1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Nie deptać obrazów - rozmowa z Olgą Wolniak

Nie deptać obrazów - rozmowa z Olgą Wolniak

Olga Wolniak w swojej pracowni. Najlepiej lubi malować w samotności. (Fot. Celestyna Król)
Olga Wolniak w swojej pracowni. Najlepiej lubi malować w samotności. (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Przeniesione na płótna barwne dywany to najsłynniejszy cykl Olgi Wolniak: – W mojej sztuce zawsze były dla mnie istotne wątki kobiece, a w tym wypadku to wątek szczególnie ważny. Sama kończyłam studia w czasach, kiedy pracami kobiet się nie interesowano. My byłyśmy od podawania herbaty.

Ile tu jest twoich prac? O, bardzo dużo. Piętrzą się w tamtej wąskiej przestrzeni za ścianą. Trochę brakuje mi osobnego magazynu, zajęty jest każdy wolny kąt. 

Dobrze ci się z nimi mieszka? Tak, chociaż jak się ma pracownię poza domem, można cały ten bałagan zatrzasnąć, zapomnieć, a potem do tego wrócić. Tu jest otwarta przestrzeń, wszystko jest na widoku, plamy na podłodze, papiery, pędzle. Lubię malować w całkowitej samotności, przeszkadza mi, jak ktoś chodzi mi za plecami. Musimy się z rodziną mądrze wymijać. 

A co z „własnym pokojem”, o którym pisała Virginia Woolf? Czujesz, że ta przestrzeń, jednocześnie do pracy i do mieszkania, jest jakimś kompromisem? Jeśli w środku nocy mam jakiś pomysł, po prostu wstaję i maluję. Zdarzyło się, że szykowałam się do wystawy i miesiąc przed nią przyszły klientki i wszystko wykupiły. Fantastycznie, spełnienie marzeń każdego artysty, gdyby nie ta zbliżająca się wystawa. Był maj, wstawałam o piątej rano, bo już było jasno, i malowałam non stop. I wymalowałam tę wystawę. Gdybym miała jeździć na drugi koniec miasta, toby się nie udało. Albo kiedy moja dziewięćdziesięcioparoletnia mama wywróciła się i połamała. W pewnym momencie była na pograniczu życia i śmierci, w tragicznej formie. Genialnie, że mogłam wtedy do niej regularnie schodzić. Ja, która uwielbiam wielkie formaty, malowałam wtedy tylko malutkie obrazy, nie byłam w stanie na nic większego się zdobyć. Przed laty miałam pracownię na Pradze. Świetne pomieszczenie, ale jak wszystkie dobre rzeczy, i to się skończyło. Syn czy wnuk właściciela odzyskał kamienicę i nas wszystkich, artystów, powyrzucał. Stwierdziłam wtedy, że muszę sobie zorganizować jakieś inne miejsce do pracy. Moja mama miała tutaj parterowy domek. Domek w takim zielonym miejscu, na Żoliborzu, to nie lada gratka, postanowiłam więc, że sprzedamy mieszkanie i zrobimy tutaj nadbudowę. Z początku powstała taka koncepcja, żeby to była przede wszystkim pracownia, a mieszkanie trochę kątem. Ale jak zaczęły powstawać mury, okazało się, że ta przestrzeń jest kapitalna, kiedy jest taka otwarta, więc zdecydowałyśmy z architektką, moją dobrą koleżanką, że tak to zostawimy. Przez chwilę był pomysł, żeby tu jednak wstawić jakąś przegrodę, zasłonę, ale już chyba nic takiego się nie stanie.

W pracowni poza domem można cały ten bałagan zatrzasnąć. Tu jest wszystko na widoku, plamy na podłodze, papiery, pędzle. (Fot. Celestyna Król) W pracowni poza domem można cały ten bałagan zatrzasnąć. Tu jest wszystko na widoku, plamy na podłodze, papiery, pędzle. (Fot. Celestyna Król)

Artystyczny klan – tak o was piszą. Twój nieżyjący już teść, słynny kolorysta Tadeusz Dominik, ty, twój mąż Tomasz Dominik i syn Rafał – cała niemal rodzina zajmująca się sztuką. Jestem ciekawa, jak to wpływa na codzienne życie, na relacje. To nie takie proste… Ludziom się wydaje, że jak się należy do takiego „klanu”, wszystko idzie jak z płatka – kariera i sukcesy. Tymczasem, widzę to po swoich najbliższych, trzeba się zmierzyć i sprostać „magii” nazwiska Dominik. Może dlatego syn Tadeusza Tomasz uprawia grafikę, a wnuk Rafał woli wypowiadać się artystycznie w technice nowych mediów. Ja używam swojego nazwiska – od początku nie chciałam być posądzana o „podłączanie się”. A życie codzienne? Siłą rzeczy rozmawiamy o wystawach, co nam się podoba, a co nie, przyjaźnimy się głównie z artystami, ale z tym klanem bym jednak nie przesadzała. Muszę się bez bicia przyznać, że jak Rafał był młodszy, to my z Tomkiem czuliśmy się w obowiązku dawać mu dobre rady, jak ma malować, jak poprowadzić swoją karierę. I on zawsze robił odwrotnie [śmiech], więc się po prostu w pewnym momencie wycofaliśmy. Ale, oczywiście, pamiętam, jak był mały i raczkował w śpioszkach, które bez przerwy były ubrudzone farbą. Był taki moment, że malowaliśmy wspólnie z cztero-, pięcioletnim Rafałem obrazy. Stawiałam płótno, przyklejaliśmy do niego zabawki, jakieś zdekompletowane, zniszczone, potem Rafał coś malował, a potem ja domalowywałam, wypełniałam kolorem. Tak powstało kilkanaście wspólnych kompozycji. To były nasze zabawy. Nie wiem, czy już wtedy myślałam, czy miałam cichą nadzieję, że pójdzie w tym kierunku. Wszystkie dzieci są zdolne, wszystkie mają dar plastyczny, ale potem w szkole dzieje się coś złego. Trudno powiedzieć, czy to specyfika naszego systemu edukacji, ale zwykle odbywa się to według podobnego schematu. Nauczyciel mówi: „Ale to nie jest podobne do samochodu. Samochód wygląda tak”. I dziecko przestaje polegać na sile swojej wyobraźni. 

Podobno pierwszy dywan namalowałaś dla żartu? Może ktoś sobie wyobraża, że na artystę spływa natchnienie, na które on cierpliwie czeka, ale moja praca to w dużej mierze ciężka praca fizyczna. Na siłownię nie chodzę, bo dźwiganie płócien co najmniej dwa na półtora metra czy gimnastyka przy sztaludze to coś, co sprawia, że ciało jest w miarę sprawne. Pracuję systematycznie, codziennie, inaczej nie jestem w stanie funkcjonować. Wtedy też tak było. Nie miałam chwilowo żadnego pomysłu, jakiś motyw mi się znudził, ale ponieważ mam w sobie przymus pracy, złapałam za pędzel. Znalazłam akurat pocztówkę z anatolijskim dywanem. Pomyślałam sobie: „Cóż, namaluję jego portret”. A potem okazało się, że temat wzbudził zainteresowanie, więc namalowałam kolejny dywan i kolejny. Mnie się wydawało zabawne, że maluję coś, co jest w rzeczywistości tkane. Miałam wtedy podejście popartowskie. Tak jak Warhol malował puszkę zupy pomidorowej Campbell’s, tak ja maluję dywan.

