1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Księżna Diana - portret damy

Księżna Diana - portret damy

Księżna Diana podczas wakacji na Majorce w sierpniu 1987 roku, fot. Getty Images
Księżna Diana podczas wakacji na Majorce w sierpniu 1987 roku, fot. Getty Images
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dziś, dokładnie w 22. rocznicę śmierci księżnej Diany, synowie odsłonią w Londynie upamiętniający ją pomnik. My, wspólnie z Markiem Rybarczykiem, znawcą Wielkiej Brytanii, zastanawiamy się, jaki pomnik wystawiła sobie za życia - jako kobieta, matka i reformatorka. Na czym polegał fenomen Diany? 

Niedawno rozmawiałam ze znajomymi i doszliśmy do wniosku, że pokolenie 30- i 40-latków przeważnie pamięta, gdzie było, kiedy wydarzyły się: zamach na World Trade Center, katastrofa smoleńska i śmierć księżnej Diany.
Niezaprzeczalnie śmierć Diany stworzyła jej mit. Jako kobiety, którą można było jednocześnie podziwiać i jej współczuć. Została też zapamiętana jako reformatorka – jako pierwsza członkini rodziny królewskiej potrafiła się zachowywać mniej konwencjonalnie, łamać reguły dworskie: że wspomnę jej słynne wyprawy z dziećmi do McDonald'sa czy publiczne okazywanie uczuć, do tej pory na dworze nie do pomyślenia. Od razu czuło się, że ona jest inna, ale inna była też wtedy królowa: bardziej skostniała i konserwatywna. Paradoksalnie Elżbieta II wiele nauczyła się na doświadczeniach z 1997 roku, kiedy popularność monarchii nagle po raz pierwszy w historii spadła aż o ok. 20 procent...

Ma pan na myśli sytuację, kiedy po śmierci Diany królowa odmówiła opuszczenia flagi do połowy masztu i pogrzebu z honorami, bo Diana od rozwodu z Karolem nie należała już do rodziny królewskiej?

Tak, mam na myśli sytuację, o której opowiada film "Królowa" z Helen Miren, gdy Elżbieta zrozumiała, że poddani oczekują od niej, by była mniej chłodna i zdystansowana, a bardziej ludzka. To był dla niej cios, że ludzie tak kochają tę kapryśną, młodą kobietę, którą ona właściwie niespecjalnie lubiła i rozumiała. Ale ten cios sprawił, że królowa zaczęła się zmieniać. Nie tylko zgodziła się na pogrzeb z honorami, ale też kilka lat potem pozwoliła synowi wziąć ślub z ukochaną Camillą, powołano też Komitet Centralny Windsorów, w którym zasiadają wszyscy członkowie rodziny, w tym William, Harry i królowa oraz liczni doradcy - wszyscy zbierają się dwa razy do roku i zastanawiają się, co dzieje się z wizerunkiem monarchii i jak go podreperować, jeśli zachodzi taka potrzeba. Królowa stoi dziś na czele prawdziwego brandu, i zawdzięcza to Dianie.

Mówi pan, że jej śmierć stworzyła mit, ale jej życie również było przykładem dla wielu kobiet: jak pozbierać się po nieudanym, toksycznym związku, jak stać się silniejszą mimo cierpienia, jak odnaleźć się w pomaganiu innym… Diana była jedną z ikon współczesnego feminizmu?
Rzeczywiście Diana pokazywała innym kobietom, że można się podnieść po kryzysie, że kobieta powinna być niezależna i nie pozwalać się tłamsić nawet takim instytucjom jak monarchia. Chcąc nie chcąc, stała się też ikoną feminizmu, choć z pewnością na to, by być ideologicznie w niego zaangażowaną, brakowało jej intelektualnego wyrobienia. Częściej zamiast rozumem, kierowała się emocjami, ale za to właśnie ją kochano. To była bardzo złożona postać, która po prostu trafiła na swój czas. W Wielkiej Brytanii był to czas dobrobytu, ale też dużych zmian społecznych, rozwoju tzw. yellow press, czyli bulwarówek. Elton John porównał Dianę do Marilyn Monroe, była też porównywana do Evy Perón ze względu na swój rewolucjonizm i delikatną politykę socjalną, czyli zero rasizmu i zero seksizmu. Z tego też powodu była ikoną homoseksualistów. A z racji zamiłowania do mody – ikoną stylu. Mówiło się o niej „angielska róża” – to określenie ma głębszy sens, bo od wieków średnich pokazuje, że jak róża, kobiety są wyperfumowane, piękne i delikatne, ale jednocześnie groźne, mają kolce. Diana potrafiła wyrzucać ludzi z pracy za niewielkie przewinienia, co spotkało wiele piastunek jej synów. Ta dwoistość i zmienność bardzo fascynowała i pociągała ludzi, ale też czyniła ją niejednoznaczną.

Czy ona świadomie zmieniała wizerunek monarchii – tak jak robi to dziś Meghan, żona księcia Harry’ego, czy raczej intuicyjnie?
Moim zdaniem, a opieram się na własnej wiedzy i opiniach lekarzy, Diana była chora na coś, co nazywa się schorzeniem pogranicza, czyli borderline – była osobą niestabilną emocjonalnie, głównie za sprawą genów, ale też z powodu odejścia matki we wczesnym dzieciństwie – jej rodzice szybko się rozstali, matka zostawiła małą Dianę z ojcem, który praktycznie sam ją wychowywał. A dziecięca trauma jest typowym komponentem osobowości borderline. Takie osoby rano są pełne miłości do świata, a wieczorem są w depresji, i tak w kółko. Kolejnym wydarzeniem, które ją ukształtowało, był ślub z Karolem, przyszłym następcą tronu. Miała zaledwie 20 lat i bardzo naiwnie liczyła na to, że jej marzenia o prawdziwej miłości staną się rzeczywistością, a życie księżniczki to bajka. Tak naprawdę bycie księżniczką to więzienie, o czym przekonała się już Meghan, która przecież w dniu swojego ślubu miała 36 lat i była bardziej doświadczona. Młodziutka Diana musiała stawić czoło rygorom dworskiego życia (np. nie można zakładać nogi na nogę, nie można podawać ręki), ale też męczyć się w związku z mężczyzną, który był wobec niej chłodny, a nawet okrutny. Gdyby Diana trafiła na partnera, który przynajmniej próbowałby ją kochać i o nią dbał, może byłaby szansa, by się ustabilizowała i wzmocniła. Niestety, jak wiemy z licznych biografii i jej autobiografii, już w czasie miesiąca miodowego księżna znalazła dowody na to, że miłość Karola do Camilli nie minęła.

Księżna i książe Walii podczas pikninu na pustyni, Abu Dhabi, Zjednoczone Emiraty Arabskie, 1989 rok (fot. Getty Images) Księżna i książe Walii podczas pikninu na pustyni, Abu Dhabi, Zjednoczone Emiraty Arabskie, 1989 rok (fot. Getty Images)

To musiało być jak obudzenie się ze snu, zwłaszcza po tak hucznym ślubie, zwanym „ślubem stulecia”.
Diana poczuła się oszukana i złapana w pułapkę, co doprowadziło ją do anoreksji, bulimii i depresji. Źródła biograficzne podają, że podjęła aż pięć prób samobójczych. Nie była w stanie porozumieć się z mężem, który był dla niej kimś zupełnie z innego świata, nie dość, że był starszy o 13 lat, to jeszcze mieli zupełnie inne zainteresowania: jego pociągała filozofia i ezoteryka, ona była dość mało skomplikowaną młodą osobą, która uwielbiała czytać romansidła. On lubił muzykę poważną, ona – pop. Te różnice można by mnożyć w nieskończoność. Sama Diana wyznała po latach, że parę lat po ślubie Karol powiedział jej, że ma prawo mieć kochankę, bo każdy książę Walii, czyli następca tronu, miał kochankę. Powiedzenie czegoś takiego w zimny, wyzuty z uczuć sposób żonie jest nie tylko niedżentelmeńskie, ale i okrutne. Załamana Diana zwróciła się wtedy o pomoc do królowej, która powiedziała, że nic na to nie może poradzić, bo „Karol jest beznadziejny”. Odnoszę wrażenie, że wszelkie późniejsze działania Diany były podyktowane tamtą rozpaczą i desperacją – chciała pokazać światu, jak jest jej źle, i wyrwać z tej złotej klatki swoje dzieci – zaczęła więc rozsadzać monarchię od środka. A ponieważ czuła się bardzo nieszczęśliwa, żeby nie zwariować, a przy okazji wykorzystać jedyne, co miała – swoją rozpoznawalność i sympatię ludzi – zaczęła udzielać się w organizacjach humanitarnych. Dziś niewiele osób pamięta, że jako pierwsza uścisnęła dłoń choremu na AIDS. To był gest ogromnej wagi i siły, bo stanowił próbę oddemonizowania choroby, którą wtedy uważano za schorzenie homoseksualistów i narkomanów.

