1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Katarzyna Bonda - dzieciństwo przy ognisku z żubrami

Katarzyna Bonda - dzieciństwo przy ognisku z żubrami

Katarzyna Bonda, pisarka, autorka słynnej serii Cztery żywioły Saszy Załuskiej (Fot. Weronika Ławniczak)
Katarzyna Bonda, pisarka, autorka słynnej serii Cztery żywioły Saszy Załuskiej (Fot. Weronika Ławniczak)
Wychowała się w Hajnówce. W domu, w którym nie krzyczało się na dzieci. Sama mówi, że dzięki rodzicom miała poczucie, że świat jest bezpieczny. Co, oczywiście, nie uchroniło jej przed trudami dorastania.

Mieszkaliśmy w trzypiętrowym bloku przy głównej ulicy Hajnówki: najpierw Wyzwolenia, potem przemianowali ją na Piłsudskiego. Wokół inne takie same bloki, skwerki z ławkami i huśtawkami. A więc miasto, ale takie, gdzie wszędzie można dojść pieszo. Miałam może ze cztery minuty spaceru do Puszczy Białowieskiej. Tam na skraju lasu jest stadion, gdzie się odbywały zawody sportowe i mecze piłkarskie, a dalej „harcerska górka”, gdzie się robiło ogniska. Niesamowite wrażenie – pieczesz kiełbaski, a tu podchodzi stado żubrów. Już w liceum latem organizowaliśmy sobie nocowania w puszczy. Braliśmy na noc karimaty i śpiwory. Spanie w lesie ma moc. Widzisz gwiazdy, jest dojmująca cisza, oswajasz strach, nasłuchujesz. 

Fajka pokoju

Czy piliśmy w czasie takich wypadów alkohol? Ja nie. Byłam grzeczna i nudna. Prowadziłam samorząd szkolny, redagowałam szkolną gazetkę, grałam w siatkówkę, no i grałam na pianinie. Raz na biwaku, chyba pod koniec podstawówki, któraś z koleżanek namówiła mnie, żebym poszła do sklepu i kupiła tanie wino. Mnie, takiej wzorowej i grzecznej, na pewno sprzedadzą. Nie wiem, pewnie byłam tak beznadziejnie naiwna, że niosłam to wino na widoku – w ogóle nie miałam poczucia, że robię coś złego, bo i tak nie zamierzałam tego pić – w każdym razie któryś z nauczycieli mnie przyłapał. Zrobiła się afera, zawołali moją mamę. Obiecałam po prostu, że już nigdy się w nic takiego nie wpakuję, i było po sprawie. Pierwsze w życiu piwo wypiłam jakoś przed maturą. Papierosów nie paliłam do 25. roku życia. Zaczęłam z policjantami jako dziennikarka „Super Expressu”. Wódki odmawiałam, ale bez papierosów się nie dało. Żeby czegokolwiek nieoficjalnie się dowiedzieć, trzeba było zapalić fajkę pokoju. A ponieważ z natury jestem obsesyjna, jak już zaczęłam, to na ostro. Od razu czerwone marlborki, nie było mowy o slimach czy mentholach. 

Bukiet

Sąsiedzi, przyjaciele mojego ojca, mieli dom ze sporym ogrodem i altaną i kilka psów. Któregoś razu, mogłam mieć ze cztery lata, byliśmy u nich w gościach, nocowaliśmy i ja po prostu wyszłam z łóżeczka. Poszłam spać do kojca z psami, w końcu mnie tam znaleźli. 

Garnęłam się do każdego zwierzaka, ale szczególnie właśnie do psów. Obcych nie bałam się zupełnie, zaczepiałam każdego, kto się po drodze nawinął. Raz przyprowadziłam do domu bezdomnego wilczura i schowałam go pod swoim łóżkiem. Cały był zapchlony i wyleniały. Od razu nazwałam go Bukiet i wzięłam dla niego jedzenie z kuchni, przez co mama szybko się zorientowała, że coś jest na rzeczy. Przychodzi do mnie do pokoju, a tam wyleniały wilczur wyłazi spod łóżka i coś przeżuwa. Po tej historii wreszcie dostałam swojego pieska, a Bukiet poszedł do sąsiadów. Tych, co mieli dom i ogród. 