Od lewej: obraz 'Konya-Ladik', który można oglądać na wystawie 'Sztuka to wartość'; Na sztaludze 'Jedwabny szklak' (Fot. Celestyna Król) Od lewej: obraz "Konya-Ladik", który można oglądać na wystawie "Sztuka to wartość"; Na sztaludze "Jedwabny szklak" (Fot. Celestyna Król)

Co się zmieniło? Pierwsze obrazy były bardzo realistyczne, jeden do jednego. Chciałam, żeby ludzie ulegli złudzeniu. I rzeczywiście ulegali, podchodzili, dotykali, upewniali się, że to jednak obraz. We wspomnianej pracowni na Pradze postanowiłam namalować dywan na podłodze, na linoleum. Trzy na cztery metry, jakby niedbale, trochę nierówno rzucony, z lekko podniszczonymi frędzlami. Ludzie dawali się nabrać, niektórzy go nawet obchodzili, nie chcąc pobrudzić butami. W pracowni urządzaliśmy też szalone przyjęcia i wszystkie tańce odbywały się zawsze na tym dywanie, miał w sobie jakąś magiczną siłę przyciągania. A w wyniku tych szalonych harców farba się ścierała, więc dywan wyglądał, jakby był patynowany, wiekowy. Co jakiś czas go odnawiałam. Tak więc na samym początku to było ćwiczenie dla ręki i oka. Ale malarstwo to zawsze jest jakiś rodzaj emocjonalnej komunikacji ze światem. Coś w dużej mierze intuicyjnego. W miarę malowania zaczęłam wnikać w symbolikę dywanów, w ich bogaty kulturowy kontekst. Moje obrazy stały się hołdem dla niedocenianej pracy anonimowych tkaczek. Zaczęłam nazywać moje obrazy imionami kobiet Wschodu – Aysha, Leyla, Fatima. Od zawsze tkały przede wszystkim kobiety. Często swój posag, wplatając w dywan wszystko, co najważniejsze – uczucia, zaklęcia, historię. Ten rytuał łączył to, co praktyczne, codzienne, z tym, co natchnione, medytacyjne i magiczne. W mojej sztuce zawsze były dla mnie istotne wątki kobiece, a w przypadku dywanów i tkanin to wątek szczególnie ważny. Tkanina – tkanka – to dla mnie coś żywego, biologicznego. Przez swoją miękkość i zmysłowość kojarzy mi się z kobietą. To kobiety przetwarzają pradawne wzory, przechowują i przekazują dziedzictwo kulturowe. Jakiś czas po tym, jak zaczęłam serię „egzotyczną”, zmarła moja babcia Pelagia. Musieliśmy przejrzeć i posegregować odziedziczone po niej obrusy, koronki, pościele z ozdobnymi haftami, wiele z nich podniszczonych, pożółkłych, z dna szafy. Tkaniny, które przez dziesiątki lat swojego życia były świadkami niezliczonej ilości wydarzeń. Są w nich zapisane chwile uroczyste lub codzienne, smutne, radosne. Tak powstał nowy cykl zainspirowany haftami i serwetami, ale też wpłynęło to na cykl „dywanowy”. Ostatnie moje obrazy są coraz bardziej abstrakcyjne. Zaczęłam w nie wplatać swoje znaki i symbole, czasem kolor był ważniejszy, czasem wzór. Niektóre obrazy są żywiołowe i barwne, a potem mam po nasyceniu kolorami przesyt i robię delikatniejsze rzeczy, ładując akumulatory. 

Urodziłaś się w Birmie? Moi rodzice byli tam po prostu na placówce. Kiedy wróciliśmy, miałam tylko półtora roku, więc naprawdę nic stamtąd nie pamiętam. Znam tylko przekazy rodzinne. Na przykład taki, że mama wzięła mnie do świątyni w Rangunie. Podobno jak człowiek, wychodząc stamtąd, się odwróci, to tam jeszcze wróci. Mama mnie odwróciła, ale ja nadal, tak się jakoś składa, omijam Birmę, chociaż dużo podróżuję. Mam też birmańskie imię: Nuhcein, „łagodny brylant”. Mamie powiedziano, że dziewczynka, która urodziła się tego dnia i o tej godzinie co ja, musi nosić takie imię. Prawdę mówiąc, kiedyś strasznie się zżymałam na sugestie, że miejsce urodzenia pewnie miało wpływ na sztukę, którą robię. Odpowiadałam, że absolutnie nie. A w pewnym momencie pomyślałam: „O co mi chodzi z tym zaprzeczaniem? Wychowałam się w domu, gdzie było mnóstwo egzotycznych przedmiotów, także dywanów, zdjęć, obcowałam z tym na co dzień, jako nastolatka pochłaniałam książki z półek rodziców, zgłębiając filozofię Wschodu, i mówię, że to nie miało na mnie wpływu? Oczywiście, że miało!”. 

Jedną z twoich pierwszych wystaw była „Aby dostać dobrego męża”. Obrazy inspirowane ilustracjami z poradników dla młodych matek. Dwa lata później nakręciłyście z Bogną Gniazdowską wideo „Od tego nie uciekniesz” i pokazałyście je w galerii Dziekanka. Trzy pomieszczenia i trzy filmy poświęcone zajęciom domowym – kąpiel dziecka, pranie, gotowanie, sprzątanie, dbanie o siebie. Zmywałyśmy, obierałyśmy ziemniaki. 

Jaki był odbiór? Nie potraktowano nas poważnie. Nikomu się to nie podobało. Obśmiano nas. Tylko Tomek Sikorski, który prowadził Dziekankę, nas docenił.

Dekadę później Julita Wójcik, obierając ziemniaki w Zachęcie, wywołała falę oburzenia, że w Narodowej Galerii Sztuki pokazuje tak prozaiczną czynność, podnosząc ją do rangi sztuki. A o co wam chodziło wtedy, na początku lat 90.? Pokazywałyśmy, w krytycznym i autoironicznym tonie, prozaiczne, przynależne kobiecie zajęcia. Ostatnio z okazji jubileuszu Dziekanki zrobiłyśmy z Bogną wybór, wyciąg z najważniejszych momentów tamtego filmu. Byłam przerażona, że byłyśmy takie młode, śliczne, zgrabne i byłyśmy tak przytłoczone codziennością. Nie zobaczyłam w nas żadnej radości, beztroski. Teoretycznie było równouprawnienie, a praktycznie... Kiedyś koleżanka zapytała mnie: „Czy ty wiesz, że na Akademii ruguje się dziewczynki na egzaminach?”. Sama miałam podobne doświadczenie, kiedy po raz pierwszy konsultowałam teczkę, a jednak nie wierzyłam. Zwróciłam się do mojego teścia, czy to możliwe. A on: „Oczywiście, że tak. Dziewczyny rodzą dzieci, a to są drogie studia, szkoda pieniędzy”. Tadeusz miał drugą żonę, Amerykankę, i pamiętam, że ona, słysząc to, była chyba jeszcze bardziej oburzona niż ja. Nie chcę wyjść na osobę wojującą z mężczyznami, uwielbiam ich, ale taka była nasza rzeczywistość. Ja, moje koleżanki kończyłyśmy studia artystyczne, miałyśmy dzieci, robiłyśmy ciekawe rzeczy, ale krytycy chcieli oglądać prace naszych mężów. Jak odwiedzali nas w domu, nikt nie pytał: „A ty? Co robisz?”. Po prostu nie padały takie pytania. Nawet jeśli przychodziły kobiety krytyczki, to i tak ciekawa była tylko sztuka mężczyzn. Jedyną krytyczką i kuratorką, która, jak zapamiętałam, interesowała się tym, czym się zajmują kobiety, była Anda Rottenberg. W pozostałych przypadkach byłyśmy od podawania herbaty i ciasteczek.

