1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Peter Pabst - Czarna dziura po Pinie

Peter Pabst - Czarna dziura po Pinie

mat.prasowe
mat.prasowe
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Po śmierci Piny Bausch powstała wielka czarna dziura w jej zespole - mówi dla Zwierciadło.pl jej najbliższy współpracownik, światowej sławy scenograf Peter Pabst. Film "Pina" - właśnie miał oficjalną polską premierę.

- Śmierć Piny Bausch przerwała przygotowania do filmu Wima Wendersa o niej samej i o jej sztuce. Jednak zarówno wy, zespół, jak reżyser - zdecydowaliście się kontynuować pracę nad „Piną”. Wygląda to trochę, jakbyście zaklinali rzeczywistość i tym filmem próbowali  przezwyciężyć jej śmierć.

- Musimy oddzielić mnie i resztę zespołu – kiedy ja mówię „my” mam na myśli zespół. Ale to, z czego ludzie nieczęsto zdają sobie sprawę to to, że ja nigdy nie byłem członkiem „zespołu”. Organizowałem im pracę, pracowałem z nimi i współtworzyłem go z Piną  - byliśmy w końcu bardzo blisko ze sobą, nazwałbym to wręcz związkiem symbiotycznym – ale ponieważ byłem z nią na innych zasadach niż tancerze, dla mnie jej śmierć oznaczała cos innego niż dla nich. Dla mnie oznaczało to po prostu, w bardzo jasny sposób, że nigdy nie zrobię już projektu z Piną Bausch. Dla zespołu była i jest to sytuacja z gatunku „być albo nie być” i „jak być?”. Ja miałem swoją pracę dla innych i taka jasność sytuacji była wręcz ulgą – oczywiście tylko w porównaniu do sytuacji tancerzy. A czy film pomógł? Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że tak. Dał tancerzom pewną nadzieję. Bo wyobraź sobie tę sytuację: jesteś tancerką w Tanztheater Wuppertal Pina Bausch, a Piny Bausch nagle nie ma. To jak bomba. Powstaje wielka czarna dziura. Nikt już nie będzie tak podziwiał tancerzy jak ona. Za ich siłę, za energię, za odwagę – i odwagę zwłaszcza w tej sytuacji, która, nota bene, zdarzyła się, kiedy byliśmy w Polsce z przedstawieniem. O jej śmierci dowiedzieliśmy się w Polsce, mamy więc swoją historię związaną z tym krajem.

- Wygląda na to, że nie tylko ty, lecz wszyscy ludzie w zespole byli – równie symbiotycznie – związani z Bausch. Sam film pokazuje niesamowitą strukturę relacji w Tanztheater, nie „pracowniczą”, bardziej rodzinną…

…to gang! Gang niezwykłych, cygańskich postaci. Każde z nich z ogromnym talentem, który Pina tylko uwypuklała. Każde z nich było w niezwykłej relacji z nią. Co ciekawe, stosunki pomiędzy nimi są bardzo skomplikowane - to przecież grupa indywidualistów, a nie balet, gdzie musisz mieć podobne do siebie, prawie powielone, egzemplarze wykonawców. Pina kultywowała ideę indywidualizmu. Opierało się to na miłości, czułości, lęku, zaufaniu – wszystkie te uczucia tam się mieszały i dopiero to było kompletne. I dlatego jest teraz po niej taka czarna dziura.

- Pina była w każdym z nas, albo wszyscy byliśmy częścią Piny – mówi jeden z tancerzy na filmie.

- I to prawda. Oni byli jej wielką częścią.

- Ale jakim sposobem tak wielu uczuć i taka dawka geniuszu zgromadziła się akurat w niezbyt wielkim Wuppertalu? Można sobie wyobrazić cos takiego może w Nowym Jorku czy Paryżu, ale nieromantyczny Wuppertal?

- Tak, ale to tam mogła nastąpić odpowiednia hm… nie izolacja, lecz coś innego…

- Koncentracja?

- Koncentracja! Ta struktura była tak naprawdę bardzo przemyślana: zespól przez dwie trzecie swojego czasu był podróży a jedną trzecią spędzał w Wuppertalu. To była ich pożywka, zarówno te wyjazdy, jak i powroty. Z resztą Pina uwielbiała podróże, choć potwornie bała się latać – jak na osobę, która musiała tyle podróżować, było to niezwykłym paradoksem. Ona na cztery dni przed wylotem był chora! A wracając do zespołu - w Wuppertalu wszyscy byli skupieni po prostu na pracy i wiedzieli, że każda nowa premiera – musi się odbyć właśnie tam.

- Czy tancerze zmienili oblicze miasta?

- W pewien sposób tak, ale nie możemy być tak surowi dla Wuppertalu. To nie jest jakieś tam małe industrialne miasto w Niemczech. Tam naprawdę kultura jest niezwykle żywa i wychodzi prawie z każdego zakątka. Mamy tam znanych muzyków, rzeźbiarzy – tam jest jakaś niezwykła ilość „sekt” kulturalnych. I one wszystkie oceniały to, co robiliśmy z Piną. Obawiałem się tego zawsze, bo przecież z praca z Piną to było szaleństwo, niczym nie przypominające mojej zwykłej pracy.

- A kiedy projektujesz scenografie do przedstawień operowych, taka praca zakłada, że zazwyczaj pojawiasz się tak naprawdę zanim wszystko się zacznie. Czasem nawet trzy lata przed planowaną premierą. Nie poznajesz muzyków, artystów…

- … a jak zdarzy się wyjątek, że mogę dostarczyć projekt na półtora roku przed premierą to znaczy, że mam znajomości! Na tym przykładzie idealnie widać dwa światy: operę z jej rygorystycznymi zasadami i strukturami, gdzie pracuję bardzo konceptualnie i nie mam faktycznie styczności z zespołem. No i mamy Pinę, która w ogóle prace nad spektaklem zaczynała na trzy miesiące przed premierą. Nie  miała wtedy zazwyczaj nic: ani tytułu, ani muzyki, ani zamysłu. Nic, nic, nic. Każdego normalnego człowieka i scenografa doprowadziłoby to do szału!

- To co robiłeś w takiej sytuacji? Zadawałeś pytania?

- Na przestrzeni pierwszych pięciu lat jeszcze tak, bo byłem ciekaw, dokąd my w ogóle zmierzamy. „Pina, wiesz może o czym to będzie?” pytałem,  a ona niezmiennie odpowiadała „Próbuję się w siebie wsłuchać, ale na razie niczego nie słyszę, musi to być jeszcze we mnie czymś przykryte i nie wychodzi”. Po pięciu latach przestałem pytać. Ale oczywiście nie znaczy to, że w jej pracy była jakaś dawka przypadku. Nic takiego! Ona dokładnie wiedziała, czego chce - tyle, że nie mogła tego przełożyć na słowa. Oczywiście sprawiało to, że praca z nią była potwornie trudna, bo to trochę tak, jakbym zatrzymał kogoś na ulicy Warszawy i zapytał o drogę, ale nie znal nazwy miejsca do którego chcę dojść.

 

- Fascynujące jest oglądanie na filmie aktorów, którzy „słuchają” kobiety, która oprócz tego, ze pali jak smok, to jeszcze rzuca im jedną uwagę na trzy lata. Czy miała inny sposób komunikacji niż mowa?

- Komunikacja z Piną była bardzo intensywna, ale nie oznaczała rozmawiania. Przed nasza podróżą do Chin zostaliśmy poproszeni, żeby przyjechać wcześniej i wziąć udział w konferencji prasowej. Jeden z dziennikarzy zapytał mnie „Jak to działa między wami? Jak wy się w ogóle porozumiewacie?” A ja odpowiedziałem „Już dwadzieścia pięć lat ze sobą ‘rozmawiamy’, wiec nawet jeśli się jeszcze nie nauczyliśmy ze sobą gadać, to jest tak wielka ilość rzeczy, którą przeżyliśmy razem, obrazów, które obejrzeliśmy razem, tak wiele ze sobą dzielimy, że wygląda mi na to, że może po prostu nic nie musimy” a Pina przerwała mi – to był pewnego rodzaju komplement – i powiedziała „Mój drogi, my po prostu nigdy nie musieliśmy ze sobą dużo rozmawiać”. Komunikacja po prostu czasem przybiera zaskakujące postacie.

- Zaraz, ale przecież jednocześnie rozmawialiście godzinami!

- Prywatnie tak! Rany, ona gadała jak najęta. Ja też gadam strasznie dużo - ludzie się wręcz boją, że ich zagadam na śmierć - ale o pracy ani Pina ani ja nie lubiliśmy gadać. Nasza praca to było coś, na co się po prostu patrzyło. Warto dodać, że Pina przez dwadzieścia dziewięć lat naszej współpracy w żadnym wywiadzie nie wspomniała nigdy, co miała na myśli tworząc dany spektakl. Gdyby ludzie wiedzieli na co mają przyjść – nie miałaby po prostu frajdy z tego, co ludzie czują. A przecież jej spektakle podróżowały w tak wielu krajach i kulturach, ze mogła doświadczać wielkiej różnorodności reakcji i to ją cieszyło.

- Odgrywałeś ważną rolę w jej życiu i zespołu również dlatego, że objąłeś niejako tę „posadę” po wcześnie zmarłym partnerze Piny.

- I to oczywiście znów było bardzo skomplikowane i niełatwe. Oczywiście nie wkroczyłem tak po prostu i nie objąłem po nim miejsca. Kiedy Rolf Borzik odszedł, Pina była w trakcie tworzenia nowej produkcji. I dla niej jego śmierć to też była czarna dziura. Kiedy doszła już do siebie, zdała sobie sprawę, ze będzie potrzebować scenografa. Podejrzewam, że kontaktowała się również z innymi specjalistami w mojej dziedzinie, ale ze mną znała się już wcześniej. Bo z kolei ja pracowałem w teatrze w Bochum – małej miejscowości niedaleko Wuppertalu, która miała nieproporcjonalnie ważny teatr.  W latach 60, 70 i 80 oprócz świetnej sceny w Berlinie istniała druga – właśnie w Bochum, prowadził ją Peter Zadek. Ten bóg niemieckiego teatru był moim pierwszym reżyserem – trafiłem na niego, kiedy rzuciłem studia i nie miałem pojęcia o teatrze. Kiedy zacząłem z nim pracować, popełniłem chyba wszystkie błędy, które mogłem popełnić w karierze scenografa… Pewnego dnia spotkałem Zadeka w korytarzu teatru, powiedział „W Wuppertalu jest nowa, młoda choreografka, chce tam jechać i zobaczyć prowadzoną przez nią próbę. Chcesz jechać ze mną?”. Pamiętam że w Wuppertalu próbowali „Święto wiosny” a my usiedliśmy nieśmiało w kątku, popatrzyliśmy dwadzieścia minut i wyszliśmy. Nic nie zrozumiałem z tego, co zobaczyłem. On oczywiście potrafił to docenić i zaprosił Pinę do Bochum, żeby razem stworzyć sztukę opartą na Makbecie. Wtedy spotkaliśmy się po raz drugi i spędzaliśmy długie godziny wypijając kolejne beczki czerwonego wina, gadając do czwartej nad ranem KAŻDEJ nocy. Oczywiście nie tylko z Piną, również z Rolfem.

