1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Projekt edukacyjny Muzeum w Liceum: Zainspirujmy młodych sztuką!

Projekt edukacyjny Muzeum w Liceum: Zainspirujmy młodych sztuką!

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
Joanna Trzepiecińska, Maciej Stuhr, Bartłomiej Topa, Danuta Stenka, O.S.T.R. oraz inni polscy aktorzy i muzycy wezmą udział w projekcie Muzeum w Liceum, który ma przybliżyć polską sztukę młodzieży szkolnej. Projekt realizuje Fundacja Promocji Sztuki „Niezła Sztuka”.

Muzeum w Liceum to inicjatywa mająca na celu przekazanie szkołom na stałe ekspozycji edukacyjnej, składającej się z wysokiej jakości wydruków obrazów 10 najważniejszych polskich twórców, m.in. Jana Matejki, Stanisława Wyspiańskiego, Witkacego, Olgi Boznańskiej czy Aleksandra Gierymskiego. Partnerem projektu jest Muzeum Narodowe w Krakowie.

Na każdym wydruku zostanie umieszczony kod QR pozwalający za pomocą smartfona zapoznać się z biografią danego twórcy umieszczoną online w wersji tekstowej oraz audio. Biografie zostały przygotowane w pierwszej osobie tak, jakby to sam artysta opowiadał o swoim życiu i twórczości. Pisano je w oparciu o wspomnienia, listy i pamiętniki samych artystów. Autorami tekstów są kuratorzy muzeów i historycy sztuki. Wersje audio czytają m.in. Maciej Stuhr, Joanna Trzepiecińska, Bartłomiej Topa, Danuta Stenka, raper Adam Ostrowski (znany jako O.S.T.R.) oraz wielu innych, znanych polskich aktorów i muzyków.

Muzeum w Liceum jest projektem Fundacji Promocji Sztuki „Niezła Sztuka”, która prowadzi portal edukacyjny o sztuce niezlasztuka.net. W zeszłym roku przekroczył on 1,5 mln odsłon.

Tak o projekcie opowiada Joanna Majewska, współzałożycielka i wiceprezes Fundacji „Niezła Sztuka”: – Obcowanie z kulturą i sztuką jest ważne dla rozwoju młodego człowieka. Pobudza jego wrażliwość i kreatywność, otwiera na świat. Niestety, w obecnym systemie edukacji poświęca się zbyt mało uwagi sztuce, przez co już w dorosłym życiu większości ludzi brakuje wiedzy, aby zrozumieć i móc zachwycać się dziełami w muzeach. Celem Muzeum w Liceum jest więc przybliżenie młodym ludziom ważnych dzieł oraz sylwetek twórców. Wierzymy w to, że angażujące treści i udział w projekcie znanych osobistości zainspirują młodzież do dalszego zgłębiania sztuki.

Pierwsze nagrania zostały już zrealizowane: Maciej Stuhr brawurowo wcielił się w rolę Witkacego, Bartłomiej Topa – Tadeusza Makowskiego, a  Joanna Trzepiecińska użyczyła głosu Annie Bilińskiej.

W celu pozyskania finansowania na dokończenie projektu Fundacja „Niezła Sztuka” zdecydowała się na założenie zbióki społecznej: – Mamy nadzieję, że publiczność wesprze naszą inicjatywę, dzięki czemu będziemy mogli dokończyć nagrania i przejść do kolejnego etapu - przygotowania ekspozycji dla szkół” – mówi Dana Tomczyk-Dołgij, prezes Fundacji.

Więcej informacji na temat projektu oraz form wsparcia można uzyskać na stronie internetowej:

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Kobieta w oknie" – A.J. Finn o chorobie, która stała się impulsem do napisania bestsellerowej powieści

Amy Adams jako Anna Fox w filmie
Amy Adams jako Anna Fox w filmie "Kobieta w oknie". Film dostępny na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe Netflix.
Szalony psychopata okazuje się zabójcą, a agentka z zaburzeniami afektywno dwubiegunowymi wpada na trop szpiega – kino i literatura coraz częściej sięgają po postaci z problemami psychicznymi. Moda czy może wierny opis naszych czasów? Pytamy pisarza A.J. Finna, który przyznaje, że jego własna choroba była impulsem do napisania bestsellerowej „Kobiety w oknie”. 

Czy fakt, że główna bohaterka twojej książki, Anna Fox, ma agorafobię, jak się potem okazuje, wynikającą z depresji, miał dać wsparcie osobom doświadczającym podobnych problemów? Czy może chciałeś przez to podkreślić, że rozmaite schorzenia psychiczne są tak popularne, że praktycznie wszystkich nas dotykają?
Cudownie, że o to pytasz, bo mam dużo do powiedzenia na ten temat (śmiech). Zacznijmy od genezy powstania tej książki i głównej bohaterki. W wieku 21 lat zdiagnozowano u mnie ciężką depresję kliniczną, z którą zmagałem się przez kolejne 15 lat. Przez ten czas byłem w stanie żyć względnie normalnie i na dość dobrym poziomie – udało mi się zrobić doktorat na Oxfordzie, odnosiłem sukcesy, robiłem całkiem obiecującą karierę w branży wydawniczej, tworzyłem satysfakcjonujące związki i utrzymywałem dobre relacje z rodziną i przyjaciółmi. A jednocześnie byłem głęboko nieszczęśliwy. Próbowałem wszystkiego, żeby sobie pomóc, od farmakoterapii po medytację, od hipnoterapii i terapii elektrowstrząsami po ketaminoterapię – ale nic nie zmieniało mojego stanu. Aż pewnego dnia, trzy lata temu, poszedłem na konsultację do nowego psychiatry, bo chciałem zmienić leki. Wysłuchał mojej opowieści o symptomach i dolegliwościach, która trwała około półtorej godziny i pod koniec powiedział: „Nie wydaje mi się, żeby miał pan depresję. Moim zdaniem cierpi pan na pewną odmianę zaburzeń afektywnych dwubiegunowych“. Byłem zaskoczony i początkowo nie zgodziłem się z  jego diagnozą. Powiedziałem, że oglądałem serial „Homeland” i nie widzę podobieństw między moim stanem a stanem Carrie, głównej bohaterki. Odparł, że są różne rodzaje zaburzeń dwubiegunowych i że według niego ja cierpię na odmianę drugą, w której epizody manii nie są tak euforyczne, za to epizody depresji są o wiele głębsze. Wystarczyło sześć tygodni terapii nowymi lekami, bym poczuł się nie tylko lepiej, ale wręcz doznał transformacji. Wtedy postanowiłem, że chciałbym przyjrzeć się moim doświadczeniom, jakoś je opisać.