I podawałyście je bez słowa sprzeciwu? Tak. Pokutował mit matki Polki. Podam te ciasteczka i wypiorę, i wypucuję, i namaluję świetny obraz. To znaczyło być dzielną, radzić sobie. 

Rottenberg jest bohaterką jednego z wielkoformatowych portretów. Dwa na trzy metry, specjalnie preparowany papier, połyskujące tło. Robią niesamowite wrażenie. W latach 90. malowałam wielkoformatowe, przeskalowane portrety przyjaciół. Na dłuższy czas rozstałam się z tym tematem, ale niedawno odczułam chęć powrotu. Szukałam tylko odpowiedniej formuły. I tu do akcji wkroczył przypadek. Poszłam zrobić zakupy w sklepie z zaopatrzeniem dla plastyków. Patrzę – leży pudełeczko z czymś absolutnie przepięknym. Metaliczne płatki, brokatowe confetti. Zapytałam, co to jest. „Płatki do decoupage’u”. Wahałam się: „Drogie, po co mi to?”. Ale kupiłam. Najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy nad ranem, jak się już trochę obudzę, ale jeszcze nie całkiem. I wymyśliłam. Ikony naszych czasów. Niech to będą portrety ludzi, których postawa i dzieła ukształtowały mnie i całe moje pokolenie. Namalowane twarze, zestawione z metalicznym tłem nawiązują do tradycyjnych ikon. Do tej pory sportretowałam w ten sposób m.in.: Andrzeja Wajdę, Korę, Krzysztofa Komedę, Marka Edelmana, Tadeusza Mazowieckiego, Marię Callas, wspomnianą Andę Rottenberg i prezydenta Lecha Wałęsę, któremu miałam zaszczyt osobiście portret przekazać. 

Mam na sobie jedwabną apaszkę z nadrukiem jednego z „twoich dywanów”. Bardzo ładny gadżet promujący wystawę „Sztuka to wartość...” w Muzeum Narodowym w Warszawie. To, że obraz zamienia się w gadżet, nie odbiera sztuce powagi?

Absolutnie nie. Uważam, że sztuka powinna być dla ludzi. 

Dlatego zostałaś kuratorką Żoliborza Artystycznego? Żoliborz to dzielnica, w której mieszkamy, chciałam się zaangażować w lokalne działania. Deweloper budował nowe osiedle i zgodził się, żeby nowo powstałe ulice wzięły nazwy od mieszkających na Żoliborzu ważnych postaci. Powstał też pomysł, żeby współcześni artyści stworzyli dzieła sztuki inspirowane tymi postaciami. Robiłam dyplom także z malarstwa w architekturze, czyli z tego, co teraz nazywa się „sztuką w przestrzeni publicznej”. Przez lata nie miałam z tym nic wspólnego, mało tego, nie przypuszczałam, że to mi się do czegoś jeszcze przyda. Traf chciał, że się przydało. Wymyśliliśmy z architektami i artystami kupę fajnych rzeczy: Piotr Młodożeniec zrobił mural Ficowskiego, Jan Bajtlik pracę – hołd złożony Niemenowi, Maurycy Gomulicki abstrakcyjną rzeźbę „Kalina” poświęconą Kalinie Jędrusik, ja malowałam kadry z filmów Kawalerowicza. Powstawało to wszystko cztery lata, mieszkańcy są dumni, można przyjść i te dzieła w przestrzeni publicznej oglądać, powstaje kolejne podobne osiedle. To wspaniałe, że brałam udział w czymś, co zostanie na lata. 

Uważasz, że my, Polacy, coraz ufniej podchodzimy do sztuki współczesnej? Oj, nie wiem. Kiedyś kolega zaprosił mnie do takiej akcji: na spotkaniu integracyjnym banku z filiami na świecie pracownicy, rozluźnieni, po paru drinkach, mieli malować. Prowadziłam to, zaproponowałam cztery proste tematy, m.in. wzory geometryczne i organiczne. Proste, ale efektowne. Ci, którzy przyjechali z zagranicy, z wielką radością włożyli fartuchy, chwycili pędzle, traktowali to jak zabawę, upaprani radośnie mazali po płótnach. „Ci nasi” bali się, wstydzili, dopiero po dobrej godzinie, jak zobaczyli, że koledzy tak się dobrze bawią, nieśmiało zaczęli coś malować. Nadal jest w nas sporo lęku i nieufności.

Masz na to receptę? Domyślam się, że przydałaby się lepsza edukacja. 

Od lewej: Obrazy 'Ornament' i Botah z papryczką'; Paleta malarska Olgi Wolniak (Fot. Celestyna Król) Od lewej: Obrazy "Ornament" i Botah z papryczką"; Paleta malarska Olgi Wolniak (Fot. Celestyna Król)

A czego chcesz od życia? Na nowy rok robię sobie zawsze postanowienia. W tym – pośród wielu innych – postanowiłam trochę wyluzować, mniej tworzyć, bo zalewa mnie ilość obrazów. No więc próbuję. I tak chodzę po domu i nie umiem się odnaleźć. Posprzątałam, pomalowałam paznokcie... Trochę, oczywiście, żartuję. Uwielbiam swój zawód – robię to, co chcę i lubię, jestem wolna. Pozornie to zajęcie lekkie, łatwe i przyjemne, w rzeczywistości wymaga ogromnej dyscypliny, pracowitości i samozaparcia. Moment, kiedy obraz jest gotowy i to on patrzy na mnie – nie umiałabym z tego zrezygnować. Tak że z tym postanowieniem raczej się nie uda.

Olga Wolniak, rocznik 1957. Jest absolwentką Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Brała udział w wielu wystawach w Polsce i za granicą, ostatnio otwierała swoją przekrojową ekspozycję „Orient & Ornament” w Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie. Do 30 czerwca w warszawskim Muzeum Narodowym można oglądać zbiorową wystawę „Sztuka to wartość. Z kolekcji PKO Banku Polskiego”, w której artystka wzięła udział.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Warsaw Gallery Weekend - zobacz, jak wygląda nowa polska sztuka

Late Night Music, Jan Porczyński, 2020, gwasz. Warsaw Gallery Weekend. (Fot. materiały prasowe)
Late Night Music, Jan Porczyński, 2020, gwasz. Warsaw Gallery Weekend. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
To już dziesiąty Warsaw Gallery Weekend. Jubileuszowa edycja przeglądu nowej sztuki odbędzie się w dniach 1-4 października. Weźmie w nim udział 29 galerii z Warszawy, Łodzi, Poznania, Gliwic i Katowic.