- Nigdy o pracy.

- Tak, i to bardzo pomogło po śmierci Rolfa. Pojechałem do niej, rozmawialiśmy i w ogóle nie byłem przekonany, że ta nasza współpraca będzie działała, ale zobaczyłem ją, załamaną tak jej tancerze teraz, po jej śmierci. A wtedy – krążyli wokoło niej jak wróżki, czy krasnoludki, po cichu o nią dbając. To było tak piękne: jeden z jej najważniejszych tancerzy, wielki wariat przyszedł do mnie i powiedział po cichu „Proszę, przyjedź”. Nogi się pode mną ugięły i oczywiście przyjechałem. No i łatwo nie było – do spektaklu zostało bardzo mało czasu. Wyrzuciłem ze sceny wszystko, co zawsze się tam znajdowało, odkryłem betonowe ściany i przeniosłem tam trawę – warstwę darni z łąki. Pomyślałem, że będzie to wyglądało jak betonowy budynek na łące. Postawiłem tam jelenia, sprzęt oświetleniowy, telewizory, kamery… i zadziałało. Pomogło mi doświadczenie w pracy z Zadekiem. Przed pracą nad jego spektaklami we dwóch zamykaliśmy się na tydzień w jego domu i oglądaliśmy setki zdjęć, obrazów, przesłuchiwaliśmy płyty – nikt nie mógł nam przeszkadzać. Po tym czasie wiedzieliśmy, że mamy to! To były piękne podróże w krainę marzeń - Abenteuerspaziergang. Ale podjęcie takiego marszu zakładało, ze wzięło się na siebie ryzyko „niewiedzenia”. Dzięki temu doświadczeniu wiedziałem, że również u Piny w każdym momencie coś możemy zmienić, wszystko inaczej ułożyć.

- Stworzyłeś z Piną najpiękniejsze scenografie wykorzystujące żywioły: miałeś na scenie wzgórze, wielką skałę, hektolitry wody…

- Tu się spotkaliśmy, w tym upodobaniu do żywiołów. Teatr to okropnie sztuczne miejsce, a moja rola - trochę "boska" - jest taka, by tam nagle umieścić wszystko, nawet światło. Więc kiedy wrzucisz na scenę naturalne elementy, zrekonstruujesz przyrodę – to od razu działa. Oczywiście nie jest to łatwe – woda jest ciężka, a technicy, gdy słyszą o wodzie w teatrze są jeszcze ciężsi... Ale to tarcie między chłodem teatru i ciepłem natury tworzy niezwykle sensualną scenografię.

- Która jest chyba niełatwa dla tancerzy.

- Tak, ale właściwie nic w teatrze Bausch nie było łatwe. Praca z nią opierała się na trzech kluczowych wartościach: wolność, ryzyko i zaufanie. To były fundamenty jej pracy. Wolność – choćby w tym, jak ochraniała swoją sztukę przed ograniczeniami, zasadami… Zawsze skupiała się na tym rodzaju ryzyka, które zakłada, ze nigdy się nie wie. To naprawdę niezwykłe – jeśli napotykała coś, co było istotne, a mogło całkowicie zmienić jej wizję – zawsze się na to decydowała.

- A w kontraście do tego – zaufanie?

- Każdy z jej tancerzy jej ufał. Każdy z nich mógł powiedzieć cokolwiek – jakkolwiek głupie by się to nie wydawało, małe, nic nieznaczące – zawsze było na to w Tanztheater miejsce. Pina tworzyła taką atmosferę, że tancerze nie bali się robić największych głupot, bo to było dla niej cenne, wnosiło coś nowego do przedstawienia. Druga rzecz, która była niezwykle ważna: tancerze wiedzieli, że Pina czy ja nigdy nie zrobimy niczego, co mogłoby zachwiać ich pozycję jako artystów. Więc wracając do twojego pytania o to, czy scenografie były niełatwe dla tancerzy – każdy, kto raz stąpał po piasku, wie jakie to trudne, a ja kiedyś wysypałem dziesięć ton soli na scenie, żeby stworzyć zimowy krajobraz. Wiec tak, pewnie niełatwo się na tym tańczyło przez parę godzin. Ale oni byli bardzo chętni, żeby podjąć  to  wyzwanie – nie oponowali, ale sprawdzali: gdzie tu jest droga. Podziwiam ich za to, że nie narzekali, a znajdowali rozwiązania.

- Pina podobno w trzy sekundy potrafiła rozszyfrować możliwości stworzonej przez ciebie scenografii.

- Zarówno ona jak i tancerze! To były najpiękniejsze chwile – kiedy oni „podbijali” moje dzieło, „najeżdżali” je.  Brali je w posiadanie i zyskiwało swoje życie.

- Mówisz, że tancerze byli przygotowani na trudności, a teraz stoją w obliczu chyba największej w swoim życiu. A ty?

- Na szczęście jestem pracoholikiem i choć nasza współpraca z Piną była niezwykle bliska i specjalna, stanowiła mniej więcej trzydzieści procent tego, co robię w życiu. Teraz tworzę dla opery i filmu. Mam więc uprzywilejowaną pozycję - i tym różnie się od tancerzy. Ale mam oczywiście z zespołem umowę. Są moją rodziną. I choć chcieli, żebym został dyrektorem artystycznym – nie zgodziłem się. Za to wiem dobrze, że czasem, ta moja rodzina, w której nie ma już mamy – potrzebuje tatusia. Nie zamierzam zastępować Piny, nikt jej nie zastąpi. I powiedziałem im – "Każdy z was od tego momentu musi się stać dyrektorem artystycznym tego teatru! I wziąć całkowitą odpowiedzialność za to, kim jesteście czy czym będziecie. Jeżeli z tym sobie nie poradzicie, to jesteście skończeni." No ale fakt, czasem wkraczam w roli taty i mówię - Nie no, nie róbcie tego czy tamtego błędu! I przypominam im zawsze jak wysoki był ich poziom, kiedy pracowali z Piną. Oczywiście dbam tez o moją działkę – czyli scenografie.

- One się zużywają?

- Oczywiście, do tego nie pasują do wszystkich miejsc, w których występują tancerze, trzeba je czasem zbudować na nowo. A przecież niektórych scenografii używamy już ponad dwadzieścia lat! Problemem jest tu nawet znalezienie podobnych materiałów – te z 1983 nie istnieją już w sklepach w 2011! To naprawdę trudne: ostatnio po całych Chinach szukałem specjalnego rodzaju sztucznych kwiatów, których już nie produkują!  Pracuję też nad produkcjami, żeby nie wyglądały jak starocie, zmieniam coś, żeby je odnowić. Nie ma w tym magii, tylko praca i troska.

- Obserwujesz  tak troskliwie tancerzy jak scenografie?

- Tak, z pewnego dystansu. Zawsze mogą się do mnie zwrócić o pomoc, a ja zawsze będę walczył o to, by ten teatr przetrwał. Taki talent jak Piny zdarza się raz na może dwieście lat. Mówię wszystkim: nie zapomnijcie, co mamy – największy skarb – czterdzieści sztuk, które ona stworzyła. Żebyśmy się zrozumieli: jeśli zespół zachowa standardy i będzie działał jak dotychczas – bez potrzeby „nowych kawałków – pokazując trzy tytuły rocznie sprawi, że osoba, która ma teraz piętnaście lat i pójdzie zobaczyć jedną z jej sztuk i będzie je oglądać regularnie - to ostatnią z nich zobaczy w dwudziestym ósmym roku życia! To nie sposób na przyszłość Tanztheater Wuppertal Pina Bausch, lecz ten pomysł może daje to, czego tancerzom teraz potrzeba: czas i ćwiczenie z cierpliwości. A wszyscy wiemy, jak cierpliwa była Pina. Raz zatrudniła tancerkę, ani ładną, bez fantazji. Pytaliśmy: czemu ona??? Trzy lata później siedziałem na próbie obok Piny, patrzyłem na te tancerkę i nagle wykrztusiłem „Co się jej stało, rusza się tak pięknie!” a Pina uśmiechnęła się pod nosem i rzuciła tylko „Warto było, czekać, co?”. To jest to, czego potrzebujemy. Cierpliwość. Aż przyjdzie czas, żeby coś zmienić.

Peter Pabst przyjechał do Polski na zaproszenie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Taniec, moja pasja. Czego uczy balet?

Kariera w balecie jest krótka i wymagająca poświęceń, a jednak dla wielu to spełnienie marzeń i plan na przyszłość. (Fot. Kuba Bączkowski)
Kariera w balecie jest krótka i wymagająca poświęceń, a jednak dla wielu to spełnienie marzeń i plan na przyszłość. (Fot. Kuba Bączkowski)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kariera w balecie jest krótka i wymagająca poświęceń, a jednak dla wielu to spełnienie marzeń i plan na przyszłość. Na co powinni być przygotowani, pytamy Dorotę Mentrak-Bączkowską, która przeszła drogę od zawodowej tancerki do właścicielki studia tańca.

Dorota Mentrak-Bączkowska przeszła drogę od zawodowej tancerki do właścicielki studia tańca. (Fot. Kuba Bączkowski) Dorota Mentrak-Bączkowska przeszła drogę od zawodowej tancerki do właścicielki studia tańca. (Fot. Kuba Bączkowski)

Czego, oprócz tańca, uczy  szkoła baletowa?
Dążenia do perfekcji i umiejętności panowania nad ciałem. Uczy porządku w głowie. A tak na co dzień uczy konsekwencji i niezłomności, niekończącej się pracy nad sobą.

To dążenie do perfekcji może być błogosławieństwem, ale i przekleństwem. Na zajęciach, które prowadzisz, mówisz, że baletnica zawsze patrzy dumnie, nawet jeśli się pomyli, nie okazuje, że się tym przejęła. Z jednej strony to może podnosić poczucie własnej wartości, z drugiej – być opresyjne. Masz udawać, że wszystko jest okay, nawet jeśli nie jest?
Przede wszystkim tancerka nie może dopuścić widza do nóg – to takie powiedzenie i motto zarazem. Oznacza, że bez względu na to, co nogi zrobią, czy się pomylę, czy przewrócę, nie daję tego po sobie poznać. Jeśli zachowam spokój i wdzięk – widz nie zauważy pomylonego pas. Wpływ, jaki miała na mnie szkoła i sam balet, zaczęłam zauważać i analizować, gdy przestałam zawodowo tańczyć. Bo kiedy funkcjonujesz w tym systemie, czyli uczysz się, potem idziesz do teatru, tańczysz, występujesz w spektaklach – właściwie nie masz czasu i przestrzeni, by się nad tym zastanawiać. Bardzo długo myślałam, że szkoła baletowa to świetna sprawa. Bo organizuje ci życie i karierę – po jej skończeniu masz zawód, a czasem też angaż. Uczy też dyscypliny życiowej, co zostaje na długo. Przyznaję, że kiedy przestałam pracować jako tancerka, przez pewien czas miałam problem z tym, by się odnaleźć. Po raz pierwszy nie miałam ułożonego grafiku i nikt za mnie nie decydował. Mogłam sama wybrać, co będę robić w ciągu dnia – to było dla mnie zaskakujące i straszne!