Nie jest to jednak książka o depresji.
Nie chciałem pisać książki o depresji, bo to by było zbyt dołujące. Nie mam zamiaru rozwodzić się zbyt długo nad gatunkiem, jakim jest thriller psychologiczny, ale w kryminałach czy powieściach detektywistycznych najbardziej pociąga mnie to, że można je odczytywać na dwu różnych poziomach. Pierwszy poziom, dość powierzchowny, to sama zagadka kryminalna. Jeśli jednak zajrzymy pod powierzchnię fabuły, to wejdziemy na drugi poziom i znajdziemy tam o wiele głębsze spostrzeżenia na tematy społeczne, kulturowe czy właśnie psychologiczne. Nie każda powieść kryminalna czy thriller są tak skonstruowane, ale jeśli taka sztuka uda się autorowi, to z pewnością  wywrze duży wpływ na czytelniku, a przynajmniej zawsze wywiera na mnie. Świetnym przykładem jest „Zaginiona dziewczyna“ Gillian Flynn. Z jednej strony to trzymający w napięciu thriller ze znakomitym zwrotem akcji, a z drugiej – dość przerażający portret socjopatki, czyli osoby, która ma ogromne problemy ze swoją kondycją psychiczną i nawiązywaniem relacji. Ta książka chodziła za mną jeszcze długo po tym, gdy skończyłem ją czytać. Zależało mi na napisaniu takiej właśnie powieści, która oferuje więcej zarówno na poziomie intelektualnym, jak i emocjonalnym. Nie jest tylko samą rozrywką. Przy okazji mogłem zgłębić własne podejście do choroby i dać czytelnikom wgląd w świat wewnętrzny osób zmagających się z problemami psychicznymi.

Nie masz wrażenia, że tzw. zdrowe społeczeństwo trochę się ich obawia?
Jako społeczeństwo nie tylko często stygmatyzujemy takie osoby, ale też unikamy z nimi kontaktu. Po pierwsze dlatego, że zwykle nie wiemy, co im powiedzieć, a po drugie, bądźmy szczerzy – ludzie, którzy cierpią na depresję i inne zaburzenia psychiczne nie są zbyt wesołymi kompanami. Amerykańska psychiatra Kay Redfield Jamison, jedna z wiodących specjalistek w dziedzinie zaburzeń dwubiegunowych, na które też sama cierpi, zauważyła, że osoby w depresji są nudnym towarzystwem. Kiedy jesteś w depresji, tracisz umiejętność doprowadzania siebie i innych do śmiechu. Jamison powiedziała – i tu cytuję dosłownie, bo jej słowa wywarły na mnie duże wrażenie: „Kiedy masz depresję, odczuwasz całym sobą, co to znaczy być starym, słabym, brzydkim i nie mieć wiary w to, że w twoim życiu mogłoby się coś zmienić. Brakuje ci gracji, obycia, nawet koordynacji ruchów, czujesz się niezdarny, nieatrakcyjny, wstyd ci, że jesteś sobą”. Takich ludzi się unika i mówię to jako ktoś, kto cierpiał na depresję przez praktycznie całe dorosłe życie. Podsumowując, stworzyłem postać Anny Fox z wielu powodów. Po pierwsze, pragnąłem ukazać wewnętrzny obraz osoby cierpiącej na depresję, jego głębię i wielowymiarowość. Po drugie, chciałem zwrócić uwagę na to, że osoby cierpiące na depresję tak naprawdę nie chcą jej mieć i nawet jeśli Anna ma duże problemy sama ze sobą i widać, że nie radzi sobie z tym, jak wygląda jej życie, to nie znaczy, że nie robi nic, żeby to zmienić. I po trzecie, tak jak zauważyłaś, chciałem dać Annie jakąś sprawczość, przekonanie, że jest w stanie pomagać innym i mieć realny wpływ na świat wokół siebie. Ona próbuje przysłużyć się innym, być przydatna. Świadczy darmową pomoc psychologiczną w Internecie osobom zmagającym się z agorafobią, i stara się pomóc chłopcu z naprzeciwka, który jej zdaniem też ma problemy psychiczne. I choć nie zawsze trafnie lokuje w ludziach swoje zaufanie, to jednak się stara. Przedstawiając taką osobę w roli głównej bohaterki, chciałem wzbudzić u czytelników nie tylko współczucie, ale również zrozumienie i szacunek do niej. Gdybym miał wymienić jedną wartościową rzecz, jaką dała mi depresja, to byłaby to większa empatia. Myślę teraz o wiele więcej o innych ludziach i troszczę się o nich bardziej niż kiedyś. To mnie łączy z Anną.

Może te wszystkie powody, które wymieniłeś, są przyczyną tego, że we współczesnych serialach czy książkach postaci z psychiczną niedoskonałością pojawiają się coraz częściej.
Współczesna popkultura chętnie sięga po takie postaci, bo choć o zdrowiu społecznym nie mówi się jeszcze powszechnie, to jest to temat, który dotyka coraz większej liczby osób, więc staje się coraz bardziej widoczny. Już sam fakt, że dzięki mojej książce mogę zachęcić ludzi do rozmowy na ten temat, że na przykład teraz udzielam wywiadu pismu psychologicznemu, bardzo mnie cieszy. Z drugiej strony z powodu swojej aktualności temat ten jest często wykorzystywany przez popkulturę w sposób zbyt przedmiotowy. Choroba psychiczna staje się dziś atrakcyjnym dodatkiem do głównego bohatera książki czy filmu. Na przykład w  jednej bardzo popularnej książce, też thrillerze psychologicznym, opowiadającej o kobiecie nadużywającej alkoholu, temat alkoholizmu jest użyty jako wytrych fabularny, by uzasadnić, że może czegoś nie pamiętać. W mojej książce bohaterka też nadużywa alkoholu, ale ma bardzo uzasadniony powód, by to robić.

