1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Janusz Gajos - wyrastanie z siebie

Janusz Gajos - wyrastanie z siebie

Janusz Gajos, fot. BEW PHOTO
Janusz Gajos, fot. BEW PHOTO
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Pierwsze próby zrozumienia świata i ciągłego zadawania pytań „dlaczego?”

Ma się za człowieka w miarę normalnego, ale od razu dodaje, że warto sobie przy tym zadać pytanie, co to znaczy normalny. Jak się przez lata zmieniał i co go przemieniało? O paru chwilach wyrastania z siebie opowiada Janusz Gajos. 

Część wczesnego dzieciństwa spędziłem na Śląsku. Chodziłem do szkoły podstawowej w Zabrzu. Mówiłem wtedy dość biegle gwarą, co teraz wspominam z pewnym  rozrzewnieniem. . Próby zrozumienia tego, co wydawało się nielogiczne. Według specjalistów dzieją się wtedy w życiu człowieka rzeczy najważniejsze. Przy pomocy najbliższych uczymy się poruszać w niezrozumiałym do końca świecie.

Niedawno zrobiłem zdjęcie swojej wnuczce. Raczkowała po całym pokoju. W pewnej chwili zatrzymała się przed oszklonym wyjściem na taras z wyrazem głębokiej zadumy godnym wszystkich mędrców tego świata. Dużo bym dał za to, żeby się dowiedzieć, co też było powodem tej zadumy okraszonej szczyptą zaciekawienia. Bardzo piękny moment.

Lęk pierwotny

To nie było żadne przywidzenie, choć można by w to wątpić, zważywszy na fakt, że leżałem wtedy jeszcze w wózku. To pierwsze moje wspomnienie. Leżałem, bałem się potwornie i strasznie się darłem. Pamiętam to, daję słowo: po wewnętrznej stronie budki łaziło tam i z powrotem jakieś „coś”, straszny, okropny potwór. Prawdopodobnie jakiś żuk czy skorek. Skąd mały człowiek  wie, że trzeba się tego bać? Przecież żaden żuk mi nigdy w życiu nic nie zrobił. To było najprawdopodobniej nasze pierwsze spotkanie. Skąd więc taki lęk? Potem ze wszystkimi możliwymi żukami wybaczyliśmy sobie tamtą pierwszą chwilę: one – że tak w obecności jednego z nich hałasowałem; ja – że ich kolega mnie straszył. Ale do dziś za owadami nie przepadam. Jeśli w domu pojawia się pająk, którego zabić nie można – bo pająk to szczęście – zadanie schwytania go i obdarowania wolnością za oknem należy do mojej żony. Jakiś respekt do tego, co takie małe i tak się dziwnie porusza, mi pozostał. Nigdy nie wiadomo przecież, dokąd to coś pójdzie i gdzie znajdzie sobie miejsce, nie daj Boże, w bucie albo w kieszeni. Połknięcie muchy czy innego latającego owada podczas jazdy rowerem też już mam za sobą, więc wiem, że szczególnie w lesie lepiej trzymać gębę na kłódkę.

Na karuzeli

W Zabrzu mieszkaliśmy przy placu Kazimierza Wielkiego, na którym wiosną stawały karuzele. Widziałem je z drugiego piętra naszego mieszkania. Korzystanie ze wszystkich tych diabelskich młynów, huśtawek, kręcących się w szalonym pędzie krzesełek na łańcuchach było dla mnie najwspanialszym sposobem spędzania wolnego czasu. Zamęczałem rodziców prośbami o apanaże na spełnienie tych szaleństw, bez których jutro nie miało żadnego sensu. Dokładnie pamiętam moment, kiedy dotarła do mnie przerażająca myśl. Moi rodzice nie uczestniczyli w tym cudownym, kręcącym się świecie, więc widocznie przyjdzie taki czas, kiedy ja będę w ich wieku i stracę na to wszystko ochotę. „Cóż za okropne życie będę wówczas prowadził”, pomyślałem. Potem, jak każda niegroźna choroba, karuzela wywietrzała mi z głowy i zaczęło się czytanie Karola Maya, kapiszonowe pistolety z odpustu, łuki i tropienie wrogów po pobliskim parku. Ale gdy wiele lat później przyglądaliśmy się z żoną naszym dzieciom, które szalały na karuzeli, zrobiło mi się rzewnie. Rzewnie i dziwnie. To już się jednak nie pokręcę?