Dobroczynność była zawsze rolą arystokracji, ale Diana pokazała, że można pomagać na naprawdę masową skalę, angażując przy tym znanych ludzi i duże pieniądze.
Poza tym ona była w tym autentyczna, potrafiła w naturalny sposób wejść w serdeczny kontakt z potrzebującymi. Odnalazła sens życia w cichym reformowaniu monarchii, pokazywaniu, że można naprawdę być blisko ludzi. Jej drugą misją było uniezależnienie synów – chciała sprawić, by nie byli książętami nieznającymi prawdziwego życia, dlatego przy rozwodzie wywalczyła dla nich 20 milionów funtów, żeby mieli zabezpieczenie finansowe i jeśliby chcieli, mogliby kiedyś powiedzieć: „Nie chcę być w rodzinie królewskiej, wypisuję się”. Te dwie rzeczy Diana robiła świadomie, z potrzeby serca i umysłu. Oddała się im, tak jak królowa, która w latach 50. rzuciła się w objęcia monarchii, bo bardzo zawiodła się na mężu – o jego zdradach ludzie nieznający bardziej obrazoburczych biografii monarchini mogli dowiedzieć się z serialu „The Crown”. Z kolei Elżbieta II po śmierci Diany została wierna modelowi monarchii promowanemu przez księżną. Kto by pomyślał jeszcze kilkanaście lat temu, że królowa na otwarciu olimpiady wystąpi w czymś w rodzaju skeczu i „skoczy” ze spadochronem z agentem 007, czyli aktorem Danielem Craigiem. To, jaką monarchię brytyjską dzisiaj oglądamy, jest zasługą Diany. Także to, że pełnoprawną członkinią rodziny królewskiej jest czarnoskóra rozwódka, aktorka i Amerykanka Meghan Markle.

Niektórzy komentatorzy porównują ich charaktery i losy. Pan też widzi to podobieństwo?
Dianie nie przeszkadzało to, że jest osobą publiczną i chętnie fotografowaną. Zdawała sobie sprawę z tego, że jest piękną kobietą, niekiedy sama, jak to się mówi, „napuszczała” na siebie paparazzich. Oczywiście ona umawiała się z nimi na zdjęcia robione na ulicy, podczas uroczystych gali czy oficjalnych przyjęć, a nie z ukrycia na prywatnym jachcie – ówcześni paparazzi przekraczali więc wszelkie granice. Mimo to nie zgadzam się, że to oni są winni jej śmierci – winna była zbyt duża szybkość i alkohol we krwi kierowcy. Wracając do Meghan, ja widzę w niej taką post-Dianę, która odrobiła jej lekcje i postanowiła, że nie powtórzy jej losu i nie zafunduje sobie cierpienia, wynikającego z tego, że była zbytnio wystawiona na widok publiczny. Coraz częściej mówi się o tym, że Meghan chce razem z Harrym przenieść się na jakiś czas do Afryki, by tam prowadzić działalność charytatywną. Ale pojawiają się też głosy, że to hipokryzja brać pieniądze od podatników a jednocześnie odmawiać udziału w „brytyjskiej telenoweli”, którego to określenia użył sam książę Karol.

Dziś powiedzielibyśmy nawet: reality show...
Socjologowie twierdzą, że współczesna cywilizacja karmi się opowieścią. Wybory wygrywają dziś politycy, którzy mają jakąś historię do opowiedzenia, a nie ci, którzy tworzą najsłuszniejsze programy. Ale nawet jeśli weźmiemy pod uwagę to wszystko, to Diana jest w cywilizacji anglosaskiej prawdziwym fenomenem. Nie powiedzieliśmy o jeszcze jednym aspekcie: w momencie, kiedy Wielka Brytania stała się protestancka, Matka Boska, która jest tak bliska Polakom, wypadła z tej biblijno-religijnej opowieści. I wróciła jako Diana.

Księżna Diana z synami w parku rozrywki Thorpe Park, 1993 rok (fot. Getty Images) Księżna Diana z synami w parku rozrywki Thorpe Park, 1993 rok (fot. Getty Images)

Rzeczywiście, pamiętam, jak kilka lat temu Kościół Anglii ogłosił ankietę na idealną matkę. Wygrała Diana. Wyprzedziła królową, Matkę Teresę, a nawet Matkę Boską.
Dla Anglików, choć nie tylko, Diana była i nadal jest wzorem kochającej, dbającej o rozwój swoich synów matki. Nie wiem, czy pani wie, ale po jej śmierci powstało kilka klubów, które można by nazwać kościołami Diany. Dlatego nie bez przyczyny mówi się o Dianie jako świętej, która zaznała cierpienia od męża, od Korony i od mediów, a umierając, dopełniła swojego cierpiętnictwa. Umarła za tych wszystkich Brytyjczyków, którzy chcieli zreformować monarchię i okazać szacunek dla społeczeństwa wielokulturowego i różnych ras. Diana podawała dłoń współczesnym trędowatym, czyli chorym na AIDS, krążą nawet legendy o tym, że ich uzdrawiała. Poza tym, umierając, zrobiła jeszcze jedną ważną rzecz, przypomniała Anglikom o śmierci, która w kulturze anglosaskiej jest zamiatana pod dywan. Większość ludzi jest kremowana, cmentarze nie są okazałe i wysokie, do tego są osłonięte murami – śmierć to temat tabu. Kiedy byłem w Londynie podczas żałoby po śmierci Diany, obserwowałem, jak do ludzi boleśnie dociera, że życie jest kruche, a taka piękna, młoda i bogata kobieta jak Diana też może umrzeć. Od tego czasu napatrzyliśmy się na różne okropieństwa, w tym na tragedię z 2001 roku, czyli atak terrorystyczny w Nowym Jorku, a potem w każdym większym mieście w Europie, poza Warszawą, więc dziś już tak się nie wzruszamy. Wtedy okres żałoby po niej to był magiczny czas, wszystkich ogarnął jakiś czar, pół Londynu płakało na ulicach i stało w kilkugodzinnych kolejkach, by się z nią pożegnać.

Pod wpływem tego czaru premier Tony Blair nazwał ją wtedy „królową ludzkich serc”.
Zjawisko masowego zakochania w Dianie wynikało też z tego, że utożsamiała świetlaną przyszłość Anglików, złotą epokę. Wtedy było im naprawdę bardzo dobrze, wybrali w wyborach partię pracy, która była bardzo centrowa, mieli wrażenie, że wreszcie udało im się znaleźć ekonomiczne perpetuum mobile, że wszyscy się kochają i będzie już tylko lepiej. Odejście Diany było więc impulsem do tego, by zadać sobie pytanie: czy ten nasz dobrostan i spokój nie jest aby chwilowy? Czy to nie skończy się tak jak z Dianą? I cóż, minęło kilkanaście lat i zaczął się pompowany nacjonalizm, a potem przyszedł brexit… Diana pozostaje więc symbolem Wielkiej Brytanii, która jest dla wszystkich, jest wielorasowa, wielokulturowa i ekonomicznie spokojna.

I ta pamięć do dziś jest żywa. Od jej śmierci minęły już 22 lata, a nadal 1 lipca pod pałacem Buckingham zbierają się tłumy, by świętować jej urodziny. W tym roku poddanych przywitał książę William, który obiecał, że 31 sierpnia, w dniu jej śmierci, zostanie odsłonięty nowy pomnik Diany, ufundowany przez synów. Fani serialu „The Crown” czekają też na najnowszy sezon, w którym Dianę ma zagrać młodziutka aktorka  Emma Corrin.
Popularność Diany nie jest dziś wprawdzie tak wielka jak kiedyś, ale nadal jest duża. Dla tabloidów jest pewniakiem, tak jak dla każdego czasopisma historycznego okładka z Hitlerem, że pozwolę sobie na takie porównanie. Historię Windsorów śledzi cały świat, obecnie z natężeniem graniczącym z szaleństwem, a nawet paranoją. I jest to dla rodziny królewskiej zarówno sukcesem, jak i zagrożeniem, bo tak jak już powiedzieliśmy, w dobrej telenoweli czy reality show oprócz pięknych ludzi, przyjęć i romansów, są też rozwody, zdrady i kłótnie, z rzucaniem w siebie różnymi rzeczami włącznie – że przypomnę, jak Diana rzuciła w Karola kryształową popielniczką, nieomal pozbawiając go życia. Jeśli długo się nic nie dzieje, wszyscy są mili, grzeczni, chodzą na wyścigi konne i zakładają coraz to nowe fascynatory – zaczyna się to robić nudne. Potrzebne są zwroty akcji. Dlatego tak często ostatnio pojawiają się zupełnie wyssane z palca informacje dotyczące konfliktu między Meghan i Kate czy między Camillą a królową. Ludzie przeczytają cokolwiek, co będzie dotyczyło rodziny królewskiej, bo następuje laicyzacja świata, w Polsce jest to trudniejsze do zaobserwowania, choć widoczne choćby po spadającej liczbie osób chodzących do kościoła. Coraz mniej ludzi fascynuje się historią Jezusa, Maryi i dwunastu apostołów. Część ludzi, tak jak na przykład ja, twierdzi, że jest to bardzo piękna historia, która karmiła naszą cywilizację przez stulecia, ale teraz jest démodé. I tę świętą opowieść zastępują opowieści celebryckie, które mają to do siebie, że są jak dmuchawce, bo ulatują z wiatrem – albo ktoś się rozwodzi, albo starzeje. Opowieść o Windsorach w cywilizacji zachodniej zastąpiła opowieść o Świętej Rodzinie, zastąpiła religię. To nie jest moja teza, tylko socjologów. Dlatego, że znów do tego wrócę, nie na darmo mówi się o świętej Dianie. Znaleźć się w wieku 20 lat w rękach kogoś takiego jak książę Karol i wyjść z tego cało – to prawdziwy cud…