Sama jestem fanką kryminałów i uważam, że na przykład książki Agathy Christie sprawiły, że psychologia postaci i dociekanie, dlaczego człowiek jest w stanie popełnić zbrodnię, zaczęło nas wreszcie interesować.
Ciekawe, że przywołujesz Agathę Christie, bo jako dziecko zaczytywałem się w jej kryminałach, a potem, kiedy pracowałem w branży wydawniczej, nawet wydawałem jej książki. I choć uważam ją za absolutnego geniusza w kwestii budowania fabuły i tworzenia zagadki, to uważam, że była mniej przekonująca, jeśli chodzi o głębokie psychologiczne portrety postaci. Niedawno przeczytałem, jak konstruowała swoje kryminały. Budowała fabułę do przedostatniego rozdziału, po czym zastanawiała się, która z postaci jest najmniej prawdopodobnym mordercą, cofała się i wstawiała w różne fragmenty książki wskazówki, które uprawdopodobniały, że ta osoba jest mordercą… To tylko anegdota, więc nie musi być prawdziwa, przynajmniej mam taką nadzieję (śmiech). Ale trzeba przyznać, że Christie była bardzo zainteresowana problemami zdrowia psychicznego – w kryminale „A..B..C...” jedna z głównych postaci cierpi na coraz bardziej rozwijającą sie fobię społeczną, ale też ma kompleks Edypa. W innej powieści, mojej ulubionej, zabójcą jest młoda dziewczyna i to według mnie bardzo przekonujący opis socjopatki. Obsesyjna miłość, monomania, socjopatia – to były motywy zabójstw w jej książkach i doceniam sposób, w jaki starała się je jak najlepiej przedstawić i wytłumaczyć. Z kolei w jednej z najbardziej popularnych książek – „Morderstwo w Orient Expressie“ – motywem zbrodni stała się długo przeżywana żałoba, co jest błyskotliwą diagnozą psychiczną.

Nie sądzisz jednak, że niektóre współczesne kryminały oddają niedźwiedzią przysługę osobom z problemami psychicznymi? Irytuję się, kiedy oglądam bądź czytam thriller psychologiczny i na końcu odowiaduję się, że zabójcą jest szalony psychopata.
Absolutnie się zgadzam. We współczesnych powieściach zabójca jest psychopatą zwykle dlatego, że to najłatwiejsze rozwiązanie, a nie dlatego, że autor miał potrzebę stworzenia i opisania takiej postaci. To mi przypomina o sytuacji kryzysu AIDS w latach 70. i 80., kiedy bardzo wiele filmów przedstawiało osoby homoseksualne – zarówno kobiety, jak i mężczyzn – jako morderców, tych złych. Na przykład film „Zadanie specjalne” („Cruising“) z Alem Pacino lub „Nagi instynkt” z  Sharon Stone. Odmienność osób homoseksualnych była wykorzystywana jako łatwe wyjście fabularne i proste wytłumaczenie, dlaczego zabijali. Bo byli inni. Zwykle najbardziej się obawiamy osób, które są inne. Kryminały ukazują ten lęk właśnie poprzez obsadzenie takich osób w roli tych, którzy nam zagrażają. Sięgam po tę analogię po to, by ukazać, że osoby homoseksualne też zasługują na nasze zrozumienie i szacunek, dokładnie tak samo jak każda inna osoba w społeczeństwie, i dokładnie tak jak każda osoba cierpiąca na zaburzenia psychiczne. Gdybym miał jakoś wytłumaczyć autorów, którzy stosują takie rozwiązania fabularne, to powiedziałbym, że może bardziej przerażająca jest dla nas myśl, że ktoś miałby popełnić zbrodnię bez żadnego powodu, ale nie jest w porządku zakładanie, że ktoś rzuci się w wir mordowania tylko dlatego, że ma zaburzenia psychiczne. To,  że osoby, które cierpią na psychopatię, są bardzo często opisywane jako potencjalni zabójcy, jest bardzo krzywdzące i niesprawiedliwe, ale też wypacza samą naturę tego zaburzenia. I nie mówię tego po to, by bronić psychopatów, tylko tych, którzy są w ich otoczeniu, którzy są przez nich w jakiś sposób atakowani. Sam pracowałem z kimś, kto potem został zdiagnozowany jako psychopata i ten człowiek nie musiał nikogo zabijać, by osiągnąć to, co chciał, potrafił znaleźć o wiele subtelniejsze i paskudniejsze metody, by zniszczyć komuś życie.

W twojej ksiażce bohaterka często ogląda filmy Alfreda Hitchcocka i kino noir, sam przyznajesz się do fascynacji tym gatunkiem. Co ciekawe, w tych filmach bohaterowie, głównie kobiety, często są „wrabiani“ przez inne osoby w chorobę psychiczną, by uczynić ich mało wiarygodnymi świadkami. I cała ich walka polega na tym, żeby udowodnić, że nie są szaleni, że można ufać temu, co widzą i co słyszą. Twoja bohaterka też o to walczy. Może wszystkie osoby mające problemy ze zdrowiem psychicznym walczą o to samo?
Podobno kiedy Alfred Hitchcock był młodym chłopcem, zdarzyło się, że ponieważ był niegrzeczny, rodzice za karę zabrali go na policję i poprosili policjanta, by zamknął go na parę godzin w celi. Hitchcock do końca życia upierał się, że nie zrobił rzeczy, za którą rodzice tak go ukarali, myślę, że dlatego był tak zafascynowany historiami, w których niewinni ludzie muszą tłumaczyć się z fałszywych oskarżeń. Widać to praktycznie w każdym jego filmie, od „Niewłaściwego człowieka” do „Szału”. Jednym z  powodów, dla których uwielbiam filmy Hitchcocka, kino noir i w ogóle stare filmy, jest to, że centralną rolę zajmowała w nich psychologia postaci. I rzeczywiście, często czarne charaktery wykorzystują problemy lub cechy psychologiczne głównych postaci – na przykład wrażliwość lub niską samoocenę – przeciwko nim samym. W konsekwencji bohaterowie wpadają w coś w rodzaj paranoi czy zaburzenia, co sprawia, że w oczach otoczenia są mniej wiarygodni. Oczywiście to też narzędzie fabularne, bo jeśli bohater od początku do końca filmu ma absolutną pewność, co widział i słyszał, nie jest to takie interesujące dla widza. W filmach „Okno na podwórze” Hitchcocka i „Gasnący płomień” George'a Cukora widzimy postaci, które coraz bardziej zapadają się w swoją paranoję i zaczynają wątpić  w to, czy są wiarygodne, a my razem z nimi. W mojej „Kobiecie w oknie” wykorzystuję to samo narzędzie fabularne, by zrobić suspens i popchnąć do przodu akcję. Nie mam zamiaru udowadniać, że choroba Anny nie ma wpływu na to, jak ona odbiera otaczający świat. Z drugiej strony masz rację, że osoby cierpiące na różne zaburzenia psychiczne są z automatu traktowane jako niewiarygodni świadkowie. To nie jest fair, nie można dyskredytować kogoś tylko dlatego, że cierpi na jakąś chorobę, która sprawia, że nie postrzega otoczenia w 100 procentach tak jak osoby zdrowe. Kolejną grupą, której się nie ufa, wręcz systemowo, i której się nie wierzy, są kobiety. Jak często słyszymy, że kobiety są „histeryczne“? A pamiętajmy, że histeria historycznie była klasyfikowana jako zaburzenie. Pisząc ksiażkę, zastanawiałem się, czy inni bohaterowie bardziej ufaliby i wierzyli Annie, gdyby była mężczyzną. I przykro mi to mówić, ale prawdopodobnie tak.