Wielka ucieczka

Mimo że Hajnówka to tak małe miasteczko, że tak blisko stamtąd na łono przyrody, to jednak dorośli uważali, że dziecko musi pobyć na wsi. Jeździłam więc do ciotki ze strony mamy, do Gredeli. To był okres, kiedy już czytałam książki i spędzałam czas na ławeczce, leżąc i czytając. Dzieciaki uważały, że to głupota, przecież szkoła się skończyła, już nie trzeba nic czytać. Poza tym takie leżenie to było lenistwo. Wakacje nie wakacje, trzeba było pracować w polu. Jak kazali mi zbierać truskawki, to inni zbierali po 20 koszyczków dziennie, a ja dawałam radę jedynie dwa i strasznie się męczyłam. Byłam miastowa, miękka. Straszliwie cięły mnie komary, na dodatek miałam alergię i wielkie odczyny na całym ciele. Ale najgorsze było to, jak zabili kurę i w ramach zabawy rodzina się zebrała po całym dniu pracy patrzeć, jak kura biega po podwórku bez głowy. Z nerwów wymiotowałam. W końcu mnie jakoś uspokoili, ale jak tylko się dało, uciekłam. Na stację było daleko, ale drogę mniej więcej znałam. Wiem, że się o mnie martwili. W końcu się jednak domyślili i dotarli na dworzec, gdzie czekałam na pociąg. Powiedziałam, że nie wracam. Nie ma mowy. Najpierw przyjechała zawezwana przez nich mama, a po niej dojechał tata swoją zieloną motorynką. 

Rodzicom próbowałam potem coś wyjaśnić, że ta kura, że ten śmiech, ale mnie nie rozumieli, sami pochodzili ze wsi, dla nich to nie było nic nadzwyczajnego. Zepsułam ich plany wakacyjne, ale mnie nie ochrzanili ani nie dostałam szlabanu. 

Spokój

Klapsa nie dostałam nigdy. Nie pamiętam też, żeby ktokolwiek robił mi w domu z jakiegokolwiek powodu awanturę. No, raz. Jak już byłam nastolatką, miałam chłopaka – to była pierwsza miłość – i nie wróciłam zgodnie z umową o 22.  20 minut się spóźniłam. Ojciec poszedł mnie szukać. Siedzieliśmy z moim chłopakiem na przystanku czy ławeczce w grupie ludzi. A ojciec zobaczył mnie i przeszedł obok, jak gdyby nigdy nic. I ja już wiedziałam, że muszę lecieć do domu. Przychodzę, tata wyluzowany. Za to mama się nie patyczkowała, zaczęła od razu od najmocniejszych słów. Z miejsca się popłakałam. A ojciec zasłonił się gazetą i tylko kątem oka widziałam, że się śmieje. Tak to było. Ale generalnie mieli do mnie zaufanie. Puszczali mnie na Basowiszcza [festiwal rockowy na granicy z Białorusią – przyp. red.], obozy, kajaki, żagle. Nie było telefonów komórkowych, na pewno się denerwowali, ale nigdy mnie nie straszyli. Miałam dzięki nimi poczucie, że jest spokój, że świat jest bezpieczny. 

Pawi ogon, lwia grzywa

Skóra zdjęta z ojca. Jego zdjęcie robione do wojska to ja w wersji męskiej, z wąsami. Ale jakimś sposobem bywałam też podobna do mamy. Choć na pewno nie mam jej pawiego ogona i lwiej grzywy. Mama nie miała żadnych kompleksów. To taki typ, który wchodzi i od razu go słuchają. Nawet jeśli czasem sprawiam takie wrażenie, to zupełnie nie mam wrażenia, żebym też taka była. Musiałam się tego nauczyć, ale to nie jestem ja prywatnie, tylko kiedyś Kasia Bonda dziennikarka, a teraz Kasia Bonda pisarka. 