Janusz Gajos z żoną Elżbietą na gali Kryształowych Zwierciadeł. (Fot. BEW PHOTO) Janusz Gajos z żoną Elżbietą na gali Kryształowych Zwierciadeł. (Fot. BEW PHOTO)

Nie wiadomo, jak to nazwać

Jak to w okresie dojrzewania bywa, nagle zauważyłem, że na świecie istnieją kobiety. Że są inne, że jest w tym coś uroczego, podniecającego, nie wiadomo, jak to nazwać, ale to coś jest. I miłe jest. Pamiętam wygląd będzińskiego tramwaju, którym jeździłem do szkoły. Był to dosyć dostojny pojazd z mosiężnymi klamkami, balustradami i pomostem. Tramwaje były przeważnie zatłoczone. Często jeździło się na stopniach. Pewnego dnia, stojąc na zatłoczonym pomoście, zobaczyłem dziewczynę. Bardzo ładną. W tym tłoku widziałem ją od pasa w górę. Oczywiście, wgapiałem się w nią bezczelnie, co wówczas uchodziło za szczyt nietaktu. Próbowałem zwrócić na siebie jej uwagę i w końcu osiągnąłem sukces. Spojrzała na mnie i nawet się uśmiechnęła. Postanowiłem pójść za ciosem, ale ona wysiadła na wcześniejszym przystanku, a ja musiałem jechać dalej. Wysiadła i wtedy zobaczyłem, że ma problem z chodzeniem. Szła dziwnym krokiem, jakby się lekko zataczając. Prawdopodobnie przeszła chorobę Heinego-Medina. Nie potrafię do dziś opisać uczucia, które mną wtedy owładnęło. Wstyd, żal, niezgoda na to, co zobaczyłem. Weszła w tłum, a ja nie mogłem uwolnić się od myśli, że zrobiłem coś niewybaczalnego. Nie mogłem się pozbyć wrażenia, że mogłaby mi powiedzieć: „No, i co teraz zrobisz, dzielny rycerzu? Spróbujesz walczyć o damę swego serca?”.

Mam psa czy nie mam psa

Z wiekiem miewam coraz większą tremę i jest to proste do wyjaśnienia – z biegiem czasu wzrasta świadomość tego, co robię. A wraz z nią z kolei częściej niż kiedyś pojawia się podszept niepewności: „A może nie zrobiłeś wszystkiego, co do ciebie należało?”. Myślę, że poczucie odpowiedzialności pomaga mi utrzymać się w ryzach i nie popaść w jakieś fałszywe wyobrażenie o sobie i mojej pracy. Żeby być dobrze zrozumianym, myślę, że od początku szkoły – a wcześniej jeszcze po trzech nieudanych próbach, by się do niej dostać – dwuletni pobyt w Teatrze Lalek, wojsko sprawiły, że nauczyłem się stronić od przesady. Oczywiście, można też łatwo próbować temu zaprzeczyć, bo przecież jeszcze będąc w szkole, doznałem czegoś, na co ludzie w moim zawodzie czekają czasem latami. Popularność po roli czołgisty z psem była istotnie ogromna, ale jednak jedno­wymiarowa i odwrotnie proporcjonalna do tzw. własnej satysfakcji, ponieważ inaczej to sobie wyobrażałem. Wtedy mój sen o tym, że wraz z popularnością przychodzi do człowieka coś szlachetnego i niezwykle poważnego, rozsypał się w mak. Nie wiedziałem wówczas co prawda także tego, że to, o czym marzyłem, osiąga się ewentualnie z wiekiem, bo na uważne spojrzenie ludzi trzeba sobie po prostu zapracować, no, ale... To prawda, że stać mnie było na zakup dziesięcioletniego garbusa, ale i tak na przemian śmieszył mnie i męczył fakt, że konferansjerzy zapowiadali mnie. „A teraz przed państwem ulubieniec wszystkich, znany i kochany… Jonasz Gojas”. Albo że każdy chciał wiedzieć, czy mam psa, czy nie mam psa.