Czasem w redakcji powtarzamy sobie takie zdanie, że wszyscy jesteśmy wariatami, czyli każdy ma coś: manię, pasję, fobię, kompleks. Czy w naszym współczesnym świecie, w którym mamy tendencję do izolacji i zamykania się w sobie, nie jest to czymś, co nas łączy? Dzięki książkom, takim jak twoja, możemy poczuć się bardziej „połączeni“?
Jednym z  centralnych wątków mojej książki jest właśnie samotność oraz to, jak trudno jest tworzyć relacje z innymi i zostać przez otoczenie przyjętym i zaakceptowanym. Jeszcze zanim zacząłem pisać, wiedziałem, że czytanie jest aktem empatii. I choć zawsze uwielbiałem kryminały, to czytałem je z wyjątkową przyjemnością zwłaszcza kiedy zmagałem się z depresją. Dlatego że mogłem się zidentyfikować z postacią, która zmaga się z różnymi problemami życiowymi i wewnętrznymi, a na koniec wszystko się rozwiązuje w jakiś satysfakcjonujący dla niej sposób, co dawało mi nadzieję. Dlatego też, jak sądzę, ludzie, którzy nie mają w jakimś momencie życia szczęścia w miłości, lubią oglądać komedie romantyczne, bo nie tylko mogą się utożsamić z  główną postacią, ale też uwierzyć, że jest i dla nich nadzieja. Kiedy więc czytamy ksiażkę lub oglądamy film, w którym główna postać jest szalonym psychopatą, i czujemy, że to sztucznie wygenerowany wątek, to nic nam to nie daje. Ale kiedy tego typu problemy są pokazane z empatią i zrozumieniem, pomaga to nawiązać więź z drugim człowiekiem. Nigdy nie byłem w śpiączce, ale niedawno przeczytałem książkę o bohaterze, który jest w śpiączce, co pozwoliło mi nie tylko znaleźć empatię wobec osoby, która tego doświadcza, ale też zrozumieć, czym jest to doświadczenie. Natomiast w ciągu ostatniego roku zrozumiałem, że nie tylko czytanie jest aktem empatii, ale też pisanie.

  1. Kultura

Stąd do wieczności – Galeria Sztuki Starożytnej Muzeum Narodowego [Galeria Zwierciadła]

Posążek czarnego szakala, który wyobrażał egipskiego boga Anubisa, odpowiedzialnego między innymi za wprowadzenie zmarłych do krainy cieni. (Fot. Piotr Ligier/Muzeum Narodowe w Warszawie)
Posążek czarnego szakala, który wyobrażał egipskiego boga Anubisa, odpowiedzialnego między innymi za wprowadzenie zmarłych do krainy cieni. (Fot. Piotr Ligier/Muzeum Narodowe w Warszawie)
Ten drewniany posążek czarnego szakala ma ponad 3000 lat. Można go oglądać wśród wielu innych eksponatów sztuki starożytnej na wystawie, która – paradoksalnie – jest bardzo aktualna.

Na otwarcie Galerii Sztuki Starożytnej Muzeum Narodowego w Warszawie czekaliśmy blisko dekadę. Została zamknięta w 2011 roku i od tamtej pory trwała jej kosztowna i pracochłonna modernizacja. Nowa galeria powróciła w formie nieporównanie bardziej efektownej. Ekspozycja jest teraz spektaklem światła i cienia. Widz raz czuje się, jakby przemierzał egipską pustynię w pełnym słońcu, by za chwilę zejść w mrok grobowców. Współczesne muzeum musi dostarczać nie tylko wiedzy, lecz także emocji. Nie może też w nim zabraknąć multimediów. I tak, sekcja poświęcona zbiorom starożytnym w nowej aranżacji stała się najbardziej zaawansowaną technologicznie częścią warszawskiej instytucji.


We współczesnym świecie dziewięć lat, w czasie których trwała modernizacja, to niemal epoka. Tymczasem wiek zgromadzonych tu artefaktów liczy się w setkach lat i tysiącleciach. Dziś zbiory, jakimi dysponuje Muzeum Narodowe, byłyby już niemożliwe do zgromadzenia. Czasy archeologów z północy Europy, którzy w basenie Morza Śródziemnego odkrywali antyczne grobowce i świątynie, by wywozić z nich znaleziska do muzeów w swoich krajach, należą do przeszłości. Swoboda obrotu starożytnościami została mocno ograniczona. I słusznie. Dobrze jednak też, że mamy możliwość stanąć przed obliczem czarnego szakala.

Posążek ma 60 centymetrów wysokości (z ogonem) i 56 – długości. Powstał w Egipcie między 1550 a 1069 rokiem przed naszą erą, w epoce tak zwanego Nowego Państwa. Szakal jest jednym z wcieleń Anubisa, egipskiego boga odpowiedzialnego między innymi za wprowadzanie zmarłych do krainy cieni. To także patron balsamistów, którzy mumifikując zwłoki, nosili na twarzach maski właśnie czarnego szakala. Daje do myślenia, jak wiele artefaktów zgromadzonych w Galerii Sztuki Starożytnej – na czele ze słynną „Księgą Umarłych”, nie mówiąc o mumiach – związany jest z zaświatami i życiem pozagrobowym. Ta wystawa niewiele ma nam do powiedzenia o dniu dzisiejszym, ale ukazuje za to kulturę jako sztukę radzenia sobie z wiecznością. W tym sensie Galeria Sztuki Starożytnej jest nie tylko ciekawa, ale w przewrotny sposób również bardzo aktualna – przejęci teraźniejszością, niczego nie potrzebujemy bardziej niż dystansu i zobaczenia jej w szerszej perspektywie.