Ile w tym wszystkim zasługi Diany, a ile jej terapeutów?
Z pewnością ogromnym ich sukcesem było wyciągnięcie jej z bulimii i anoreksji, w końcu to są śmiertelne choroby. Ale być może w dużej mierze uratowała siebie sama, znajdując swoją misję. Diana nie była prostym przypadkiem do leczenia. Po pierwsze, aby terapia się udała, pacjent musi chcieć być terapeutyzowany, a po drugie, terapeuta musi taką pracę wytrzymać psychicznie. Osoby borderline trzeba kochać, by móc znieść to, co one wyprawiają. Nie za bardzo też można leczyć to schorzenie, jedynie regulować lekarstwami. Wreszcie: niełatwo jest terapeutyzować się, a jednocześnie żyć na świeczniku, w blasku fleszy.

Stąd drugi silny nurt, jaki pojawia się w opowieści o niej, a który przedstawia ją jako intrygantkę, żądną sławy i zemsty, bezskutecznie poszukującą miłości.
Cóż, od świętej bardzo blisko do ladacznicy. Matka Teresa, tak wielbiona przez katolików, przez innych była postrzegana jako sadystyczna i nieczuła tyranka. Christopher Hitchens, autor wielu książek o monarchii, wyznał kiedyś, że bywał na przyjęciach w Londynie, na których za niemą zgodą dworu, a rękami służb specjalnych rozpuszczano taśmy dotyczące intymnych relacji Diany z jednym z jej kochanków, po to by ją skompromitować. Wątek romansów Diany od zawsze był silny, były gazety, które pisały wprost o tym, że na przykład Harry nie jest synem Karola. Podejrzewam, że gdyby Diana przeżyła tamten wypadek w Paryżu i nadal była z Dodim Al Fayedem, który dla wielu Anglików miał „zły” kolor skóry, a do tego był muzułmaninem związanym z obcym kapitałem – to uwielbienie dla niej by stopniowo mijało i może nawet przekształcało się w nienawiść. Takie są losy świętych. Smutne, ale też bardzo ludzkie. Kiedy odchodzi ktoś, kto jest nam bliski, ale o kogo nie dbaliśmy i nie szanowaliśmy go dostatecznie, pojawia się żal i smutek, że nie zdążyliśmy go kochać w pełni, gdy był między nami, i uczucie wybucha ze zdwojoną mocą. I to wobec Diany nadal się tli.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zadbaj o swoje życie wewnętrzne - inspiracje na listopad

Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Listopadowe dni spędzamy raczej stacjonarnie (i w pobliżu źródła ciepła). Warto wykorzystać ten czas na zrobienie porządków oraz gruntownych remontów we wnętrzu dosłownym i metaforycznym.

Ćwiczenie 1. Rozmyślania w fotelu

Jesienna aura może wprawiać nas czasami w melancholijny, a nawet depresyjny nastrój. Szarość na zewnątrz konfrontuje z niewyrażonymi emocjami i „uwierającymi” stanami: smutkiem, żalem, rozczarowaniem i poczuciem, że utraciliśmy coś bezpowrotnie. Może również aktywować w nas lęk przez zmianami i starzeniem się. To, co możesz zrobić, kiedy dopadnie cię jesienna melancholia, to uświadomić sobie i nazwać to, co dokładnie teraz czujesz. Następnie zadaj sobie kolejno pytania: Co jest prawdziwą przyczyną mojego smutku (żalu, rozczarowania, lęku etc.)? Czego obecnie potrzebuję? Jak mogę o siebie teraz zadbać? Jeśli w tej chwili w życiu doświadczasz niespodziewanej zmiany, spróbuj spojrzeć na tę sytuację z szerszej perspektywy. Jak powiedział Dalajlama: „Kiedy coś tracisz, pamiętaj, aby nie stracić tej lekcji”. Zadaj sobie pytanie: Jaka ważna lekcja pojawiła się dzięki tej zmianie? Jak mogę to wykorzystać pozytywnie? A teraz pomyśl o tym, że kiedy tracisz jedno, robi się przestrzeń na coś nowego. Weź kilka głębokich oddechów i spróbuj poczuć ciekawość związaną z tym, co nowego może się teraz wydarzyć w twoim życiu.

Ćwiczenie 2. Uwolnij się od nadmiaru

Rozejrzyj się dookoła. Czy naprawdę potrzebujesz wszystkiego, co cię otacza? Takie pytanie proponuje zadać sobie propagatorka minimalizmu, japońska pisarka Hideko Yamashita. Jej autorska metoda Dan-Sha-Ri (opisana w ksiażce pod takim tytułem) to sztuka ustanawiania porządku w otoczeniu poprzez eliminację wszystkiego, co nie jest niezbędne. Może być szczególnie inspirująca, jeśli należysz do plemienia zbieraczy, którzy latami chomikują przedmioty i mają problem z rozstaniem się z nimi. Trzy filary Dan-Sha-Ri oznaczają kolejno: odmowę (mówienie „nie” kolejnym nowym, a bezużytecznym rzeczom, które chcą stać się częścią naszego życia); wyrzucanie (pozbywanie się przedmiotów, które przepełniają naszą przestrzeń) i odcięcie się (rezygnację z przywiązania do rzeczy).

Aby zrobić przestrzeń na coś nowego w życiu, niezbędna jest umiejętność pożegnania się z tym, co nie jest użyteczne. Robiąc gruntowne porządki w domu, wykreujesz stan wewnętrznej równowagi w sercu i umyśle. Warto spróbować i podelektować się stanem określanym jako Ri – uczuciem wolności i lekkości, poczuciem wewnętrznej harmonii. Uzyskasz go tylko dzięki regularnemu powtarzaniu Dan i Sha.

Ćwiczenie 3. Sięgnij po marzenia!

Mary Reynolds, projektantka ogrodów, bohaterka filmu „Dzika jak natura”, marzy o udziale w prestiżowym konkursie. Zapisuje na kartce: „Dziękuję za przyznanie mi głównej nagrody w konkursie”, a potem wykonuje pierwsze kroki na drodze do realizacji tego marzenia. Nie załamuje się, kiedy pojawiają się niespodziewane komplikacje. Jest zmotywowana, ponieważ realizuje swoje pragnienie z dzieciństwa. Zainspiruj się jej historią. Pomyśl, o czym marzyłeś w dzieciństwie? Jakie pomysły odłożyłeś „na później”? Wybierz jedno marzenie i zastosuj metodę małych kroków. Codziennie pielęgnuj w sobie to marzenie, myśl o nim pozytywnie rano i tuż przed zaśnięciem. Wejdź w uczucia i emocje, jakie się wtedy w tobie budzą. Trwaj w tym procesie „karmienia” marzenia, aż poczujesz gotowość do kolejnego kroku – działania. Jesień i zima to znakomity czas na sadzenie ziarenek marzeń, pielęgnowanie ich i troszczenie się o nie.

Ćwiczenie 4. Zadbaj o swój hygge time

Listopadowe wieczory są też idealne na praktykowanie bardzo modnej duńskiej filozofii hygge. Hygge oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także bezpieczeństwa i cieszenia się drobnymi przyjemnościami. To wszystko, co wprawia nas w dobry nastrój i stan relaksu. Istotą hygge jest uczucie więzi, jaką odczuwasz, przebywając z bliskimi, z naturą, ale również sam ze sobą. Oto przykłady sytuacji, które pomogą ci wejść w stan wewnętrznego ukojenia: Owinięty kocem siedzisz na fotelu z pyszną herbatą w ulubionym kubku lub filiżance. Słuchasz muzyki, czytasz ciekawą książkę, kontemplujesz chwilę obecną, jest ci ciepło, błogo, po prostu dobrze.
  • Spotykasz się w przytulnym miejscu z grupą przyjaciół. Panuje atmosfera luzu, radości, wzajemnego szacunku i troski.
  • Jesz kolację z ukochaną osobą. Za oknem szaro, a ty delektujesz się uczuciem więzi z kimś bliskim oraz pysznym jedzeniem.
  • Spacerujesz po lesie, jesteś w kontakcie z przyrodą, cieszysz się ciszą i tym, że możesz oddychać świeżym powietrzem i naładować wewnętrzne baterie.