Janusz Gajos (Fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta) Janusz Gajos (Fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta)

Pokonać wstyd

Myślałem o architekturze, bo wykoncypowałem sobie, że mógłbym po niej uprawiać coś pomiędzy zawodem stricte użytkowym a sztuką. Któregoś dnia jednak w roku przedmaturalnym kazano mi wziąć udział w szkolnym przedstawieniu, co uważałem za ostatnią rzecz, którą chciałbym w życiu zrobić. Odmowa nie wchodziła w rachubę. To były zupełnie inne czasy. Tak więc przebrano mnie w coś, co miało przypominać mundur ułana, na głowę włożono tekturowe czako i kazano wygłosić Mickiewiczowski tekst:

Zofijo! Muszę ciebie w bardzo ważnej rzeczy Radzić się; już pytałem stryja, on nie przeczy. Wiesz, iż znaczna część wiosek, które mam posiadać, Wedle prawa na ciebie powinna by spadać. A chłopi nie są moi, lecz twoi poddani

Wstydziłem się okropnie. Myślałem, jak znaleźć powód, dla którego miałbym czelność stanąć na jakiejś scenie, mówić ten tekst i być uczciwym wobec ludzi, którzy będą to oglądać.

Teraz tamten stan umiem wyjaśnić i nazwać, ale wtedy działałem spontanicznie i w panice. Szukać sposobu na wiarygodność i pokonać wstyd. Jakoś się uratowałem na tyle skutecznie, że do dziś ponoszę tego konsekwencje.

W imię syna

Ojciec był człowiekiem dosyć surowym, ale nigdy niesprawiedliwym. Czasem podniósł głos, a raz pamiętam, gdy chcąc mnie postraszyć, próbował wyjąć pasek ze spodni, ale w trakcie mu minęło. Moje plany na przyszłość związane z teatrem i zawodem aktorskim oczywiście mocno go rozczarowały. Mama już po jego śmierci opowiedziała mi, że podobno któregoś dnia, po konkursie recytatorskim (zdobyłem wtedy główną nagrodę ogólnopolską), pojechał do łódzkiej szkoły, pokazał tam wycinki z prasy i powiedział: „Tu jest napisane, że on jest najlepszy. Dlaczego nie chcecie go przyjąć?”. Jeśli to prawda, to był to wspaniały gest człowieka, który nie tak wyobrażał sobie przyszłość swojego dziecka, ale postanowił uszanować jego determinację w dążeniu do celu.

Płakać mają oni, nie ty

Aktorstwo to jest rzemiosło i świadomość tego, co jest do zrobienia. Nie ma w tym żadnej metafizyki, chyba że nazwiemy tak coś, co czasem zdarza się między sceną a widownią. Zdarza się, że ludzie czasem płaczą na widowni, a więc ulegają jakiemuś czarowi, który jest wynikiem działania sceny na widownię i odwrotnie. Ludzie płaczą lub śmieją się, czytając książkę, a przecież mają przed sobą tylko papier zadrukowany czarnymi literami. Wszystko dzieje się pośrodku. Między autorem a czytelnikiem, aktorem i widzem. Choć staram się uciekać od wielkich słów, muszę przyznać, że to wspólne działanie można nazwać jakimś rodzajem mistycyzmu. Ale też bardzo mi się podobało, gdy kiedyś Roman Polański powiedział pewnej dziennikarce: „Proszę pani, film to jest wspaniałe oszustwo. Na szmacie wyświetla się obrazki. Kiedy patrzy pani wzdłuż szmaty, nie czuje pani nic, patrzy pani na szmatę prostopadle i pani płacze”. Nie przesadzajmy więc z tym aktorstwem ani w jedną, ani w drugą stronę. Ciągle obowiązuje stare powiedzenie aktorów: „Płakać mają oni, nie ty”, choć zdarzało się, że na planie zazdrościłem koleżankom łez. Pamiętam, kiedy z Kazimierzem Kutzem robiliśmy „Opowieści Hollywood” i on wołał do mnie z reżyserki: „Janusz, puść mi choć jedną męską łzę, bo chcę, żeby ta scena była wzruszająca”. A ja na to: „Kaziu, nie dam rady. Wiem, rozumiem, nawet się wzruszam, ale nic mi nie leci z tego oka”. A mówiłem to w chwili, gdy Ania Dymna umiała zapłakać rzewnymi łzami na hasło „akcja!”.