Mama lubiła łamać konwenanse i miała gdzieś, co powiedzą ludzie. Jej małżeństwo było mezaliansem. Ona z wykształceniem wyższym, kierowniczka laboratorium chemicznego w zakładach drzewnych, wyszła za mąż za faceta, który był tokarzem (inna sprawa, że tokarz wtedy zarabiał więcej niż osoba po studiach). W dodatku młodszym od niej o dziewięć lat. Poznali się w pociągu do Warszawy, rozmawiali ze sobą tyle, ile trwała podróż. Tata wysiadł trochę wcześniej i na odchodne powiedział jej, że będzie matką jego dzieci. Mama to, oczywiście, zbagatelizowała, nie wymienili się nawet adresami czy numerami telefonów. Ale on, a mieszkał wtedy koło Mielnika, ją znalazł. Rok później urodziłam się ja, cztery lata po mnie mój brat. Po drodze tata pojechał na Cypr pracować i zostały z tamtego czasu ich listy miłosne. Potrafili się też nieźle kłócić. Były groźby, ciche dni, rzucanie ślubną porcelaną. Ale jak w zasięgu wzroku pojawialiśmy się my z bratem, zawieszali broń. Mogliśmy się tylko domyślać, co tam się działo, jak nas nie było. Kiedy 15 lat temu ojciec umierał na raka, jeździli razem z mamą obstalować grób. W końcu postawił na swoim i wybrał zielony granit. Literki też wybierali. I o to też potrafili się pokłócić. Jak tata zmarł, mama po tygodniu cała posiwiała. Żartowała, że nie ma już z kim walczyć. 

Milczenie

Mama pracowała w laboratorium przy odczynnikach, nieobojętnych dla zdrowia. Byliśmy mali, kiedy los wydał na nią wyrok i rozpoczęła batalię o siebie. Wiem, ile praca w laboratorium dla niej znaczyła, mama tworzyła autorskie receptury klejów, chronione patentem, ale odeszła, zaczęła pracę w bibliotece. To już była walka o to, żeby dożyć i żeby nas wychować. Nikt nam wtedy nie mówił, co jej jest. Dzieciom się wtedy o takich rzeczach po prostu nie mówiło. Pamiętam, że któregoś dnia zwolnili nas ze szkoły i pojechaliśmy do Białegostoku do mojej ukochanej cioci, a mama poszła do szpitala. Rozmawiała z nami, jakby się żegnała, ale nie padły konkretne słowa, że rak, co to znaczy. A jednak przerzutów nie było całe lata. 

Jednym ruchem

Czy to, jaki tworzyli związek moi rodzice, przekłada się na moje związki? Na pewno szukam takiego faceta jak mój „stary”, który był jak skała – niewzruszony i stabilny. Mama, taka silna kobieta, która poza domem robiła, co chciała, miała do niego całe życie respekt. Ojciec mówił mało, ale jak coś obiecał, wiadomo było, że masz to pewne jak w banku. Pamiętam, jak jeszcze żył, miałam kolejnego narzeczonego, wydawało się, że wszystko jest wspaniale. Rodzice przyjeżdżają do mnie do Warszawy na wizytację, a ja nie mam stołu. Nie wiem, nie pomyślałam, nie było to dla mnie takie ważne. Ojciec najpierw pyta narzeczonego dlaczego. Narzeczony się wije, tłumaczy. Ojcu oko nie drgnie, woła mamę, potem mnie i jedziemy kupić stół. Wszystko potem było niby w porządku, miło, sympatycznie, ale jak wyjeżdżał, wziął mnie na bok: „Wiesz, takie sprawy powinien załatwiać twój facet, nie tatuś”. Nie chcę go gloryfikować, tyle razy wydawało mi się, że jestem ponad to, że daję komuś szansę. A potem mnie to dopada. Taka myśl: „Ojciec by to jednym ruchem załatwił”. 