Ćwiczenie 5. Moc muzyki

Jesienią zwykle mamy obniżony nastrój związany z niedoborem słońca. Jednym ze sposobów na poprawę samopoczucia jest terapeutyczna moc muzyki. Ścieżka dźwiękowa powinna być radosna i słoneczna. Zaprzyjaźnij się z flamenco, brazylijską sambą, muzyką z Afryki czy Karaibów. Jeśli rano brakuje ci energii, nagraj kilka ulubionych utworów na telefon i słuchaj ich po przebudzeniu oraz w trakcie drogi do pracy. A wieczorem, aby nastroić się do snu, nastaw spokojną bossa novę, muzykę instrumentalną albo relaksacyjną, która wywołuje w mózgu fale alfa, związane z odprężeniem i kreatywnością.

Ćwiczenie 6. Kreatywny zeszyt

Jak jeszcze bardziej uruchomić kreatywność? Na przykład prowadząc twórcze notatki. Wybierz zeszyt z okładką, która najbardziej ci się spodoba. Umów się ze sobą, że codziennie napiszesz cokolwiek, choćby jedno zdanie, które odzwierciedla to, jak się czujesz, czego potrzebujesz, co masz w planach czy co właśnie przyszło ci do głowy. Możesz również malować lub rysować, a nawet wklejać obrazki wycięte z pism. Zapisuj wszystkie, nawet z pozoru bezsensowne myśli i pomysły. Kreatywny zeszyt zachęca do ekspresji, wyrażania tego, co w danej chwili krąży w twoim umyśle i sercu. Już samo przeglądanie takich zapisków bywa inspirujące.

Ćwieczenie 7. Rozgrzewający napój

Deszcz i zimno to nie najlepsza aura dla układu immunologicznego. Aby wzmocnić odporność, polecam oczyszczający i rozgrzewający napój na bazie naturalnych składników. Weź 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki imbiru, szczyptę czarnego pieprzu lub pieprzu cayenne oraz 1/2 łyżeczki cynamonu. Wsyp wszystkie składniki do kubka i zalej je wrzątkiem. Po minucie dodaj sok z 1/2 cytryny. Wymieszaj wszystko. Możesz dodać odrobinę ksylitolu, syropu z agawy lub miodu. Pij taki napój co rano na czczo oraz między posiłkami. Dobry humor i zdrowie gwarantowane!

  1. Psychologia

Dlaczego przeklinamy? A raczej – dlaczego czasem nie da się inaczej?

Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Dlaczego przeklinamy? Nie umiemy inaczej? Emma Byrne, autorka książki „Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania”, szuka odpowiedzi w nauce i sięga po argumenty zarówno medyczne, jak i psychologiczne czy lingwistyczne.  

Uwielbiam przeklinać. Zwykle zdarza mi się rzucić jakimś mocnym słowem, kiedy jestem podekscytowana lub czymś zaskoczona. No i oczywiście, kiedy prowadzę, co jest chyba cechą wspólną dla większości kierowców – mówi Emma Byrne i przyznaje, że na przekleństwach zbudowała swoją karierę naukową. W książce stawia tezę – popartą przykładami z wielu dziedzin naukowych – że nie stalibyśmy się najliczniejszym gatunkiem naczelnych, gdybyśmy wcześniej nie wynaleźli przekleństw. Używanie „słów uznanych za wulgarne z dziedzin uznanych za tabu” osłabia bowiem ból, wzmacnia więzy, rozwija kreatywność i efektywność, ale także pomaga znaleźć ujście dla naszego napięcia.

Po pierwsze, emocje

Neurobiologia oraz badania nad uszkodzonymi półkulami mózgu udowadniają, że przeklinanie jest nierozerwalnie związane z emocjami – naszymi i osoby, z którą rozmawiamy. Przekleństwa są zakorzenione w obu półkulach mózgu, a także w ciele migdałowatym – najbardziej pierwotnej części mózgu, która odpowiada za silne emocje. Wraz z rozwojem ewolucji stały się potężnym skrótem, który pozwala na błyskawiczne ich przekazywanie.

Byrne przypomina znany w jej środowisku Projekt Washoe. Małżeństwo naukowców z Uniwersytetu Nevada zaadoptowało w latach 70. kilkoro małych szympansów, które wychowywali jak dzieci. Nauczyli je jeść, pić z kubka, korzystać z toalety, a także posługiwać się językiem migowym. Bardzo szybko – w chwilach wzburzenia oraz złości – zwierzęta zaczęły używać znaków związanych np. z toaletą, wydalaniem i brudem, jako obraźliwych w stosunku do siebie lub naukowców. To pokazuje, jak ważne w komunikacji i wyrażaniu emocji jest przeklinanie, niezależnie od gatunku biologicznego. – Oczywiście trzeba pamiętać, że to nie jest język jak każdy inny, wywołuje raczej silne reakcje – zwykłe słowa rzadko mają taką siłę. Jeśli więc zależy nam na wyciszeniu sytuacji, napięcia, zwłaszcza podczas kłótni, sprzeczki czy nieporozumienia, to przekleństwa nie są najlepszym wyborem – ostrzega Byrne. Jeśli jednak chcemy poinformować innych o swoim wzburzeniu i ostrzec, że zaraz wybuchniemy – mogą nawet zapobiegać przemocy. – Bez nich bylibyśmy ograniczeni do gryzienia, skakania sobie do oczu i obrzucania się gównem, jak to robią nasi naczelni krewniacy – pisze.

Budowanie więzi

Przeklinanie bardzo pomaga, jeśli chcemy się z kimś podzielić emocjami, jakie w nas narastają. I to nie tylko tymi tzw. negatywnymi. – W społeczeństwach, gdzie zniechęca się mężczyzn do okazywania smutku czy współczucia, przeklinanie może stać się wartościowym zamiennikiem – zauważa Byrne.

Nic dziwnego też, też w zmaskulinizowanym środowisku pracy, gdzie aprobatę raczej wyraża się słowami „O, k...” lub „ja, p...”, niż „ale fajnie”, przeklinająca kobieta, która potrafi niewybrednie żartować, szybciej zyska sobie szacunek i pozycję niż gdy będzie zwracać uwagę, że nieelegancko jest przeklinać. Sama Byrne pracuje w męskim zespole naukowym, zajmującym się sztuczną inteligencją. – Gdy próbowałam zgrać się z zespołem, okazało się, że mój bogaty słownik przekleństw oraz znajomość futbolu są wystarczające, by przyjąć mnie do grupy – opowiada.

Niwelowanie bólu

Skoro bluzgi dają ujście wewnętrznemu napięciu, może mogą też przynosić ulgę w bólu fizycznym? Próbował to sprawdzić doktor Richard Stephens, autor książki „Czarna owca. Ukryte zalety okropnego zachowania”. W ramach eksperymentu skłonił 67 studentów, by zanurzyli rękę w lodowatej wodzie i wytrzymali tak długo, jak mogą. W trakcie katuszy mogli używać jednego wybranego przez siebie przekleństwa oraz jednego słowa neutralnego. Okazało się, że ci, którzy tylko przeklinali, wytrzymywali o połowę dłużej niż studenci, którzy używali słów neutralnych. Przekleństwa podnosiły ich tętno i obniżały poziom odczuwalnego bólu. Dokładniejsze badania wykazały, że kolejność jest następująca: przekleństwa wywołują silne emocje, to one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu.

Obniżenie frustracji

Jeśli przeklinanie pomaga podczas krótkotrwałego bólu, to jaki jest jego wpływ, gdy ktoś cierpi na przewlekłą chorobę albo długo dochodzi do siebie po bolesnej operacji? Byrne sprawdziła, że przeklinanie pomaga chorym mierzyć się z cierpieniem i związanymi z nim trudnymi emocjami, jak gniew, zniechęcenie oraz przygnębienie. Pisząca te słowa, która spędziła sześć tygodni z unieruchomioną w ortezie nogą, jest żywym na to przykładem. Niestety, Byrne zauważyła przy okazji smutną zależność. Przeklinanie przez cierpiących mężczyzn spotyka się ze społecznym przyzwoleniem, ale już bluzgające kobiety nie są równie mile słuchane. Gorzej, „rzucające mięsem” w chorobie kobiety częściej traciły przyjaciół i wsparcie znajomych z powodu używania wulgaryzmów. – To jest niepokojący przykład podwójnego standardu – ostrzega Byrne. I dodaje: – Jeśli obie płcie mają rozmawiać jak równy z równym, musimy dysponować takimi samymi narzędziami ekspresji. Pozwólmy facetom płakać, dajmy kobietom bluzgać: wszyscy potrzebujemy tych środków wyrazu.

Nauka języka

Wulgaryzmy trudno nam znieść także w ustach nastolatków i dzieci. – Przekleństwa są częścią naszego języka, nie możemy udawać, że jest inaczej. Naszym zadaniem jako rodziców nie jest zakazywać przeklinania, tylko pomóc w radzeniu sobie z emocjami, jakie temu towarzyszą – tłumaczy autorka. Dlatego nie należy karać za wulgarne słowa, tylko uczyć wyrażania emocji w sposób nieraniący innych. Jak przekonuje Byrne, zamiast wstydzić się, że przeklinamy, zacznijmy to robić swobodniej i adekwatnie do sytuacji.

  1. Psychologia

Jak pozbyć się poczucia winy, wstydu i niepewności - czyli uczuć, które zatruwają życie?