Zwykłe bery bojki

Różnie bywa. Gotowanie się na scenie to jest reakcja na nieprzewidzianą sytuację. Reaguje się wtedy śmiechem. Czasem wystarczy pokiwać palcem i już. Mnie ugotować akurat trudno, ale... W „Rozmowach przy wycinaniu lasu” Stanisława Tyma w teatrze Kwadrat Krzysiek Kowalewski mówił taką kwestię: „Rozetrzyj i powąchaj”, a chodziło o jakieś zabobony, typu: trzeba podnieść źdźbło trawy, rozetrzeć je i jeśli ma ono nieodpowiedni zapach, to źle rokuje. Kolega Jarek Stępowski jeździł w tamtych latach często do Stanów i przywoził różne dziwne gadżety. Raz przytargał z sobą wyglądające bardzo realistycznie sztuczne gówno i przed spektaklem rzucił je w mchy i paprocie, które pokrywały całą scenę. Dla żartu. Gdy doszło do chwili, kiedy Krzysio Kowalewski rozcierał ten swój liść i rzucił go na te wszystkie mchy, trafił akurat tam, gdzie leżała amerykańska nieczystość. I wtedy właśnie powiedział do mnie: „A teraz wąchaj”. To był ten moment, kiedy nie wytrzymałem. Uciekłem ze sceny – zwykłe bery bojki [bajdurzenie, opowiastki – przyp. autora]?

Janusz Gajos w filmie 'Ucieczka z kina wolność', 1990 rok. (Fot. BEW PHOTO) Janusz Gajos w filmie "Ucieczka z kina wolność", 1990 rok. (Fot. BEW PHOTO)

Żary koło Żagania

W wojsku byłem przez dwa lata i przyglądałem się temu zjawisku z ciekawością. Po naszej jednostce grasował jeleń, znaleziony jako osesek przez żołnierzy na poligonie. Zadomowił się, rósł w siłę i mężniał, ale wciąż miał w sobie dziecięcą potrzebę zabawy, lubił jeść giewonty bez filtra i towarzyszyć ludziom. No, więc poranny apel wojskowy wyglądał tak: szósta rano, cały pułk na nogach, tysiąc osób w szeregu, i w tym momencie wychodzi do nas dowódca ze świtą, by dopełnić ceremonii. A za nim jeleń. I tak dzień w dzień. Aż któregoś ranka pojawił się nowy dowódca, grubszy pułkownik w okularach. Ceremonia odbywa się w najlepsze, a nasz przyjaciel jeleń gapi się na tego nowego pana z wielkim zdumieniem i coś mu się nie zgadza... Chyba kombinował, że nie tak było umówione, przyszedł nie ten facet, co trzeba. I nasza prawie dwustukilogramowa maskotka ruszyła w kierunku pechowca w randze pułkownika, biorąc go na rogi. Całą ceremonię oczywiście diabli wzięli. Trzeba było ratować człowieka. Ładny teatr? I to nie są bery bojki.