Po napisach

Mój brat wolał chłopackie rzeczy. Piła, motocykle. Ja po szkole uwielbiałam przesiadywać u mamy w bibliotece. Nie tylko wypożyczałam, koczowałam tam. Czytałam i horrory Mastertona, i „Czarodziejską górę”. Jestem pewna, że to mnie ukształtowało. Że zyskałam poczucie, że mam prawo marzyć, są inne światy, nie tylko moje miasteczko. To samo dały mi filmy, które oglądałam w kinie Leśnik. Kino razem z biblioteką, kawiarnią i sceną mieściło się w przyzakładowym domu kultury. Mnóstwo zakazanych filmów obejrzałam właśnie wtedy, w tak młodym wieku. Niby za każdym razem musiałam zapytać mamę, a ona z kolei musiała zadzwonić do pani Heni, bileterki, ale pani Henia mnie bardzo lubiła i wpuszczała, na co chciałam. Musiałam tylko cichaczem się zakraść do sali, wejść po początkowych napisach i wyjść przed końcowymi. 

Nóż w plecy

Na pianinie grałam od piątego roku życia do trzeciej klasy liceum. I ćwiczenie, katorżnicza codzienna praca, było dla mnie wspaniałe. Codziennie konsekwentnie walczyłam z materią. Kiedy po latach takiego wysiłku ktoś mówi, że nie będziesz pianistką, to jakby przekręcił ci nóż w plecach. Ale też moja pani profesor Halina Rowińska uratowała mi życie. Byłby ze mnie żaden muzyk. Wtedy jednak byłam wściekła. Wymyśliłam sobie, że chcę mieć takie życie jak z tych książek, które przeczytałam w bibliotece. Że będę podróżować, przeżywać przygody. Drogą eliminacji wyszło mi, że pójdę na dziennikarstwo. 

Czołówka

Poszłam do jedynej lokalnej gazety, którą znałam – „Gazety Hajnowskiej”, ale kazali mi robić relacje z rady miejskiej, więc umierałam pod stołem z nudów. Któregoś razu, to była zima, bo pamiętam, że byłam w swoim góralskim kożuszku, dzwonach i glanach, pojechałam do Białegostoku do „Kuriera Podlaskiego”. Miałam 18 lat, a wyglądałam jeszcze młodziej, co próbowałam zamaskować nieudolnym makijażem, którego mama mi zakazywała. Skierowali mnie do działu Region, a redaktor, który nim kierował, wcale nie chciał ze mną rozmawiać. Na odczepnego powiedział: „Dobrze, dziecko, napiszesz coś, to zobaczymy”. Potraktowałam to bardzo poważnie. A że to były czasy, kiedy masowo zamykali zakłady, uznałam, że to jest temat, i umówiłam się z dyrektorem zakładów chemicznych na wywiad. Tym sposobem miałam pierwszą czołówkę i natychmiast dostałam staż. Pozdrawiam pana dyrektora! Chociaż nie potraktował mnie poważnie. Potem wiele razy mi się taka bagatelizacja zdarzała, ale obracałam to na swoją korzyść.

Życzę każdemu

Kiedy trafiłam do Warszawy, najpierw pracowałam w „Expressie Wieczornym”, potem w kilku innych tytułach, wreszcie w „Newsweeku” i „Wprost”. W pewnym momencie odkryłam, że najciekawsze jest to, czego ci ludzie nie mówią, co ci kłamią albo wyrzucają, autoryzując tekst. Poczułam, że dziennikarskie teksty mnie męczą. Odchodziłam dwa razy. Ale wracałam. Tkwiłam tak, męcząc się, do czasu, kiedy miałam wypadek. Los zdecydował za mnie. Byłam już bez stałej pracy od roku, nie zdając sobie w ogóle sprawy, że przede mną jeszcze siedem chudych lat. Siedziałam i pisałam. I pamiętam te momenty – życzę każdemu, żeby przytrafiło mu się coś takiego chociaż raz – kiedy odklejałam się od rzeczywistości. To mi niby sprawiało trudność, bo ja nie cierpię samego procesu pisania, męczę się przy nim strasznie. Ale to tworzenie historii – to, że budujesz jakiś świat i on w pewnym momencie sam zaczyna się napędzać, rozwijać, żyć – jeszcze wtedy nie wiedziałam, że się od tego uzależnię, że będą następne książki. Ale czułam, że jestem szczęśliwa.

Katarzyna Bonda, rocznik 1977; autorka bestsellerowych powieści kryminalnych, scenarzystka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.