  1. Kultura

Malta Festival Poznań powraca. "Będzie kolorowo i nostalgicznie"

W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
Festiwal Malta wraca do korzeni. W tym roku między 18 a 29 czerwca Poznań ponownie zmieni się w plenerową scenę zasilaną energią widzów i zaproszonych artystów i artystek – cyrkowców, tancerzy, performerek, muzyków. Tegoroczne hasło brzmi „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta zaprasza w czerwcu do parku Wieniawskiego w Poznaniu. 31. edycja odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”. Powraca teatr plenerowy i Generator Malta, który przygląda się społecznym kontekstom ziemi. Nowym nurtem programowym jest „Portret”, który w tym roku będzie poświęcony szwajcarskiemu reżyserowi Milo Rau. W programie m.in. konferencja o wizji teatru jako przestrzeni oporu wobec kapitalizmu, jako praktyki solidarnościowej i emancypacyjnej, spotkania publicystyczno-literackie „Ruchy oporu” oraz przegląd spektakli wyprodukowanych przez Komunę Warszawa.

31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta powstał w 1991 roku, gdy po dekadach komunizmu wolność odżywała i nabierała nowych znaczeń. Sztuka stawała się przestrzenią wolnej ekspresji i wspólnego świętowania. Maltańskie projekty, pokazywane najpierw nad Jeziorem Maltańskim, a później na ulicach, placach i skwerach całego miasta, były dostępne dla każdego widza.

Pandemia na nowo wyzwoliła potrzebę wspólnego świętowania i celebrowania bycia razem. Z wirtualnych przestrzeni powróćmy na ziemię, odzyskajmy grunt pod nogami. Będzie kolorowo i nostalgicznie - na Maltę powrócą siedzenie na trawie, piknikowanie, a także żonglerka, pantomima, klaunada i akrobacje. Szaleństwo znów przejmie kontrolę nad miastem. Zaplanowano też poranny rozruch na trawie, aby zadbać o ciała, o których istnieniu zapomnieliśmy w czasie pandemii. W ramach rozgrzewek cyrkowych będzie można nauczyć się podstaw akrobatyki, operowania frisbee czy hula-hoop. Taneczne rozgrzewki poprowadzą uznani artyści i artystki tańca współczesnego - będzie to ostatnia odsłona działań ekipy Starego Browaru Nowego Tańca na Malcie.

Na plenerowej scenie będzie można zobaczyć wyprodukowane przez Komunę Warszawa spektakle w reż. Agnieszki Smoczyńskiej, Cezarego Tomaszewskiego, Agnieszki Jakimiak i Anny Smolar oraz „Morderstwo (w) Utopii” Grzegorza Laszuka w Teatrze Polskim. W programie muzycznym prezentacja trzech europejskich scen: Berlina (Laura Lee & the Jettes), Poznania (Izzy and the Black Trees, Shyness!), Kijowa (Gurt O, Ofliyan), koncert Karoliny Czarneckiej z dziewczęcym chórem Skowronki, występ Meli Koteluk i Bartka Wąsika z poezją K. K. Baczyńskiego oraz finałowy koncert odwołujący się do tradycji polskich orkiestr jazzowych międzywojnia Jazz Band Młynarski-Masecki.

Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)

Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)

„Portret” to nowy, międzynarodowy nurt kuratorski Malty, w tym roku wokół twórczości szwajcarskiego reżysera Milo Rau, który jest dyrektorem teatru w Gandawie, NT Gent. Krytycy nazywają go „najambitniejszym” artystą naszych czasów. Teatr Milo Raua jest jednocześnie teatrem wspólnotowym, solidarnościowym, działającym na rzecz dobra wspólnego i symbolicznego Innego, a także teatrem kontrowersji, emocji i artystycznego ryzyka. W spektaklach przywołuje przede wszystkim historyczne i współczesne konflikty, zbrodnie, niesprawiedliwości, rozprawia się ze współczesnymi tabu. Reżyser wykorzystuje materiały archiwalne, stara się poznać jak najwięcej punktów widzenia: powołuje świadków, oddaje głos ofiarom albo ich bliskim, a także ekspertom. Aktorzy i aktorki (profesjonalni i nieprofesjonalni, pochodzący z różnych środowisk i kultur, mówiący różnymi językami) uczestniczą w poszukiwaniach, zbierają informacje, są zawsze współtwórcami scenariusza spektaklu. Na Malcie zaprezentowany będzie głośny spektakl o pierwszym w Belgii morderstwie na tle homofobicznym.

Wyjątkowym wydarzeniem będzie premiera koncertu Projekt Krynicki, który tworzy trzech wybitnych i uznanych kompozytorów – Paweł Mykietyn, Alek Nowak i Paweł Szymański. Każdy z nich przygotowuje muzykę do wierszy Ryszarda Krynickiego – prawykonanie utworów usłyszymy 24 czerwca na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Jedną z kompozycji wykona Sinfonia Varsovia pod batutą Bassema Akiki.

Festiwal ogłosił również dwa konkursy dla środowisk artystycznych – Chodźmy w plener / Let’s hit the outdoors na działania plenerowe – od krótkich form teatralnych i muzycznych po formy nowocyrkowe oraz nabór Zaklepane / Ground Rules na projekty artystyczne do Generatora Malta skupione wokół społecznych kontekstów ziemi. Jury wyłoniło łącznie 17 projektów, które zobaczymy na festiwalu.

Malta zaprezentuje twórców, zespoły teatralne i instytucje kultury z Poznania i Polski. W programie premiera widowiska Teatru Biuro Podróży „Eurydyka”, spektaklu o Grzegorzu Ciechowskim „Kombinat” Teatru Muzycznego, spektaklu Polskiego Teatru Tańca z Moniką Błaszczak i performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego.

W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)

Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)

To dopiero początek ogłoszeń – całość programu zostanie opublikowana na konferencji prasowej pod koniec maja. W programie m.in. teatr w przestrzeni publicznej, teatr krytyczny i teatr familijny, koncerty na świeżym powietrzu, działania dla dzieci, joga na trawie, taneczne rozgrzewki, premiery sztuki zaangażowanej, koncert finałowy, instalacje i interwencje artystyczne, warsztaty, spotkania i debaty. „Wciąż jesteśmy w sytuacji pandemii. Wierzymy, że odpowiedni dystans, przestrzeganie reżimu sanitarnego pozwolą nam oglądać sztukę na żywo. Zapiszcie daty w kalendarzu 18-29.06.2021 – do zobaczenia na Malcie!” - informują organizatorzy Festiwalu.