Czemu więc odeszłaś?
Bo czułam się zmęczona, znużona, czułam, że się duszę, nie rozwijam – artystycznie może tak, ale nie jako osoba. Wiem, że to było wypalenie zawodowe. Kilka sezonów w teatrze – wydaje się, że to krótki czas pracy, ale nikt nie liczy dziewięciu lat szkoły, która jednak oznaczała wyrzeczenie się normalnego życia. Zawsze marzyłam o podróżach, o tym, by było barwnie i ciekawie, nie chciałam spędzić całego życia w jednym teatrze – w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi, robiąc w kółko to samo.

Ty sama podjęłaś tę decyzję, za niektórych decyzję podejmuje życie. Emerytura po 40. roku życia lub wcześniej, po doznanej kontuzji. Trzeba wymyślić siebie na nowo.
Jakiś czas temu wcześniejsza emerytura została nam odebrana. Kiedy szłam do szkoły jako 10-letnia dziewczynka, jeszcze nam przysługiwała, ale potem wszystko zmieniła reforma, czym jako dziecko oczywiście się nie przejmowałam. Obecnie tancerze przechodzą na emeryturę w takim samym wieku jak osoby wykonujące inne zawody, mimo że to jest bardzo absorbująca i wykańczająca codzienna praca fizyczna. Za to program przekwalifikowania tancerzy jest dziś, jak słyszałam, o wiele lepszy i daje większe możliwości. Kiedyś tego nie było. W wieku czterdziestu paru lat, z wieloma sukcesami na koncie, zaszczytami i uwielbieniem publiczności, nagle kończyłaś karierę i stawałaś przed ścianą.

To okrutne: najpierw oklaski, a potem pustka. Schodzisz ze sceny, kiedy jeszcze wiele potrafisz.
Jest to okrutne, ale też nieuchronne. Sama obserwowałam, że dla wielu tancerek ze starszej kadry, kiedy przychodziły nowe roczniki i zajmowały ich miejsca przy drążku, było to bardzo trudne. Tym bardziej że one tańcowi poświęciły wszystko, często był ważniejszy niż rodzina, zdrowie, życie prywatne.

Codzienne wielogodzinne ćwiczenia, reżim diety i stylu życia – to wszystko jest tego warte?
Tym, czego tancerkom najbardziej brakuje, kiedy muszą odejść na emeryturę lub mają przerwę w karierze, są występy przed publicznością. Emocje, jakie wtedy czujesz, to jest coś, z czym niewiele rzeczy w życiu może się równać. Wychodzisz na scenę i masz jedną szansę, żeby dać z siebie wszystko. Najbardziej przejmujące są oczywiście występy solistyczne, choć kiedy tańczysz w zespole, też mocno to przeżywasz: czy wyjdzie pięknie, czy zatańczymy równo, w linii, w odpowiednich odległościach, czy zostanie zachowany prawidłowy rysunek, czy nikt się nie pomyli, czy nie wywróci – bo w takim „Jeziorze łabędzim” wielce prawdopodobny jest wtedy efekt domina. Ponadto przy trudniejszych choreografiach i długim czasie na scenie, jak na przykład w balecie „Bajadera”, modliłam się, żebym wytrzymała kondycyjnie i żeby brawa po zakończeniu naszej partii nie były za długie – wówczas nie mogłyśmy się ruszyć, chociaż każda z nas marzyła o zejściu za kulisy i odpoczynku. Nie wiem, czy każdy tego doznał, ale moim zdaniem wykonujemy ten zawód dla uczucia zapomnienia i euforii na scenie. Nie czujemy wtedy bólu, nerwów, zmęczenia i potu na skórze. Taka ekstaza potrafi trwać przez cały występ albo przez jego fragment. A co do diety – to w większości przypadków tancerki jedzą wszystko, a nawet jeszcze więcej! Moja dieta w szkole to pączek przed baletem albo batonik.

Nie tańczysz już zawodowo, ale uczysz tańca. Nie umiałabyś bez niego żyć?
Nigdy nie myślałam o żadnej innej ścieżce kariery, jedynie może o nauczaniu baletu, gdyż nauczyciele powtarzali, byśmy miały opcję następnego zawodu, gdy kariera na scenie się zakończy. Dziś jestem sobie bardzo wdzięczna za to, że chociaż dostałam zaraz po szkole angaż w Teatrze Wielkim, nie przerwałam edukacji i zrobiłam studia pedagogiczne na wydziale tańca. Moje koleżanki, które nie podjęły takiej decyzji, często po trzydziestce i po urodzeniu dziecka musiały zadać sobie pytanie: i właściwie co teraz? Dla jednych ciąża była zmianą perspektywy, szansą na łyk normalnego życia, dla innych to mógł być koniec kariery. Nie dlatego, że tancerka po urodzeniu dziecka nie jest zdolna do pracy – wręcz przeciwnie, może tańczyć nawet lepiej. Niestety, nie zawsze czeka na nią etat, konkurencja jest duża, a roszady w zespole bardzo częste.

Kiedy odeszłam z zespołu, miałam okres totalnej wolności. Najpierw się nią zachłysnęłam, a potem zaczęła mnie uwierać. Zrozumiałam, że muszę ćwiczyć. Chciałam to robić po raz pierwszy tylko dla siebie. Zaczęłam uczyć najpierw dzieci, potem grupy dorosłych. W tym samym studiu baletowym, w którym pracowałam, zaczęłam też ćwiczyć jako kursantka – i sprawiało mi to ogromną frajdę. Czułam, że gdy poćwiczę, od razu robi mi się lepiej – fizycznie i psychicznie. Taniec był i jest moją terapią, i tak to już chyba zostanie. Kiedy go w moim życiu nie było, czułam się bardzo nieszczęśliwa. Mimo że byłam młodą, zdrową i pełną życia kobietą. Sądzę, że zawsze podświadomie dążyłam do tego, żeby mieć własne studio tańca, dokładnie takie jak to, które teraz prowadzę, w którym sama tańczę dla przyjemności i uczę tańczyć dla przyjemności innych.

Taniec więc pozostał. Dążenie do perfekcji też?
Charakterologicznie zawsze miałam do niego predyspozycje, szkoła je tylko wzmocniła. Zawsze uważałam to za pozytywną cechę. Aż do ostatniego roku studiów. Oprócz obrony pracy magisterskiej miałam zrobić dyplom taneczny na wybranej klasie, czyli ułożyć cały program lekcji i poprowadzić ją jako nauczyciel. To mnie przerosło. Do tego stopnia, że wzięłam urlop dziekański. Po prostu uważałam, że moje ćwiczenia nie są wystarczająco dobre, że nie mogę ich nawet pokazać swojej pani profesor. Wpadłam w depresję, prawdopodobnie spowodowaną ogromną zmianą w życiu. Rzuciłam taniec. Dopiero gdy dałam sobie czas, odpoczęłam i wróciłam do siebie, przy ogromnym wsparciu mojej mamy, a także dzięki wsparciu kilku nauczycieli uniwersytetu podeszłam ponownie do dyplomu. To dało mi wiele do myślenia. Od tego momentu bacznie siebie obserwuję i stopuję w zapędach perfekcjonistycznych. Wiem, że to zostanie we mnie na zawsze i że muszę mówić sobie: „Spokojnie, Dorota, zrobisz to w swoim czasie albo i nie. Odpuść”. To dla mnie duże wyzwanie, nie przywykłam sobie odpuszczać!

Prowadzisz zajęcia z baletu lub z elementami baletu dla amatorów. To dobrze, że balet staje się bardziej egalitarny, mniej elitarny?
Osobiście nie znam żadnych negatywnych opinii – także wśród tancerzy – na temat uczenia baletu dorosłych. Choć uważam, że jest pewne ryzyko, kiedy do prowadzenia grupy dorosłych amatorów (nie lubię tego określenia, ale używam go, bo nie ma lepszego) zabiera się ktoś, kto uczył tańca klasycznego jedynie dzieci. Takiemu nauczycielowi może się wydawać, że ustawi i ułoży swoich podopiecznych tak samo skutecznie i szybko jak 10-letnie dzieci, których ciała są elastyczne, podobnie jak ich mózgi. Dorośli mają już swoje ograniczenia, fizyczne i psychiczne. Swoje ambicje, blokady, ale i swoje schorzenia czy konkretnie ukształtowane sylwetki. O tym trzeba pamiętać. Poza tym to może być piękna przygoda, spełnienie marzeń i wielki rozwój.

Czyli nie oczekujesz, że zrobisz z nich profesjonalny zespół?
Oczywiście, że nie, choć bardzo bym chciała, by czuli się zespołem i mogli też wystąpić przed publicznością. Ale jeszcze nam się to nie udało. W tym roku przeszkodził nam COVID-19.

Jak bardzo dał ci się we znaki? Kiedy rozmawiałyśmy w lutym o technice barre body, żadna z nas nie przypuszczała, że w marcu zamkną się studia tańca.
Największym wyzwaniem było szybkie odnalezienie się w nowej sytuacji. Jak większość miejsc, które nie mogły sobie pozwolić na zawieszenie działalności na kilka miesięcy, musieliśmy szybko przerzucić się na uczenie online. Początkowo byłam sceptyczna, bo w tańcu klasycznym nauczyciel musi mieć kontakt fizyczny z uczniem, by poprawiać jego postawę, zwracać uwagę na błędy i szybko dokonywać korekty. Ale zrozumiałam, że dla ludzi ważne jest, by mieli kontakt z tańcem, by przypomnieć im kombinacje i sekwencje ćwiczeń. Oczywiście powróciła myśl, że te lekcje są dalekie od ideału (śmiech), że nie mam sprzętu i doświadczenia w tego typu nagraniach, dużym wyzwaniem kondycyjnym było też ćwiczenie i mówienie jednocześnie przez całe zajęcia. Ostatecznie jednak to się bardzo dobrze sprzedawało, a mnie dawało ogromną satysfakcję. Ludzie z innych miast pisali, że wreszcie mogą wziąć udział w moich zajęciach, i to bez ruszania się z domu. Inni dziękowali za to, że daje im to namiastkę normalności albo że mogą spróbować czegoś nowego, o czym od dłuższego czasu myśleli. Czułam tak samo i powiem ci, że właśnie dopiero podczas pandemii udało mi się zrealizować kilka niespełnionych marzeń...