Profesor Bayer

Główny problem w filmie "Konwój", w którym ostatnio zagrałem, polega w moim odczuciu na szukaniu dobra i zła, tego, gdzie się kończy jedno, a zaczyna drugie, i jak łatwo można popełnić błąd, myląc te pojęcia. To niemal filozoficzny dylemat, w którym pojawiają się różne próby sprostania tematowi, w tym motyw kary śmierci. "Konwój" to jest opowieść o tym, komu wolno decydować, czy ktoś ma prawo żyć dalej, czy nie? Jest takie przedstawienie w Teatrze Narodowym "Udręka życia”, opisywana w prasie jako tragikomedia o starym małżeństwie w rozpadzie. W moim odczuciu jednak jest to sztuka o ogromnym żalu, że nie można wszystkiego w życiu zacząć od początku. Mój bohater mówi w pewnej chwili: "Zabierzcie mnie do profesora Bayera”, człowieka, przez którego został w dzieciństwie uratowany, i teraz, gdy jest już starym człowiekiem, skarży się światu, że gdyby tylko mógł wszystko zacząć na nowo, wtedy nie popełniłby błędów. Co jest oczywiście nieprawdą. Ale może gdzieś tam jednak czeka na nas jakiś profesor Bayer?

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Kultura

Musical "Waitress" – premiera w Teatrze Muzycznym ROMA

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Broadwayowski musical „Waitress” opowiadający o kobiecie, która próbuje wyrwać się z nieudanego małżeństwa, zadebiutuje dziś na deskach Teatru Muzycznego ROMA. Wzruszająca i zabawna opowieść spotkała się z uznaniem publiczności i krytyków na całym świecie. Czy równie ciepło zostanie przyjęta przez polskich widzów?

Premiera musicalu „Waitress” odbyła się na nowojorskim Broadwayu w 2016 roku. Muzykę i teksty piosenek napisała Sara Bareilles, a libretto przygotowała Jessie Nelson (w oparciu o film według scenariusza i w reżyserii Adrienne Shelly). Spektakl przedstawia historię kobiety, która próbuje wyrwać się z toksycznego małżeństwa, odzyskać wolność i możliwość samodzielnego decydowania o własnym losie. Jej historia pokazuje, że „odchodzenie” to bardzo złożony proces, a istotną rolą odgrywają w nim przyjaciele, zapewniający kobiecie wsparcie.

Musical jest bardzo współczesny, nie tylko jeśli chodzi o fantastyczną muzykę, charakterystykę postaci i znakomicie poprowadzoną fabułę, ale także o nadrzędną tematykę. Bo oprócz tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami na poziomie zwykłych wydarzeń, jest to spektakl o roli kobiet w dzisiejszym świecie, o ich emancypacji, która cały czas trwa – i o tym, że mają same prawo do decydowania o sobie. Te sprawy są cały czas aktualne, bo, niestety, ciągle nieoczywiste.

Autorki i realizatorki doskonale wiedziały, o czym robią spektakl – bo libretto, muzykę i teksty piosenek napisały dwie kobiety, a kolejne spektakl wyreżyserowały i zrobiły do niego choreografię. Inscenizacja, wydobywając te poważne kwestie, nie skupia się jednak tylko i wyłącznie na nich. Musical koncentruje się na konkretnych postaciach, bo tylko opowiadanie fabuły przez pryzmat indywidualnych doświadczeń ma sens i sprawia, że widz może sam odnieść się do tego, co widzi na scenie.

– Nie chcemy moralizować, osądzać wyborów bohaterów. Niech widzowie dokonają tych ocen sami, jeśli mają na to ochotę. Warto jednak najpierw spojrzeć w głąb własnego „ja” – i dopiero potem oceniać innych. To też jest ważne przesłanie „Waitress”. W tym musicalu sprawy układają się dokładnie tak jak w życiu: chwile złe przeplatają się dobrymi, a uśmiech z momentami załamania. Ale to wszystko do czegoś prowadzi. Jak śpiewa główna bohaterka: „momenty złe zyskują sens, gdy kończą się przemianą”. Właściwie nie oglądamy na scenie bohaterów idealnych, bez skazy. Dlatego historia, którą opowiadamy jest taka prawdziwa – mówi reżyser Wojciech Kępczyński.

Polska premiera musicalu „Waitress” już dziś w Teatrze Muzycznym ROMA.