  1. Kultura

Kina otwarte – polecamy filmy, które warto zobaczyć na dużym ekranie

"Ojciec" z oscarową rolą Anthony'ego Hopkinsa to jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. U boku aktora podziwiać możemy również znaną z serialu "The Crown" Olivię Colman. (Fot. materiały prasowe)
Mamy dobre wieści dla wszystkich kinomaniaków. Od 21 maja będziemy mogli ponownie odwiedzić kinowe sale. Na spragnionych filmowych doznań widzów czeka masa wyśmienitych premier. Na dużym ekranie pojawią się m.in. nagrodzony trzema Oscarami dramat "Nomadland", disneyowska "Cruella" z Emmą Stone oraz reżyserski debiut Floriana Zellera "Ojciec". Podpowiadamy, na które filmy warto zwrócić szczególną uwagę.

”Nomadland”

Powstały na podstawie głośnego reportażu Jessiki Bruder "Nomadland" to opowieść o 60-letniej kobiecie, która z powodu pogarszającej się sytuacji finansowej zmuszona jest spakować cały dobytek do starego kampera i ruszyć w trasę po Stanach Zjednoczonych w poszukiwaniu sezonowych prac. Dramat w reżyserii Chloé Zhao z fenomenalną rolą Frances McDormand nagrodzono w tym roku trzema Oscarami, w tym za najlepszy film.

W kinach od 29 maja.

„Ojciec”

Wyśmienite recenzje krytyków, znakomite nazwiska twórców i doskonała obsada aktorska to główne powody, dla których warto zobaczyć reżyserski debiut Floriana Zellera. Film „Ojciec” opowiada o utracie tożsamości w wyniku choroby oraz nieustannej walce o siebie. W rolach głównych nagrodzony Oscarem Anthony Hopkins ("Milczenie owiec") oraz Olivia Colman ("Faworyta", "The Crown"). To historia, który zapada w pamięć i zostaje z widzem na długo po seansie.

W kinach od 21 maja.

„Minari”

Zaskakująca i zawadiacka, a jednocześnie pełna czułości opowieść o sztuce zapuszczania nowych korzeni. Jakob, którego marzeniem jest posiadanie własnej farmy, przeprowadza swoją koreańską rodzinę do Arkansas. Bliscy nie są zadowoleni ze zmiany, zwłaszcza, gdy okazuje się, że ich nowy dom ma kółka i jest tak wątły, że może sobie nie poradzić z tornadami. Do rodziny dołącza też nieco szelmowska babcia z Korei, która uczy bliskich jak tworzyć nową więź z Ameryką, pielęgnując równocześnie własną tradycję.

W kinach od 18 czerwca.

„Na rauszu”

Kolejny laureat Oscara, tym razem w kategorii „najlepszy film międzynarodowy”. Istnieje teoria, że skromna dawka alkoholu podtrzymywana w organizmie otwiera umysł na otaczający nas świat. Kilku nauczycieli z duńskiej szkoły średniej postanawia sprawdzić, jak owa teoria ma się w praktyce. Film "Na rauszu" ukazuje nie tylko negatywne, ale też pozytywne skutki spożywania napojów wysokoprocentowych. Prosty w przekazie, ale jakże poruszający obraz uzupełnia rewelacyjna kreacja Madsa Mikkelsena.

W kinach od 11 czerwca.

„Cruella”

Pamiętacie demoniczną projektantkę z filmów o dalmatyńczykach? Cruella De Mon od początku stanowiła niezły materiał na niezależną produkcję. Aż w końcu stało się. Najnowsze dzieło wytwórni Walta Disneya wyjaśni widzom, dlaczego Cruella tak naprawdę stała się zła. W rolach głównych zobaczymy Emmę Stone, Emmę Thompson oraz Marka Stronga. Obraz wyreżyserował natomiast Craig Gillespie, twórca "Miłości Larsa" z Ryanem Goslingiem oraz "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" z Margot Robbie.

W kinach od 29 maja.

„Proste rzeczy”

Błażej i Magda spełniają marzenie o spokojnym życiu poza miastem. Samodzielnie remontują dom w malowniczej wiosce, korzystając raczej ze swojego sprytu i dobrych pomysłów niż z dużych zasobów finansowych. Pewnego dnia w ich domu pojawia się wuj Błażeja. Między bohaterami rozpoczyna się emocjonalna gra, w której obaj próbują zbliżyć się do prawdy o bliskich osobach. Nagła obecność krewnego wytrąca chłopaka z realizacji powziętych celów i zmusza go do zmierzenia się z bolesną przeszłością.

W kinach od 4 czerwca.

„Śniegu już nigdy nie będzie”

Najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to historia pochodzącego ze wschodu Żeni, który zatrudnia się jako masażysta na bogatym podmiejskim osiedlu. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od "gorszego" świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty, aby wkrótce odmienić życie każdego z nich. W roli głównej zobaczymy znanego z serialu "Stranger Things" Aleca Utgoffa, któremu towarzyszyć będą m.in. Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura i Andrzej Chyra.

W kinach od 4 czerwca.

„Niepamięć”

Absurdalny humor i melancholia - tak można podsumować komediodramat „Niepamięć”, którego fabuła przenosi nas do opanowanej przez wirus amnezji Grecji, gdzie ludzie masową chorują na nagły zanik pamięci. Mieszkający w Atenach Aris zostaje objęty programem leczenia, który ma pomóc mu zbudować nowe życie. Terapia polega na wykonywaniu czynności przepisanych przez lekarzy na kasecie magnetofonowej i uchwycenie nowych wspomnień za pomocą polaroidu. Zapowiada się arcyciekawy seans.

W kinach od 25 czerwca.

  1. Kultura

Melissa MacCarthy: "Bez moralizowania proszę!"

Melissa Ann McCarthy, aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.(Fot. Getty Images)
Melissa Ann McCarthy, aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.(Fot. Getty Images)
„Nie masz szans na Hollywood z takimi krągłościami”, usłyszała kiedyś od pewnego menedżera. I paradoksalnie właśnie dlatego doszła do momentu, w którym jest teraz. Trudno zapomnieć jej role, a według licznego grona fanów równie trudno Melissy McCarthy nie pokochać.