Jak co roku galerie specjalizujące się w sztuce współczesnej zapraszają na weekend wernisaży. Tegoroczna edycja Warsaw Gallery Weekend potrwa aż cztery dni, tak aby - w związku z ograniczeniami wynikającymi z pandemii koronawirusa - zapewnić większy komfort i bezpieczeństwo zwiedzania.

W tym roku w Warsaw Gallery Weekend weźmie udział 29 galerii: Biuro Wystaw, BWA Warszawa, Dawid Radziszewski, ESTA, Fundacja Galerii Foksal, Fundacja Profile, Galeria m², HOS gallery, Instytut Fotografii Fort, Jednostka, Le Guern, LETO, lokal_30, Monopol, Naga, Olszewski Gallery, Piktogram, Pola Magnetyczne, Polana Institute, Propaganda, Raster, Rodriguez, Serce Człowieka, Stereo, Szara, Szydłowski, WY, Wizytująca, Wschód.

Program tegorocznej edycji powinien ucieszyć miłośników fotografii - wiele prac, które będzie można oglądać w galeriach bazuje na tym medium.

Katarzyna Górna Chłopies #1, 2019-2020, fotografia analogowa, montaż cyfrowy, dzięki uprzejmości artystki i Biura Wystaw / Fundacji Polskiej Sztuki Nowoczesnej Katarzyna Górna Chłopies #1, 2019-2020, fotografia analogowa, montaż cyfrowy, dzięki uprzejmości artystki i Biura Wystaw / Fundacji Polskiej Sztuki Nowoczesnej

Jednym z ciekawszych punktów programu jest wystawa prac wiodących polskich fotografek: Weroniki Gęsickiej - laureatki wielu nagród, w tym Paszportu Polityki za rok 2019 w kategorii Sztuki Wizualne, i Magdy Hueckel - artystki wizualnej, fotografki teatralnej, scenografki i podróżniczki. Ich najnowsze dokonania będzie można oglądać w Galerii Jednostka na warszawskim Muranowie. „Cliffhanger” to prace z najnowszych projektów Weroniki Gęsickiej – „Holiday”, „Cocoon” i „Smash”. Powstają na bazie archiwalnych fotografii z banków zdjęć. Są próbą uchwycenia napięć i lęków, z którymi musimy się obecnie zmierzyć. Doniesienia o kolejnych zagrożeniach dotyczących przyszłości powodują, że zaczynamy przeczuwać koniec rzeczywistości, jaką znamy. Na sielankowych obrazach, które budują znaczną część naszego uprzywilejowanego świata, zaczynają pojawiać się rysy.

Weronika Gęsicka, Smash. (Fot. materiały prasowe) Weronika Gęsicka, Smash. (Fot. materiały prasowe)

Z kolei Magda Hueckel zaprezentuje cykl, który powstał na kanwie książki “Żenszczina” (transkrypcja rosyjskiego słowa ‘kobieta’), którą Magda Hueckel znalazła na targu staroci w Tbilisi. Autorem oryginału „Das Weib in der Natur- und Völkerkunde” wydanego w 1885 był Hermann Heinrich Ploss – antropolog i ginekolog, twórca współczesnej pediatrii i ginekologii. Ta książka to swoiste kompendium wiedzy, ukazujące kobiety z całego świata. Analizie poddane są różne aspekty; począwszy od anatomii, poprzez fizjologię, seksualność, pozycję społeczną, a skończywszy na roli kulturowej i obowiązujących tradycjach. Książka została dwunastokrotnie przedrukowana w różnych językach i uzupełniona o liczne ilustracje. Mimo, iż opracowanie ma charakter naukowy i swojego czasu było uznane za postępowe, dziś jego dziewiętnastowieczna narracja budzi niepokój. Rola kobiety sprowadzona jest przede wszystkim do funkcji prokreacyjnych. Analiza kobiecej cielesności przeplata się z wątkami o charakterze społeczno-kulturowym, omawiającymi tradycje, zabobony, zwyczaje. Książka przesycona jest brutalnymi ilustracjami m.in. praktyk medycznych, patologii oraz przemocowych zwyczajów (palenie na stosie, stygmatyzacja wdów, obrzezanie, skaryfikacja, obcinanie piersi i palców). Najbardziej dotkliwy jest jednak fakt, iż wiele z opisanych zwyczajów i stereotypów przetrwało do dzisiaj.

Magda Hueckel, zafascynowana archiwalnymi obrazami, dokonuje ich dekonstrukcji. Puste strony książki zapełnia obrazami poddanymi manipulacjom. Tworzy własną – trzynastą – groteskową edycję publikacji.

Magda Hueckel, praca z cyklu 'Żenszczina'. (Fot. materiały prasowe) Magda Hueckel, praca z cyklu "Żenszczina". (Fot. materiały prasowe)

Oprócz uroczystych wernisaży i możliwości zwiedzania wystaw, będzie można wziąć udział w spotkaniach z artystami. Szczegóły wydarzeń znajdziecie na stronie www.warsawgalleryweekend.pl

  1. Kultura

Land art, czyli sztuka ziemi

„Granite Crossing
„Granite Crossing" [Granitowe skrzyżowanie] pokazywane w ramach Berlin Gallery Weekend (2019). (Fot. East News)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Richard Long, najsłynniejszy piechur sztuki współczesnej. Artysta, który idzie przez świat i zostawia za sobą ślady. Wystawa „Wiek półcienia” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej to dobry pretekst, żeby zainteresować się jego twórczością. 

Artystyczne mody zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale Richarda Longa ten problem nie dotyczy. Bo czy z mody może wyjść Ziemia – skała, glina, krajobraz – którą Long uczynił główną bohaterką, materią i tematem swojej twórczości?

Jak aktualna pozostaje jego sztuka, można się było przekonać w pierwszych tygodniach izolacji spowodowanej pandemią. Życie artystyczne zamarło wraz z całą resztą życia publicznego. Za zamkniętymi drzwiami Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie czekała gotowa wystawa „Wiek półcienia. Sztuka w czasach planetarnej zmiany”. Nie zdążyła się już otworzyć dla publiczności. Richard Long jest jednym z uczestników tej zamrożonej przez pandemię ekspozycji. Pokazywane jest na niej „Rzucanie kamieniem wokół szczytów MacGillycuddy’s Reeks”. Tytułowe szczyty to pasmo górskie w Irlandii, przez które w 1977 roku wędrował artysta. Jego przewodnikiem w tej wyprawie był kamień. Long znalazł go w górach i rzucił przed siebie, a następnie poszedł, by go podnieść i rzucić znowu – jeszcze dalej. Powtórzył tę operację 3628 razy, aż po trzech dniach okrążył całe górskie pasmo i odłożył kamień tam, gdzie go znalazł.