"Taki, jaki jestem, jestem w porządku" - to najtrudniejsza afirmacja na świecie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Poczucie winy, wstyd, żal, lęk, smutek, niepewność... Każde z nich coś nam mówi, ale czy każde buduje? O stanach, które - jeśli trwają zbyt długo - czynią nas nieszczęśliwymi i niewidzialnymi, oraz o tym, jak się z nich wyciągnąć - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Wszystkie uczucia są potrzebne, choć najtrudniejsze do przyjęcia są te wynikające ze złego losu człowieka. Naturalną cechą uczuć jest to, że one przychodzą i odchodzą, czyli przemijają. Niektórych jednak tak nie lubimy, że próbujemy je tłumić, spychać ze świadomości. Nie mogą wtedy naturalnie przez nas przepłynąć, tylko kumulują się w ciele i, bez naszej świadomej wiedzy, rządzą nami. Utrwala się pewien stan i potrafi on  utrzymywać się tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Na przykład brak wiary w siebie, nienawiść do siebie czy ciągły lęk. Wszystkie te stany są dla człowieka ciężkie, bolesne, czasem zabójcze. Należy do nich także poczucie winy. Są różne szkoły na temat interpretacji tego stanu, ja uważam, że jest ono sztucznie tworzone, niepotrzebne i szkodliwe. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność, która uczy nas być dorosłymi. Robisz coś, to znaczy, że to twój czyn, jesteś za niego odpowiedzialny – tak trzeba uczyć dzieci. Natomiast nigdy nie należy wpędzać ich – i siebie – w poczucie winy. Oczywiście tak samo nie należy ich straszyć, nieustająco zawstydzać, niesprawiedliwie oceniać i pozostawiać samym sobie.

Jesteś zły – mam nad tobą przewagę

Poczucie winy jest silnym orężem w rękach tych, którzy czują się niepewni, a chcą sprawować władzę. Na przykład Kościół rzymskokatolicki, który uzurpuje sobie jedynowładztwo duchowe nad człowiekiem, od wieków wpędza ludzi w poczucie, że stale są nie w porządku i że powinni czuć się winni właściwie za wszystko: za myśli, za uczynki, za intencje, za wyobrażenia, a już szczególnie te dotyczące seksu, niezależności czy wolnomyślicielstwa. Dlaczego? Bo chce ludźmi rządzić, robiąc z nich stado baranów. Co jest dla niektórych coraz bardziej jasne, a dla niektórych nie, i jeszcze długo nie będzie, bo oni chcą być w tym stadzie baranów, gdzie mówi im się, w jakim kierunku mają iść i że jeśli wszyscy pójdą razem, to znaczy, że to jest słuszne. To jedna z niezłych zmyłek, że kiedy robi się coś powszechnie, to jest to w porządku. I że to właściwie usprawiedliwia każdą bzdurę i głupotę, bo skoro inni tak robią, to jest to OK.

W poczucie winy wbija nas od małego nie tylko Kościół i posłuszne mu media, ale też ci rodzice, którzy sami takiego tresowania zaznali. Tacy rodzice nie umieją sami siebie szanować, nie wierzą, że mogą być autorytetem dla swoich dzieci, a przecież są – już z samego faktu, że są rodzicami. A że są słabi i niepewni, przekształcają swoje niezadowolenie w uwagi, oceny i nakazy, które wpędzają dzieci w poczucie winy. Łatwiej jest im wtedy nimi zarządzać – w głównej mierze po to, by trzymać je pod butem. Żeby nie szukały własnych dróg, żeby nie miały innych autorytetów, żeby niczego się same nie dorobiły – w tym swojego światopoglądu – żeby nie przeszkadzały, żeby nie przynosiły do domu idei, które rodzicom nie odpowiadają, i w ogóle żeby było z nimi jak najmniej kłopotów. (Mam nadzieję, że jest jasne, iż ten smutny obraz nie opisuje wszystkich rodziców, niestety, jednak na tyle dużą ich część, że można się pokusić o uogólnienie).

I tak poczucie winy rozłazi się na wszystkie przestrzenie naszego życia, w tym na związki. Strasznie jest słyszeć, jak ona mówi do niego: „Ty świnio, oszukałeś mnie, upokorzyłeś, zdradziłeś”. I on wcale nie musiał jej tego naprawdę zrobić, czasami ona sama to sobie zrobiła lub zrobił jej to ktoś inny, a czasami w ogóle nie zostało to zrobione – ale zasada jest taka, że człowiek niezadowolony z siebie lubi szukać powodu tego niezadowolenia na zewnątrz. Do tego w procesie wpędzania w poczucie winy sama wina nie musi być wcale udowodniona, tylko zarzucona. A osoba, której ją zarzucono, musi mieć w środku taki klik na zasadzie „jeśli się mnie czepiają, to może słusznie” – i wtedy ona to poczucie winy na siebie przyjmuje.

Dziecko, które ani nie zna siebie, ani świata, a do tego jeszcze nie zna i nie rozumie swoich rodziców – bo jak ma ich rozumieć – przyjmuje jak objawienie wszystko, co się na nie zwala. Moja mama na przykład zawsze mi powtarzała, że przez ciężki poród całe życie miała zatwardzenie – to oczywiście miała być moja wina, bo jej było z tym wygodnie. Innej dziewczynie matka powtarzała, że przez nią nigdy nie schudła i zaczęła mieć migreny. I jak dziecko może z takim zarzutem walczyć? Dziecko może się albo na to zamknąć, albo się pod tym ugiąć i bardzo się starać, by przeprosić i wynagrodzić, czyli być idealne we wszystkim, w czym się da: nie być głośno, nie przeszkadzać, nie bałaganić, dobrze się uczyć. Robią się potem z takich dzieci, a zwłaszcza dziewczynek, szare, ciche myszeczki. Bardzo wielu rodzicom zależy, żeby mieć takie dziecko.

Niewidzialna dziewczynka

Pamiętacie Nini, bohaterkę z serii o Muminkach, dziewczynkę, która była niewidzialna i tylko dzięki dzwoneczkowi na szyi było wiadomo, gdzie jest? Ktoś był dla niej kiedyś konsekwentnie zły i okrutny, ona wzięła winę na siebie, bo była bezbronna, i postanowiła, że nie będzie nikomu zawadzać, aż stała się niewidzialna. Ale kiedy ktoś jej powiedział coś miłego, to powoli pojawiała się kokardka na czubku głowy, a potem ewentualnie włoski, przy Mamie Muminka zaczęła się pojawiać już trochę buzia, ale wtedy wpadł Muminek i spytał: „a co to takiego dziwnego?” i dziewczynka znów zniknęła – bo tak była elektryczna na każde nieaprobujące zdanie na jej temat.

Bardzo dużo jest takich dorosłych niewidzialnych dziewczynek. Idzie taka do lekarza i od progu się jąka, że ją coś boli, ale w recepcji od razu zostaje usadzona i musi swoje odstać, a gdy wreszcie doczeka się swojej kolei, to się nie dopyta, nie powie, że jej coś nie pasuje albo że lekarz ją źle zrozumiał. Nie zadba o siebie, bo wszyscy są od niej ważniejsi. Wszelka złość, jaka się u niej pojawia, która ewentualnie mogłaby ją ośmielić, jest kierowana przeciwko niej samej. Może kiedy ta dorosła niewidzialna dziewczynka zacznie ciężko chorować i ktoś jej powie, że to jest psychosomatyczne, a do niej dotrze, co to znaczy – zechce to przyjąć i będzie ciekawa, jak można to zmienić. Większość takich dziewczynek woli jednak faszerować się lekami niż pracować nad zmianą samych siebie, nad dostrzeżeniem swojej złości. Poczucie winy tworzy właśnie takich niewidzialnych, niemych ludzi – po to, by łatwiej było nimi rządzić. A już broń Boże, żeby byli szczęśliwi, bo jak tu rządzić szczęśliwymi ludźmi?

Jeśli ma się w dzieciństwie wypracowany mechanizm przyjmowania na siebie poczucia winy, człowiek zaczyna sam siebie w nie wpędzać, bo to umie i zna. Dlatego powtórzę jeszcze raz: poczucie winy nie jest naturalnym stanem, to stan sztuczny i szkodliwy, to przedłużająca się krzywda. Co innego poczucie skruchy  – pojawia się wtedy, kiedy wiemy, że zrobiliśmy coś, co jest niefajne, również według nas samych. I można przeprosić, naprawić albo zadośćuczynić. Albo strach – kiedy dziecko wie, co zrobiło, i wie, że to nie spodoba się rodzicom, czuje strach, tylko tyle. Dopiero kiedy od nich dowie się za pierwszym, drugim i kolejnym razem, że nie tyle nawet zrobiło źle, co jest złe – wtedy wpada w otchłań poczucia winy.

Normalny, żyjący swobodnie człowiek ma świadomość, że raz na jakiś czas coś mu się wymsknęło spod kontroli, że coś zawalił, popsuł, czegoś nie dopilnował. Nie jest ze wszystkiego zadowolony, ale to jest wliczone w szeroki wachlarz wydarzeń ludzkiego życia – nie możemy przecież nigdy nie popełniać błędów czy nigdy o niczym nie zapominać. Dlatego można mieć poczucie błędu, ale nie winy.

Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock) Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock)

I niczego nie żałujcie

Nie tylko poczucie winy potrafi zatruć życie, także poczucie żalu. Żalu z powodu niezrobionych rzeczy, niewykorzystanych okazji, żalu do siebie o to, jakim się było. Że się o siebie nie walczyło. Że się uwierzyło w słowa: „do niczego się nie nadajesz”. Bardzo przykro zdać sobie z czegoś takiego sprawę. I żeby sobie udowodnić, że jednak się nadajemy, robimy wiele różnych rzeczy – tylko jakoś się one nie przekładają na zadowolenie z siebie, co dostrzegamy często dopiero na terapii.

Nie ma sensu żałować czegoś, co zrobiliśmy lub nie. Zrobiliśmy to dlatego, że w danym momencie po prostu samo nam wyszło, bo: albo było naszym automatyzmem, albo mieliśmy na to ochotę, albo daliśmy się namówić, albo się przestraszyliśmy i nie zrobiliśmy czegoś – czyli wynikało to z określonych okoliczności. No więc skoro takie były okoliczności, co mamy do tego? Mogę teraz powiedzieć, że żałuję, że nie pojechałam na tę wycieczkę, którą mi proponowano; nie puściłam się z chłopcem, który miał na mnie ochotę; nie kupiłam sobie tej rzeczy, która mi się strasznie podobała. A mogę powiedzieć sobie wprost przeciwnie: że świetnie, że nie wydałam pieniędzy na kolejną torebkę, bo były mi potrzebne na coś innego; świetnie, że z tamtym facetem nie poszłam do łóżka, bo potem się okazało, że on obgaduje swoje kochanki; świetnie, że nie pojechałam na tamtą wycieczkę, bo za to poszłam gdzie indziej i tam mnie spotkały różne fajne rzeczy. I gdzie tu miejsce na żal?!

Fajnie też, że pamiętamy pewne rzeczy z przeszłości, bo dzięki temu w przyszłości nie powtórzymy już tego samego. Albo właśnie wreszcie zrobimy to, czego pożałowaliśmy sobie kiedyś. Jeśli coś się już stało, to mamy traktować to jako materiał do wyciągnięcia wniosków i dowiedzenia się czegoś o sobie – bo to bardzo cenne i nas zasila.

Na przykład marzę, by jeździć po świecie, ale za każdym razem, gdy mi ktoś proponuje wycieczkę, to wynajduję różne powody, żeby nie pojechać – za drogo, niebezpiecznie. Lub: bardzo bym chciała kogoś poznać i zakochać się, ale jeśli już poznaję, to znajduję w nim różne wady: krzywe zęby, garnitur niemodny. I z tego można wyciągnąć wniosek – może powinnam się odważyć, przełamać schemat, może ja się czegoś bardziej boję niż pragnę. Nie chcę powiedzieć, że nie ma się czego bać, bo czasem jest: na przykład łajdaków, bandytów, oszustów i wszelkich krzywdzicieli. Lęk i strach są potrzebne, byle nie były naszymi jedynymi doradcami.

Zawsze jest wyjście

Żal to złożony stan emocjonalny, bierze się ze smutku, rozczarowania, zawodu. Nie ma co się go całkowicie pozbywać, bo on pokazuje naszą kondycję – zmaltretowanego człowieka, któremu się nie należało. Dlatego ważne, żebyśmy umieli siebie pożałować, ale też sobie wybaczyć i wyrównać, bo inaczej będziemy wiecznymi cierpiętnikami. Żal mówi, co było dla ciebie ważne, podobnie jak zazdrość. I to coś trzeba sobie dać, zadośćuczynić sobie, wyrównać sobie i samego siebie za to przeprosić.

Podobnie skomplikowane jest poczucie krzywdy, które z kolei ma korzenie w bezsilności i złości. Poczucie winy – jak już mówiłam, rodzi się z lęku, smutku, braku pewności siebie. I nie jest prawdą, że jeśli nie będziesz mieć poczucia winy, to będziesz zarozumiałym, bezczelnym egoistą, bo poczucie winy nas gryzie i niszczy, a nie buduje. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność czy skrucha albo zadośćuczynienie, przeproszenie, postanowienie poprawy, prawda – te rzeczy nas budują. Jeśli chcemy sobie poradzić z czymś, co nam w środku dolega, bo zrobiliśmy coś niefajnego – to są właśnie najlepsze metody. Refleksja na swój temat zawsze powinna być wszechstronna i pogłębiona – ludzie zwykle chcieliby być lepsi niż są, bo się im od dziecka wmawia, że nie są dobrzy.

„Taki, jaki jestem, jestem w porządku” – to jest najtrudniejsza afirmacja na świecie. Bo jak to, jestem w porządku?! Przecież spóźniłem się, zgubiłem portmonetkę, odpowiedziałem komuś niegrzecznie… To wszystko są drobiazgi, za które można przeprosić, wytłumaczyć, uśmiechnąć się. Nauczyliśmy się popadać w dołek, z którego nie ma wyjścia. A zawsze jest wyjście. Musi się bardzo dużo złych rzeczy poskładać, żeby przez jakiś czas tego wyjścia nie było, ale potem znów będzie.

  1. Psychologia

Nowy miesiąc - nowy start. Ćwiczenia, pomysły i inspiracje na wrzesień

Wrzesień nie musi być jedynie odpryskiem po lecie. Może być nowym startem. (Fot. Getty Images)
Wrzesień nie musi być jedynie odpryskiem po lecie. Może być nowym startem. (Fot. Getty Images)
Wrzesień nie musi być jedynie odpryskiem po lecie. Może być nowym startem. Trenerka Dagmara Gmitrzak podsuwa pomysły, ćwiczenia i wizualizacje. 

Ćwiczenie 1. Z perspektywy orła

Zabawne, jak wiele rzeczy, które przed urlopem wydawały się niezwykle istotne, po powrocie traci na znaczeniu. Jeśli potrzebujesz znaleźć konstruktywne rozwiązanie jakiejś sytuacji, to ćwiczenie dodatkowo pomoże spojrzeć ci na nią z dystansu i bez emocjonalnego zaangażowania. Zacznij od wybrania przedmiotu, który może reprezentować daną sprawę. Ustaw naprzeciwko niego krzesło, w dowolnej odległości. Teraz wejdź na krzesło i poczuj się przez chwilę jak orzeł, który obserwuje ziemię, lecąc nad szczytami gór. Zauważ, jakie myśli pojawiają się w Twojej głowie. Co widzisz teraz, a czego nie mogłeś zobaczyć wcześniej?

Ćwiczenie 2. Dobry nastrój jesienią

Wakacyjny luz nie musi się kończyć wraz z rozpakowaniem walizek. Jak sprawić, by dobry humor nie opuszczał Cię jeszcze długo po powrocie? Wywołaj najlepsze i najbardziej pozytywne zdjęcia z wakacji i postaw je w widocznym miejscu, tak aby codziennie przypominały ci przyjemne miejsca i dobrze spędzony czas. Noś kolorowe ubrania, w których przeważają roślinne, kwiatowe motywy. Jeśli zaś czujesz spadek nastroju, skorzystaj z balijskiego sposobu na poprawę samopoczucia. Zmieszaj trzy łyżki nierafinowanego oleju kokosowego w płynnej postaci z sześcioma kroplami olejku różanego. Rozsmaruj je na wewnętrznej części dłoni. Chwilę podelektuj się zapachem i zacznij wmasowywać olejek pośrodku klatki piersiowej. Według ajurwedy to miejsce jest związane z czakrą serca, która symbolizuje miłość do siebie i innych. Wykonując ten delikatny masaż, spróbuj wzbudzić czułość dla siebie. Następnie nałóż olejek na podbrzusze – to siedziba czakry krzyżowej, związanej z ekspresją uczuć i emocji, kreatywnością, zmysłowością i seksualnością. Podczas masowania pomyśl z miłością o swoim ciele. Na zakończenie połóż jedną dłoń na klatce piersiowej, a drugą na podbrzuszu. Oddychaj świadomie przez dwie minuty.

Ćwiczenie 3. Zatrzymać lato w sobie

Badania wykazały, że mózg nie odróżnia tego, co widzimy, od tego, co sobie wyobrażamy. Oznacza to, że reagujemy emocjonalnie zarówno na obrazy prawdziwe, jak i fikcyjne. Korzystając z tej wiedzy, możesz praktykować kreatywną wizualizację i odczuwać jej dobroczynne efekty. To ćwiczenie pomoże ci aktywować pozytywne emocje związane z latem. Usiądź wygodnie, z prostym kręgosłupem. Zrób dwa głębokie wdechy i długie wydechy. Przywołaj w myśli jakieś dobre wspomnienie związane z latem. Moment, kiedy czułeś radość, połączenie ze sobą, z przyrodą. Uaktywnij wszystkie zmysły. Poczuj w ciele te pozytywne emocje. Po dwóch–trzech minutach powróć do tu i teraz.