Jakich?
Patio! Przy „Kulturze Fizycznej” od początku znajdowało się patio, które jednak wymagało gruntownego remontu. A mnie zawsze marzyły się treningi na otwartej przestrzeni. I właśnie wtedy, kiedy nie miałam na to pieniędzy i kiedy przyszłość studia nie była pewna, z pomocą rodziny, znajomych i naszych stałych klientów, ale też po prostu osób życzliwych temu miejscu, udało się zebrać potrzebną sumę i wspólnie odnowić tę przestrzeń. Pamiętam pierwsze zajęcia, które odbyły się na wyremontowanym patio. Wszyscy byliśmy przejęci tym, że nam się udało i że wreszcie ćwiczymy razem, a nie zamknięci w domach i już nie tak przerażeni jak na początku pandemii. Generalnie jestem pozytywnie nastawiona do życia i wyzwań, ale przyznaję, że to był bardzo trudny czas: bałam się, czy przetrwamy, czy ludzie będą przychodzić, czy wrócimy na salę ćwiczeń. Ostatecznie uważam jednak, że wspólnie daliśmy cudownie radę. Zawsze też marzyłam, a jednocześnie bałam się, że kiedyś przyjdzie na zajęcia więcej osób, niż mam drążków. I to zdarzyło się po raz pierwszy dopiero niedawno. Byłam w szoku. Pozytywnym. Szybko jednak przypomniałam sobie, jak to robiliśmy w szkole, i podzieliłam wszystkich na grupy, ćwiczyliśmy tak jak ja w pierwszej klasie szkoły baletowej.

Masz dwie kilkuletnie córeczki. Jak zareagowałabyś, gdyby jedna z nich chciała pójść do szkoły baletowej?
Przyznaję, miałam już na ten temat przemyślenia. Helenka, moja starsza córka, ma teraz 6,5 roku. Jakiś czas temu zauważyłam, że balet nie tylko sprawia jej przyjemność, ale też ma do niego predyspozycje, większe niż ja w jej wieku. Zaczęła przychodzić na zajęcia dla dzieci, które prowadziłam. Bardzo jej się podobały, nie chciała z nich wychodzić, często zostawała na kolejne. Zaczęłyśmy rozmawiać o tym, że lubi tańczyć i że chciałaby to robić. Teraz temat trochę odsunął się na dalszy plan, bo pojawiły się koleżanki, mody i wspólne zabawy. Obecnie Helenka chce zostać superbohaterką. Trochę się więc uspokoiłam.

A nie: rozczarowałam?
Jeśli chciałaby zostać baletnicą, oczywiście bym ją wspierała. A jednocześnie obawiała się o nią, bo o ile ma predyspozycje fizyczne, o tyle psychicznie jest zbyt wrażliwa i empatyczna, nie wiem, czy dałaby sobie radę z ciągłą krytyką. Balet wymaga wielu poświęceń, to nie byłoby już dla niej beztroskie dzieciństwo. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak by moje życie wyglądało, gdybym nie poszła do szkoły baletowej, ale czasem wyobrażam sobie, jak by wyglądało, gdybym poszła do innego teatru. Na przykład jakiegoś poza Polską. Kiedyś była jedna słuszna ścieżka rozwoju dla młodej tancerki – Teatr Wielki. Wmówiono mi, że to jest moje marzenie, najlepsze i najpiękniejsze. Dziś jest o wiele większa gama możliwości, do tego można się szkolić poza szkołą baletową.

Yuka Ebihara, solistka Teatru Wielkiego w Warszawie, robiła studia, a jednocześnie chodziła na zajęcia baletu.
No właśnie. Jest możliwa kariera w balecie bez pokonania klasycznej drogi. Weźmy Misty Copeland, która zaczęła uczyć się baletu jako nastolatka i miała po drodze mnóstwo problemów i przeszkód, w tym brak środków na edukację, atletyczną budowę czy choćby kolor skóry, w balecie do niedawna mniej tolerowany. Obecnie jest pierwszą w historii i jedyną afroamerykańską prima baleriną American Ballet Theatre i jednocześnie wzorem dla wielu dziewczynek i kobiet. Uważam, że szkoła baletowa daje dużo możliwości, ale też niczego nie gwarantuje, a wiele odbiera. Swoją pasję do tańca można realizować bez niej, bez względu na wiek.

Dorota Mentrak-Bączkowska, pedagog baletu, tancerka, choreografka, ukończyła Ogólnokształcącą Szkołę Baletową im. Romana Turczynowicza w Warszawie oraz studia pedagogiczne na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Prowadzi kobiece studio ruchu „Kultura Fizyczna” w Warszawie.

  1. Styl Życia

Co nas pociąga w balecie? Rozmowa z Iriną Kolganovą - instruktorką fitnessu

Irina Kolganova prowadzi zajęcia z pilatesu baletowego w Akademii Sound Therapy soundtherapy.pl (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy)
Irina Kolganova prowadzi zajęcia z pilatesu baletowego w Akademii Sound Therapy soundtherapy.pl (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy)
Przyciąga na swoje zajęcia dziewczyny, bo wszystkie chcą wyglądać jak ona - mieć superwyprostowaną sylwetkę i emanować gracją.

Irina Kolganova urodziła się w Irkucku, absolwentka Rosyjskiej Akademii Kultury i Sztuki. Od ponad 10 lat mieszka w Polsce. Jest instruktorką fitnessu. W Akademii Sound Therapy w Warszawie prowadzi zajęcia z pilatesu baletowego.

Co pilates i balet mają ze sobą wspólnego? Całkiem sporo - cały sekret piękna baletnic tkwi w połączeniu ich siły i delikatności. To umiejętność zgrania mocy mięśni głębokich korpusu z precyzyjnymi ruchami nóg oraz delikatnymi ruchami rąk i głowy. Harmonia siły, precyzji i wdzięku - to jest istota treningu baletowego. Na zajęciach pilatesu również pracujemy z mięśniami głębokimi, stabilizujemy sylwetkę, wzmacniamy kręgosłup. Na pilatesie baletowym dokładamy do tego elementy z baletu.

Balet stał się w Polsce bardzo modny - nie tylko wśród małych dziewczynek, również  dorosłych kobiet. W dużych miastach jak grzyby po deszczu powstają klubu barre, w grafikach pojawiają się zajęcia z fitnessu baletowego. Kiedy wyjeżdżałam z Rosji ponad 10 lat temu to zjawisko tam było już bardzo dobrze znane. Balet był modny wśród dorosłych i w klubach fitness. Sama prowadziłam indywidualne lekcje z baletu dla dorosłych zamożnych Rosjanek.

Czego szukały na tych lekcjach? Był to dla nich po prostu dobry trening kondycyjny, kształtujący sylwetkę, ujędrniający ciało. Dodatkowo balet w Rosji jest niezwykle elitarną dyscypliną - treningi indywidualne na pewno były dla tych pań bardzo nobilitujące. Myślę jednak, że atrakcyjność baletu - nawet w takim amatorskim, rekreacyjnym wydaniu - polega na tym, że ćwicząc go, można poczuć się bardzo kobieco. Jestem przekonana, że robiąc baletowe figury każda dziewczyna może odkryć swoją delikatność, zmysłowość, grację… Zwróć uwagę, że baletnice wyglądają tak, jakby były zawieszone w powietrzu, są trochę oderwane od Ziemi. Na scenie wygląda to pięknie - szczupłe, lekkie i powabne ciała fruwają a jednocześnie czujemy, że są bardzo silne. Może również to pociąga kobiety w balecie…

Tańczysz od dziecka? Tak. Od 7 roku życia tańczyłam w lokalnym zespole. Każdy z mojej podstawówki „coś” tańczył, albo grał na jakimś instrumencie. Pochodzę z małej miejscowości na Syberii. W Rosji tak jest, albo raczej było, że dzieci w ten sposób spędzały wolny czas. Poza tym, w tamtym czasie w telewizji były tylko dwa kanały: wiadomości i kultura. W programie kulturalnym można było zobaczyć opery, balet czy jazdę figurową na łyżwach. W moim domu oglądało się przeważnie balet. Jest on częścią naszej rosyjskiej kultury, dumy narodowej.

Irina Kolganova (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy) Irina Kolganova (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy)

Wybór studiów nie był dla Ciebie trudny? Był dość naturalny. Po liceum tanecznym, ukończyłam Akademię Kultury i Sztuki w Ułan Ude - to uczelnia, która kształci przyszłych tancerzy, baletmistrzów, choreografów. Po studiach pracowałam z dziećmi, byłam nauczycielką tańca dla dzieci.

Teraz pracujesz z dorosłymi. Przyznaję - jest dużo łatwiej. Po przyjeździe do Polski próbowałam uczyć baletu dzieci, ale troszkę zaskoczyło mnie tutejsze, zupełnie inne, podejście do tematu. Większość szkółek baletowych jest po prostu sposobem na miłe spędzenie czasu wolnego przez dzieci. Ciężko wprowadzić dyscyplinę na zajęciach. Zaskoczył mnie też fakt, że rodzice mogą obserwować trening, przebywać na sali. Nie oceniam tego, ale instruktorowi to nie ułatwia zadania. W Rosji jest zupełnie inaczej - nawet jeśli rodzice wiedzą, że ich dziecko nie trafi na deski teatru Balszoj.

Tęsknisz za baletem? Za tańcem klasycznym? Im jestem starsza, tym bardziej tęsknię. Najbardziej brakuje mi ćwiczeń przy muzyce klasycznej granej na żywo. Dźwięki wydobywające się z pianina na sali treningowej połączone z ruchem mają terapeutyczne działanie. Dlatego zachęcam wszystkich do ćwiczeń, zwłaszcza w trudnych czasach.

 

  1. Psychologia

Twoja relacja z ciałem - czy dobrze się w nim czujesz?

Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jaki jest najbardziej niedoceniany naturalny zasób na ziemi? Nasze ciała. Mają niemal nieludzką cierpliwość. Znoszą to, że je źle karmimy, krytykujemy ich wygląd, wyczerpujemy do granic możliwości pracą. O ile mniej stresująco by się nam żyło, gdybyśmy zawarli z nimi pokój i zaczęli traktować je, jak żywe, czujące istoty, którymi przecież są – mówi Caroline Carey, trenerka Movement Medicine.

Ciało może być zasobem w walce ze stresem?
Podstawowym. Ale nie podoba mi się tak sformułowane pytanie. Rozumiem, że to terminologia coachingowa, ale mimo wszystko wolałabym rozmawiać o ciele jako jednym z najcenniejszych darów, jakie otrzymaliśmy, przychodząc na świat. Mówienie o zasobach za bardzo przypomina eksploatację, czyli to, co zwykle z ciałem robimy. Uważamy je za oczywistość, coś, co ma nam służyć. Myśląc w ten sposób, dajemy sobie prawo, by je wykorzystywać, a w rezultacie nadużywać go, zupełnie jakby było czymś podrzędnym, od nas niezależnym, a nie żywym, czującym tworem, najbardziej oczywistą częścią nas samych.