Po wyprawie sprzed lat zostało kilka fotografii, na których artysta zrobił rysunki. Przez pandemię nawet tej skromnej dokumentacji nie można było zobaczyć na żywo w murach MSN-u. Tymczasem praca Longa działa na wyobraźnię nawet mocniej w sytuacji, w której przez wiele tygodni główną, wręcz jedyną rozrywką ludzi na całym świecie stały się spacery.

„A Line in Norfolk” [Linia w Norfolk] z widokiem na Houghton Hall (2016). (Fot. BEW) „A Line in Norfolk” [Linia w Norfolk] z widokiem na Houghton Hall (2016). (Fot. BEW)

Nieszkodliwy dziwak

Cofnijmy się do połowy lat 60. Młody Richard Long (rocznik 1945), student prowincjonalnego college’u artystycznego w rodzinnym Bristolu, pewnej zimy rusza za miasto, by toczyć przed sobą śniegową kulę, a za sobą pozostawiać czarny ślad biegnący przez białe wzgórza. Utrwalony na fotografii rezultat tego działania przedstawił profesorom. Ci wezwali do szkoły rodziców i stanowczo poprosili, aby zabrać do domu studenta, który, jak sugerowali, nie jest do końca przy zdrowych zmysłach.

Wcale się tym nie zniechęcił. Przeciwnie, kontynuował swój marsz, a w 1967 roku wydeptał ścieżkę, która stała się jego przełomową pracą. Jadąc pociągiem na trasie Londyn  – Bristol, artysta wysiadł spontanicznie w połowie drogi i poszedł na łąkę. Chodził po niej w tę i z powrotem tak długo, aż zostawił w świeżej trawie wyraźny ślad, a następnie uwiecznił go na czarno-białej fotografii. Long studiował w tym czasie w Saint Martin’s School of Art w Londynie. W odróżnieniu od college’u w Bristolu w tej szkole trudno było kogokolwiek zaszokować ekstrawagancją. Problem w tym, że land art – sztuka ziemi – do której później zaliczano twórczość Longa, dopiero nabierał rozpędu, i to na razie tylko za oceanem, w ogarniętych kontrkulturową rewolucją Stanach. Także minimalizm i konceptualizm, kolejne nurty, z którymi krytycy wiążą dziś tego twórcę, nie cieszyły się jeszcze w brytyjskim świecie sztuki sławą. Dlatego zamiast na Wyspach, debiutancką wystawę solową Long zrobił w 1968 roku w Düsseldorfie, wówczas jednym z najciekawszych miejsc na artystycznej mapie Europy. W Anglii uważany za nieszkodliwego dziwaka, w Niemczech wędrowiec z Bristolu uznany został za rewelację.

 

Przez drogi i pola

Sukces, również komercyjny, uwolnił go od materialnych trosk życia codziennego i artysta mógł się poświęcić temu, co kochał najbardziej, czyli chodzeniu. W 1998 roku przemierzył na piechotę 1030 mile dzielące wysunięte najbardziej na południe i na północ krańce Wielkiej Brytanii. Marsz zajął mu 33 doby; każdego dnia Long układał przy drodze kamień, tworząc składającą się z 33 punktów, rozciągniętą na dystansie 1657 kilometrów linię przecinającą całą wyspę. Z kolei po słynnym „Five Day Walk” [Pięciodniowym marszu] z 1980 roku zostało sześć linijek tekstu, który Long umieszcza na ścianach galerii, jeżeli ktoś poprosi o wystawienie tej pracy. „Pierwszy dzień – dziesięć mil” – czytamy w pierwszej linijce. I dalej: „Drugi dzień – 20 mil. Trzeci dzień – 30 mil. Czwarty dzień – 40 mil. Piąty dzień – 50 mil. Z Totnes do Bristolu przez angielskie drogi i pola”.

Realista

Dziś już dobrze po siedemdziesiątce wciąż potrafi przejść z plecakiem 50 kilometrów dziennie i rozbić obóz w dziczy. „Moje kroki zostawiają ślad – mówi artysta. – Moje nogi niosą mnie przez krajobraz. To jakby mierzenie świata. Uwielbiam to połączenie z własnym ciałem”. Kiedy mówi takie słowa, brzmi jak performer, ale sam swoje prace opisuje w kategoriach rzeźby. Nie czyni przy tym różnicy między rzeźbami, które mają formę tekstu, krótkiej relacji z odbytego marszu, mapy czy rysunku, a monumentalnymi instalacjami, które układa w galeriach i miejscach publicznych. Tworzy je ze znalezionych patyków, rzecznych kamieni, fragmentów skał. Używa zawsze dwóch podstawowych form. Jedna to ścieżka, czasem biegnąca po linii prostej, innym razem po spirali. Druga forma to koło. Pierwsza symbolizuje drogę, druga miejsca, do których droga ta prowadzi. „Jestem realistą” – powiada Long pytany, do jakiego nurtu chciałby się zaliczać. I trudno się z nim spierać, bo czyż świat rzeczywiście nie składa się z miejsc i z dróg, które dzielą jedno miejsce od drugiego?!

„Berlin Circle”  [Berlińskie koło] w Muzeum Sztuki Współczesnej w  Hamburger Bahnhof (1996). (Fot. BEW) „Berlin Circle”  [Berlińskie koło] w Muzeum Sztuki Współczesnej w  Hamburger Bahnhof (1996). (Fot. BEW)
W podobny sposób artysta podchodzi do malarstwa. Jego obrazy to najczęściej ogromne kręgi, które odbija na ścianach galerii własnymi dłońmi, niczym prehistoryczny malarz jaskiniowy. Zamiast farby używa błota, najchętniej pochodzącego z delty rzeki Avon, która uchodzi do morza w Bristolu. Long odbywał swoje artystyczne marsze na całym świecie, ale zawsze wraca do rodzinnego miasta. Koła z błota mają krótki żywot, po zakończeniu wystaw zostają zmyte i zamalowane. Long nie dba o materialną trwałość swoich dzieł, lecz o żywotność stojącej za nimi idei. To myśl o mierzeniu świata własnymi krokami, a także o tym, że gdziekolwiek człowiek się pojawi, tam zostawia ślad, ale ów trop jest ulotny. Mienimy się panami przyrody, ale w rzeczywistości jesteśmy, tylko i aż, przechodniami w pejzażu natury. To przesłanie, które Richard Long wydeptywał przez 50 lat, brzmi szczególnie aktualnie dziś. Kiedy to natura daje nam lekcję na temat kruchości świata, jaki sobie stworzyliśmy.

Skrzyżowanie w Houghton, 2016. (Fot. East News) Skrzyżowanie w Houghton, 2016. (Fot. East News)

Wystawa „Wiek półcienia. Sztuka w czasach planetarnej zmiany” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie trwa do końca sierpnia.