Ćwiczenie 4. Porządki w relacjach

Letni wypoczynek pomaga złapać dystans do codzienności, w tym do osób. Zanim spotkasz się z dawno niewidzianymi znajomymi, przemyśl, które znajomości służą twojej ścieżce rozwoju, które warto ulepszyć, a które już się wypaliły. Zacznij od zrobienia listy najbliższych przyjaciół oraz bliskich znajomych. Zadawaj pytania w odniesieniu do każdego z nich. Jak się czujesz podczas spotkania z tą osobą? Czy w dzieleniu się swoimi sprawami panuje równowaga? A może to zwykle Ty wysłuchujesz drugiej osoby lub przeciwnie – przejmujesz pałeczkę i zapominasz zapytać o jej życie? Czy czujesz się sobą przy tej osobie? Czy są tematy, których nie wyobrażasz sobie z nią poruszyć? Czy czujesz, że życzy ci wszystkiego najlepszego i jest z Tobą szczera? Czy często krytykuje Twoje zachowanie, sposób ekspresji albo Twój wygląd? Jak odnosi się do twoich sukcesów? Jak reaguje, kiedy jest Ci trudno, masz złe samopoczucie fizyczne lub psychiczne? Czy potrafi Cię wysłuchać i okazać troskę? Czy pokazujesz jej również swój cień – mniej miłą i sympatyczną część siebie?

Ćwiczenie 5. Porządki w domu

Indianie wierzą, że każda pora roku uczy nas, jak żyć. Jesień to nauczycielka cykliczności. Przekazuje wiedzę o tym, że nic w życiu nie jest nam dane na stałe. Jest okres letniej pełni i obfitości, ale po nim następuje czas transformacji. Ten proces symbolizują spadające z drzew liście. Aby połączyć się z energią jesieni i lepiej ją zrozumieć, po porządkach w relacjach skup uwagę na porządkowaniu swojego mieszkania i oddawaniu tego, z czego już nie korzystasz. Nienoszone przez dłuższy czas ubrania upierz i przekaż do pomocy społecznej. Przeczytane książki i magazyny możesz sprezentować znajomym, być może zawarte w nich informacje okażą się dla nich pomocne. Pamiętaj, że jeśli dzielisz się tym, czego masz w nadmiarze, robisz miejsce na pojawianie się czegoś nowego i inspirującego.

Ćwiczenie 6. Nowe umiejętności

Stary nawyk ze szkoły sprawia, że wrzesień to dobry czas na naukę. Zapisz się na weekendowe warsztaty, cykliczne zajęcia albo kurs językowy. Po wakacyjnym wypoczynku mózg garnie się do wiedzy, trenuj go zatem i ucz się nowych rzeczy. To poprawi nie tylko Twoją pamięć i koncentrację, ale też samopoczucie. Jeśli nie masz pomysłu na to, jaką nową umiejętność wprowadzić do swojego życia, postaw na prostą praktykę medytacji. Umów się ze sobą, że codziennie o tej samej porze usiądziesz prosto i przez dwie minuty skupisz się na procesie oddychania. Możesz skierować uwagę do nozdrzy i doświadczać, jak powietrze do nich wpływa, a po chwili wypływa. Ta praktyka pozwoli ci nauczyć się, jak być w pełni w chwili obecnej.

  1. Psychologia

Jak wybaczyć? Rozmowa z Katarzyną Miller

Wybaczenie jest detoksem dla duszy, wielkim porządkiem, ulgą i spokojem, oczyszczeniem. (Fot. iStock)
Wybaczenie jest detoksem dla duszy, wielkim porządkiem, ulgą i spokojem, oczyszczeniem. (Fot. iStock)
Małe i większe przewinienia, stare i nowe grzechy, wyrządzone – świadomie lub nie – krzywdy… To wszystko siedzi w nas i tworzy emocjonalne złogi. Dlatego wybaczenie jest jak generalne porządki - pracochłonne, ale przynoszące ład emocjonalny. Może warto przeprowadzić je właśnie dziś, w Międzynarodowy Dzień Przebaczania? Pomoże w tym psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Małe i większe przewinienia, stare i nowe grzechy, wyrządzone – świadomie lub nie – krzywdy… To wszystko siedzi w nas i tworzy emocjonalne złogi. Dlatego wybaczenie jest jak generalne porządki - pracochłonne, ale przynoszące ład emocjonalny. Pomoże w tym psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Trudniej jest wybaczyć sobie czy komuś? A może nie ma jednego bez drugiego?
To mądra myśl, że drugiego bez pierwszego nie ma, ale zdecydowanie trudniej jest wybaczyć sobie, bo to jest rzecz głęboka. Ludzie bardzo często nie wiedzą, że sobie czegoś nie wybaczają, w związku z tym też nie wiedzą, dlaczego nie wybaczają innym. Mają wtedy – można by powiedzieć – pewien automatyzm w niewybaczaniu. Trudniej jest wybaczyć sobie także dlatego, że jesteśmy takim puzderkiem na syfy, czyli mamy niestety wiele rzeczy, które nas dręczą i które jawią się nam jako rzeczy nie do wybaczenia albo nie do pogodzenia czy nie do przejścia, które są dla nas tak strasznie ważne, że szok…

Co na przykład?
Co o nas myślą inni, czy nas lubią… Niektóre uczucia, które demonizujemy, zwłaszcza lęk, złość i wstyd. Ale też bezsilność, bezradność…złe myślenie o sobie, a więc i złe myślenie o innych i związane z tym uczucia…

Masz na myśli to, że zabraniamy sobie je odczuwać?
Raczej to, że dajemy im nad sobą ogromną władzę. Poza tym rozgrzebujemy uczucia, nie pozwalamy im przez siebie przepływać. Weźmy wstyd – ponieważ od małego jesteśmy zawstydzani, to wszystkiego się wstydzimy. Puszczę bąka – zgroza! Nie powiem słowa takiego, jak powinnam – zgroza! Kręcę się w kółko i nie wiem, co zrobić – zgroza! I wiecznie do tego wracamy. „Jak ja się wtedy zachowałam! Nigdy tego nie zapomnę”… Oczywiście mówię o ludziach, którzy są bardzo urazowi, a jest ich dużo. U takich osób nawet drobiazgi urastają do rangi prawdziwych nieszczęść. Wracając do wybaczania, jeśli mam w sobie taki kocioł, który ciągle kipi i czego się nie dotknę, to rozlega się syk – wiesz, taki jak kładziesz na rozgrzaną płytę palec i słychać „psss” – to nigdy nie będzie w moim życiu ulgi ani przyzwolenia. Ani poczucia, że to, co jest, jest, jakie jest. Ja jestem, jaka jestem, ty jesteś, jaka jesteś. Poza tym jeśli coś nas dotknęło i było wyraziste w momencie, w którym się działo, to kiedy minęło, powinniśmy już włożyć to do pamiętnika, a nie ciągle oglądać pod lupą: „gdybym nie poszła, gdybym nie powiedziała, to byłoby inaczej…”. No, tego już się nie dowiemy, może by było, a może nie. A mimo to często nie potrafimy o tym zapomnieć i wybaczyć sobie. Że na przykład szłam kiedyś ulicą z oberwaną halką i tego nie zauważyłam…

Naprawdę?
Ty może byś się tym nie przejęła, ale wiele kobiet – jak najbardziej. I gwarantuję ci, że wiele takich, po których byś się tego nie spodziewała. Bo one tego nie okazują. Duszą to w sobie.

Powiedziałaś, że ludzie często nie wiedzą, że sobie czegoś nie wybaczyli.
Nie wiedzą, bo to jest bardzo bolesny stan mieć pretensje do siebie, nie cenić siebie, mieć sobie coś za złe, wiedzieć, że nie podoba mi się to, co we mnie jest, co robię czy co myślę – w związku z tym robimy nad tym pokryweczkę, żeby tego nie dotykać za mocno. I jak nagle ktoś robi dokładnie to samo, co ja kiedyś, to do kogo mam pretensje? Oczywiście do niego. Klasyczna projekcja.

Czyli jeśli czegoś komuś nie możemy wybaczyć, to mogłaby być to dla nas wskazówka, że tego samego nie wybaczamy sobie? O tak, to bardzo typowe. Np. wiele starszych osób, które nie pozwoliło sobie na pewne rzeczy, nie zaznało ich, ma pretensje do młodszych o to, że oni właśnie sobie na to pozwalają.. 

Tylko jeśli komuś czegoś nie wybaczamy, stawiamy siebie w roli wiecznej ofiary – ofiary tej osoby… Niekoniecznie. Możemy stawiać się w roli ofiary, ale możemy też w roli sędziego. Wtedy jesteśmy niczym bicz boży albo anioł z mieczem ognistym, no albo inna świetlista osoba. My z Panem Bogiem uważamy, że… (śmiech) 

Jeśli sobie nie wybaczamy, to jesteśmy jednocześnie ofiarą, katem i… sędzią?
Dokładnie tak. Takie sobie fundujemy potrójne męczarnie. To smutne i straszne, ale prawdziwe, że sami – z wyuczenia domowego i kulturowego – urządzamy sobie w życiu piekło.