Myślałam o tym, jak mało we mnie wdzięczności dla mojego ciała. Zmuszam je do pracy, źle je karmię, nie śpię tyle, ile powinnam. A ono cały czas mi służy.
Traktujemy ciało tak, jakby było niezniszczalne. Nie szanujemy go. Podobnie zresztą postępujemy z Ziemią. Dla mnie to się łączy. Sprzyja temu nasza konsumpcyjna kultura, ale przede wszystkim antropocentryczne podejście. Fakt, że człowiek stawia siebie ponad wszystkimi innymi istotami, a ducha nad materią – ciałem. Głowa, czyli rozum, rządzi wszystkim i widać, do czego to prowadzi. Zasoby są na wyczerpaniu. Szczególny wpływ na nasz stosunek do ciała ma religia. Wychowałam się w Irlandii i choć byłam protestantką, chodziłam do katolickiej szkoły. Tam słyszałam, że ciało jest siedliskiem żądz, czyli zła, grzechu, że mam je zakrywać, by nie kusić chłopców. Moja mama była pruderyjna, nie rozmawiała ze mną o kobiecej fizjologii, seksualności. Jak wiele dzisiejszych kobiet wyrosłam w poczuciu wstydu, winy, strachu przed własnym ciałem i jego chęciami. Dziś to nieco złagodniało, ale nadal ciało jest jedynie mniej ważnym opakowaniem dla ducha.

Mam wrażenie, że dziś przesadzamy w drugą stronę, bo opakowanie zdaje się ważniejsze niż zawartość. Należy za wszelką cenę mieć ciało młode, gładkie, jędrne, szczupłe...
Coś jednak łączy te pozornie sprzeczne podejścia: w obu ciało traktowane jest przedmiotowo. Na skutek takiego myślenia większość ludzi jest od ciała odcięta i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Sama doświadczałam tego przez lata. W dzieciństwie byłam molestowana seksualnie przez dziadka. Nie umiałam sobie poradzić z sytuacją, więc uciekałam z ciała, odcinałam się od uczuć i żyłam w świecie fantazji. Całe szczęście uwielbiałam też tańczyć i jeździć konno. Dzięki temu zachowałam jednak jakiś kontakt z ciałem, ale nie w sensie połączenia ze swoją kobiecością, zmysłowością, uczuciami. Ta sfera cielesności była dla mnie zakazana, zbrukana. Długie lata pracowałam, by odzyskać dostęp do samej siebie.

Co pomogło?
Przede wszystkim praca z ciałem. Szczególnie taniec, który w bezpieczny sposób pomógł mi wyrazić te trudne uczucia, których w dzieciństwie nie umiałam ogarnąć i uwolnić się w ten sposób od poczucia winy. Teraz prowadzę tą drogą innych. Ludzie zwykle odcinają się od ciała, bo boją się swoich reakcji emocjonalnych, przez co tracą zupełnie połączenie z tym, co się w nich dzieje. Stąd między innymi tak wielka popularność horrorów czy sportów opartych na adrenalinie. Ludzie przekraczają próg strachu czy nawet bólu, byle tylko poczuć cokolwiek. Przecież żyć to znaczy czuć.

Niektórym się wydaje, że żyć to znaczy myśleć...
Serdecznie takim osobom współczuję. Radość życia to przede wszystkim doznania fizyczne. Możemy je poczuć tylko poprzez ciało. W szkole baletowej uwielbiałam tańczyć polkę, wirować coraz szybciej, by potem zatrzymać się i czuć, jak w moim ciele wszystko tańczy, serce bije jak szalone, energia krąży. To było ekstatyczne doznanie, którego nie rozumiałam. Dopiero później dowiedziałam się, że podczas intensywnego ruchu mózg wydziela endorfiny, nazywane hormonami szczęścia. Mamy to doznanie w zasięgu ręki.

Tyle że nie zawsze o tym pamiętamy. Ostatnio miałam prowadzić zajęcia ruchowe, a byłam bez energii. Bałam się, że nie dam rady. By sprawdzić, ile czasu zajmą ćwiczenia, zaczęłam sama je robić. I w cudowny sposób wróciły mi siły. Rozbawiło mnie to. Przecież wiem, że ruch tak działa, a tak trudno mi było się przełamać...
Tak już mamy, że kiedy jesteśmy w dołku, wolimy raczej się położyć, niż energicznie maszerować po pokoju... Ja wypracowałam sobie taki odruch, że kiedy jestem zmęczona albo nie potrafię sobie emocjonalnie dać z czymś rady, biegnę do ogrodowej jurty i tańczę. Wyrzucam z siebie to, co mnie boli, całą sztywność. Ruch szczególnie dobrze robi na zmęczenie emocjonalne związane z tym, że trzymamy długo na wodzy jakieś uczucia, choćby frustrację czy gniew. Jakbyśmy się starali utrzymać na sznurku wściekłego psa i w dodatku tak, żeby nikt go nie zauważył. Warto w odosobnieniu to spętane zwierzę wypuścić na wolność. Niech sobie potupie, potańczy, pokrzyczy, pomacha rękami. Tyle się wtedy uwalnia energii! Najzdrowszy sposób na odreagowanie. W dodatku nikomu innemu się przy tym nie dostanie...

A jak ktoś nie lubi tańczyć?
Jest joga, tai-chi, bieganie... Ja tańczę, bo moje ciało to kocha. Poza tym taniec to coś więcej niż fizyczna aktywność, kształtowanie mięśni, kondycji. To praca ze sobą. Podczas swobodnego tańca możemy doświadczać różnych ruchów, rytmów, obserwować swoje reakcje, emocje, jakie się pojawiają, bawić się i poszerzać swój repertuar. Eksperymentowanie z ruchem przekłada się na psychikę. Osoby o sztywnych poglądach mają zwykle usztywnione ciało, bo boją się „ruszyć” poza znane terytorium. Kiedy uwalniają ciało, stają się też stopniowo bardziej elastyczni mentalnie, twórczy. Najbardziej niesamowitą właściwością ciała jest to, że można poprzez nie wpływać bezpośrednio na umysł. To ogromny, wspaniały zasób, szczególnie ważny dziś. Świat jest coraz bardziej chaotyczny, często nas zaskakuje – to właśnie nazywamy stresem. A bywa, że jest to po prostu sytuacja nowa, taka, jakiej nie przewidzieliśmy. Gdy jesteśmy elastyczni, otwarci, nie przeraża nas to – wiemy, że sobie poradzimy. Sztywność, czyli przywiązanie do tego, jak ma być, utrudnia życie.

Ciało jest tak niezwykłe, a my traktujemy je jak coś oczywistego...
Albo wręcz coś, co nam przeszkadza, staje na drodze do spełnienia. Gdybym była ładniejsza, miała większe piersi, była szczuplejsza, byłabym szczęśliwsza. To smutne, że nie kochamy naszych ciał, nie cenimy tak, jak na to zasługują. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możemy zrobić, żeby lepiej się czuć, jest nauczyć się akceptować swoje ciało. Wierzę, że urodziliśmy się dokładnie z takim ciałem, jakie jest nam potrzebne, byśmy mogli osiągnąć to, do czego jesteśmy stworzeni. To niby oczywiste, ale proszę spojrzeć, jak wygląda nasz świat. Ile pieniędzy wydajemy na to, by wyglądać inaczej? Ile energii inwestujemy w myślenie: „ach, jak ja źle wyglądam”. Co by sobie wstrzyknąć, podciągnąć, wyciąć, jak się odchudzić, żeby upodobnić się do dziewczyny z okładki? Brak akceptacji własnego wyglądu to olbrzymie źródło stresu. Podstępnego, codziennego stresu, który podkopuje dobre samopoczucie, poczucie wartości, zjada nas od środka. Moim zdaniem za mało się o tym mówi, lekceważy się coś, co jest źródłem złego samopoczucia i wielu chorób. Odrzucamy nasze ciała, odnosimy się do nich źle. Więc one źle się czują. Nie kwitną, tylko więdną. W końcu zaczynają chorować. A my się wtedy dziwimy. Co się dzieje? Dlaczego? To niesprawiedliwe. Głupie ciało!

Oj, trochę chyba pani przesadza...
W żadnym razie. Ciało to najbardziej nadużywana, niedoceniana część nas.

No ale dbamy o nie, wcieramy kremy, chodzimy na siłownię...
Większość dba o ciało nie z miłości do niego, tylko z jej braku. Bo im się nie podoba to, co mają, chcą to zmienić. Ta niewypowiedziana, podświadoma niechęć gdzieś się w nich odkłada i przekłada na kiepskie mniemanie o sobie w ogóle, na złe samopoczucie, brak satysfakcji. Proszę spojrzeć na mnie. Mam 51 lat, przechodzę menopauzę. Moje ciało się zmienia, skóra, napięcie mięśniowe, włosy, wszystko. Najłatwiej w takiej sytuacji narzekać albo próbować się od siebie odcinać, brać leki, by zagłuszyć czy próbować powstrzymać tę rewolucję, która się we mnie odbywa. Ale mi zależy na kontakcie ze sobą, nie chcę przegapić tak ważnego momentu w moim życiu. Bo teraz przekształcam się w kobietę dojrzałą, starszą. U Indian 52 lata to był moment, w którym kobieta przechodziła do starszyzny plemiennej. Symbolicznie oznaczało to, że zgromadziła mądrość i mogła się nią dzielić z innymi. Dla mnie to oznacza przede wszystkim, że już nie będę miała więcej dzieci – a mam sześcioro, więc czuję się nasycona. Czas, by moja kreatywność zaczęła się wyrażać w inny sposób. W sumie się cieszę, że ciało przechodzi tę zmianę, bo w naturalny sposób kieruje moją uwagę na inne obszary życia i doświadczenia. Obserwuję to z wielkim zainteresowaniem. Myślę o tym, w jaki sposób to mnie zmieni, jakie ta zmiana znajdzie odbicie w moim ciele. Ciało to przecież zapis naszych doświadczeń.

Nie boi się pani starzenia się?
Boję się. Zmiany przybliżają mnie przecież do śmierci. Nie chcę, by moja skóra się pomarszczyła, włosy stały się białe... Boję się utraty urody, niedołężności. Czuję ten strach, ale przepuszczam go przez siebie, nie skupiam się na nim, nie pozwalam mu sobą zawładnąć. Bo jeśli pozwolę, by mną kierował, mogę próbować zatrzymać czas. I w ten sposób zaprzeczę sama sobie, zacznę żyć, udając kogoś, kim nie jestem. Nie obchodzi mnie to, że nasza kultura próbuje mnie zmusić, bym wyglądała na 20 lat. Jestem sobą, tańczę swój taniec.