Jesteś uwielbiana za role w filmach „Złodziej tożsamości”, „Gorący towar”, „Ghostbusters. Pogromcy duchów” czy ostatnio „Królowe zbrodni”. Grasz w nich kobiety pozbawione kompleksów na punkcie własnej figury. Czujesz, że tym samym robisz w Hollywood rewolucję?
Jeśli już, to czuję się częścią większej zmiany. A ona bierze się z nowego podejścia scenarzystów do postaci kobiet. Nawet nie wiesz, jaka to ulga, kiedy czytasz kwestię swojej bohaterki i lektury nie przerywa ci irytująca myśl: „Że co?! Rany! Która babka by tak powiedziała?!”. Nie chodzi przecież tylko o to, żeby zapełnić ekran kobietami. Ważne jest, żeby ekranowe bohaterki reprezentowały nas naprawdę. Mówiły tak jak my, były wiarygodne psychologicznie, podejmowały określone decyzje i ponosiły ich konsekwencje. Tak, jak robimy my w prawdziwym życiu. No i wreszcie – żeby wyglądały tak jak my.

Uważasz, że to, co dzieje się w branży filmowej, rzeczywiście można nazwać rewolucją czy może to za mocne słowo?
Prawda jest taka, że ja i moje koleżanki i moi koledzy z ekipy możemy wyczyniać nie wiadomo jaką gimnastykę na planie, ale to nie musi przekładać się na uznanie producentów. Głos krytyków też tego nie zmieni – dziennikarze mogą piać z zachwytu, ale dopóki siedzący w biurze wytwórni księgowi nie powiedzą, że film przyniósł zadowalające wpływy, dopóty nie będzie rozmowy o kolejnych takich projektach. Tutaj sędziami są wyłącznie widzowie. Albo nasz film przyjmą i polecą innym, albo odrzucą. Czekam na ich osąd w pokorze, nie panikuję. A musisz wiedzieć, że jestem dość emocjonalną osobą. Kiedy podczas promocji filmu spotkałam się z dziewczynami, z którymi robiłyśmy „Królowe zbrodni” – aktorkami Elisabeth Moss i Tiffany Haddish oraz reżyserką Andreą Berloff – popłakałam się.

Dlaczego?
Było coś wzruszającego w tym, że nad tym projektem pracowały niemal same kobiety. Ja bardzo łatwo się wzruszam, a wtedy spotkałam się z nimi pierwszy raz, odkąd zeszłyśmy z planu. Powróciły wspaniałe wspomnienia z pracy. Nie wiem jak dla nich, ale dla mnie plan filmowy to zawsze w pewien sposób są wakacje. Chociaż muszę uczyć się kwestii i wstawać codziennie bladym świtem, w zamian dostaję coś niezwykle cennego.

Co takiego?
Chociażby komfort korzystania z toalety w pojedynkę [śmiech]. Czegoś takiego nie zaznałam u siebie w domu od 13 lat, czyli odkąd urodziłam pierwsze dziecko i zaadoptowałam psa. Patrząc na dziewczyny, przypomniałam sobie, jak cudowne były miesiące naszej pracy, kiedy mogłyśmy w pełni zaangażować się w swoją robotę, a dodatkowo miałam prywatność, nie musiałam mieć oczu dookoła głowy i zastanawiać się, co zdemolowały moje córki, a co wziął do pyska mój pies.

Zaraz, zaraz… Przecież pracujesz nie tylko jako aktorka. Masz własną kolekcję ubrań, sama szyjesz dla siebie kreacje na gale wręczania nagród. Kiedy się tym zajmujesz?
W ciągu dnia nie mam na to szans. Panuje za duży rozgardiasz. Zazwyczaj szyję po nocach, kiedy dzieciaki i pies śpią, a ja nie muszę się uczyć tekstu. Wtedy siadam do maszyny, co działa na mnie niezwykle odprężająco.

Granie w komediach też cię odpręża? Pytam, bo wielu aktorów twierdzi, że wbrew pozorom właśnie rozśmieszanie widzów to najcięższa robota i że atmosfera na planie komedii potrafi być napięta.
Gatunek nie ma znaczenia, zawsze staram się wycisnąć z tego, co mam do zagrania, wszystko, co się da.

Masz swoje ulubione role? Postaci, które zapamiętasz na zawsze?
Wszystkie po równo obdarowałam swoim ciałem i uwagą. Więc tak jak ważni są dla mnie wszyscy ludzie, bez względu na rasę, płeć i seksualność, tak i wszystkie postaci traktuję tak samo. Co więcej, kocham te moje bohaterki, są dla mnie jak dzieci.

Z Tiffany Haddish i Elisabeth Moss w „Królowych zbrodni” - film dostępny na HBO Go.(Fot. materiały prasowe)Z Tiffany Haddish i Elisabeth Moss w „Królowych zbrodni” - film dostępny na HBO Go.(Fot. materiały prasowe)

Liczyłem, że wskażesz jednak „Królowe zbrodni”, bo to film dobrze oddający ducha naszych czasów: trzy kobiety całkowicie podległe facetom mają dość i buntują się przeciwko patriarchalnym układom. Piękna metafora tego, co dzieje się poza ekranem.
Doceniłam scenariusz „Królowych…” za tę właśnie metaforę. Opowiadamy o kobietach zmęczonych układami. Niby przenosimy się do końcówki lat 70., ale tak naprawdę mówimy o mechanizmach, które obowiązują we współczesnych korporacjach, w ogóle w życiu społecznym. Nie wiem, jak to możliwe, by w XXI wieku na stanowiska menedżerów wciąż byli zatrudniani faceci, którzy krzykiem i presją próbują zarządzać zespołem! Przecież taki nieustannie ponaglany, zestresowany człowiek nie będzie potrafił dać z siebie tego, co ma najlepsze.
W „Królowych…” pokazaliśmy kobiety, które nie tyle buntują się przeciwko takiemu porządkowi, co po prostu znajdują dla niego alternatywę. Nie urządzają sobie polowania na mężczyzn, nie mszczą się na nich, tylko zaczynają działać po swojemu, wypracowują nowy model bez odnoszenia się do bzdurnych męskich reguł. Moja bohaterka nie jest kobietą działającą w gniewie, pragnącą dać każdemu napotkanemu facetowi w twarz. To nie tak. Kobiety u władzy muszą znaleźć własny sposób na zarządzanie, a nie kopiować modelu, który wypracowali mężczyźni. Nasz film opowiada także o tym.