Sądzisz, że trudniej nam sobie wybaczyć, że coś zrobiliśmy, czy że czegoś nie zrobiliśmy?
Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć, pewnie zależy to od osoby i od uczynku. Ludzie mają różne systemy wartości i różne gradacje przewinień. Dla jednych flirt to nie zdrada, dla innych – już tak. Dla jednych to, że komuś się czegoś zazdrości, to grzech, dla innych – naturalny odruch.

Chyba najgorszą rzeczą jest nie móc sobie wybaczyć tego, jacy jesteśmy.
Tylko problem polega na tym, że ludzie nie wiedzą, jacy są. Dali sobie na przykład wmówić, że są podli, niedobrzy… Wstrząsnęła mną historia mojej pacjentki, która była bita przez matkę jako bardzo małe dziecko, a ojciec się za nią nie ujmował. Po latach już w trakcie terapii spytała go: „Dlaczego ty pozwoliłeś mamie na coś takiego?”. „Jak to, przecież ty byłaś okropna – mama mówiła”. Jak może być okropne dwuletnie dziecko? Ono może być jedynie inne niż rodzic sobie wyobrażał. Nie dość ładne jego zdaniem, za dużo płaczące albo zbyt wolno rozwijające się niż by on chciał. Ale okropne?! Jeśli więc nie możemy sobie wybaczyć tego, jacy jesteśmy, to najpewniej uwierzyliśmy w wielką zmyłę na swój temat. Przecież wiele ludzi nie idzie na terapię ze strachu, że teraz się wyda, jacy naprawdę są, a tak to jakoś się ciągnie.

Wybaczenie jest oczyszczeniem?
Jest detoksem dla duszy, wielkim porządkiem, ulgą i spokojem, oczyszczeniem - tylko ono może pojawić się dopiero wtedy, kiedy będziemy mogli siebie uwolnić od tej ropy: nienawiści, żalu, pretensji, krzywdy. Kiedy przestaniemy się czuć ofiarą: albo oburzoną, albo zrezygnowaną albo zbuntowaną. Ale aby tak się stało, trzeba się najpierw pozbyć tych uczuć, wyrzucić je na zewnątrz. I to daje na przykład terapia. Dzięki niej, że tak się wyrażę, wyrzygujemy się na tych, co nas skrzywdzili, ale w bezpieczny sposób. Nie robimy tego na tych ludzi, bo by tego ani nie przyjęli, ani nie znieśli, a poza tym często nie byli świadomi, że krzywdzili. Wyrzucamy to z siebie w obecności terapeuty, często też grupy: skarżymy się , zwierzamy, krzyczymy, płaczemy, złorzeczymy, kwilimy… Ale też wyobrażamy sobie, rysujemy, tańczymy, piszemy listy, oglądamy zdjęcia, czytamy książki, oglądamy filmy i sztuki… Uczucia uwalniają się w bardzo różnorodny sposób.

Czyli najpierw trzeba odczuć wszystkie przykre uczucia, wywalić je z siebie…
I zrobić to w swoim tempie, w swoim czasie. Niczego nie przyspieszać i nie wybaczać wbrew sobie. Bo wtedy siebie strasznie niszczymy.

To ważne, że wybaczaniem też można siebie nadużyć.
I to jeszcze jak! Wybaczeniem – zbyt szybkim i niezgodnym z tym, co mamy w środku – możemy sobą i innymi nieźle manipulować.

Czyli mądre i zdrowe wybaczenie…
… odbywa się po procesie oczyszczenia. W dodatku procesie, który co jakiś czas trzeba powtarzać. Z wybaczaniem jest jak ze sprzątaniem. Nie możesz sobie raz wysprzątać i siedzieć na kanapie, spokojna, że już cała robota z głowy, bo po tygodniu znowu zbiera się kurz. Tak jak zbiera się brud między ludźmi. Wiele osób myśli, że jak już oczyściło pole w relacji z kimś, to nie będzie teraz znów wyciągać jakiś nowych spraw, bo po co psuć atmosferę. To wielki błąd, bo znów będą się tworzyć nowe urazy, w dodatku schowane pod wspomnianą przykryweczką. Najciekawsze jest to, że jeśli się zaczniemy oczyszczać, wybaczenie samo przyjdzie. Dlatego naszym celem nie powinno być wybaczenie, tylko wewnętrzna harmonia. Wtedy przestajemy mieć żale i pretensje, bo nie są one już nam do niczego potrzebne. Człowiek się robi spokojny, tolerancyjny, mądry. Nie dziwi się wiecznie: „Jak mnie to mogło spotkać?! Dlaczego?!”. A jak kogoś innego spotka, to będzie w porządku?

Poza tym nie można nikogo przymusić do wybaczenia, wbrew jego woli. Choć czasem tak próbują robić rodzice małych dzieci: „Podaj mu rękę na zgodę, no już”.
A próbują, i to bardzo często. A jak dziecko nie chce, to mówią mu: „jesteś złym chłopcem”. Wtedy taki maluch zwykle w obronie swojej godności wykrzykuje: „Nieprawda! Nie jestem zły”. I ma rację. Co więcej, moim zdaniem, jest w ludzkim życiu poziom rzeczy nie do wybaczenia. Nie jestem specjalnie odwetowa (jestem absolutnie przeciw karze śmierci) ale nie wolno zmiękczać ohydy pewnych ludzkich zachowań. Jest różnica pomiędzy tym, że naprawdę wybaczamy a tym, że jesteśmy ulegli. Rozumiesz? Mówię o tym czasem, że boję się dobrych ludzi. Takich, co nie powiedzą, że się na coś nie zgadzają, że coś jest dla nich niedobre, że coś jest według nich złe, bo się nie posuną do takich drastycznych kroków. I potem wszyscy przegrywamy z bandytami, którzy nie mają takich problemów, przeciwnie – im bardziej się ich boisz, tym lepiej. Oczywiście nie chodzi o to, by mieć ludzi za mierzwę i zakładać z góry, że ktoś jest niegodny, ale uczyć się i wyciągać wnioski.

Mieć odwagę powiedzieć na przykład komuś: „nie ufam ci, po tym, co zrobiłeś”.
O, to jest już bardzo dużo umieć to powiedzieć. Ja zresztą bardzo poważnie mówię, że ufać to nikomu nie można, nawet sobie do końca. Nie w tym sensie, że mamy być podejrzliwi, tylko że pewne rzeczy są do sprawdzenia, a inne nie – dopóki się nie staną. Nie bądźmy zatem świętojebliwi i nie nakładajmy na siebie obowiązku szybkiego kończenia rzeczy, które wymagają mądrego, długiego procesu dojrzewania. Wymagajmy od siebie mądrego, długiego procesu dojrzewania.

Ale skoro mówisz, że jest kategoria rzeczy, których nie można wybaczyć, to znaczy, że pewnych rzeczy nie można wybaczyć też sobie? Chodziło mi o to, że nie tyle mamy nie wybaczać pewnych rzeczy, co nie godzić się na nie. Podam przykład. Miałam kiedyś pacjenta, byłego alkoholika, który związał się z kobietą, też byłą alkoholiczką i tworzyli bardzo fajną parę. Ona miała dorastającą córkę i po jakimś czasie on próbował ją zgwałcić. Na szczęście matka zareagowała natychmiast, wyrzuciła  go z domu i opowiedziała o wszystkim ich znajomym. Znajomi się oburzyli i odwrócili od niego, a on znów zaczął pić i pił, aż umarł. Zanim to jednak się stało, widziałam się z nim, a ponieważ był dla mnie ważną osobą, powiedziałam mu: „Ja cię rozumiem, ale ja się na to co zrobiłeś nie godzę. Nie że ci tego nie wybaczam czy wybaczam. Po prostu jesteś dla mnie nadal ważną osobą, która zrobiła coś strasznego. Rozumiem, że miałeś swoje wewnętrzne powody, że byłeś jeszcze głupkiem i dupkiem, który powinien dalej się terapeutyzować, ale nie zmienia to faktu, że zepsułeś życie swoje i bliskich”. 

Chcesz w ten sposób powiedzieć…
Że można być obok wybaczenia. Można robić rzeczy niewybaczalne, ale nadal być dla kogoś ważnym. Od razu doniosłabym na niego na policję i go wsadziła do więzienia, a potem odwiedzała go z paczkami. Bo on musi ponieść karę, a ja nie muszę go wyrzucać z serca, chyba, że okazałby się bez skruchy i jeszcze urągał i się stawiał.

A można żyć w miarę spokojnie ze świadomością, że pewnych rzeczy sobie nie wybaczam?
Myślę, że ludzie bardzo często tak żyją. Czasem sobie przypominają swoje grzechy i robi im się trudniej, ale przez większość czasu o nich nie pamiętają i dają radę. Oczywiście mówimy cały czas o ludziach obdarzonych sumieniem. Człowiek powinien zdawać sobie sprawę ze swojej ułomności, ale nie może być dla siebie katem, bo i dla innych będzie.