Pamiętam jak wróciłam z Hawajów. Uwiodło mnie to, że wszyscy są tam tacy pogodni. W jednej z tamtejszych książek znalazłam radę: jeśli chcesz się dobrze czuć, chwal swoje ciało, dziękuj mu na głos. „Kochane ciało, dziękuję, że jesteś takie sprawne, piękne, że wczoraj siedziałeś do późna, a dziś wstałeś tak wcześnie w dobrym humorze, lubię cię za to, jak sprawnie sprzątasz” itp.
Cudny pomysł! Uniknęlibyśmy wielu stresów, gdybyśmy tak robili. Zachęcam do prowadzenia dialogu ze swoim ciałem. Mówmy mu dobre rzeczy, ale też słuchajmy tego, co chce nam przekazać. Gdy nauczymy się słuchać ciała i reagować na drobne sygnały z niego płynące, nie będzie chorować. Bo choroba to nic innego jak głośny krzyk, który mówi nam, że coś źle się dzieje. Te pierwsze znaki, jak np. ból głowy, zwykle mówią: hej, potrzebuję nieco uwagi, chcę pobyć sam przez chwilę, mam dość hałasu itd. A my zagłuszamy ten głos, biorąc pigułkę, i uważamy, że ciało nas zdradza, bo nie pozwala nam żyć. Ciało to nasz barometr. Uczy nas naszego własnego tempa, tego, co dla nas dobre.

A jeśli mój naturalny rytm jest inny niż ten, jaki wymusza otoczenie? Rodzina, praca?
Warto zadbać o równowagę. Dziś ja się dostosuję, jutro dostosuj się ty. Jeśli zarwę noc, muszę ją kiedyś odespać. Jako matka szóstki dzieci przeszłam niezłą szkołę. Zrozumiałam, że to się samo nie stanie, muszę zadbać o swoje potrzeby, mówić o nich głośno, stawiać granice i nie poświęcać się dla wszystkich w imię idei bycia dobrą matką. Ciało było moim najlepszym nauczycielem. Mówiło na przykład: jeszcze mogę to zrobić bez szczególnego problemu, ale też: mogę to zrobić, jeśli chcesz, ale to oznacza, że jutro padnę. I padało. Sygnały z ciała są czytelne. Jeśli nauczymy się z nim rozmawiać, poprowadzi nas do dobrego, spełnionego życia.

Caroline Carey, pisarka, poetka, terapeutka. Certyfikowana nauczycielka Movement Medicine, 5 Rytmów oraz Sacred Trust. Twórczyni Alchemy in Movement. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Jej pasją jest taniec, medytacja, uwalnianie ciała i odkrywanie twórczej indywidualności. W 2010 r. wydała autobiografię „Ms’Guided Angel”. Mieszka w Seaford w Wielkiej Brytanii. Ma sześcioro dzieci i wnuki. 

Movement Medicine to praktyka świadomego spontanicznego ruchu i tańca, stworzona przez Yacov’a i Susannę Darling Khan, by wspierać w uwolnieniu napięć w ciele oraz pogłębianiu połączenia z naturalną energią życiową. Pomaga osiągnąć równowagę miedzy ciałem, sercem, umysłem i duchem.

  1. Styl Życia

Co nam daje nauka tańca?

Taniec daje nam wiele emocji. Wyrzuca złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. (Fot. Getty Images)
Taniec daje nam wiele emocji. Wyrzuca złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. (Fot. Getty Images)
Na podstawowym poziomie chodzi o naukę kroków. Na wyższym – o akceptację siebie. Amatorzy, których uczy tańczyć Piotr Lewandowski, rozkwitają, nabierają pewności siebie i rywalizują w turniejach z zawodowcami.

Od jak dawna tańczysz?
Grubo ponad 20 lata.

Kto przychodzi na twoje zajęcia i – choć to może dziwnie zabrzmi – po co?
Motywacje są bardzo różne. Zaczyna się zwykle od podstawowej – by nauczyć się tańczyć. Ale w trakcie kursu uczestnik odkrywa coraz to nowsze rzeczy, które daje taniec. Do mnie przychodzą prawie same panie. I wszystkie przyznają, że dzięki tańcowi zaczynają się czuć bardziej kobieco. Nagle zauważają swoje biodro, gdy się porusza. Stają się bardziej świadome swojego ciała.

Bardziej sexy?
Tak, ale na początku, widząc siebie w lustrze, są onieśmielone. Każdy ma swoje kompleksy. Taniec uczy, by nie zwracać na nie uwagi. Akceptować siebie, skupić się na tym, co jest do wykonania. Wyrzucić emocje i czerpać przyjemność z ruchu. I tutaj bardzo istotną rolę odgrywa trener. On jest nie tylko nauczycielem tańca, ale także coachem, a nawet psychologiem. Musi wyczuć, w jakim nastroju jest dana osoba. Zbudować w niej poczucie wartości, pewność siebie – i dopiero wtedy można przechodzić na wyższe poziomy nauki. Czasami kursantki przychodzą z jakąś blokadą. I wtedy niczym psychoanalityk muszę nad tym popracować. Ostatecznie w tańcu problem albo zostanie zasymilowany, albo kobieta wyrzuci go z siebie.

Kozetkę psychoterapeuty zamieniasz na lustro w sali tanecznej?
Dokładnie. Mam znajomego neurologa, który mówi, że taniec to doskonała terapia, i gdyby mógł, to przepisywałby go każdemu. Był ze mną na kilku wyjazdach warsztatowych w Toskanii i widział, jakiej metamorfozie ulegają kobiety.

Wróćmy do motywacji tańczących. Jakie są te mniej oczywiste?
Wiele osób traktuje taniec jak formę fizycznej aktywności. Zwłaszcza panie. Już po kilku zajęciach poprawia im się sylwetka i jędrność ciała. Zawodowi tancerze słyną przecież ze smukłych kształtów.

W Pro-Am, systemie, który propaguję, uczymy tańca podczas indywidualnych lekcji z zawodowcem. Dla niektórych to kolejny etap rozwoju tanecznego. I to dynamicznego rozwoju – doświadczony kursant kolejne poziomy pokonuje o wiele szybciej. Ale również amatorzy radzą sobie świetnie. Do tego stopnia, że występują podczas branżowych turniejów lub pokazów, oczywiście w parze z zawodowcem. To taki „Taniec z gwiazdami” w mikroskali. Dla wielu to spełnienie marzeń. Wiek nie gra roli. Przychodzą do nas także osoby starsze, już na emeryturze. Mamy na przykład 71-latka, który tańczy od 10 lat. Jest zachwycony. Niedługo będzie brał udział w turnieju.

Czy mężczyźni także budują swoją pewność siebie poprzez taniec?
Taniec w ich przypadku jest jednym ze sposobów, w jaki mogą zaimponować kobiecie. Mam mnóstwo kursantów, którzy przychodzili na zajęcia bez koordynacji ruchowej i poczucia rytmu. Ale wystarczyło nauczyć ich kilku prostych ruchów, dać podstawę w krokach, by poczuli się komfortowo na parkiecie.

Kiedyś chodziłem na milongi. Imponowała mi pasja, z jaką ludzie podchodzą do tanga, i ogromny międzypokoleniowy przekrój – od nastolatków po siedemdziesięcioparolatków.
Bo tak naprawdę taniec nie zna granic, a już na pewno nie są to granice wiekowe. Dla pań najważniejsze jest to, by mieć dobrego partnera, i wsłuchać się w niego. A na milongi chodzą pasjonaci, panowie, którzy potrafią prowadzić w tańcu, więc kobiety czują na parkiecie duży komfort. Poza tym tango uczy obecności. Partnerzy są nie tylko wewnętrznie skupieni, ale też maksymalnie skoncentrowani na sobie jako parze. Uczestnicy milong, sals czy zajęć w ramach Pro-Amu tworzą bardzo barwne, wesołe społeczności. Bo taniec to jest styl życia. Ludzie, którzy tańczą, mają nie tylko wspólną pasję, ale też jeden język, powiedziałbym nawet „slang”, i wspólne doświadczenia. Tworzą fora, blogi taneczne, opisując metamorfozę, jaką przeszli pod wpływem tańca – wrzucają swoje zdjęcie „przed” i „po”. To są też wspólne imprezy, turnieje, szukanie nowinek... Pod wpływem grupy chcą się jeszcze bardziej doskonalić. Zaczynają dbać o siebie, lepiej się odżywiać, wysypiać – w tańcu narzędziem jest w końcu ciało. Kobiety szyją sobie specjalne stroje, robią makijaże, fryzury – taniec staje się dla nich świętem, odpoczynkiem od codzienności.

Czy zdarza się, że na zajęcia do Pro-Am trafiają ci, którzy mają jakiś życiowy zakręt?
Różnie to bywa. W naszym systemie tańca uczą się osoby o zróżnicowanym statusie społecznym i sytuacji życiowej. Są single, którzy potrzebują się wyszaleć, i pracujące kobiety z dziećmi, które chcą mieć chwilę dla siebie. Na zajęciach odnajdują się na nowo. Znam kobiety, które dotychczas nie wyjeżdżały nigdzie same, tylko z rodzinami, nawet na zakupy. A teraz, dzięki tańcowi, zaczynają dostrzegać swoje potrzeby. Taniec staje się odskocznią od szarego życia. Wentylem bezpieczeństwa dla problemów. Czasami dzwoni do mnie kursantka i mówi: „Chcę umówić się na lekcję. Dzisiaj. Mam w pracy taką zadymę, że muszę to gdzieś odreagować”.

Umożliwiacie waszym kursantom udział w profesjonalnych turniejach. Co im to daje, oprócz – jak przypuszczam – ogromnej tremy?
Nie bez powodu w parze jest zawsze amator i profesjonalny tancerz. Oboje się wspierają, przy czym gwarantuję, że to amator ma mniejszą tremę. Nikogo nie namawiamy na udział w turnieju po miesiącu czy dwóch nauki. To byłoby zbyt stresujące. Czas przygotowania jest bardzo indywidualny. Znam osoby, które po trzech miesiącach czuły się już na siłach, a są takie, którym to zajęło rok, półtora. Turnieje są dodatkową motywacją i prawdziwą próbą charakteru. Jeśli uda ci się opanować stres i dobrze wypaść, zaczynasz wierzyć, że nie ma rzeczy niemożliwych. Po czymś takim nauka na zwyczajnej sali tanecznej to już czysta przyjemność.