Ty też musiałaś się buntować przeciwko władzy mężczyzn?
Jestem szczęściarą, bo urodziłam się w domu, w którym figura ojca nigdy nie kojarzyła się z siłą. Przez lata nie wyobrażałam sobie, że mama mogłaby bać się taty. Albo że jako dziewczynka miałabym czuć się gorsza od chłopca. Tworzyliśmy naprawdę fajną paczkę przyjaciół, w której każdy liczył się ze zdaniem drugiego, choć moi bliscy nie byli ani hipernowocześni, ani specjalnie wykształceni. Dorastałam w małej mieścinie na farmie, w bardzo katolickim domu. A kiedy mówiłam, że zostanę projektantką, słyszałam: „Świetny pomysł!”, „Dasz radę!”, „Idź za tą myślą!”. Kibicowano moim pomysłom.

McCarthy: 'Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom'.(Fot. Getty Images)McCarthy: "Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom".(Fot. Getty Images)

Dzięki temu wierzyłaś, że możesz wszystko?
Przez długi czas tak. Kiedy przeniosłam się do Nowego Jorku, nie miałam grosza przy duszy, amimo to nie zniechęcałam się. Myślałam, że ciężką pracą i cierpliwością zdobędę to, o czym marzę. W pewnym momencie los postanowił dać mi prztyczka w nos.

Co się stało?
Byłam już dość rozpoznawalna jako standuperka, kiedy dowiedziałam się o pewnym castingu. Poszłam na niego i przeżyłam szok. Dookoła mnie czekały same szczupłe, śliczne dziewczyny, a pośród nich ja – która mogłam uchodzić za dwie osoby w przebraniu. Bardzo przytyłam, bo z braku kasy jadłam wyłącznie tanie, niezdrowe jedzenie: makarony, sosy z konserwantami, parówki. Czułam się na tamtym castingu jak bohaterka „Truman Show”, jakby świat przez całe moje życie mnie oszukiwał. Zaczęłam mieć paranoję, że zarówno moja rodzina, jak i przyjaciele po prostu bali się powiedzieć mi, że jestem nieatrakcyjna i że z takim wyglądem niczego w tej branży nie osiągnę. Po tamtej przygodzie stałam się chodzącym kompleksem. Apogeum nadeszło, kiedy spotkałam się z pewnym menedżerem, który powiedział mi, że nie rozumie, jak taka osoba jak ja – zabawna i bystra – może sobie pozwolić na taką figurę. „Nie masz szans na Hollywood z takimi krągłościami”, rzucił mi prosto w twarz.

I…
I wtedy miarka się przebrała. Bunt wziął górę nad użalaniem się. Miałam już serdecznie dość pytania innych o to, co mi wolno i na co zasługuję. Doświadczyłam oświecenia [śmiech]. Uświadomiłam sobie, że o tym, czego pragnę i potrzebuję, próbuje decydować stojący przede mną facet, który nie ma pojęcia, co potrafię, widzi tylko moją tuszę. Dotarł do mnie absurd całej sytuacji i po prostu zaczęłam się śmiać. Nagle poczułam rosnącą pewność, że to nie on, ale ja sama rozstrzygnę, czy zrobię karierę w Hollywood, czy nie. Świat nie składa się przecież z samych szczupłych, długonogich piękności. I nie trzeba mieć doktoratu z socjologii, żeby to zauważyć.

Jak to doświadczenie przełożyło się na twoje granie?
Nauczyłam się jednego: nie mam prawa oceniać moich bohaterek.

McCarthy w duecie z Richardem E. Grantem w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” (Fot. materiały prasowe)McCarthy w duecie z Richardem E. Grantem w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” (Fot. materiały prasowe)

Nawet kiedy grasz tak kontrowersyjne postaci jak Lee Israel? Oszustkę, która fałszowała listy sławnych pisarzy, a potem sprzedawała je antykwariatom, za co została aresztowana przez FBI w latach 90.? Za rolę w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” dostałaś nominacje do Oscara i Złotego Globu.
Przyczyn sukcesu tego projektu upatruję właśnie w niemożności wybronienia Lee. Takie niejednoznaczne, trudne postaci to moim zdaniem przyszłość amerykańskiego kina. Zauważ, że Hollywood niemal nie pokazuje negatywnych głównych bohaterek. One są najczęściej heroinami w opałach albo czekającymi na księcia z bajki nieszczęśliwymi kurami domowymi. Albo bohaterkami przez duże B. Widz ma zawsze z nimi sympatyzować. Mam tego dość, bo kobiety nie są dobre i fajne tylko dlatego, że są kobietami. Mamy różne historie i różne motywacje. Tak samo Kathy z „Królowych zbrodni”. Nie mogłam jej oceniać, bo ona jest w sytuacji, kiedy zostaje sama z małymi dziećmi. A co robić, kiedy wiesz, że twoim dzieciom grozi spanie na ulicy? Ja nie mam wątpliwości, do czego byłabym w takiej sytuacji zdolna.
Lubimy mówić: „Ja na jej miejscu zachowałabym się inaczej”, „Nie pozwoliłabym sobie na coś takiego”, „Na pewno dałoby się tę sytuację rozwiązać w inny sposób”. Niezwykle łatwo przychodzi nam pouczanie i mówienie innym, jak mają żyć.

McCarthy z Octavią Spencer w „Thunder Force” (Netflix, premiera 9 kwietnia).McCarthy z Octavią Spencer w „Thunder Force” (Netflix, premiera 9 kwietnia).

I to mi się bardzo podoba – grasz w filmach, w których nie moralizowania ani litowania się nad kobietami. To daje moc. A czasem nawet supermoc, jak w najnowszym filmie „Thunder Force” – grasz w nim superbohaterkę w kostiumie plus size.
Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom. Pokazać, że nie mamy prawa oceniać innych, jeśli nie jesteśmy na ich miejscu. Sporo filmów z mojej filmografii pozwala spokojnie przyjrzeć się pokazywanym w nich bohaterkom. Przyjrzeć i łaskawie zamilknąć, darując sobie wszelkie niepochlebne komentarze. 

Melissa Ann McCarthy rocznik 1970. Aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. Karierę rozpoczynała jako standuperka. Studiowała na wydziale ubioru w Southern Illinois University, stworzyła linię ubrań dla kobiet plus size. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.