  1. Kultura

Nie tylko Indiana Jones i Han Solo – przegląd filmów z Harrisonem Fordem

Harrison Ford ma na koncie dziesiątki przeróżnych kreacji aktorskich, które stały się częścią amerykańskiej kultury masowej. Do takich zaliczamy m.in. Hana Solo z „Gwiezdnych wojen” oraz Indianę Jonesa. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum)
Harrison Ford ma na koncie dziesiątki przeróżnych kreacji aktorskich, które stały się częścią amerykańskiej kultury masowej. Do takich zaliczamy m.in. Hana Solo z „Gwiezdnych wojen” oraz Indianę Jonesa. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum)
Jego filmografia naprawdę robi wrażenie – weźmy chociażby same filmy o Indianie Jonesie, czy „Gwiezdne wojny”. Harrison Ford wielokrotnie wcielał się w kultowe postacie, jednak warto pamiętać też o innych, równie znakomitych kreacji aktorskich, które zapewniły mu międzynarodową sławę i trwałe miejsce w historii kina. Z okazji urodzin aktora przypominamy najważniejsze z nich.

”Gwiezdne wojny”

Gdy w 1975 roku George Lucas poszukiwał „nowych twarzy” do roli Hana Solo w „Gwiezdnych wojnach”, wśród kandydatów byli m.in. Sylvester Stallone, Bill Murray, Christopher Walken, Jack Nicholson, Al Pacino, Steve Martin i Chevy Chase. Lucas poprosił Forda o pomoc w przesłuchaniu: czytanie linijek z innymi aktorami oraz wyjaśnianie koncepcji i historii za scenami, które czytali. Lucas został ostatecznie przekonany i obsadził go w jednej z głównych ról. Film „Nowa nadzieja” (1977) odniósł ogromny sukces na całym świecie, stając się jednym z najbardziej kasowych filmów wszech czasów, a rola Hana Solo uczyniła z Forda supergwiazdę. Aktor z powodzeniem wystąpił też w dalszych częściach futurystycznej epopei: „Imperium kontratakuje” (1980), „Powrót Jedi” (1983), „Przebudzenie Mocy” (2015) i „Skywalker. Odrodzenie” (2019).

Filmy dostępne na: Premiery Canal+, Player, Apple TV, CHILI

Kadr z filmu „Gwiezdne wojny: Nowa nadzieja” (reż. George Lucas, 1977). (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Gwiezdne wojny: Nowa nadzieja” (reż. George Lucas, 1977). (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

„Indiana Jones”

Niebywałą popularność przyniosła mu także kreacja Indiany Jonesa w filmie „Poszukiwacze zaginionej arki” (1981), wspólnej produkcji Stevena Spielberga i George’a Lucasa. Chociaż Spielberg od początku był zainteresowany obsadzeniem w tytułowej roli Forda, to Lucas miał wątpliwości. Ustąpił, dopiero gdy Tom Selleck odrzucił ich propozycję. Film odniósł wielki sukces, a rola Forda przeszła do historii kina. W związku z tym, trzy lata później powstał prequel – „Indiana Jones i Świątynia Zagłady”, a w 1989 roku sequel – „Indiana Jones i ostatnia krucjata”. Seria filmów o niezwykłym archeologu stała się fenomenem i zyskała miano kultowych. Ford powrócił później do roli Indiany Jonesa grając mały epizod w serialu „Kroniki młodego Indiany Jonesa” (1992) oraz biorąc udział czwartym filmie z serii, „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” (2008).

Filmy dostępne na: Premiery Canal+, Player, Apple TV, CHILI, Amazon Prime Video

Harrison Ford jako Indiana Jones. Aktor wcielił się w postać nieustraszonego archeologa aż pięć razy – wystąpił w czterech filmach z serii i serialu „Kroniki młodego Indiany Jonesa”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)Harrison Ford jako Indiana Jones. Aktor wcielił się w postać nieustraszonego archeologa aż pięć razy – wystąpił w czterech filmach z serii i serialu „Kroniki młodego Indiany Jonesa”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)

„Łowcy Androidów”

W 1982 roku Harrison Ford zagrał w kultowym thrillerze science-fiction "Łowca androidów" w reżyserii Ridleya Scotta. Główny bohater filmu, członek specjalnego oddziału policji Rick Deckard, tropi i eliminuje replikantów, czyli istoty stworzone za pomocą biotechnologii do wykonywania niebezpiecznych zadań i kolonizacji innych planet. Rola ta bez wątpienia ugruntowała pozycję Forda w Hollywood. Co ciekawe, aktor nie był pierwszym wyborem do zagrania Deckarda. Pierwotnie angaż miał otrzymać Dustin Hoffman, jednak reżyser filmu uznał, iż nie przypomina on postaci „twardego gliniarza”.

Film dostępny na: Netflix, Apple TV

Kadr z filmu „Łowcy androidów” (reż. Ridley Scott, 1982). (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Łowcy androidów” (reż. Ridley Scott, 1982). (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

„Świadek”

Znacząca w karierze Harrisona Forda była również rola w „Świadku” (1985) Petera Weira, za którą aktor otrzymał swoją pierwszą, i jedyną jak do tej pory nominację do Oscara. Film opowiada historię młodego amisza Samuela Lappa, który podczas podróży z matką pociągiem staje się świadkiem morderstwa. Zabójcami okazują się skorumpowani policjanci, którzy od teraz podążają za chłopcem. Sprawę prowadzi natomiast nieustraszony John Book, którego zadaniem jest ochrona świadków zdarzenia. Mężczyzna musi zamieszkać w małym miasteczku amiszów, dostosować się do nowego stylu życia i zweryfikować swoje uczucia do matki chłopca.

Film dostępny na: Apple TV, CHILI

Kadr z filmu 'Świadek' (reż. Peter Weir, 1985). (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu "Świadek" (reż. Peter Weir, 1985). (Fot. BEW Photo)

„Czas patriotów”

W dorobku artystycznym Forda znajdują się zarówno ambitne kreacje dramatyczne, jak też role amantów i twardych, silnych facetów. W latach 90. aktor występował głównie w thrillerach i filmach akcji, jak na przykład „Czasie patriotów” (1992), gdzie zagrał Jacka Ryana, byłego analityka CIA, który trafia w sam środek zamachu terrorystycznego. Bohaterska interwencja mężczyzny ratuje życie wysoko postawionego urzędnika, ale ma też skutki uboczne - Ryan rani śmiertelnie jednego z zamachowców, brata przywódcy i organizatora zamachu. Teraz naszego bohatera czeka najtrudniejsza ze wszystkich misji: walka o życie swoje i swojej rodziny.

Film dostępny na: Apple TV, CHILI

Kadr z filmu „Czas patriotów” (reż. Phillip Noyce, 1992). (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Czas patriotów” (reż. Phillip Noyce, 1992). (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Stan zagrożenia”

Harrison Ford jako Jack Ryan pojawia się także w filmie „Stan zagrożenia” (1994). Tym razem będący już wicedyrektorem CIA bohater zostaje uwikłany w wojnę przeciwko narkotykom. Jego zadaniem jest rozprawienie się z handlarzami, którzy zamordowali bliskiego przyjaciela prezydenta. Ryan próbuje postępować zgodnie z prawem, ale Biały Dom nie grzeszy cierpliwością, a jeden z doradców aranżuje nielegalną akcję wojskową. Nikt jednak nie wie, jak daleko sięgają macki kokainowej mafii. Oddział wysłany do kolumbijskiej dżungli zostaje rozbity, a zleceniodawcy operacji wikłają się w układy z mafią. Kiedy zawodzą środki prawne, Ryan podejmuje działania na własną rękę.