Kilka lat temu znajomy, Michał Malitowski, zaprosił mnie do programu „Got to dance”. Wystąpiłem w nim ze swoją partnerkę z Pro-Amu, panią po 40, poważną business woman, z mężem, rodziną. Rano przyszliśmy na nagranie, a tam tłum ludzi, na dodatek same zespoły. Tu się rozgrzewają, tu grają, tam scena i kamery… Moja partnerka wpadła w panikę. W parę godzin musieliśmy się ogarnąć. Wieczorem było nagranie na żywo i wszystko ostatecznie fajnie wyszło. Dlatego jestem zdania, że na pokazach czy konkursach ludzie mogą się sprawdzić w nowej roli, zmierzyć ze strachem. Uczą się radzić sobie z trudnymi emocjami.

Poza tym atmosfera na turniejach jest bardzo nobilitująca. Staramy się je zresztą właśnie dlatego urządzać w niecodziennych miejscach. Były już w Filharmonii w Szczecinie czy w Kopalni Soli w Wieliczce, 128 metrów pod ziemią. W takim otoczeniu uczestnicy czują, że te emocje, te chwile są bezcenne. Wyjeżdżamy też na pokazy za granicę – z pierwszą kursantką z Pro-Amu byłem w Hongkongu. Łączymy to także z podróżami pod hasłem „weekend dla siebie”.

A jak sam wspominasz zawodowe turnieje, w których brałeś i bierzesz udział?
Pamiętam szczególnie dobrze Mistrzostwa Niemiec w Mancheim. Miałem wtedy 14–15 lat. Z moją partnerką udało mi się wejść do finału. Cała sala pełna. Kilka tysięcy osób. Duża orkiestra, muzyka na żywo. Pary przedstawiane z imienia i nazwiska. Kiedy to się dzieje, to na parkiecie tracisz niemalże świadomość. Odpływasz i nie wiesz, co się z tobą dzieje. A masz zatańczyć. Robisz to więc w jakiejś euforii, której nie jesteś w stanie kontrolować. Bo technicznie to wszystko już dawno masz wyćwiczone.

Podobne odczucia miałem podczas Mistrzostw Polski na warszawskim Torwarze. Pełna sala ludzi, 3–4 tys. osób, telewizja. W takich warunkach włada tobą podświadomość. To jest nie do opisania. Trzeba to poczuć. Czujesz się jak podczas premiery na scenie. Bo tancerz jest aktorem. Odgrywa różne role. Raz jest romantycznym kochankiem, a raz dzikim torreadorem. Przepuszcza przez ciało muzykę – jedno z drugim musi być więc zsynchronizowane. Czysta symbioza. Do tego jeszcze dochodzi interakcja z otoczeniem – gdy ogląda cię 2 tys. osób, czujesz ogromną dawkę energii, jeśli potrafisz przeciągnąć ją na swoją stronę, wygrywasz.

Znasz jakąś osobę, która dzięki nauce tańca przeszła prawdziwą metamorfozę?
Nawet kilka. Wszystkie niezwykle się otworzyły, nabrały pewności siebie, ale też i pokory. Stały się dojrzalsze emocjonalnie – otwarcie mówią, co czują.

Szkoła tańca szkołą życia?
My mówimy: „dance ma sens”. Siedemdziesięciolatek, o którym wspominałem, twierdzi, że odkąd w wieku 60 lat zaczął tańczyć, zaczął żyć. Przeżywa teraz swoją drugą młodość. Tyle tylko, że nie ma o czym rozmawiać z rówieśnikami: oni opowiadają o serialach, chorobach i wnukach, a on ma mnóstwo energii i nowych celów do osiągnięcia. No i prawdziwą pasję – taniec.

O co ty byłbyś uboższy, gdyby nie taniec?
Na pewno o wiele emocji. Bo taniec cię na nie otwiera. W dzień je zwykle skrywamy, na parkiecie uwalniamy. Dlatego taniec tak odstresowuje i relaksuje. Wyrzuci z ciebie złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. Poza tym taniec to forma sztuki, tańcząc, stajesz się artystą. Kontaktujesz się nie tylko ze swoim umysłem i ciałem, ale też z duszą. Ja, gdy wchodzę na parkiet, od razu się uśmiecham.

Piotr Lewandowski zawodowy tancerz najwyższej międzynarodowej klasy tanecznej S, instruktor, finalista turniejów tanecznych w Polsce i w Europie. 

  1. Styl Życia

Flamenco ma się we krwi

Emila chętnie tańczy z mantonem, dużą haftowaną chustą. Ta odmiana flamenco wymaga elegancji i gracji. (Fot. Julia Zabrodzka)
Emila chętnie tańczy z mantonem, dużą haftowaną chustą. Ta odmiana flamenco wymaga elegancji i gracji. (Fot. Julia Zabrodzka)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Przyjechała do Sewilli uczyć się flamenco najbardziej hiszpańskiego z tańców, podobnie jak Polka Emilia, Greczynka Georgia i dziesiątki innych cudzoziemek. Czy udało im się spełnić marzenia? 

Z fotografii spogląda starsza pani o wyrazistych rysach i dobrotliwym uśmiechu. To René, w połowie Peruwianka, w połowie hiszpańska Cyganka. Jej ojciec pochodził z Kadyksu, dzieciństwo spędziła w Andaluzji. Kiedy miała prawie 18 lat, poznała Peruwiańczyka, z którym wyjechała do Ameryki Południowej. Rodzina nigdy nie przebolała straty córki, a René – tego, że bliscy nie zaakceptowali jej wyboru. Odcięła się od wszystkiego, co zostawiła w andaluzyjskim domu. Z jednym wyjątkiem – zabrała ze sobą muzykę.

Zdjęcie pokazuje mi jej wnuczka Tatiana. – Babcia miała ogromny dom i swoje przyzwyczajenia. Od rana słuchała flamenco. Jadłyśmy śniadanie, a ona włączała na cały regulator Paco de Lucíę. Czasem śpiewała – wspomina, gdy spotykamy się w peruwiańskiej restauracji w Sewilli. – Miała dziesięcioro wnucząt i lubiła pokazywać nam swój świat. Czasami zabierała nas do teatru. Na przedstawieniach wszyscy zasypiali, tylko ja oglądałam z otwartą buzią. Po spektaklu brała mnie za rękę i szłyśmy we dwie za kulisy przywitać się z jej znajomymi śpiewaczkami. Tak zaczęła się moja miłość do tańca i spektaklu – opowiada nad koktajlem pisco sour.

(Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Fot. Julia Zabrodzka) (Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Fot. Julia Zabrodzka)

Być może to babcia sprawiła, że jako 18-latka Tatiana miała jedno marzenie: podróż do Andaluzji. Rodzice spełnili je w ramach urodzinowego prezentu. – Pamiętam, że wysłałam mamie zdjęcie z Sewilli, z ulicy Rocío w Trianie. „Popatrz, twoja ulica” – żartowałam, bo nazywa się Rocío. Napisałam też, że czuję, jakbym wróciła w miejsce, które dobrze znam – dodaje całkiem poważnie. Był rok 1993. – Znajomy, trochę mistyk, powiedział mi potem, że w poprzednim życiu mieszkałam w Sewilli i nie dziwi go, że chcę tam wrócić.

(Miłość do flamenco rozbudziła w Tatianie babcia. Fot. Julia Zabrodzka) (Miłość do flamenco rozbudziła w Tatianie babcia. Fot. Julia Zabrodzka)

Nie stało się to jednak od razu. Tatiana na dobre przyjechała tu dopiero w 2011 r., już jako dojrzała bailaora, ale także jako poobijana życiem kobieta. – Byłam w trakcie rozwodu. Taniec stał się formą ucieczki, terapii – wspomina. Tak dołączyła do zastępów cudzoziemek, które w stolicy Andaluzji szukają swojego miejsca w życiu i na scenie flamenco.

Do źródeł flamenco

Emilię Hiszpania wzywała drobnymi znakami. Pierwszy łatwo było przeoczyć. Kaseta wideo z tancerką w czerwonej sukni (komunijny prezent), piękny Hiszpan na obozie tanecznym, wreszcie lekcje flamenco, które dziwnie wciągały. Potem były studia na iberystyce, pierwsza podróż autostopem do Andaluzji, zwiedzanie La Manchy, droga do Santiago de Compostela, wreszcie stypendium w Grenadzie. Wszystko zdawało się ciążyć ku Hiszpanii, ale Emilia wybrała rodzinny Wrocław. Dziesięć lat temu wydawało się, że ma ułożone życie: wykładała na filologii hiszpańskiej, nieźle zarabiała, uczyła tańczyć, występowała. Mogła pozwolić sobie na regularne wyjazdy. Ale to nie wystarczyło. – Ciągnęło mnie strasznie. Pewnego dnia – pamiętam, że była ósma rano, stałam na światłach w drodze na zjazd studentów zaocznych – podjęłam decyzję: w przyszłym roku wyjeżdżam. Wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, zawsze będę żałować. Tego samego dnia poszłam do szefa. W 2011 r. przyjechałam do Sewilli.

Aby kroki flamenco wybrzmiały we właściwym rytmie, potrzeba wielu godzin ćwiczeń przed lustrem i z metronomem. Fot. Julia Zabrodzka Aby kroki flamenco wybrzmiały we właściwym rytmie, potrzeba wielu godzin ćwiczeń przed lustrem i z metronomem. Fot. Julia Zabrodzka

Georgia zaczęła najpóźniej, miała 21 lat. Nic nie wskazywało, że flamenco wywróci jej życie do góry nogami. – Interesowało mnie raczej malarstwo, grafika. Ale chciałam coś zrobić z ciałem i poszłam do akademii tańca w dzielnicy – wzrusza ramionami. – Zawsze myślałam, że aby naprawdę tańczyć, trzeba zacząć w wieku trzech lat. Zapisałam się na zajęcia i nagle odkryłam, że we flamenco jest inaczej. Zobaczyłam różne kobiety: grube i chude, starsze i młodsze.

Zakochiwała się powoli, ale po trzech latach miała już pewność. W 2010 r. wylądowała w Hiszpanii. – Pierwszy raz wyprowadziłam się z domu, od mamy. Miałam rozwinąć skrzydła, ale nie znałam języka ani ludzi. Było bardzo ciężko. Koledzy i koleżanki ze szkoły tańca, niemal sami obcokrajowcy, byli lepsi niż moja nauczycielka z Aten. Po trzech miesiącach napisałam jej, że nie mam siły, jestem wyczerpana – wspomina. Nie pomogła zmiana szkoły i miasta ani związek, który okazał się porażką. – Po roku wróciłam do Grecji z depresją. Poniosłam totalną klęskę: w tańcu, w miłości. Myślę, że wszyscy cudzoziemcy przez to przechodzą. Próbujemy zaistnieć w czymś, co nie przynależy do naszej kultury – wyjaśnia. Po trzech latach Georgia podjęła kolejną próbę. W 2015 r. trafiła do Sewilli. – Przyjechałam i zostałam na dłużej. Bo to jest źródło.

