zwyczaju, zawsze dawała czytelnikom te same wskazówki, jakie miał detektyw. Zresztą, pisząc pierwszy kryminał, założyła się ze znajomym, że uda jej się ta trudna sztuka, że pomimo jasnych tropów, tak skomplikuje fabułę, że odgadnięcie rozwiązania zagadki stanie się prawie niemożliwe. Temu, kto odgadnie prawdziwego zabójce, należą się zatem wielkie brawa.

M. L. Longworth „Morderstwo na Île Sordou”, wyd. Smak Słowa

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Pisałam już kiedyś o serii współczesnych kryminałów z samego serca Prowancji – miasteczka Aix-en-Provence, autorstwa Mary Lou Longworth. Z radością więc sięgnęłam po kolejny, czwarty z kolei i iście wakacyjny tom. Znani już fanom cyklu bohaterowie, czyli snobistyczny prokurator z tajemnicą z przeszłości oraz jego ukochana, seksowna wykładowczyni na uniwersytecie, jadą tym razem na zasłużony letni odpoczynek. Plan jest prosty: od rana dobre jedzenie, wino, lektury, spacery oraz inne rozkosze cielesne. Zero pracy. Jednak życie ma inne plany. W efekcie w trakcie ich turnusu w luksusowym hotelu na rajskiej (acz fikcyjnej) wyspie u wybrzeży Marsylii – Sordou dochodzi do morderstwa. Zostaje zabity popularny, choć już nieco przebrzmiały francuski gwiazdor. Nikt za nim specjalnie nie przepadał, ale też nikt nie wydaje się mieć żadnego powodu, by go zabić. No, może poza żoną i jego pasierbem, bo jak policyjne doświadczenie mówi, zwykle zbrodnie rozgrywają się w najbliższym rodzinnym kręgu. Antione Verlaque nie zadowala się tym rozwiązaniem i – jakżeby inaczej – zaczyna zgłębiać przeszłość aktora. Zaś Marine Bonnet, razem z przyjaciółką Sylwie – poznaje bliżej pozostałych uczestników turnusu. A że policja dla dobra śledztwa uniemożliwia opuszczenie wyspy – wszyscy patrzą na siebie lekko podejrzanie. Ponieważ jedzenie jest tak dobre, a wszyscy tak sympatyczni, nikt specjalnie nie chce psuć tej cudownej atmosfery. W końcu trzeba będzie jednak wskazać winnego… Lektura „Morderstwa…” sprawi, że nawet jeśli właśnie wróciliście z wakacji, zatęsknicie za kolejnymi.

Jørn Lier Horst, Thomas Enger, „Punkt zero”, wyd. Smak Słowa

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Dwaj autorzy poczytnych kryminałów tym razem połączyli siły i stworzyli wspólne dzieło. Co więcej, chyba zanosi się na jego kontynuację... Jeśli wyczekiwaliście na polecenie skandynawskiego kryminału, wreszcie się doczekaliście. „Punkt zero” ma dwoje autorów, ale też dwoje bohaterów. Doświadczonego policjanta Alexandra Blixa oraz początkującą dziennikarkę Emmę Ramm, których – co ważne – nie połączy romans. Oboje będą się starali rozwikłać zagadkę szeregu śmierci wśród norweskich celebrytów. Za co tak nienawidzi ich zabójca, że tak okrutnie karze ich za ich chęć sławy i niskie morale? Kto będzie następny i czy uda im się powstrzymać rozwój wypadków? Oto pytania, jakie zadają sobie Blix i Ramm. Z kolei czytelnik dorzuci do tego jeszcze jedno: Co tak naprawdę łączy tych dwoje? A raczej: z jakiego powodu Blix ma słabość do młodej dziewczyny? Widać w tej książce solidną robotę oraz życiowe i zawodowe doświadczenie autorów: śledcze i dziennikarskie. Ciekawie się rozwija i trzyma w napięciu, zaostrzając apetyt na kolejną część.

Alex Kava, „Złowrogie niebo”, wyd. Harper Collins Polska

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Nie jest to może najlepsza książka Alex Kavy ani najlepszy kryminał, ale z pewnością spodoba się fanom cyklu o Ryderze Creedzie i Maggie O’Dell. Kava sprawnie buduje intrygę, wprowadzając bohaterkę, Francine, która przypadkowo staje się świadkiem zabójstwa swojego kolegi. Właśnie rozmawiał z nią przez kamerkę w swoim smartfonie i rozgorączkowany donosił, że wpadł na trop ogromnego przekrętu w firmie należącej do jednego z klientów ich agencji reklamowej, kiedy podeszło do niego dwóch mężczyzn i… go zastrzeliło. Francine widziała twarz jednego z ich, ale i on ją widział. Tak zaczyna się wielka ucieczka i pościg. Pomóc Francine może tylko agentka FBI – Maggie O’Dell, a miejscem, w którym mają się spotkać, jest pewna restauracja w Alabamie, do której obie muszą dojechać na czas. I w tym miejscu książka zmienia tory, nagle bowiem większym niebezpieczeństwem niż bezwzględni mordercy może okazać się wędrujące właśnie po południowych stanach tornado. Kava przyznaje się w posłowiu, że zawsze chciała napisać książkę, która ukaże ogrom i niebezpieczeństwo żywiołu, jakim jest trąba powietrzna, zjawisko typowe dla klimatu USA i co roku zbierające żniwo wśród dobytków i żyć jego obywateli. Ku swojemu zdziwieniu zauważamy, że zamiast obgryzać paznokcie w oczekiwaniu na to, czy Francine uda się zbiec prześladowcom czy nie, z zapartym tchem przyglądamy się pracy innego bohatera książki, Rydera Creeda, który wraz ze swoją specjalnie przeszkoloną suczką wyszukuje ofiar tornada pod gruzami czy zawalonymi pniami drzew. I okazuje się to nawet ciekawe.

  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.