Film dostępny na: Apple TV, CHILI

Kadr z filmu „Stan zagrożenia” (reż. Phillip Noyce, 1994). (Fot. Paramount Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Stan zagrożenia” (reż. Phillip Noyce, 1994). (Fot. Paramount Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Ścigany”

Ważnym momentem w karierze Forda był również występ w „Ściganym” (1993), remake'u popularnego serialu. Aktor wciela się tu w dr Richarda Kimble, szanowanego chirurga z Chicago, który zostaje niesłusznie oskarżony o morderstwo żony. Jedynym wyjściem, aby udowodnić swą niewinność, jest dla niego ucieczka i odnalezienie prawdziwego zabójcy. Bohater rozpoczyna więc śledztwo na własną rękę. W pogoni za nim wysłany zostaje najlepszy i najbardziej wytrwały śledczy – obsesyjny detektyw Sam Gerard, który nie spocznie, dopóki nie pojmie uciekiniera. Film trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty – nie będziecie zawiedzeni.

Film dostępny na: Netflix

Kadr z filmu „Ścigany” (reż. Andrew Davis, 1993). (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Ścigany” (reż. Andrew Davis, 1993). (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

„Frantic”

Aktor miał też okazję zagrać u polskiego reżysera, Romana Polańskiego. Film „Frantic” (1988) przedstawia opowieść, w której sentymentalna podróż do Paryża zamienia się w prawdziwy koszmar. Gdy żona dr Richarda Walkera znika bez śladu, mężczyzna przeczuwa, że było to porwanie. Zanim jednak odkryje, kto i dlaczego uprowadził jego ukochaną, musi zmierzyć się z nietypowymi wyzwaniami. W desperackiej wędrówce ku prawdzie towarzyszy mu piękna Michelle, która, jak się wkrótce okazuje, w jego towarzystwie nie znalazła się przypadkowo… Zdecydowanie warto obejrzeć, nie tylko dla roli Forda.

Film dostępny na: Apple TV

Kadr z filmu „Frantic” (reż. Roman Polański, 1988). (Fot. The Mount Company/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Frantic” (reż. Roman Polański, 1988). (Fot. The Mount Company/Entertainment Pictures/Forum)

  1. Kultura

Nowości książkowe – polecamy na lato

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Wakacje to dobry moment, aby odłożyć telefon na półkę i zatopić się w tradycyjnej lekturze. Polecamy książki, po które warto sięgnąć.

Dziwny ten świat

Ottessa Moshfegh „Tęsknota za innym światem”, Pauza, s. 304.

To opowiadania dla każdego, kto choć raz poczuł, że odstaje, że nigdzie nie pasuje.

Wyrozumiała jest dla swoich bohaterów Ottessa Moshfegh, Amerykanka, córka Chorwatki i Irańczyka. A jej wyrozumiałość przejawia się w tym, że autorka, choć bywa też okrutna, oszczędza im moralizowania.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Jest tu historia nauczycielki w katolickiej szkole, która ucieka w alkohol („Około dziesiątej wieczorem przerzucałam się na wódkę i udawałam, że uszlachetniam się za pośrednictwem książki albo jakiejś muzyki, tak jakby Bóg miał wpaść i sprawdzić, co u mnie”). Jest „wiceprezeska dublerka”, reprezentująca firmę na spotkaniach, gdyż jej szef „wygląda jak pasterz kóz”. Jest para „dziwadeł”: on, niespełniony aktor, wypatrujący znaków od kosmitów, podejrzliwy i przesądny; i ona, która go nie znosi, ale i nie porzuca.

Bohaterowie są, owszem, oryginałami. Jak my wszyscy, czasem tylko bardziej, i to nam Moshfegh chce przekazać, bo: „Życie bywa czasami bardzo dziwne, a wiedza o tym nie umniejsza dziwności”.

Ottessa Moshfegh „Tęsknota za innym światem”, Pauza. (Fot. materiały prasowe)Ottessa Moshfegh „Tęsknota za innym światem”, Pauza. (Fot. materiały prasowe)

Ciemno, prawie noc

Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, Wydawnictwo Literackie, s. 272.

Ten debiut najpierw cieszył się ogromną popularnością w Holandii, a w zeszłym roku przyniósł Rijneveld międzynarodowego Bookera. Celowo nie piszę „autorce” czy „autorowi”, bo mówimy o osobie niebinarnej, nieidentyfikującej się z żadną z płci. To książka pisana z perspektywy dziecka, ale niezwykle mocna. Narratorką jest tu dziesięcioletnia Jas, alter ego Rijneveld. Po tragicznym wypadku jej brata Matthiesa reszta rodziny traci ze sobą łączność. Rodzice uciekają w religię, Jas dorasta samopas. „Niepokój…” jest zachętą, żeby zajrzeć w mrok, bo też bez tego nie da się go obezwładnić.

Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe)Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe)

Po drugiej stronie

Andrzej Stasiuk „Przewóz”, Czarne, s. 400.

W „Przewozie” nie ma drogi, stałego motywu Stasiuka. Jest rzeka, która oddziela Niemców od Sowietów, stając na przeszkodzie uciekinierom. Lubko pomaga im przeprawić się na drugi brzeg. Tylko czy gdzieś dalej czeka ziemia obiecana? To opowieść wojenna, w której nie ma przegranych i zwycięzców, a ludzie strzelają bez przekonania. Wojna jest realistyczna i nie ma sensu. To pierwsza od dziesięciu lat powieść Stasiuka, wyczekiwana, o której głośno było już przed premierą. I nie zawodzi pokładanych w niej nadziei.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Dom rodzinny

Ann Patchett „Dom Holendrów”, Znak Literanova, s. 336.

Patchett, która swego czasu znalazła się na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie według „Time’a”, jak mało kto potrafi uchwycić upływ czasu. Mija półwiecze, zmieniają się ludzie, nie zmienia się tylko ten dom. Nazywany jest Domem Holendrów (jesteśmy w Ameryce) ze względu na pochodzenie pierwszych właścicieli, wciąż jakoś tutaj obecnych. Tu dorasta para bohaterów, Danny i Maeve, tu się poróżnili ich rodzice, tu tych dwoje poznało swoją przyszłą macochę. I tu Danny i Maeve po latach wracają. Jaki będzie ten powrót do korzeni?

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

„Jak wywołałem byłą żonę” z Judi Dench – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

„Jak wywołałem byłą żonę”. W rolach głównych Dan Stevens, Leslie Mann, Isla Fisher i laureatka Oscara Judi Dench w swojej najzabawniejszej roli od lat. 
(Fot. materiały prasowe M2 Films)
„Jak wywołałem byłą żonę”. W rolach głównych Dan Stevens, Leslie Mann, Isla Fisher i laureatka Oscara Judi Dench w swojej najzabawniejszej roli od lat. (Fot. materiały prasowe M2 Films)
Do kina weszła właśnie najgłośniejsza komedia tego lata. Gwiazda filmu, wspaniała Judi Dench, tylko nam zdradza, dlaczego ta produkcja ma dla niej wartość sentymentalną i, opowiadając o pracy na planie, wraca do swojej młodości i dzieciństwa.