(Georgia od dwóch lat zarabia, tańcząc flamenco na ulicach Sewilli. Fot. Julia Zabrodzka) (Georgia od dwóch lat zarabia, tańcząc flamenco na ulicach Sewilli. Fot. Julia Zabrodzka)

Ja tańczę flamenco!

Sewilla przyciąga przede wszystkim najlepszymi szkołami tańca. W najsłynniejszej, Fundacji Cristiny Heeren, zajęcia trwają cały dzień. Rano kilka godzin tańca, wieczorem teoria. – Przez pierwsze dwa tygodnie tak dostawałam w kość, że po zajęciach byłam w stanie tylko spać – wspomina Emilia. Do tego dochodzą ćwiczenia w studiu. – Ludziom trudno zrozumieć, że można zamknąć się w czterech ścianach, włączyć metronom i godzinami ćwiczyć. Ale ponoć te samotne godziny spędzone z lustrem i miarowymi uderzeniami mechanizmu są najważniejsze. Trzeba „oczyścić stopy”, jak mówi Georgia, by tupanie wybrzmiało we właściwym rytmie i czasie. Trzeba przyswoić poznany na lekcjach materiał, wybrać to, co ci odpowiada, znaleźć swój styl.

Momentem próby jest pierwszy występ na scenie. Georgia dostała swoją szansę dość szybko, po trzech miesiącach – w jednym z lokali, w których obcokrajowcy tańczą, by się sprawdzić. W Sewilli jest ich kilka, co jakiś czas jedne się zamykają, wkrótce powstają nowe. Spektakle to część nauki. – Nie masz jak dostać informacji zwrotnej, jeśli nie pokażesz się publiczności – tłumaczy Tatiana. – Ten pierwszy występ to zawsze walka ze wstydem, niepewnością, brakiem wiary w siebie. Doświadczenie, którego wszyscy potrzebujemy. A ponieważ miejscowi zdają sobie z tego sprawę, wiele osób to wykorzystuje – wyjaśnia. Bo, jak dodaje, na takich występach artyści zwykle niemal nic nie zarabiają.

(Georgia długo występowała tylko z gitarzystą. Dziś zwykle tańczy także z akompaniamentem cajonu (skrzyni perkusyjnej) i śpiewaka, często na zmianę z inną tancerką. To już prawdziwy uliczny spektakl całego zespołu. Fot. Julia Zabrodzka) (Georgia długo występowała tylko z gitarzystą. Dziś zwykle tańczy także z akompaniamentem cajonu (skrzyni perkusyjnej) i śpiewaka, często na zmianę z inną tancerką. To już prawdziwy uliczny spektakl całego zespołu. Fot. Julia Zabrodzka)

Emilia też szybko dostała propozycję pracy w jednym z tych efemerycznych barów. – Pamiętam, że za pierwszym razem pijany facet wlazł mi na scenę. Ale miałam już za sobą dziesięć lat tańczenia na bankietach w Polsce, więc byłam otrzaskana – wspomina, a ja nie mam wątpliwości, że Emilii nic nie może przestraszyć. – Byłam taka dumna: tańczę w Sewilli! Medal powinnam dostać, nikt mnie nie wygwizdał, przeżyłam – śmieje się, chociaż sytuacja nie była wcale zabawna. Gaża tancerki często zależała od sprzedaży biletów, a ta od liczby rozwieszonych przez nią plakatów. – Ileż razy oplakatowałam całą Trianę i Santa Cruz! Z setkę plakatów trzeba było wydrukować i rozkleić przed koncertem – opowiada. A plakaty to nie koniec. Tancerka opłacała studio, w którym odbywają się próby, a także muzyków. Czasem brali po 30 euro, a w kasie z biletów było ledwie 50. Po całej operacji z plakatami i promocją jako tancerka była stratna. Ale to jej najbardziej zależało na występie, więc przełykała gorzką pigułkę.

Milion wspaniałych tancerek flamenco

Większość tancerek przed przyjazdem do Sewilli długo oszczędza. Przy intensywnej nauce i darmowych występach nie mają czasu ani siły na poważną pracę. Budżet lepiej łatać, ucząc tańca na wakacyjnych kursach u siebie w kraju albo łapiąc się drobnych fuch. Emilia spędziła tak pierwsze dwa lata, dodatkowo pisząc jeszcze doktorat o historii flamenco. Rano taniec, po południu biblioteka. Ciągle cieszyła się z każdego występu, ale z czasem entuzjazm opadł. Nauka wysysała z niej energię. – Codziennie ktoś cię ocenia, codziennie mówi: „źle”. To było frustrujące. Zrealizowałam swoje marzenia i ciągle słyszałam: „Źle, nie nadajesz się” – wspomina. – A ja poświęciłam pracę i dotychczasowe życie, żeby tu być. Kupiłabym sobie małe mieszkanko we Wrocławiu za pieniądze, które przetańczyłam w Sewilli.

Po czwartym roku dopadły ją wątpliwości. – Zaczęłam myśleć, że skończę czterdziestkę i dalej będę chodzić do brzydkiego studia w dresie, dzielić mieszkanie z obcymi ludźmi i występować za grosze – opowiada. – Zastanawiałam się, po co tu jestem. W Sewilli jest przecież milion wspaniałych tancerek. Kilka prowadzi swoje szkoły, większość jakieś zajęcia, godzinkę tu, godzinkę tam, ale mam wrażenie, że cienko przędą. Chciałam być artystką niezależną, a wiedziałam, że nigdy taką nie będę, tańcząc w barach za 20 euro – opowiada. Buty odwiesiła na kołek.

(Fot. Julia Zabrodzka) (Fot. Julia Zabrodzka)

Georgii też kończyły się oszczędności. Postanowiła, że będzie utrzymywać się z tańca – a skoro nie może w barach, to spróbuje na ulicy. – Zarabiam tak od ponad dwóch lat. Ile osób przyjdzie na mój występ w tablao? Pięcioro znajomych i kilku turystów? A przez dwie godziny występu na ulicy przewija się niezły tłum – przekonuje. Ma to jednak swoją cenę. Gdy obserwuję Georgię tańczącą na Plaza de España, co chwila ktoś wyciąga telefon, robi zdjęcie, nagrywa filmik. – Cóż, nie bardzo mi się to podoba – przyznaje tancerka. – Tańcząc, staram się coś wyrazić, a nagle widzę telefon. Nie oczy, które patrzą, które coś czują, tylko telefon. To zrywa porozumienie między tancerką a odbiorcą. Na scenie jest inaczej, tam ludzie przychodzą, by cię zobaczyć. Tu są przypadkowi przechodnie, hałas, nie ma porządnej podłogi. Ale to dobre ćwiczenie – kończy. Podobną drogę mniej lub bardziej świadomie wybiera wielu przyjezdnych. W Sewilli powstało nawet nieformalne stowarzyszenie ulicznych tancerzy. Choć występy są nielegalne, mają swój grafik, wewnętrzne zasady i godziny pracy. To rozwiązane tymczasowe, ale jednak ciągle flamenco.

(We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Fot. Julia Zabrodzka) (We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Fot. Julia Zabrodzka)

We flamenco trzeba mieć coś do powiedzenia

Dziś flamenco nie ma już stricte hiszpańskiego charakteru. Do Sewilli przyjeżdżają muzycy i tancerze z całego świata. – W szkole, do której chodziłam, byli prawie sami cudzoziemcy. Mnóstwo Japończyków, którzy mają obsesję na punkcie flamenco. A Hiszpanów garstka – wspomina Georgia. – Ale turyści w tablaos chcą oglądać Hiszpanów. Latynosom jest łatwiej z ich hiszpańskobrzmiącymi nazwiskami. A mojego nikt nie jest w stanie wymówić – wzdycha. Głębszy problem leży jednak według niej gdzie indziej. – Różnica między Cyganami a nie-Cyganami, flamencos puros a cudzoziemcami, istnieje. We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Gdy widzisz tańczącą Cygankę, wiesz, że duma jest prawdziwa, ona ma do niej prawo. Bo to jej taniec, kultura. Myślę, że my czasem mylimy dumę z próżnością, to ona przez nas przemawia. Chcę wyglądać jak flamenca, ale nią nie jestem. Widziałam to w sobie: wychodzę z podniesioną głową, ale w głębi duszy się boję.

(Fot. Julia Zabrodzka) (Fot. Julia Zabrodzka)

– Dla niektórych ludzi flamenco to forma wyrazu, która nie przynależy do konkretnej grupy czy regionu – twierdzi Emilia. – Ale zdarza się, że nauczyciele są służbowo uśmiechnięci, bo obcokrajowcy im płacą, a potem celowo źle uczą, by uczeń nie przerósł mistrza. Bywa różnie, ale na koniec dnia wszyscy jesteśmy dla nich güiris, obcy.

– Niektórzy twierdzą, że jak nie jesteś Cyganem, nie możesz tańczyć flamenco. Moim zdaniem to myślenie zaściankowe – oburza się Tatiana. – To obcokrajowcy utrzymują tę sztukę przy życiu, dają jej energię. Flamenco jest jak język, dla mnie – język obcy. Jeśli się go nauczysz, możesz mówić, co ci się podoba. Jasne, masz akcent i nigdy się go nie pozbędziesz. Ale to nie sprawia, że ludzie nie mogą cię zrozumieć. Ważne, byś miała coś do powiedzenia – przekonuje. Sama nadal wypowiada się za pomocą tańca, choć już nie w Sewilli. Nie była w stanie utrzymać się tu na własnych warunkach. Po trzech latach wyjechała do Francji. Prowadzi szkołę tańca, występuje na festiwalach, pracuje jako terapeutka. I wraca, kiedy tylko może. – Oczywiście, że tęsknię. Lata w Sewilli to był najszczęśliwszy czas w moim życiu – wyznaje.

Gitarzysta Oscar Guzmán akompaniuje Tatianie podczas próby przed spektaklem w wynajętym na kilka godzin. (Fot. Julia Zabrodzka) Gitarzysta Oscar Guzmán akompaniuje Tatianie podczas próby przed spektaklem w wynajętym na kilka godzin. (Fot. Julia Zabrodzka)

Emilia nie chciała wyjeżdżać i tęsknić. – Postanowiłam zdobyć porządną pracę. Zostać nauczycielką – opowiada. Łatwo powiedzieć! W Hiszpanii to posada, o którą biją się wszyscy: dobrze płatna, stabilna, pozostawiająca dużo czasu wolnego. By ją zdobyć, trzeba zdać państwowe egzaminy. Emilia usiadła do książek i siedziała nad nimi kilkanaście miesięcy. Ale dopięła swego. Od ponad roku uczy hiszpańskiego – Hiszpanów, w sewilskiej szkole. Ostatnio nawet wróciła do tańca. Znów chce jej się występować, ćwiczyć w studio. Wygląda na to, że do flamenco trzeba oczyścić nie tylko stopy, ale i głowę.