– Propozycja, żebym zagrała Madame Arcati jest w pewnym sensie spełnieniem marzeń – mówi Dench siedząc w studiu, gdzie powstawała część zdjęć do filmu „Jak wywołałem byłą żonę”. Ta przyjemna komedia jest adaptacją teatralnej farsy brytyjskiego dramaturga Noëla Cowarda (1899-1973). Zgodnie z polskim tytułem (innym niż oryginalny „Blithe spirit”, czyli dosłownie „beztroska duszyczka”, choć u nas sztuka Cowarda znana jest jako „Seans”) to opowieść o wywołanym podczas seansu spirytystycznego duchu pierwszej żony. Duch wywołany zostaje przypadkiem, kiedy niejaki Charles Condomine, pisarz w kryzysie twórczym, wraca myślami do swojej nieżyjącej małżonki, muzy, źródła natchnienia i najlepszych literackich pomysłów. Nostalgia dopada go akurat w czasie prywatnej sesji wywoływania duchów prowadzonej przez cenione medium Madame Arcati. Efekt? Arcati ściąga panią Condomine z zaświatów, a Charles odzyskuje źródło natchnienia. Problem w tym, że w posiadłości państwa Condomine’ów rezyduje już druga żona. Czy można wysłać ducha z powrotem na tamten świat? A może lepiej próbować jakoś wytrwać w tak nietypowym trójkącie? Kto na tej sytuacji zyska a kto bezpowrotnie wszystko straci?

– Nie śmiem zdradzić, co jeszcze przydarzy się bohaterom, żeby nie psuć komuś zabawy – uśmiecha się Judi Dench. Ikona kina, słynna M. z serii o Bondzie, Królowa Elżbieta z „Zakochanego Szekspira” czy Evelyn Greenslade z „Hotelu Marigold”, o swojej najnowszej roli opowiada z rozbawieniem, ale i wzruszeniem, bo właśnie ta współpraca z kilku powodów miała dla niej wartość sentymentalną.

55-letniemu reżyserowi „Jak wywołałem byłą żonę” Edwardowi Hallowi na planie Dench cały czas powtarzała, jak bardzo przypomina on swojego ojca. Bo to właśnie ojciec Eda Halla był w karierze początkującej Judi Dench postacią kluczową. Peter Hall, wizjoner brytyjskiego teatru z doskonałą intuicją do wyłuskiwania aktorskich talentów, namówił młodziutką Judi, żeby opuściła dotychczasowy zespół Old Vic i grała u niego. Miał rację, to wtedy zaczęła się jej wielka sceniczna kariera, jej głośne szekspirowskie role, do których wkrótce dołączyły role filmowe.

– Poznałam Petera w roku 1962, przekonał mnie do rozwinięcia skrzydeł. Poznałam też wtedy jego rodzinę. Ed odziedziczył po ojcu talent. To takie osobliwe, bo „Jak wywołałem byłą żonę” jest przecież filmem o duchach i ja w pewnym sensie na planie widziałam nawet więcej niż ducha Petera w Edzie. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam tego doświadczyć.

(Fot. materiały prasowe M2 Films)(Fot. materiały prasowe M2 Films)

Judi Dench przyznaje również, że jest inne wydarzenie, którego nie może zapomnieć, a które przywołują pytania o najnowszy film z jej udziałem. Film, przypomnę, oparty na sztuce Noëla Cowarda, postaci na Wyspach bardzo znanej, w środowisku teatralnym wręcz legendarnej:

– Byłam wtedy bardzo młodą aktorką i kiedy akurat nie grałam spektakli w Old Vicu, znajomi pokazywali mi wszystko, co się da w Londynie. Jednego wieczoru obejrzałam w Teatrze Savoy jakąś adaptację sztuki Cowarda, być może chodziło nawet o „Seans”, tego już nie pamiętam, w każdy razie po spektaklu powiedziano mi, że muszę kogoś poznać. To był on, Coward, ujrzałam go na szczycie schodów. Podszedł do mnie, przedstawiono nas sobie, uścisnęliśmy sobie dłonie. Nigdy tego nie zapomnę, moja ręka pachniała potem jego wodą po goleniu. Chyba potem specjalnie nie myłam jej jakiś czas [śmiech]. Dla mnie to był magiczny moment.

I wreszcie, praca na planie nad filmem, którego akcja toczy się w latach 30. XX wieku była dla Dench podróżą sentymentalną aż do czasów, kiedy była dzieckiem. Kręcili we wnętrzach modernistycznej willi zbudowanej przed II wojną światową, wypełnionej meblami z tamtego okresu, imponujący jest też wybór kostiumów, z których część pochodzi z archiwalnych muzealnych zbiorów z lat 30.

– Pamiętam te czasy. Urodziłam się przecież w 1934 roku – dodaje aktorka – Mój ojciec był lekarzem, z moją mamą, Dublinianką, mieszkali w Yorku. Najpierw urodzili się moi bracia, potem ja. Dużą popularnością cieszyło się wtedy pewne medium, kobieta nawiązująca kontakt z duchami. Mój ojciec ją osobiście poznał, nie wiem, czy jako lekarz czy to on przyszedł do niej. To był dzień po moich narodzinach. Wiem, że owa kobieta powiedziała mu „Bardzo miło mi słyszeć o twojej córce Judith”. Ojciec nie wiedział jeszcze, jak będę miała na imię. I tak właśnie zostałam Judith [śmiech].

Na pytanie, czy wierzy w życie pozagrobowe, Dench odpowiada, że ciężko jest stwierdzić, że po drugiej stronie niczego nie ma, zwłaszcza biorąc pod uwagę niektóre rzeczy, które jej się przydarzyły: – Uważam, że jest cały świat zjawisk, o którego istnieniu nie wiemy.

Dodaje też, że właśnie teraz jest idealny moment na historie takie, jak ta z filmu. O duchach, o miłości aż po grób. Zaadaptowaną na potrzeby kina, ale i naszych czasów, bo twórcy filmu postarali się, żeby wątek rywalizacji między dwoma żonami miał pro kobiece przesłanie. O zmianach względem oryginału Dench mówi z szelmowskim uśmieszkiem: – Ktoś je pokocha, kto inny uzna ją za zbrodnię na oryginale.

Ważne, jak podkreśla, że widzowie mają szansę zapomnieć. O czym?

– O słowie na sześć liter – Judi Dench najpierw zniża głos, po czym zaczyna bezgłośnie sylabizować „c-o-r-o-n-a” – Którego specjalnie nie wypowiem na głos.

I trudno nie przyznać jej racji. „Jak wywołałem byłą żonę” to film skutecznie poprawiający humor. Angielskie niebo wygląda tu jak niebo nad Toskanią, do tego dochodzą intensywnie kolorowe stroje, wnętrza i pocztówkowe krajobrazy, na czele z nieziemsko Białymi Klifami z Dover. Dzieje się dużo i szybko, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, a w finale sprawiedliwości staje się zadość. Przyłączam się do rekomendacji Judi Dench: skoro mamy lato, niech więc będzie lekko i przyjemnie.